Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

07 maja 2003

Marek Lubiński

z cyklu: Wysoka Selva

Wysoka Selva
Peru, Selva, jej mieszkańcy, curanderos i ayahuasca. Wywiad przeprowadził Wojciech Jóźwiak

Kategoria: Szamanizm
Tematy/tagi: ayahuascaHarnerIndianie Ameryki Łacińskiej

  (1)    2    dalszy >  

wywiad przeprowadził Wojciech Jóźwiak

Zobacz zdjęcia

WJ: Jak to się stało, że osiedliłeś się w Peru? Czy to był Twój świadomy wybór, plan, do którego się starannie przygotowywałeś - czy, przeciwnie, zbieg okoliczności? Czym była ta siła, która Cię przeniosła na drugą półkulę?

ML: Myślę, że coś takiego jak zbieg okoliczności nie istnieje, albo inaczej: wszystko, co nas spotyka na drodze jest zbiegiem okoliczności... Z jednej strony zawsze było mi za ciasno w Europie, zawsze coś podświadomie jakby pchało mnie dalej... Mówiąc ściślej, zawsze i wszędzie było mi za ciasno, na początku w moimi mieście rodzinnym - Lubartowie, wyjechałem więc z niego do Krakowa, potem do Warszawy potem zrobiło mi się za ciasno w Polsce i opuściłem jej granice... Do wyjazdu do Peru namówiła mnie moja żona, która jest Peruwianką. Pojechałem najpierw jako turysta, potem wróciłem do Europy, ale w zasadzie tylko po to, aby pozakańczać bieżące sprawy i wyprowadzić się do Peru już na stale. Planu specjalnego w tym nie było, raczej improwizacja i żądza przygód. Na początku było ciężko, nowy teren, nieznany, nowi ludzie, sytuacje, układy.., musiałem to wszystko sam powoli poznawać, aby móc się tutaj odnaleźć. Po dwóch latach mego pobytu tutaj odnalazłem duchowy sens mego bycia w tym kraju. Różne są wyroki przeznaczenia... Teraz, z pewnej perspektywy widzę w tym właśnie rękę przeznaczenia, czyli... Święty Przypadek.

WJ: Czy potrafisz zwięźle powiedzieć, CZYM jest Peru? (Bo jak się patrzy na mapę, to widać kraj ze cztery razy większy od Polski, dziwnego kształtu: jakby chciał wylać się wzdłuż Amazonki aż do Atlantyku, ale mu się nie udało, złożony z trzech niepodobnych do siebie stref klimatycznych - wybrzeże, góry i Amazonia...)

ML: Widzisz, większość krajów Ameryki Płd. zanim przekształcona została w oddzielne państwa, była koloniami europejskich mocarstw. Tak zwane wyzwolenie nie było procesem naturalnym, nie ewoluowało w czasie i nie wypłynęło z potrzeby serca mieszkańców Peru, Boliwii, Ekwadoru czy Chile do posiadania oddzielnego państwa. Była to raczej kontynuacja ekonomiczno-politycznej rywalizacji dwóch kolonialnych potęg: Anglii i Hiszpanii i różnych grup interesów wewnątrz tych krajów. Oficjalna wersja historii oczywiście o tym nie mówi, ale wiadomo jest, że ci wyzwoliciele ówczesnej Ameryki Płd.- mam na myśli Bolivara czy San Martina - to byli masoni w 33 stopniu wtajemniczenia, powiązani ściśle z interesami korony brytyjskiej i interesami londyńskiego City. Tutaj granice krajów, ich zmiany czy wojny między państwami wybuchały i wybuchają w zacisznych gabinetach bankierów i właścicieli potężnych korporacji ponadnarodowych, władających na przykład pokładami złota czy ropy naftowej. Trudno też tak naprawdę mówić o narodzie peruwiańskim. Taki bowiem nigdy nie zaistniał i nie zaistnieje chyba szybko. Mieszkańców Costy, czyli wybrzeża, Sierry czyli Andów oraz Selvy,*

