zdjęcie Autora

13 grudnia 2012

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Wyścig szczurów, wścieklizna i wypadek (2)

Kategoria: Twórczość

« Wyścig szczurów, wścieklizna i wypadek (1) Czułość świata »

Po dwóch tygodniach dostałam wszystkie papiery i pełnomocnictwa i wróciłam do Warszawy, ale cień tych strachów i rozterek we mnie pozostał. Pozornie całymi dniami byłam zajęta, w szafie wisiał elegancki kostium, na wypadek, gdyby trzeba było wieczorem iść na jakieś przyjęcie i często to się zdarzało, ale byłam tak wymęczona, że miałam całego świata dosyć. Na przyjęciach (w dodatku w najnudniejszym dla mnie światku sportowym, na imprezach typu „nagroda sportowca roku” — (to materiał na osobną opowieść o mechanizmach działania mediów) oczy mi się zamykały, a poznanie miss nastolatek 1995 pogrążyło mnie w jeszcze większej melancholii — tak bardzo pasowało do polskiej wersji FIRMY

         W tym samym czasie mąż po powrocie z zagranicznego kontraktu pracował w kolejnej w ciągu roku firmie-krzak, pan dyrektor po trzech miesiącach bezrobocia, zestresowany, zarabiający grosze, więc nie było mowy, żeby wziąć to wszystko i rzucić w diabły, bo moja pensja stanowiła podstawę bytu, a i jego sytuacja była o wiele gorsza od mojej, bo w każdej chwili albo firma mogła paść, albo nie zapłacić pracownikom, albo ich wygonić. Moja robiła poważniejsze wrażenie przynajmniej. Musiałam więc pazurami i zębami trzymać się tego co mam i na pociechę powtarzać sobie, że gromadzę balast ciekawych przeżyć, choć nic w nich ciekawego nie było, poważna literatura amerykańska już takie konflikty przemieliła nie jeden raz, a „FIRMĘ” jako gatunek rozrywkowy napisano przede mną, choć oczywiście ja bym to zrobiła lepiej, mniej sensacji, więcej drapieżności, starcia charakterów i nieuchronny w tle cień rewolucji...Do tego polskie realia ,tfu...Czyli ślepa uliczka samooszukiwania się i samopodtrzymywania na duchu.

         No, ale w mojej firmie za chwilę John Grisham, autor bestsellerowej FIRMY (wyd. polskie 1991 rok), z podwiniętym ogonem ustąpi pola Stephenowi Kingowi.

         Stephen King ma coś z Hitchcocka — leniwe popołudnie, nic się nie dzieje, czytelnik jednak wie, że tam w nieoświetlonej chwilowo przestrzeni gromadzi się jakiś kłąb czerni, nic określonego, ale przez to bardziej groźnego, i zresztą nie zawsze do końca książki zostanie to coś zdefiniowane. Jedyne uproszczenie Kinga polega na założeniu, że to coś jest ZŁE, ale ja bym takich założeń nie robiła, skoro nie wiem, co to jest, skąd mogę wiedzieć że jest złe, zwłaszcza, że nie wiem czy to coś jest poza mną (jak u Kinga), czy może we mnie... Może to nie jest wcale złe, tylko my nie umiemy się z tym obchodzić?

         Zostawiając na boku dygresje, zmuszona jestem skonkretyzować to, co mi się przydarzyło.

         Siedziałam sobie spokojnie w autobusie dojeżdżającym do placu Bankowego w późny poranek listopada, chłodny, słoneczny i rześki; w autobusie wcale nie było duszno; ja nie byłam zestresowana, miałam przed sobą raczej spokojny dzień, kiedy nagle, ni stąd ni zowąd ogarnął mnie paniczny strach. Był tak silny i tak bezprzedmiotowy, że przerażenie z powodu tego nieoczekiwanego bezprzedmiotowego strachu nakręciło jeszcze spiralę. W mgnieniu oka zrobiłam się mokra od stóp do głów, potem, kiedy dojechałam do pracy, wszystko co miałam na sobie można było wyżymać.

