Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

31 stycznia 2004

Jerzy Niczyporuk

Wyprawa na Taniec Słońca
do rezerwatu Indian Czarnych Stóp na 'Sundance'

Kategoria: Szamanizm

- Indianie ? Myślałem, że wiem o nich wszystko - wspomina Jurek Niczyporuk. Wkroczyłem do rezerwatu Indian Czarnych Stóp z przeświadczeniem, że oto przybywam do świata dobrze mi znanej etnicznej kultury. Pierwszym nietaktem, jaki popełniłem, było wręczenie prawą ręką tytoniu wodzowi Cheef Moon z prośbą o adopcję do jego plemienia.

Wódz, człowiek w średnim wieku, na codzień nauczyciel z miejscowej szkoły, podrapał się po głowie i powiedział, że tak właściwie to on żadnego plemienia nie ma, ale skoro są chętni, to można by założyć...

Moje wyobrażenia o Indianach nie były budowane na książkach Karola Maya, ale na poważnych wydawnictwach historycznych. Wiedziałem jak wygląda obecnie życie Indian w rezerwatach. David Thomson, mój nauczyciel i przyjaciel, założyciel Sacred Circle Institute w Everett k. Seattle, opowiadał mi o rzeczywistości, w jakiej żyją obecnie Indianie; wiedziałem więc, że nie zobaczę sielanki, przypominającej kreskówkę dla dzieci - kończy Jurek.

David Thomson jako jeden z pierwszych nauczycieli przywiózł orędzie szamanizmu Indian Ameryki Północnej do Polski. Prawie od razu zyskał grupę gorących fanów i nic dziwnego, przekaz rdzennych mieszkańców Ameryki podany językiem współczesnej psychologii (David jest z wykształcenia doktorem psychologii), trafił do przekonania współczesnym Polakom. Taniec, w którym wcielaliśmy się po raz pierwszy w duchy zwierząt podczas prezentacji Davida na światowym zjeździe ośrodków holistycznych w Kazimierzu nad Wisłą [w maju 1994 - red.], zapoczątkował dziewięć wspaniałych lat warsztatów szamańskich w Polsce - wspomina Jurek.

Od tamtej pory Jurek przygotowywał się przez kolejne lata do najważniejszej ceremonii Indian - do Tańca Słońca. David w tym czasie tańczył swój Taniec Słońca w rezerwacie Czarnych Stóp w Albercie, a po czterech latach należał już do ich starszyzny. Podczas kolejnych wizyt w Polsce opowiadał coraz więcej na ten temat: o wizjach, o duchach zwierząt, które przemawiały do niego podczas transu, rozpalając pragnienie przeżycia tego samego u Jurka. Jurek był przeświadczony, że to coś właśnie dla niego. Od wielu lat zajmował się ekologią, walczył słowem i czynem w obronie Matki Ziemi. Poczuł, że czas na największe wtajemniczenie na ścieżce szamańskiej - na spotkanie z Wielkim Duchem na ziemi Indian. Jako wytrawny mówca Jurek miał dar przekonywania, wkrótce więc zgromadził wokół siebie grupkę śmiałków, pragnących również spojrzeć w oczy prawdziwym szamanom i udać się za głosem ducha przygody przez amerykańską prerię do kanadyjskiego rezerwatu. Wyprawa, bo takie nadano jej miano, miała charakter naukowo-badawczy. Przemek - świeżo upieczony psycholog z Gdańska, podłączył się z programem badań samooceny u kobiet wśród ludów tubylczych, prowadzonym przez Uniwersytet Gdański. Tomek - absolwent wydziału turystycznego UG, potraktował wyprawę Jurka na serio: brał udział we wszystkich przygotowaniach Jurka do ceremonii Tańca Słońca, powstało więc podejrzenie, że sam chce tańczyć, ale zadowolił się funkcją oficjalnego pomocnika. Ostatnim członkiem wyprawy był Maciek, rasowy biznesmen ze Szczecina, zaangażowany równie mocno w politykę, co w ezoterykę. Wyprawa naukowo-badawcza została zaplanowana na koniec czerwca; Taniec Słońca odbywał się jak co roku, w drugi czwartek lipca. Z dnia na dzień Jurek odczuwał coraz większą presję, to on miał być głównym bohaterem wyprawy...

Zgodnie z planem wylądowali na amerykańskiej ziemi, wynajęli samochód i przejechali przez prerie z fasonem. Nie było łatwo, w nocy na kempingach walczyli z szopami o zapasy żywności. Drżeli z obawy przed niedźwiedziami, zwłaszcza że wszędzie tablice ostrzegały o obecności tych niebezpiecznych drapieżników. Pewnej nocy zbudził ich dziwny szelest, Tomek, który spał pod gołym niebem, w jednej chwili stanął na równe nogi. W popłochu wskoczył do samochodu, gdzie błogo drzemał Przemek, nieświadomy zagrożenia. Przemek rzucił się na siedzenie zatrzaskując drzwi, Tomek krzyknął przerażony i powstało ogromne zamieszanie. Dwaj pozostali uczestnicy wyprawy wyjrzeli z namiotu i ujrzeli niemniej przerażonego szopa, który usiłował pożywić się resztkami kolacji. Wreszcie dojechali do rezerwatu, Jurek zaczął z "grubej rury", powitał wodza i poprosił o adopcję do plemienia Czarnych Stop, wódz oniemiał, ale zreflektował się i w końcu przystał na propozycję Jurka. Zaczęły się przygotowania do ceremonii, zjechała spora grupka tancerzy i pomocników z różnych stron świata, w tym silna grupa z Polski. Wszyscy chodzili z zatroskanymi minami czyniąc przygotowania do ceremonii, głównie w dyskusjach i obserwując Indianina, który w pewnej odległości kosił trawę od świtu do zachodu słońca. Zmęczeni uczestnicy zapytali go wreszcie, co maja robić. Okazało się, że był to człowiek odpowiedzialny za wszystkie przygotowania.