* Selva - hiszp. 'las'. Słowo to pisane tu z dużej litery oznacza krainę geograficzną, Amazonię peruwiańską; pisane z małej: las tropikalny. Przypis "Taraki".
czyli Amazonii łączy wspólny język przywieziony przez hiszpańskich kolonizatorów, ale też nie wszystkich, bo istnieją jeszcze takie plemiona indiańskie, które nie mają prawie w ogóle kontaktu ze światem zewnętrznym i mówią własnymi językami - w Andach jest to keczua (Quechua), dawny język Inków, a w Amazonii istnieje coś koło stu różnych języków. Tam komunikacja jest dość utrudniona ze względu na trudny charakter terenu i brak dróg. Są tam np.
* Kreole - tak pierwotnie nazywano efekt mieszanki Białego z Indianką lub vice versa, w tej chwili określa się tak mieszkańców Costa, czyli Wybrzeża. Przypis Autora.
plemiona małe, złożone z kilkuset członków, które mają własny język i nie potrafią się dogadać z plemieniem żyjącym od nich w odległości 100 km. Poza tym mieszkaniec wybrzeża, Kreol* lub biały nie utożsamia się w żadnym wypadku z mieszkańcem Andów czy Amazonii, przeciwnie - istnieją między nimi ogromne antagonizmy, wynikające z takich a nie innych relacji społecznych.

Peru to bardzo trudny kraj, pod każdym względem. W sensie społecznym, w kontekście relacji w tym kraju rozpatrywanym jako całość, jako państwo, jawi się jako jeden wielki węzeł gordyjski, a dziki, w zasadzie niekontrolowany liberalizm ekonomiczny, połączony z państwową niewydolną machiną biurokratyczną pogarsza jeszcze tę sytuację. Nawet, jak słusznie zauważyłeś, sama geografia kraju wskazuje, że jest on sztucznie zlepiony. W czasach imperium Inków Andy stanowiły obszar oddzielny pod względem kulturowym od reszty. Amazonia żyła swoim życiem, tam imperium nie sięgało swoją władzą, jedynie utrzymywano kontakty handlowe albo łowiono niewolników dla Inków... Miało być zwięźle, ale ten temat nadaje się na naukową rozprawę...

WJ: Czy w Peru czujesz się u siebie? Czym dla Ciebie jest teraz ten kraj?

ML: W zasadzie tak. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że w ogóle bardzo łatwo i stosunkowo szybko się aklimatyzuję w nowych miejscach. W Peru zajęło mi to trochę ponad rok. Ludzie, jak pewnie wiesz, dzielą się na ludzi-ptaki, którzy w każdej chwili gotowi są do lotu, i na ludzi-pniaki, którzy czują się nieswojo już 100 metrów za końcem swojej miedzy... Ja należę do tych pierwszych, więc wszędzie jestem jednocześnie w domu i w drodze. Inaczej rzecz ujmując nie przywiązuję się bardzo do miejsc, bo przechodniem tylko tu jestem... W tej chwili Peru jest dla mnie moim domem, gdyż potrafiłem będąc tutaj nadać swemu pobytowi w Peru ważny i głęboki sens. Mówię z jednej strony o założeniu rodziny - żona i trzech synów, a z drugiej zaś odkrycie życiowego powołania, jakim stało się dla mnie ziołolecznictwo i studia nad naturalną medycyną amazońsko-andyjską. Poza tym Peru to wspaniałe miejsce dla poszukiwacza przygód, a ja na pewno nim jestem...

WJ: Co takiego jest w Peru (lub co takiego ma Peru), czego nie znalazłeś (czego nie ma) w Polsce?

ML: Peru ma to czego nie ma już Polska, czy w ogóle, czego nie mają już kraje o wysoko rozwiniętej cywilizacji technicznej. Przede wszystkim charakter rodziny. Tutaj jest ona jeszcze prawdziwą wartością. Co to znaczy w praktyce? Oznacza to, że nie została przerwana komunikacja między rodzicami a dziećmi, między dziadkami a wnukami, między braćmi, itd., znakomicie funkcjonują na codzień nie tylko rody, ale całe klany rodzinne. Na porządku dziennym są spotkania, wzajemne wizyty, przyjęcia z domowym jedzeniem, muzyka i tańcem. Każdy pretekst jest dobry, aby zrobić fiestę i spotkać się w rodzinnym gronie, no i oczywiście tańczyć, bo Latynosi bez tańca i muzyki nie żyją. Ja czuję się w tym wszystkim jak ryba w wodzie. Poza tym tu zawsze na rodzinę możesz liczyć, że w trudnych momentach da ci oparcie i pomoc. To bardzo cenne wartości, które w Polsce, w ogóle chyba w całej, zajętej tylko konsumpcją Europie, zostały zagubione. A szkoda... Poza tym Peru, a konkretnie Amazonia peruwiańska to świat, który dopiero odkrywamy, świat jeszcze dziewiczy, pod każdym względem: przyrody, ludzi, ich zwyczajów, i to jest właśnie to, tego w Polsce nie ma. Świat naprawdę pełen takich tajemnic, o których nam się nawet nie śni... Chociaż niektórym coś tam już świta... Poza tym czas: tutaj mierzy się on inaczej, wyjeżdżasz z Limy do Selvy i od razu zaczynasz inaczej żyć. Dostosowujesz swój zegar do zegara natury...

