Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

18 marca 2013

Anna Goluba

Wyprawa na nowy brzeg

Leżał bez ruchu. Miał zamknięte oczy. On - o którym mówiło się, że patrzy w kilku kierunkach naraz, że nic nie umknie jego uwadze. Miał też zwyczaj mrużyć oczy, zanim opowiedział jakiś dowcip lub zrobił komuś kawał. Ale nikogo jego żarty nie obrażały. Były na poziomie, ukazywały drugie dno i nawet ten, kogo dotyczyły, szczerze się z nich śmiał. Ale w końcu to on był najważniejszy. Kto inny uczyłby ich dystansu do samych siebie, dystansu, który w trudnych, ekstremalnych sytuacjach z jakimi spotykali się niemal dzień w dzień, miał moc ocalenia? A teraz się nie ruszał, jakby nic go już nie obchodziło. Przynajmniej tak widzieli to najmłodsi. Bo jak można tak leżeć i leżeć na jednym boku i się nie ruszać? Może to jakaś zabawa? Może ci, którzy otaczają go tak zwartym kręgiem świetnie o tym wiedzą i może zabawa polega na tym, kto pierwszy się poruszy? On czy oni? Najmłodsi próbowali więc delikatnie sprowokować Maxa, dotykając go tu i ówdzie. Może gdzieś ma łaskotki? Wciąż jednak nie reagował, tylko Siwy, który był zastępcą Maxa spojrzał na dzieciarnię tak... Tak jakoś, że nagle nie wiedzieli, co ze sobą począć. Zwykle przekazy były jasne - pochwała albo skarcenie. Ale teraz Siwy patrzył inaczej. Poważnie, głęboko. Przeraźliwie smutno. Max był dla niego nie tylko najważniejszy, tak jak i dla całej reszty. Był jego najlepszym przyjacielem. Znali się od bardzo dawna, dzieciaków nie było jeszcze wtedy na świecie. I teraz Siwy spojrzał tak, że najmłodsi natychmiast się uspokoili, choć nadal nic nie rozumieli. Tylko przeczuwali coś nieuchronnego, z czym jeszcze dotąd się nie zetknęli.

Milczący krąg trwał nadal. Ci, którzy wiedzieli i rozumieli, woleliby, żeby to nie działo się naprawdę. Tyle razem przeżyli, tyle doświadczyli. Kiedy nie ma się domu, wszystko się intensyfikuje, wyostrza. A gdy jeszcze swoje własne zmysły ma się naturalnie wyostrzone, czasem trudno jest znieść zwykły, codzienny dzień. Uciec nie ma dokąd. Nie ma gdzie się skryć. Gdy nie ma się domu, jest się nagim, bezustannie wystawionym na strzał. Jeśli nawet wydarza się coś dobrego, budzi to więcej lęku niż radości. Bo nigdy nie wiadomo, czy to dobre nie jest tylko przykrywką, czy za chwilę nie wyłoni się zza tego coś potwornego. Gdy nie ma się domu, zło staje się chlebem powszednim. Wszelkie odstępstwa wita się zwykle najpierw z warkotem, płynącym prosto z trzewi. Na wszelki wypadek; tutaj w końcu chodzi o życie. Max był mistrzem przetrwania. No i potrafił ich rozśmieszać. Ale przede wszystkim - znajdował jedzenie, gdzie się tylko dało. Gdy trzeba było - przymilał się, gdy trzeba było - wykorzystywał nadarzającą się okazję, przeważnie na jakichś targach i bazarach. Wtedy trzeba było uciekać. To Max ich nauczył, że szybkość wcale nie jest najważniejsza; że liczy się pomysł i spryt. Że gdy się myśli obrazami tak, jak oni, ma się znaczącą przewagę, bo można zobaczyć to, czego nie widzą ci, którzy ich gonią i dosłownie zapaść się pod ziemię na ich oczach. Bo ci którzy ich gonili, mimo, że czasem mieli w rękach kije, mimo że o niektórych słyszeli potworne historie, jakich lepiej nie powtarzać przy dzieciach, nie byli tak straszni jak głód. Głód, który po jakimś czasie potrafił zasysać niczym Czarna Dziura ze wszystkim, czym się było i nie było. Wtedy wszystko nagle redukowało się do prostego podziału: jadalne - niejadalne. I im bardziej głód narastał, tym więcej rzeczy wydawało się jadalnych. To wtedy najmłodsi, którzy nie mieli jeszcze doświadczenia, nie wiedzieli, że czasem lepiej jest dostać halucynacji z głodu niż zjeść coś, co się do tego nie nadaje, ginęli. I to zwykle w męczarniach, bo zjadali albo coś starego albo nawet specjalnie zatrutego. Max dostawał szału, kiedy dzieciaki zbliżały się do smakowicie wyglądających kąsków posypanych białym proszkiem. Wciąż i wciąż powtarzał, że tak stracił matkę; że widział jak wije się z bólu, widział jej wytrzeszczone, przerażone oczy, które dostrzegały coś, co było poza jego zasięgiem. Był tuż obok niej, absolutnie bezradny, sam jeszcze wtedy dzieciak; ale miał wrażenie, że między nim i matką otworzyła się przepaść, że nie może w żaden sposób jej pokonać, aby matce pomóc. Nie mógł nic zrobić. Nigdy tego nie zapomniał i odtąd bez przerwy ostrzegał innych przed białym proszkiem. Głód jednak odbiera słuch, odbiera rozum. Zagłusza instynkt przetrwania. Max o tym wiedział i dlatego zamieniał się w nieobliczalnego szaleńca, gotowego na wszystko, kiedy zbliżali się do jedzenia posypanego białym proszkiem. Poskutkowało, przynajmniej dla większości.