         Nie mogę powiedzieć, że przedtem ataki lęku nie zdarzały mi się. Owszem boję się mostów nad rzekami, zwłaszcza kiedy jadę pociągiem, lotu samolotami, wysokości, otrucia grzybami, ale są to dobrze mi znane, oswojone fobie, z którymi nauczyłam się dawać sobie radę, nigdy jednak nie zdarzyło mi się coś takiego. Kiedy ten atak minął, pomyślałam, że jestem na coś chora, może jakaś choroba mająca powiązanie z mózgiem...Pomyślałam o tym ugryzieniu przez psa, może tak zaczyna się wścieklizna...Wariacka panika bez powodu nakazująca psom gnać przed siebie...

         Poszłam więc do lekarza pierwszego kontaktu dowiedzieć się, jak to jest ze wścieklizną, ile czasu wylęga się u człowieka, kiedy można mieć pewność, że się nie zachoruje. Przedtem oczywiście zadzwoniłam do znajomego mojego męża, lekarza domowego, ale ten tylko zbył mnie żartami, że ludzie po kilku latach od ugryzienia chorowali i że wtedy już nie wiadomo czy to od ugryzienia psa i tym podobne historyjki. Innymi słowy nie potraktował mnie poważnie. Dorwałam gdzieś Encyklopedię zdrowia i tam wyczytałam mądre zdanie na interesujący mnie temat: „W zasadzie wystąpienie objawów choroby następuje po około 6 tygodniach od ukąszenia” Wszystko byłoby dobrze, żeby nie to „W zasadzie” i „około”. Pies pogryzł mnie 3 października, więc w końcu listopada powinnam już być pewna, że po niebezpieczeństwie. Ale przecież mijało dopiero owe 6 tygodni...Teraz już kolejne napady lęku  miały realniejsze podstawy, ale nadal było dla mnie tajemnicą, dlaczego występowały na przykład ni stąd ni zowąd, kiedy o sprawie nie myślałam, a nie było ich kiedy rozważałam wszelkie aspekty owych „W zasadzie” i „około”.

Dla przecięcia więc wszystkich swoich dylematów udałam się do zakładowej przychodni zdrowia. Tu bardzo dokładnie wyjaśniłam pani doktor swoje wątpliwości dotyczące terminu wystąpienia pierwszych objawów wścieklizny, ale pani doktór uznała to za problem wyłącznie dla psychiatry. Stwierdziła, że powinna pomóc terapia zdroworozsądkowa: Takiego bogatego biznesmena stać chyba do cholery na szczepienie swoich psów, niezależnie od tego czy mają zaświadczenia czy nie i w jakiej formie te zaświadczenia są wystawione. Ponadto gdyby ten pies był wściekły, to dawno by już zachorował, a biznesmen poszukiwał mnie wszelkimi sposobami celem zapobieżenia wypłacie ogromnego odszkodowania w razie mojej śmierci wynikłej z powodu wścieklizny jego psa. Pracuję przecież w ubezpieczeniach, czyż nie? Skoro takie wytłumaczenie przekonuje mój rozsądek, ale nie zapobiega napadom lęku, jest świadectwem zawirowań mojej psychiki.

         Wzięłam skierowanie do psychiatry, ale nadal nie byłam przekonana. Z miesiąc wcześniej zmienili mi lekarze zestaw leków na nadciśnienie, więc następnym moim pomysłem było to, że któryś z tych nowych leków po długotrwałym zażywaniu powoduje skutki uboczne w sferze psychiki. Miałam już do czynienia z czymś takim kilkanaście lat temu, kiedy po półrocznym  braniu jednego leku na nadciśnienie popadłam w prawdziwą rozpacz i płakałam bez przerwy trzy dni, aż się okazało, że z powodu takich właśnie skutków ubocznych lek ten właśnie wycofywano z aptek. Po trzech dniach od zaprzestania stosowania go, wróciła mi radość życia. Myślałam więc, że może i tym razem tak będzie, ale nikt nie słyszał o podobnych skutkach ubocznych leków które brałam, więc ponieważ napady lęku powracały, szczególnie wówczas, gdy byłam odprężona i odpoczywałam, postanowiłam jednak pójść do psychiatry.

