Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

27 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Wypoczynek na urlopie

Kategoria: Twórczość

« Podłączona do akumulatora i elektrycznego gniazdka. Osa na zebrze czyli letnie znaleziska »

         Opowiadano kiedyś taki dowcip o mieszkańcu Syberii. Zapytany, jak spędza tak ciężką w tamtych stronach zimę odpowiadał ze zdziwieniem, że zima to tylko pół roku, a reszta to „wsio leto i leto!”

         Tak samo jest i ze mną. Według peerelowskich standardów spędzania wolnego czasu należnego po wydajnej pracy ludowi pracującemu miast i wsi, ja już zupełnie, całkowicie i nieodwołalnie wypoczywam, ponieważ cechami dobrego odpoczynku jest:

         Po pierwsze – nic nie robić.

         Po drugie – nic nie robiąc coś zdobyć, np. nazbierać jagód, grzybów, kupić coś atrakcyjnego w przypadku pobytu za granicą; zrobić generalne sprzątanie mieszkania, jeśli nigdzie nie wyjeżdżamy; porozmawiać z bliskimi albo innymi ludźmi bez pośpiechu i specjalnego zaangażowania (przecież mamy wypoczywać); wykonać inne zaplanowane wcześniej rzeczy, na które się nie zdobyliśmy, np. rzucić palenie, pojeździć na rowerze, iść na spacer.

         Po trzecie – jeśli już zostanie trochę wolnego czasu ewentualnie można poczytać, obejrzeć telewizję czy iść do kina.

         Wydawać by się mogło, że ten model się przeżył i odszedł bezpowrotnie, ale nie, pozostał prawie niezmieniony. Jego istota została jednak głęboko ukryta pod współczesnymi gadżetami i zamaskowana. Teraz jest tak:

         Po pierwsze – nic nie robić, najlepiej leżeć na plaży, tylko że w ciepłych krajach, a nie na przykład na trawniczku nad rzeką Smródką dzielącą moją nowoczesną i zadbaną (w ówczesnym przekonaniu) dzielnicę od Ursynowa, gdzie naćkano bloków, ludzi, samochodów i innych niepotrzebnych przestrzeni pozbawionych drzew, kwiatów i krzaczków.

         Po drugie – nic nie robiąc, coś zdobyć i przywieźć trofea dokumentujące zagraniczny pobyt. Ponieważ w sklepach mamy większość tego, co tam; poszukuje się rzeczy odmiennych, dziwacznych choć nawet zakazanych. Jakichś muszli, wyrobów z rogu, zwierzątek i innych wytworów specjalnie  przez miejscowych obmyślonych dla zaspokojenia tego głodu trofeów. Nikt już nie przywozi, jak ja z republik radzieckich jedwabnych majtasów z nogawkami do kolan z prawdziwego naturalnego jedwabiu bez domieszek, czy prawdziwego cieniuteńkiego i prześwitującego płócienka z prawdziwej bawełny, niestety, białego, bo wzorzyste byłoby nie do wykorzystania z powodu bezguścia wzorów. Ale zasada pozostała – zdobyć coś, czego u nas nie ma, a co się może przydać w przyszłości (jak mnie po dwudziestu paru latach owe majtasy w upały). W ostateczności należy przywieźć mnóstwo zdjęć, na których ja i on stoimy po środku a nad nami widnieje palma, lub ja i on na tle jakiegoś zabytku (ale koniecznie powszechnie znanego) w kilku pozach: wkładamy ręce do otwartej paszczy jakiegoś kamiennego potwora, moczymy nogi w fontannie, udajemy, że zjadamy jakieś egzotyczne zwierzę na talerzu, który potem opróżniamy lub zostawiamy, bo mogłoby przyjść nam do głowy naprawdę coś takiego ugryźć zamiast kurczaka z grilla, skrzydełek w panierce albo pizzy wegeteriańskiej, dla pewności, ze nie zaszkodzi oczywiście.

         Po trzecie – poczytać coś (najlepiej mało absorbującego typu: jak schudnąć, nie odmawiając sobie jedzenia albo jakiś pseudowiktoriański romans uzupełniony o elementy sado-maso dla podkręcenia urlopowych emocji.