Siwy też oczywiście dużo wiedział i umiał. Był stanowczy i wymagający. Dlatego był zastępcą Maxa i dlatego teraz był już właściwie przywódcą.

Wiedział, że trzeba rozpocząć rytuał, że mają niewiele czasu. Dzień zaraz rozpocznie się na dobre, Dwunożni przyjdą na swoje działki, położone po obu stronach drogi na której leżał Max, samochody zaczną jeździć w tę i z powrotem jezdnią, która biegła prostopadle do drogi. Będzie tłoczno i głośno.

Czas ich gonił, a Max wciąż trwał bez ruchu. I nic już nie mogło tego zmienić. Nie mieli jak zabrać go ze sobą. Siwy wiedział, że to on musi zacząć.

Lubił być na czele. Lubił, kiedy z Maxem naradzali się w ważnych kwestiach, a potem przedstawiali reszcie kolejne i kolejne, wymagane przez nowe okoliczności życiowe, sposoby na przetrwanie. Ale teraz wolałby, żeby to ktoś inny stał na jego miejscu. W ogóle tak bardzo chciałby być gdzieś indziej. Może w domu, którego nigdy nie miał? Ciekawe, jakby to było mieć dach nad głową, choć raz w życiu poczuć się bezpiecznie?

Otrząsnął się, jakby wyszedł z wody. Pewnie już nigdy się nie dowie, jak to jest mieć dom. Dlaczego w ogóle teraz o tym myśli? Czy dlatego, że chciałby, aby w końcu to nim ktoś się zajął, żeby to o nim ktoś pomyślał, a nie żeby to on w kółko musiał myśleć o wszystkim naraz i za wszystko odpowiadać? Widocznie miał swoją chwilę słabości. Max mówił, że czasem trzeba sobie na to pozwolić; że potem jest się silniejszym.

"Dobra, Max. Wiesz, jak jest. Nigdy cię nie zapomnę, stary" - Siwy pochylił się nad leżącym nieruchomo przyjacielem, delikatnie dotknął jego boku.

Przesłał mu ostatnie obrazy - obrazy przedstawiające ich wspólne wędrówki, szczęśliwe chwile, które spędzili w znalezionym kiedyś pustostanie; przekazał mu też obrazy, jakie pojawiły się w nim, kiedy Max opowiadał mu o domu, jaki kiedyś miał, choć i tak wiedział, że Max zabierze to wszystko ze sobą. Ale chciał jeszcze ten jeden raz z nim się połączyć.