WJ: Znaczna część ludności Peru to Indianie. Co to znaczy w Peru być Indianinem?

ML: Być Indianinem w Peru znaczy przede wszystkim być biednym i walczyć codziennie o przetrwanie. Indianie, szczególnie Indianie Amazońscy to ludzie, którzy żyją w Peru poza marginesem społeczeństwa. Nie ma problemu, kiedy dotyczy to zagubionych gdzieś w dżungli małych plemion, tych jeszcze nie-kontaktowanych, czyli takich, które nie miały jeszcze żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, one bowiem żyją w swym naturalnym, od setek czy tysięcy może lat nie zmienionym otoczeniu, żyją tak, jak potrafią i są zadowoleni, bo innego życia nie znają. Gorzej jest natomiast tam, gdzie świat zewnętrzny, przede wszystkim świat wielkiego kapitału wszedł, aby realizować swoje cele, które zawsze pozostają w konflikcie z celami miejscowej ludności. Ten świat wchodzi tam z butami, niszczy, eksploatuje, ale nie oferuje niczego w zamian. Rozbudza apetyty, ale ich nie zaspokaja, nie daje takiej możliwości, bo jego cel to zdobyć bogactwa jak najtańszym kosztem, czyli właśnie kosztem Indian amazońskich czy andyjskich.

Istnieje ogromna różnica mentalna pomiędzy Indianami z Andów, a Indianami z Amazonii: Ci pierwsi, może jedynie poza plemieniem Queros, żyjącym na południe od Cusco na wysokości ponad 5000 metrów, przestali być wojownikami i jakby stracili swoją tożsamość, a może dokładniej nigdy jej nie mieli: w czasach inkajskich ich przodkowie byli niewolnikami Inków, potem Hiszpanie niewolnictwo znieśli, ale status społeczny Indian andyjskich podniesiony nie został, po uzyskaniu przez Peru tak zwanej czy, jak ja to nazywam, pozornej niepodległości, również nie przestali być obywatelami drugiej kategorii. Indianin andyjski to mieszanka dziwnej uległości, sentymentalizmu i rezygnacji. Raczej smutna mieszanka. Zupełnie inny jest Indianin amazoński, przede wszystkim poczuwa się do własności - komunalnej własności, chcę zaznaczyć - do swego terytorium i potrafi bronić go zbrojnie przed każdym intruzem, z reprezentantami państwa włącznie, o czym dobrze wiedzą ci ostatni. Indianin amazoński zawsze żył wolny i takim pozostał do dziś w większości przypadków. Poza tym w selvie nie ma tego duszoszczypatielnego sentymentalizmu, który jest w Andach. Najlepiej odbija się to w piosenkach ludowych: w Andach śpiewa się o tym, że miłość, a potem zdrada, a potem zemsta, śmierć, albo samobójstwo... Tak w skrócie. A w Selvie śpiewa się o tym samym, ale inaczej: "zdradziłaś mnie, nie szkodzi, chłopaki przygotujemy dziś wielką fiestę, Selva pełna jest pięknych dziewcząt", czyli niefrasobliwy stosunek do życia, bardzo radosny i żywiołowy, we wszystkim...

WJ: Czyli, że Indianie z wyżyn są podobni duchowo do Rosjan? - Podobny sentymentalizm, emocjonalna wrażliwość, ale jednocześnie wewnętrzna zgoda na powtarzające się wieki niewoli? A Indianie z Selvy to ktoś jak nasi górale, porywczy i niezależni?