- Dlaczego nam nic nie powiedziałeś? - mówili oburzeni. - Nie pytaliście, więc myślałem, że nie chcecie pracować - odpowiedział.

Przyszedł czas na kolejny etap przygotowań: budowanie obozowiska. Część tancerzy przywiozła tradycyjne tipi, inni rozlokowani byli w wygodnych mobilehouse'ach, mniej szczęśliwi w namiotach. Podróżnicy z Polski przywieźli biało-czerwone tipi, które stało się przedmiotem ogólnego podziwu.

Właściwe przygotowania zaczęły się od ścięcia i przyniesienia drzewa życia. Odbywało się to w sposób ceremonialny, mężczyźni poszli do lasu, wybrali odpowiednie drzewo, które po ścięciu nie mogło dotknąć ziemi, miało "śnić", że wciąż żyje. Takie drzewo w tradycji Indian jest symbolem centrum ziemi, istotą pomiędzy dwoma światami: niebem a ziemią, symbolizuje również trans, który przechodzą tancerze podczas ceremonii. Drzewo ustawiono w środku kręgu, w specjalnie zbudowanym harbour.

Teraz tancerze rozpoczęli swoje przygotowania od głodówki, która miała potrwać cztery dni, czyli przez cały czas trwania Tańca Słońca. O wschodzie słońca pierwszego dnia odbyła się pierwsza sweatlodge - łaźnia szamańska.

- Było bardzo gorąco - wspomina Jurek - Do małego namiotu w kształcie kopuły, symbolizującego łono ziemi, najpierw weszła starszyzna plemienna, potem tancerze w kolejności od najbardziej do najmniej doświadczonych, na końcu pomocnicy. Wypowiedzieliśmy intencje. Potem odprowadzono nas do kręgu modlitewnego wokół drzewa życia. Tańczyliśmy w określonym porządku od wschodu do zachodu słońca, wznosząc dłonie w rytm uderzeń rytualnych bębnów i modląc się do Wielkiego Ducha. Miałem w dłoni trzy orle pióra, inni trzymali w dłoniach skrzydła drapieżnych ptaków. Tańczyliśmy w transie przez długie godziny, które wydawały się wiecznością. Stopniowo granice między jawą a wizją zacierały się. Zobaczyłem nagle, jak zwyczajni ludzie przeistaczają się w prawdziwych wojowników, czas cofnął się o sto lat. Wokół mnie tańczyli ubrani w pióra i amulety tancerze słońca - synowie i córki tej ziemi. Rozmawiałem z kamieniami i drzewami, które przybierały ludzką postać. Przychodziły do mnie duchy zwierząt.

Pod koniec dnia wiedziałem, że moje miejsce jest gdzie indziej, wśród tych, którym trzeba pomóc; że przyjechałem tu po to, żeby pomóc innym ukończyć taniec, więc postanowiłem wyjść z kręgu tańczących. Powiadomiłem wodza o mojej decyzji - mówi Jurek.

- Wszystko jest tak jak ma być - skwitował wódz.

- Drugiego dnia zajmowałem się już pracą na rzecz obozu i pomocą dla tych, którzy nie wytrzymywali czterdziestostopniowego upału - wspomina Jurek.

Trzeciego dnia ochotnicy, wspierając się laskami z głową kojota lub orła, ciągną czaszki bizonów, zaczepione o skórę na plecach. Czaszki muszą się zerwać pod własnym ciężarem, dopiero wtedy ochotnik może odejść. Jeśli skóra jest mocna, doczepia się kolejne czaszki, a kobiety kładą na nie chusty, żeby je dodatkowo obciążyć... Taki wyczyn daje tancerzom możliwość wypicia kubka szałwii, która po trzech dniach głodówki bez jedzenia i bez picia smakuje jak ambrozja. Czwarty dzień to moment kulminacyjny całej ceremonii, w tym dniu tancerze przechodzą piercing. Mężczyźni nacinają skórę na klatce piersiowej i przeciągają ociosane kołki przez nacięcia, kołki przywiązane są do liny, która wiąże tancerza z drzewem życia; następnie mocnym szarpnięciem odrywają przeciągnięty przez skórę kołek i linę. Według Indian jedyną rzeczą , którą człowiek posiada na własność, jest jego własne ciało, a więc tancerze składają w ofierze to, co tak naprawdę posiadają na własność: własne ciało i krew. Kobiety również odbywają piercing, przy czym nacinają skórę na ramionach. Kołek przeciągnięty przez skórę ma doczepione orle pióro; kobiety proszą kogoś ze starszyzny, aby wyrwał orle pióro z ich ramion ostatniego dnia ceremonii.

- Moją linę - mówi Jurek - porzuconą przeze mnie już pierwszego dnia, uhonorował mój przyjaciel, medicine man - Jim Two Crow. Zerwał skórę z piersi z moją liną, aby tradycji stało się zadość. "That was easy" - powiedział na koniec. To było najmocniejsze doświadczenie w moim życiu. Złożyłem przyrzeczenie, że zgodnie z tradycja będę przyjeżdżał przez kolejne trzy lata jako pomocnik, żeby uhonorować tradycję i dokończyć mój Taniec Słońca - kończy Jurek.

spisała
Malwina Milena Niczyporuk
4 października 2003 (w Tarace 31.01.04)




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)