A potem wyprostował się i odchylił głowę do tyłu.

Zawył tak mocno, że coś zakłuło go w sercu, ale nie zwracał na to uwagi. Wył dalej. Przeciągle, głucho; znalazł się w pustce, w której nigdy nic nie było i w której nigdy nic nie mogło się narodzić, nie miało jak. Miał wrażenie, że on sam też w niej zniknął. Złapał oddech, znów zarzucił głową do tyłu i zawył ponownie.

Kiedy i tym razem ten przeraźliwie głuchy i pusty dźwięk zaczął lekko przebrzmiewać, podjęła go Czarna. Uniosła swoją kształtną głowę, zamknęła piękne, brązowe oczy i zawyła ze wszystkich sił, jakby chciała dodać ich Maxowi. Siwy ponownie złapał oddech i znów zawył dołączając do Czarnej. A potem ten dźwięk, odprowadzający duszę na Drugą Stronę, podejmowany był przez każdego z nich osobno, w kolejności wyznaczonej przez najstarszy, pierwotny instynkt. Aż w końcu wyły już wszystkie, otaczając zwartym kręgiem nieruchome ciało. W kolejno podejmowanym i od nowa powtarzanym dźwięku pojawiła się melodia, tak przejmująca, że zatrzymała idącą po drugiej stronie ulicy Sarę.

Dziewczyna nie mogła uwierzyć własnym oczom.

Była świadkiem pogrzebu, psiego pogrzebu. Widziała psy zwartym kręgiem otaczające jednego z nich. Widziała, jak naprzemiennie podnoszą głowy i wyją. Widziała, że nikt poza nią nie widzi. Ale już nie pytała samej siebie: "Dlaczego tak jest?" Od dawna nie zadawała tego pytania. Widziała rzeczy, jakich inni nie widzieli, słyszała to, czego inni nie słyszeli. Od niedawna zaczęła pomału, bardzo pomału tym się dzielić. Nie miała innego wyjścia. To było nią, a ona była tym. Broniła się wystarczająco długo, omal nie przypłaciła tego życiem. Więc zaczęła mówić i bardzo szybko zrozumiała dlaczego tak bardzo się przed tym wzbraniała. Odkąd bowiem zaczęła nazywać po imieniu to, czego inni bali się o sobie wiedzieć, bo wytrącało ich to ze zwyczajowych kolein, kazało stawać twarzą w twarz z prawdą, jaka by nie była, a w pierwszej chwili zawsze wydawała się trudna do zniesienia - całe odium z tym związane często spadało na Sarę. Na samym początku silnie to odchorowała. I kiedy już myślała, że nie da rady, gdyż ludzka nienawiść dawała życie bezwzględnym potworom, istniejącym naprawdę, choć dostrzegalnym przez nielicznych, odnalazła w sobie zapomnianą wolę życia. To dało jej niesamowitą siłę, ale wciąż miała wrażenie, jakby nie była u siebie, wciąż brakowało jej tego czegoś... Gruntu pod nogami, przystani.

Wycie powoli cichło. Nie byli teraz w stanie patrzeć na siebie, to Max przyciągał ich spojrzenia. Patrzyli na niego, jakby chcieli przekonać się, czy ta pożegnalna pieśń wywarła na nim jakieś wrażenie.

- Odszedł - powiedział cicho Siwy. - I my też musimy się zbierać. Za chwilę zejdzie się tu więcej Dwunożnych, żeby podlewać marchewki na swoich poletkach. Jak zwykle będziemy zawadzać. Jazda! - powiedział trochę mocniej i głośniej, chcąc wyrwać ich z nastroju w jakim się wszyscy znaleźli.

- Ona nas widzi - powiedziała do niego Czarna patrząc na drugą stronę jezdni.

- Co? - Siwy na sekundę wypadł z rytmu. Myślał, że tylko on zdołał jakoś znaleźć się na powierzchni. Tymczasem Czarna, jego wieloletnia, świetna kumpelka była bardzo przytomna i dziwnie podekscytowana. Spojrzał tam, gdzie ona. Po drugiej stronie ulicy zobaczył jedną z Dwunożnych.