ML: Czasami też myślę o nich w ten sposób, chociaż powinno być właśnie odwrotnie - tzn. ci z Andów powinni podobni być do naszych górali, a nie są... To podobieństwo do Rosjan...? Wydaje mi się, że zasugerowałeś się użyciem przeze mnie słowa "duszoszczipatielnyj"? Sentymentalizm, emocjonalna wrażliwość - tak... w tym są do Rosjan podobni, nie zgodzę się jednak z Tobą co do niewolniczego ducha Rosjan. Zauważ, że Rosjanie mają swoje wielkie państwo, a nie mieliby go na pewno, gdyby ich natura była niewolnicza. Indianie z Andów natomiast nie mają jak na razie nawet żadnej wizji własnego państwa. Oczywiście oficjalna nauka historii w Peru wbija dzieciom indiańskim do głowy, że są potomkami Inków, ale prawda genetycznie zakodowana jest taka, że są oni potomkami tych, którzy byli niewolnikami u Inków i których życie nie znaczyło w tym imperium więcej niż życie psa. Dzisiaj próbuje się dorobić do tego legendę, ideologię. Z punktu widzenia państwa ma to może jakiś sens, jest próbą budowania więzi na legendzie, znasz to dobrze, bo to samo próbuje się robić w Polsce np. z legendami dotyczącymi Słowian... Tak naprawdę to przybycie Hiszpanów do Peru wiązało się z poprawą życia Indian andyjskich o tyle, iż przestali być niewolnikami... A Indianie z Selvy? Nie mają tej twardości, którą posiadają nasi górale, to z powodu klimatu, gorąca, ale temperamenty można by porównać.

WJ: Jesteś honorowym członkiem plemienia Yine Yami Piros, znasz więc ich z bliska. Kim są ci ludzie? Czym się zajmują? Gdzie mieszkają i jak wygląda ich kraj?

ML: Yine Yami przywędrowali na teren Peru z terytorium Amazonii brazylijskiej pod koniec XIX wieku "za chlebem" w czasie gorączki kauczukowej. Jest to plemię liczące w tej chwili około 10 000 członków, mieszkające w dorzeczu dolnego biegu rzeki Urubamba, na granicy dwóch prowincji: Cusco i Ucayali. Rzeka Urubamba tworzy potem rzekę Ucayali, znaną nam chociażby z powieści Arkadego Fiedlera "Ryby śpiewają w Ucayali". Yine Yami to rolnicy, myśliwi, rybacy, artyści, a przede wszystkim świetni szamani i znachorzy - znawcy ziół amazońskich. Kraina, gdzie zamieszkuje Yine to Selva niska przechodząca w wysoką, czyli teren już nie płaski, a dość pofałdowany ze wzniesieniami do 600-800 m. n.pm., pokryty lasem tropikalnym. Wioski Yine Yami znajdują się wzdłuż koryta rzeki Urubamba i jej dopływów, gdyż właśnie rzeki są tam jedynym środkiem komunikacyjnym. Aby dotrzeć z Limy do ich siedzib trzeba prawie tydzień podróżować. Najpierw autobusem aż do końca szosy, a potem już przesiąść się na łódź i płynąć w dół rzeki Tambo aż do Ucayali, i w końcu w górę Urubamba, fascynująca podróż... Wspaniała przygoda.

WJ: Jak to się stało, że przyjęli Cię jako swojego człowieka? Jakie były Twoje zasługi dla nich? I z drugiej strony patrząc: co Ciebie do nich przyciągnęło?

ML: Pierwszego Yine poznałem przez przypadek, jak zwykle, w mieście Pucallpa w sercu Selvy . Było to 7 lat temu. Dał mi on kontakt do mieszkającej w Limie córki jednego z ostatnich wielkich wodzów Yine Yami, z którą szybko się zaprzyjaźniliśmy. Cieszy się ona w swoim plemieniu ogromnym autorytetem i jest łącznikiem pomiędzy nimi a światem zewnętrznym, czyli załatwia sprawy urzędowe, etc. To ona zawiozła mnie do plemienia i zarekomendowała swoim współbraciom, zostałem więc od początku obdarzony zaufaniem jakby na kredyt. Członkiem plemienia zostałem po dwóch latach, mamy z Yine Yami wspólne plany dotyczące rozwoju zielarstwa i propagowania ich metod leczenia, dlatego tak wiele nas łączy i dlatego też stałem się członkiem plemienia. Ja zaś szukałem ich właśnie ze względu na ich ogromną wiedzę medyczną; uczę się od nich zresztą cały czas.

WJ: Zanim zapytam Cię o indiańską medycynę, jeszcze o Amazonii. Filmy przyrodnicze i doniesienia działaczy ekologicznych przynoszą obraz Amazonii, amazońskich lasów deszczowych i Indian jako świata, któremu grozi zagłada: las jest wycinany i wypalany, giną zwierzęta, Indianie są na siłę "cywilizowani", rozpraszają się, są masowo mordowani. Czy faktycznie Amazonia ginie?