         Zapisałam się do niego, ale po przejściu testów i rozmów z psychologiem po prostu uciekłam. W recepcji zażądano ode mnie dowodu osobistego, książeczka ubezpieczeniowa nie starczyła, paszport też nie. Zauważyłam, że spisywano numery dowodów osobistych pacjentów i gdzieś z nimi wychodzono. Nie byłam więc pewna czy nie znajdę się w jakimś „rejestrze”, z którego trudno będzie potem się wypisać. Także nie byłam pewna czy przypadkiem nie znakuje się w jakiś sposób dowodów osobistych np. na użytek policji. Tak więc po prostu zwiałam.

         Nie wiem jak to wszystko dalej by się potoczyło, czy starczyłoby mi siły, żeby samodzielnie walczyć z tymi napadami lęku, gdyby nie to, że mężowi zaproponowano pracę za granicą. Wyjazd miał nastąpić 1 stycznia, więc wszystko, przygotowania, zakupy i inne czynności wypełniły te parę dni, które dzieliły nas od świąt. W tym całym zamieszaniu napady lęku ustąpiły, jakby ich nigdy przedtem nie było.

         Mąż wyjechał, a ja rozpoczęłam życie na własną rękę. Początkowo nawet byłam bardzo zadowolona, czułam się swobodniejsza, odpadło nużące gotowanie obiadów. W pracy miałam mikrofalówkę, więc odgrzewałam sobie jakieś gotowe kupione w sklepie obok danie, tak samo rano kupowałam jakiś twarożek i bułeczkę, wydatki moje zmalały ogromnie, wracałam z pracy późnym wieczorem, więc nie miałam żadnych potrzeb.

         Czasami przyjeżdżał po mnie do pracy syn i w taki właśnie sposób znalazłam się w jego samochodzie 19 stycznia. Ulice były już puste, więc jechaliśmy bardzo szybko, Syn był po całonocnej i całodziennej jeździe, właśnie wracając z trasy zajechał po mnie, byliśmy więc oboje zmęczeni i spieszyło nam się do domu. W wypadku, który nastąpił, nie było żadnej jego winy, ale możliwe, że jego zmęczenie miało wpływ na czas reakcji. Trudno zresztą to później ocenić.

         Z bocznej, podporządkowanej jezdni, spod znaku STOP, nie zatrzymując się ani nie zwalniając nawet, wyjechał samochód kierowany przez starszego, skądinąd sympatycznego pana, który właśnie odwiózł umierającą matkę, staruszkę do szpitala i był taki skołowany, że nie bardzo wiedział co robi.

         Jego samochód uderzył całym pędem w boczne drzwi, tam, gdzie właśnie siedziałam. W wyniku uderzenia fotel zawinął się dookoła mnie, a potem oderwał się od podłoża i poszybował do przodu. Miałam zapięte pasy, więc one utrzymały mnie z tym fotelem na miejscu, ale były dość luźne, jeszcze starego typu, bez napinaczy, więc dostałam jakby obuchem w piersi. Samochód odrzuciło z jezdni, przez chodnik na słup, a potem ścianę domu.

         Był to jeden z tych wypadków, że kiedy ogląda się pogięty wrak, trudno uwierzyć, że tam jeszcze ktoś przeżył.

         Przeżyłam ale byłam tak zaklinowana w tym żelastwie, że nie mogłam się wydostać. Kiedy ocknęłam się, zaczęłam się szarpać w środku, ale nie mogłam się wydostać przez to, że fotel zawinięty był wokół moich nóg. Czułam smród lejącej się benzyny, a ludzie na ulicy wrzeszczeli że benzyna się leje i dlatego nikt nie odważył się podejść i mnie wyciągnąć. Moja wyobraźnia już podsunęła mi wszystkie oglądane w filmach sceny z palącymi się ludźmi w samochodach i był to ostatni, napaskudniejszy atak paniki. Teraz wierzę że można ze strachu umrzeć.