- Aaa, no rzeczywiście. Może dziś też nam coś przyniesie, wrócimy wieczorem i sprawdzimy.

- To ona przynosi nam tu jedzenie? To od niej? - Czarna zachowywała się, jakby nie mogła ustać w miejscu. Przestępowała z łapy na łapę.

Siwy popatrzył na nią ze zdziwieniem.

- No tak. Wiedźma. Czarownica. Tak nazywa ją jej stado. Wykluczyli ją. Nieoficjalnie, oczywiście. Jest inna, więc jedni jej zazdroszczą, a drudzy nienawidzą. No, ale wygląda jak wszyscy Dwunożni.

- Okropne jest to twoje określenie - Czarna ze zdenerwowaniem oblizała nos. Dawno chciała to powiedzieć Siwemu, ale nie miała do tego okazji.

- Gdy zaczniesz mówić o nich "ludzie", uwierzysz, że nimi są. A wtedy po tobie.

- Tego nie wiesz - Czarna odeszła kilka kroków od Siwego i usiadła.

- Nie wiem? Ja - nie wiem? - Siwy przyjął to ze spokojem. Starał się oszczędzać swoje stado, mówić im możliwe jak najmniej o tym, co wiedział o Dwunożnych, o tym, czego od nich doświadczył. Ale i tak przecież wiedzieli. Wiedzieli też, że Max miał dom i wiedzieli w jaki sposób stracił go kiedyś w jednej chwili, podczas pewnych wakacji wiele lat temu. Widzieli, jak to przeżywał. Jak trzeba go było wyciągać z niebytu, zmuszać do jedzenia. To po usłyszeniu jego historii Siwy przestał używać określenia "ludzie" i zastąpił je swoim własnym.

- Przepraszam - Czarna nawet na chwilę nie przestawała patrzeć na drugą stronę jezdni.

Sara zauważyła, że jeden z psów przygląda się jej. Odczuwanie tego, co nie mieściło się w ramach umownej rzeczywistości zawsze przenosiło ją gdzieś indziej i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że rytuał dobiegł już końca, a ona i pies po drugiej stronie ulicy wpatrują się w siebie, tak jakby odnaleźli się po długim rozstaniu.

- Piesku - powiedziała w myślach do psa. Ogarnęła ją fala jakiegoś dziwnego ciepła.

Czarna znów wstała. Poczuła ciepło, które popłynęło do niej od stojącego po drugiej stronie człowieka; ciepła, jakiego jeszcze nigdy nie zaznała. Max opowiadał, że kiedy miał dom i stado swoich ludzi, był wśród nich mały chłopiec od którego czuł takie właśnie ciepło - sprawiło ono, że świat zaczął wyglądać inaczej niż dotąd, że to, co ostre złagodniało, że na wszystko chciało się merdać ogonem. Max mówił, że tamten chłopiec go kochał. Tak to określał. Bardzo dokładnie opisywał chwilę, kiedy ostatni raz widział chłopca - jego wykrzywioną z rozpaczy, zapłakaną, czerwoną twarz w tylnej szybie samochodu, którym chłopiec z rodzicami jechał na wakacje. Nie miał nic do powiedzenia, był za mały. Jego rozpacz była nieistotna dla jego matki, poruszająca dla jego ojca, ojca bez żadnej siły przebicia. Co matkę chłopca z jednej strony irytowało, z drugiej - wykorzystywała to, kiedy tylko mogła. Jeśli sama czegoś nie czuła, traktowała to jako bzdurę i fanaberię. Widziała wtedy swoje rozpaczające dziecko, trudno było nie widzieć i nie słyszeć, płakało przez całą drogę. Pomyślała, że to mu dobrze zrobi, że się zahartuje, bo w końcu życie to nie bajka. O psie nie myślała w ogóle. Pensjonat, który znalazła dla nich na rodzinne wakacje, nie przyjmował zwierząt. Lepszego pretekstu do pozbycia się psa, którego nie wiedzieć skąd i po co przyniósł kiedyś do domu jej mąż, nie mogła sobie wymarzyć. Od tamtej pory nie zrobił nic nie konsultując z nią tego. Ale wszelkich konsultacji też starał się unikać. Wypełniał polecenia, kryjąc się sam w sobie, co też oczywiście kiedyś musiało się skończyć - bez słowa wyprowadził się z domu w dwa lata po owym wyjeździe - na razie jednak najstraszniejszą cenę za stworzenie niby - rodziny zapłaciło dziecko i pies.