ML: Dotyczy to przede wszystkim Amazonii brazylijskiej, chociaż i w naszej peruwiańskiej mamy takie przypadki, na szczęście są one odosobnione. Problemem jest niekontrolowane wycinanie lasu tropikalnego dla pozyskania drewna, co robią zresztą bardzo często sami Indianie, gdyz okazuje się to dla nich jedyną możliwością zarobku. Reguła jest taka: im bliżej większych miast, tym bardziej selvę znajdujemy zniszczona. Na jej miejscu rośnie tzw. pampa, czyli krzaki, zarośla. Na całe szczęście selva peruwiańska w dużym stopniu zachowała swój dziewiczy charakter, jako chyba jedyna w Ameryce Płd. Jedynie Boliwia posiada taką, chociaż znacznie mniejszą obszarem. Problemem Indian jest nie tyle ich mordowanie, od czasów zlikwidowania komunistycznej partyzantki "Sendero Luminoso" raczej nie ma w Peru tego problemu, co raczej bieda, brak perspektyw i coś, co nazwałbym zawieszeniem dużej części Indian pomiędzy dwoma światami, jakby w połowie drogi między tym, co niesie tak zwana cywilizacja, a światem, w którym żyli dotychczas. Jedynie te plemiona, które nie miały jeszcze styczności ze światem zachodnim nie mają tego problemu. One jednak pozostają w mniejszości i to zdecydowanej. Istnieje kilka takich w południowej części Selvy zwanej Manu, miałem nawet kiedyś okazję oglądać ich z odległości mniej więcej stu metrów, gdyż nie chcą się zbliżać. Zresztą takie spotkanie mogłoby się dla nich skończyć tragicznie. Znam przypadki, kiedy nie znający się na rzeczy podróżnicy natykali się na takie plemię i z wielka radością oraz naiwnością wynikająca z niewiedzy dążyli za wszelką cenę do spotkania. Kiedy się to udawało, były oczywiście pamiątkowe zdjęcia w objęciach z wodzem, itp. I nagle, kiedy po paru miesiącach przyjeżdżała kolejna ekspedycja, okazywało się, że plemienia już nie ma, bo całe wymarło np. na zapalenie oskrzeli, które białemu nie czyni większej szkody, a dla nich okazało się morderczą bronią, bo nie mieli przeciwciał... Będąc w selvie trzeba myśleć na zapas i przewidywać konsekwencje na zapas... Wracając zaś do owego zawieszenia: pokazano Indianom dobra techniki tak, jak pokazuje się dziecku cukierek w papierku i za szybą... I na tym koniec... Nie robi się nic dla rozwoju, prawdziwego rozwoju Selvy, który jest możliwy. Utrzymanie Indian w ich formach życia plemiennego, nieskażonego cywilizacją jest pomysłem Białych, którzy wyobrażają sobie takie życie jako Arkadię i chcą Indian uszczęśliwiać na siłę po raz kolejny nie pytając ich przy tym o zdanie. Jedynym rozsądnym wyjściem jest takie stosowanie techniki w Selvie, aby nie zniszczyć harmonii tego pięknego świata, nie zabić wiedzy i kultury Indian, a jednocześnie pomoc im zdobyć te wszystkie ułatwienia, które nam też pomagają żyć. Jak choćby energia elektryczna czy bieżąca woda w domu... Jest to możliwe, ale nikt w tym kierunku nic tak naprawdę nie robi...

WJ: Na czym polega indiańska medycyna? Czy to jest tak, że curandero z ludu Yine Yami ogląda swojego pacjenta, każe mu pokazać język, powiedzieć "aaa!", po czym poleca mu pić takie lub inne zioła? Czy może dzieje się coś więcej: czy tamtejsi curanderos również leczą dusze, odpędzają złe duchy albo może - jak u hawajskich kahunów - starają się uleczyć stosunki rodzinne pacjenta? Ile w tych praktykach jest stosowania lekarstw-ziół, a ile jest magii?