         I wówczas i dziś czytanie było i jest na ostatnim miejscu rozrywek. Pod tym kątem widzenia u mnie jest zawsze urlop, czytanie z rzadka tylko przerywam obejrzeniem czegoś w telewizji. Nie ma jak życie emeryta!

         Dostrzegłam tylko jedną zmianę urlopowych zwyczajów – domokrążstwo realne i telefoniczne. Nie ma dnia, żeby nie dzwoniono czasem kilkakrotnie do moich drzwi z jakimiś propozycjami (i to w dodatku gdy w domu jest domofon!). Najczęściej po składki na jakieś biedne zwierzątka, sierotki z Afryki, kalendarze i inne, niezidentyfikowane, ponieważ nie chce mi się chodzić aż do drzwi oddzielających mój koniec korytarza, a domokrążcy nie lubią mówić nie widząc rozmówcy.

         Także telefonicznie łowi się chętnych na jakieś dziwaczne badania polegające np. na połączenie zaciskiem z przewodem palca z komputerem, a komputera z „bazą” w innym mieście, najczęściej jakimś Instytutem Rzekomo Badawczym, zlokalizowanym w wolnej strefie handlowej, oferującym jednocześnie urządzenia zwalczające ból, emitujące coś (najczęściej jakieś niewyczuwalne pole magnetyczne albo magnetycznopodobne), które powinno kosztować parę tysięcy złotych, ale w drodze wyjątku oferowane Państwu, którzy zdecydują się tu i teraz urządzenie to zakupić za jedynie marne osiemset z czymś złotych

         Nawet jeśli nie opuszczasz swojego mieszkania możesz być łowcą i przynieść do swojej jaskini upolowaną zdobycz. Nie jagody, nie grzyby, nie bursztyn ani muszle z plaży, a nic dla nikogo nie znaczący wydruk z jakąś diagnozą, którą niewiele kto jest w stanie ocenić i zrozumieć. Kiedyś dałam się naciągnąć na takie badanie, (bo podszyto się pod instytucję zdrowotną, w której się leczyłam, a nie zauważyłam celowej literówki w nazwie i zmyliło mnie powołanie się na patronaty Unii Europejskiej oraz pewnej wyższej uczelni nad owym przedsięwzięciem. Było nas ze trzydzieści osób w podeszłym wieku, wszyscy otrzymaliśmy kolorowy wykres z liniami biegnącymi w tę i nazad, jak na wykresach trzęsienia ziemi i lakoniczną diagnozą, że nasze parametry mieszczą się w normie. Niczyje serce na tym spędzie nie było chore, a dowiedzieliśmy się o tym dzięki temu, że mogliśmy porównać swoje wyniki, ponieważ nagle lunął rzęsisty deszcz i czekaliśmy aż przestanie padać. Jestem laikiem, mam jednak pewną wątpliwość – za normę pulsu w stanie spoczynku przyjęto w badaniu wartość od 60 do 90 skurczów/minutę. Czy istotnie 90 skurczów to norma? Mój zwykły ciśnieniomierz podnosi wtedy alarm. Tam norma kończy się na 80.

         No i nie podobało mi się, że w czasie towarzyszącego wykładu nie usłyszałam nic czym jest „wskaźnik obliczany jako stosunek wartości pulsu w momencie zamykania zastawki aorty lewej komory do wartości średniej fali pulsu pojedynczej ewolucji serca” albo czym jest „wskaźnik będący sumą amplitud fali pulsu poniżej i powyżej wartości średniej”, ani też na jakiej podstawie ocenia się wysycenie krwi tlenem bez jej pobrania. Za to usłyszałam wiele na temat, jak zgubne jest łykanie tabletek i poddawanie się szczepieniom oraz jaką złą politykę zdrowotną prowadzi Tusk i jak bardzo czuła jest na nasze zdrowie jego opozycja. Tak więc mimo świadomości, że nasz system zdrowotny kuleje, nie jestem przekonana, że wychodzi nam na zdrowie jego analiza w czasie wakacyjnym.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Podłączona do akumulatora i elektrycznego gniazdka. Osa na zebrze czyli letnie znaleziska »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)