Max wiedział, co stanie się z dzieckiem. Psy nigdy nie przestają kochać tych, których raz pokochały, a przeniknięcie umownej czasoprzestrzeni, aby odczytać poprzez nią ich los, nie stanowi dla nich problemu. Wiedział, że chłopiec zostanie weterynarzem. Że poświęci wszystko, aby pomagać zwierzętom; że z jego wiecznie otwartej rany wyrośnie piękne drzewo i da wspaniałe, zdrowe owoce. Dla innych, bo chłopiec do końca swoich dni będzie swoją ranę odczuwał, zwłaszcza poprzez sen, który wciąż będzie do niego powracał, a w którym wciąż będzie widział stojącego na środku jezdni, skonsternowanego, jeszcze nie rozumiejącego swojej tragedii psa. Niemal co noc będzie widział, jak pies biegnie za samochodem, coraz bardziej wycieńczony, z językiem na wierzchu, walczący o każdy oddech. Aż końcu odległość między nimi zacznie się zwiększać, aż w końcu po raz tysięczny zobaczy, jak pies się zatrzymuje, pada ze zmęczenia tam, gdzie stoi, choć wokół niego pędzą samochody. Na tym sen się urywał. A po przebudzeniu, po raz tysięczny, chłopiec, a potem już mężczyzna, uświadamiał sobie, że pies ocalał. Najpierw myślał, że sobie to wmawia, ale coś silniejszego od niego, pełnego przedziwnego, odwiecznego spokoju, mówiło mu, że tak jest naprawdę. To dlatego znalazł w sobie siły, aby pójść na studia i zacząć praktykę.

I dlatego Max zachował swoje imię. Imię było jego domem, który wszędzie zabierał ze sobą. Imię nadał mu chłopiec. Imię wyróżniało ze stada w którym większość miała ksywki związane najczęściej z umaszczeniem lub jakąś cechą charakterystyczną w budowie bądź w zachowaniu. Imię dawało siłę. Max zachował je z własnej woli; nie wszyscy którzy mieli kiedyś domy, chcieli choćby pamiętać swoje imiona. Max swoje kochał, bo kochał chłopca i

wiedział, że jest przez niego kochany. To mu pozwoliło w końcu się pozbierać, a potem wyrosnąć na przywódcę.

Imię. Czarna nigdy nie miała imienia.

- Idziesz? - pytanie Siwego wytrąciło ją z rozmyślań. Spojrzała na niego. Zauważyła w tle, za nim, stado, które znacznie już się oddaliło, poszli jak zwykle o tej porze w kierunku lasku mieszczącego się na granicy z działkami. Tylko Siwy na nią czekał. Na środku drogi leżało ciało Maxa i nagle jego widok, bez osłaniającego go kręgu, wywołał u Czarnej skurcz serca.

Sara widziała wszystko. Widziała, że niemal całe stado odeszło. I że zostały dwa psy, z tym, że jeden, najwyraźniej przywódca - nie potrafiłaby powiedzieć skąd to wie, jednak była całkowicie pewna, że duży, masywny pies o szaroburym umaszczeniu jest przywódcą stada - najwyraźniej chce odejść za resztą, tylko ten jeden czarny z którym udało się jej nawiązać kontakt jakoś się waha, jakby nagle nie wiedział, co ze sobą począć. Jakby obudziła się w nim tęsknota za czymś, czego nigdy nie miał. Jakby chciał zmienić kierunek. Jakby miał dość wszystkiego, co znał do tej pory.