         W międzyczasie syn trochę oprzytomniał i wyciągnął mnie razem z resztką fotela z samochodu i wtedy poczułam taką ogromną ulgę. Pierwsza moja myśl była, że już nie muszę się bać, że to co miało się stać, już się stało i że przed tym ostrzegał mnie mój lęk. Przypomniałam sobie jak gdzieś ze trzydzieści lat temu wróżyła mi nawiedzona starucha żyjąca jak za dawnych lat na skraju wsi (z wdzięczności za to, że pozwoliłam jej brać zlewki z kolonijnej kuchni) i powiedziała mi, oprócz rzeczy które się sprawdziły w 100%, jak to że będę miała męża bruneta i bliźniaki oraz inne, że będę żyła spokojnie i długo z jednym wyjątkiem, w wieku średnim moje życie zawiśnie na włosku i jeśli się z tego wykaraskam, będę żyła długo i raczej bez większych kłopotów. Tak więc spełniła się ostatnia rzecz z jej wróżby.

         Przypomniałam sobie, że dwa dni wcześniej jechaliśmy z synem i w międzyczasie znaleźliśmy się między dwoma wielkimi ciężarówkami i jedna z nich, ta od mojej strony, zaczęła zbaczać, zagrażając, że nas ściśnie. Popadłam w panikę, zaczęłam coś wrzeszczeć, ale syn po prostu zatrąbił i ciężarówka odbiła w prawo. Poprzedniego zaś dnia jechałam z pracy tramwajem i ciężarówka uderzyła w bok tramwaju, tuż przede mną w drzwi. Trochę było ludzi, którzy się poprzewracali, ale ja siedziałam, wprawdzie tuż za drzwiami, ale nic mi się nie stało.

         No i czy to nie było tak, jakby ktoś na mnie polował? Po wypadku syn biegał wokoło i opowiadał, że mama tak się zawsze bała, gdy coś zbliżało się z jej prawej strony i to była prawda, bo jako leworęczna czuję się pewniej ze swojej lewej strony.

         Żeby już skończyć to nieprzyjemne dla mnie opowiadanie, pogotowie zabrało mnie do szpitala, ale po prześwietleniach stwierdzili, że nic nie mam złamanego, zrobili mi EKG, ale było w porządku i pojechałam do domu. W domu położyłam się spać i obudziłam się w nocy z uczuciem, że zaraz umrę. Zrobiło mi się słabo, a zamiast oddechu rzęziłam i ślina ciekła mi z ust. Tak samo, jak moja mama, gdy umierała. Przyjechało drugi raz pogotowie i lekarz wysłuchał, że w worku osierdziowym znajduje się płyn, prawdopodobnie krew z uszkodzonego serca. Ale to już zupełnie nowa historia, szpitale, ksiądz wyciągający rękę po datek zamiast udzielenia wsparcia i myśli o umieraniu, depresja, wegetacja na 360-złotowej rencie i powolne dokonywanie zmian w swoim życiu, zawrócenie z dotychczasowej drogi.

         Choć jestem pogodna i spokojna, żyję bez większych stresów i komplikacji, nie mogę się ustrzec od z głębi pochodzącego przekonania, że wszystko w każdej chwili może się odmienić na nieprzewidywalne.

         To coś takiego, jakby coraz mocniej doduszając i okiełznawszy wreszcie rzeczywistość, sprowadziwszy ją na spokojne i uregulowane tory, szykować sobie nieprzewidywalną erupcję, niszczącą wszystko dookoła. Przeregulowane rzeki, gospodarka opanowana przez wielkie struktury, prawo regulujące zapalenie papierosa w określonym miejscu lub innych użycie innych specyfików, klimat psuty wypuszczaniem doń ogromnych ilości gazów — to wszystko może w jednej chwili odwinąć się i dać nam pięścią w nos — ludzkości i konkretnie mnie, żyjącej w przeregulowanej społecznie i osobiście rzeczywistości. I ciągle brniemy w złą stronę — czytam o projekcie zmiany prawa, penalizującym agresywne wypowiedzi.

         Oczywiście nie wierzę w koniec świata, a właściwie w jego konkretny moment, jednak przy tej okazji warto nad tym dociskaniem rzeczywistości pomyśleć.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Wyścig szczurów, wścieklizna i wypadek (1) Czułość świata »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)