Sara obudziła się dziś w identycznym nastroju. Na myśl o biurze do którego miała iść zrobiło się jej słabo. Już od jakiegoś czasu wiedziała, że nie nadaje się do tego, żeby w zamknięciu, między czterema ścianami, przekładać papiery z miejsca na miejsce, improwizować, że coś się robi, bo prawdziwej pracy, tego, co realnie było do zrobienia, starczało najwyżej na godzinę. Dusza Sary, w zamknięciu, wyła; nie mogła zajmować się czymś, czego nie czuła w żaden sposób. Nie potrafiła plotkować podczas przerw wyrywanych na kawę lub herbatę. Nie nadawała się pracy przy taśmie, nie nadawała się do roli anonimowego trybiku w machinie. Czuła, jak ucieka z niej energia, jak ucieka z niej życie. Resztkami sił udawała sama przed sobą, że jest taka, jak inni. Choć nie - udawała przed nimi, przed sobą już dawno nie była w stanie.

- Zaraz. Dogonię was - Czarna wciąż patrzyła na człowieka po drugiej stronie jezdni. Wciąż czuła to ciepło do niej płynące. Coś się w niej zmieniło; coś się zmieniło wraz ze śmiercią Maxa, zaczynała to rozumieć. Coś ta śmierć skończyła również dla niej.

Siwy podszedł do niej.

- Na co ty liczysz?

- Nie wiem. Na nic. Mam dość. Dogonię was - Czarna mówiła jak z automatu. Czegoś bardzo pragnęła, ale nawet nie ośmieliła się tego nazwać sama przed sobą. Może gdyby Max nie opowiedział im jak to jest mieć dom... Ale opowiedział. Ziarno zostało zasiane.

Sara zobaczyła, że szarobury pies podszedł do jej psa... Do jej psa? Jej pies. To określenie złapało ją za gardło. "Żadnego psa w tym domu!" - usłyszała w głębi siebie zdanie, jakim raczyła ją matka przez całe dzieciństwo, gdy Sara wciąż i wciąż powtarzała, że marzy o psie. Wierzyła, że za którymś razem przekona matkę, że ta tylko tak się z nią droczy; przecież była jej jedynym, ukochanym, wszechstronnie utalentowanym dzieckiem - przynajmniej tak matka wychwalała ją przed innymi. Dopiero z czasem Sara uświadomiła sobie, że nigdy za nic nie pochwaliła jej, kiedy były same. Ale zdanie "Żadnego psa w tym domu!" nie wymagało publiczności, wręcz przeciwnie, w dodatku było serwowane na zimno i w jednej sekundzie, co Sara zapamiętała szczególnie boleśnie. W końcu przestała mówić o swoim marzeniu. Ale nie przestała o tym myśleć. Myślała o tym zawsze, gdy spotykała gdzieś na swojej Drodze psy i koty. Bezpańskie, jak te tutaj. Zwierzęta znajomych. Psy nigdy na nią nie szczekały, koty same przychodziły na kolana. Rozumiała ich mowę, wiedziała, że to zrozumienie ma to samo pierwotne, czyste Źródło dzięki którym odczytywała Znaki, niezależnie od tego, czy znajdowała je w przyrodzie, czy w kartach Tarota, w Runach bądź w snach. Taki wgląd wymagał niewinności, a żeby ją zachować trzeba było tego tylko chcieć i o tym pamiętać, podtrzymywać to w sobie. Dla Sary było to proste i wiedziała, że może też być takie dla innych.

"Żadnego psa w tym domu!" - znów usłyszała gdzieś z głębi to zdanie. A potem powiedziała do siebie w myślach, tak, jakby dopiero teraz to sobie uświadomiła: "Od pół roku mam własne mieszkanie, mieszkam sama." Dotąd nawet nie powstało jej w głowie, iż mieszkając u siebie, mogłaby wreszcie zrealizować swoje marzenie. Raz wprowadzone kody, zwłaszcza jeśli są autorstwa bliskich osób, mają zwyczaj żyć własnym życiem, nawet wtedy, gdy znikają zasilające je zewnętrzne uwarunkowania.

- Daje nam czasem jeść, to prawda. Ale jej nie znasz - nie rozmawiali wprost, ale Siwy zaczął rozumieć, co się dzieje w głowie Czarnej. Pamiętał, jak wsłuchiwała się w opowieści Maxa, jaka była zachłanna w tym słuchaniu, a potem przeraźliwie smutna.

- Znam ją, znam - odpowiedziała Czarna i pomyślała: "Ktoś w kim jest tyle ciepła, tyle miłości, nie może być zły nawet gdyby chciał" - tego już nie chciała mówić na głos, bała się, że Siwy znowu coś do tego dopowie.

Siwy zamilkł. Kiedyś wierzył, że można odnaleźć swojego człowieka. Kiedyś, zanim zaczął mówić o ludziach "Dwunożni", tworząc z tego określenia fasadę dla tego o czym nie pozwalał sobie już marzyć. Kiedyś wierzył, a potem postanowił o tym zapomnieć. Tak czuł się bezpieczniej, miał wrażenie, że odkąd nauczył się tak myśleć, mniej spotykało go razów od przypadkowych Dwunożnych. Max był przeciwny takiemu myśleniu, wierzył do końca. Ale jemu było łatwiej; może gdyby Siwy spotkał w życiu choć jednego człowieka, myślałby inaczej... Ale czy miał prawo odbierać wiarę innym? Zrozumiał determinację Czarnej, zrozumiał, jaką walkę teraz toczy, zrozumiał, że stanęła między światami przyciągnięta na ich granicę uczuciem, które nagle się w niej obudziło. Spojrzał na Dwunożną stojącą po drugiej stronie ulicy. I zobaczył w niej człowieka, choć tak bardzo tego nie chciał. Lekko się cofnął. Fasada musiała trwać; nie wiedziałby nawet, jak się zachować, gdyby nagle runęła, czułby się bezbronny.

- Wiesz, gdzie będziemy, jakby co - powiedział szybko do Czarnej dając jej do zrozumienia, że jest wolna. Może wybierać.

Spojrzała na niego zaskoczona. Jednak Max miał rację, że wybrał go na swojego następcę.

- Dziękuję - powiedziała cicho. Wciąż się bała - tego, co się mogło wydarzyć i tego, co nie mogło. Może to wszystko tylko jej się wydawało?

Siwy kiwnął głową bez słowa i w tej chwili zauważył, że człowiek stojący po drugiej stronie jezdni właśnie przez nią przechodzi. Nie oglądając się już za siebie, pobiegł w kierunku lasku.

Sara weszła na ulicę nie sprawdzając, czy jedzie jakiś samochód; a powinna była to zrobić. O tej porze jeździło tędy dużo samochodów, ludzie dojeżdżali tędy do pracy - albo do centrum miasta albo w drugą stronę - do sąsiednich, mniejszych miejscowości. Ale nie rozejrzała się, nie pomyślała o tym. I tak przeszła przez zupełnie pustą ulicę, bo zadziały się odgórne, wielkie czary i na jakąś minutę ruch został wstrzymany. Właśnie po tym można poznać, że wychodzi się naprzeciw swojemu przeznaczeniu - wszystkie przeszkody znikają, wszystkie drzwi się otwierają. Dopiero kiedy przeszła przez dwupasmową ulicę, zdała sobie z tego sprawę. Aż przystanęła i obejrzała się przez ramię. Przez dziesięć sekund ulica wciąż jeszcze była pusta, potem znów zaczął się ruch, tak że przejście na drugą stronę stało się niemożliwe. "Zupełnie, jak w Truman Show" - pomyślała Sara wiedząc, że może sobie na to pozwolić, bo jej Bóg ma to, co z ludzkiej perspektywy nazywało się poczuciem humoru.

Podeszła do psa. Był tak ładny i zgrabny, jak jej się wydawało z daleka. I patrzył tak, jakby znał ją od zawsze, mądrze i przenikliwie.

W tej chwili zadzwoniła komórka w torebce Sary. Na wyświetlaczu telefonu pokazała się nazwa firmy w której pracowała i w której powinna być już od godziny. Nie było powodu, żeby dłużej udawać. Nigdy go nie było. Sara wyłączyła telefon.

- I co, piesku? - pochyliła się nad psem i pogłaskała go po pięknej głowie, pokrytej gładką, aksamitną sierścią. - Jesteś głodny?

Czarna zobaczyła miskę pełną jedzenia, a obok drugą - z wodą. Ten człowiek potrafił przekazywać obrazy, ten człowiek znał język zwierząt! Czarna zaczęła machać ogonem, radośnie jak nigdy w życiu.

- No pewnie, że tak - człowiek uśmiechnął się do niej. - Kupimy ci miskę i jedzenie. Ale przede wszystkim, bo przecież to ty decydujesz - chcesz ze mną zamieszkać? Chcesz iść ze mną do domu?

I wtedy Czarna zobaczyła swój dom, niewielki, ale przytulny. Zobaczyła swoje mięciutkie łóżeczko, które człowiek kupi jej za kilka dni. I zobaczyła to, co najważniejsze - dach, który zatrzyma każdy deszcz i śnieg, tak czasem nieprzyjemny i sprawiający, że z zimna, z braku suchego kąta w którym można by się przespać, traci się całą radość życia. Poczuła się bezpiecznie; wciąż napełniało ją też to niezwykłe ciepło... Nie mogła przestać się cieszyć, okrążyła z radości kilka razy swojego człowieka. Znalazła go, to się działo naprawdę!

- Mam na imię Sara - powiedziała Sara do szalejącego z radości psa, i wtedy zobaczyła siebie w psich oczach taką, jaka jest naprawdę. Nigdy w niczyich oczach nie odbiła się w ten sposób. Poczuła, że znalazła swój punkt odniesienia, którego tak jej brakowało, odkąd przestała ukrywać się z tym, co potrafi. Jakby dotąd dryfowała i wreszcie dobiła do brzegu.

- Ty chyba jesteś dziewczynką - kontynuowała.

Pies polizał ją po ręku.

Sara roześmiała się.

- Tak myślałam. Sara i Sandra - co ty na to? Chcesz być Sandrą? Pasuje do ciebie. Sandra - powiedziała przytrzymując głowę psa i patrząc mu prosto w oczy.

Czarna zobaczyła w oczach człowieka siebie. Po raz pierwszy w życiu. Dostała imię. Przestała dryfować i dobiła do brzegu; do brzegu o którym zawsze wiedziała, że jest, że musi być.

Miały już iść do domu, gdy nagle obie, wiedzione jakimś nienazwanym impulsem, spojrzały na ciało leżącego na drodze psa. Sara nie mogła go tak zostawić.

- Muszę zdobyć skądś łopatę - powiedziała do Sandry.

- Pani zostawi - usłyszały lekko schrypnięty, ale i silny głos w którym od razu wyczuły szczerość.

Za ogrodzeniem przylegającej do drogi działki stał mężczyzna; mocno opalony, w białym podkoszulku i w spodniach w kolorze khaki, szpakowaty, niezbyt wysoki, ale dobrze zbudowany, około pięćdziesięcioletni. Miał kilkudniowy zarost i tatuaże na obu ramionach.

- Zajmę się tym. Pod laskiem jest wydzielony kawałek terenu; cmentarzyk dla zwierząt. Pochowałem tam swojego psa, pochowam i tego.

- Naprawdę? - zapytała Sara, choć znała odpowiedź.

- Naprawdę. Już się za to biorę - mężczyzna chwycił jedną z kilku dużych, drewnianych skrzyń stojących na jego podwórku. W drugą rękę wziął łopatę.

Sarę coś ścisnęło za gardło.

- Dziękuję - powiedziała.

- I tak myślałem, żeby to zrobić. Widziałem, jak go żegnały. Serce się krajało.

Widział. On także; i stanowiło to jego rzeczywistość. Więc jednak nie była w tym sama.

- Jeszcze raz dziękuję. Do widzenia.

- Do widzenia.

Obie z Sandrą ruszyły do domu.


Anna Goluba



Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)