ML: Dla indiańskiego curandero z Amazonii proces leczenia zaczyna się od oglądnięcia pacjenta, ale nie tak jak robią to lekarze z kręgu zachodniego. Curandero koncentruje się na wniknięciu do wnętrza pacjenta przy pomocy aparatu, który nazwać by można okiem wewnętrznym. Co ogląda curandero? Z doświadczenia wiem, że zarówno dusze, jak i ciało, traktuje je kompleksowo. Poza tym w Selvie wie się bardzo dobrze, że choroby zaczynają się od duszy, od psychiki i nie można leczyć ciała, nie lecząc jednocześnie duszy. Innymi słowy: filozofia medycyny amazońskiej to leczyć zarówno źródło choroby, jak i jej skutki. Zioła są używane do leczenia objawów, czy skutków, natomiast przyczyny leczy curandero czy szaman odziaływując na jaźń pacjenta magią i specjalnymi przekazami mentalnymi. Tutaj magia i zioła stanowią jedność tak jak duch i materia: nie istnieje materia bez ducha, nie istnieje zielarstwo bez magii.

WJ: Czy Yine Yami znają i używają ayahuaskę (Banisteriopsis caapi)? Jaką w ogóle rolę w ich życiu odgrywają rośliny halucynogenne?

ML: Ayahuaski używa się w całej Amazonii, od Kolumbii, poprzez Ekwador, Peru i Boliwie, a także na zachodnich krańcach selvy brazylijskiej. Jest znana też nad górnym Orinoko w Wenezueli: Mało ludzi wie o tym, że ayahuaskę przyrządza się jedynie w kombinacji z innym zielem, zwanym chacruna (czakruna, Psychotria viridis), która działa jako "przewodnik" ayahuaski w ludzkim organizmie, tzn. właśnie dzięki czakrunie możliwy jest taki, a nie inny efekt, który daje picie ayahuaski. Sama ayahuasca wypita bez zmieszania z czakruną nie wywołuje żadnego efektu poza wymiotami. Ayahuasca stanowi dla curanderos Yine Yami, dla wszystkich zresztą w całej Amazonii, jakby "nadmedycynę". Szaman wydaje diagnozę i leczy właśnie pod wpływem ayahuaski z czakruną, ponieważ w tym stanie może wejść w kontakt ze światem duchowym, gdzie mieści się przyczyna choroby. Poza leczeniem ayahuasca używana jest do tzw. działań paranormalnych, jedna z nich jest wspomniane już rozpoznanie "ducha choroby", poza tym przepowiadanie przyszłości, jasnowidzenia. Praktyka ayahuaski u Indian przybiera różne formy w zależności od celu, jakiemu ma służyć: polowaniu, walce, wyjściu duszy z ciała, czyli tzw. lotowi, walce szamańskiej o przywrócenie zdrowia duszy chorego, albo czarów. Sama nazwa ayahuasca pochodzi z języka kueczua: aya- śmierć i huasca- lina, sznur, co można tłumaczyć, jako pępowinę łączącą świat widzialny z tym niewidzialnym; taka jest symbolika tego terminu. Nazywają ją też Indianie "matką leśnej medycyny", "mistrzowskim zielem". Po zażyciu ayahuaski jest też możliwe widzenie przedmiotów na duże odległości, takież słyszenie dźwięków, odkrywanie nieznanego oraz jasne widzenie dobra i zła. Aby ayahuasca działała, bardzo ważny jest poza dodaniem czakruny, sposób i moment zbioru: wybierający się po ayahuaskę szaman musi przejść odpowiednią medytację połączoną z postem i abstynencją seksualną oraz specjalnymi kąpielami w ziołach. Wielu szamanów uważa, iż aby ayahuasca była skuteczna powinna zostać przygotowana z jedenastu najwyżej rosnących części rośliny. Jako interesujący fakt podam Ci, że ayahuasca jest z powodzeniem stosowana w leczeniu narkomanii i alkoholizmu.

WJ: Czy słyszałeś albo byłeś świadkiem - u Twoich indiańskich przyjaciół - przypadków leczenia, które dla Europejczyka wyglądały na cud? - Cudownych uzdrowień?

ML: Przede wszystkim mnie wyleczył curandero ze śmiertelnej choroby. Było to zeszłego roku na przełomie stycznia i lutego. Nagle dostałem bardzo wysokiej gorączki. Objawy przypominały znany dzisiaj SARS, robiono mi badania, prześwietlenia, znaleziono wodę w płucach, ale nie potrafiono znaleźć i zidentyfikować wirusa. Trwało to już około 3 tygodni, leżałem w szpitalu pod tlenem i kroplówkami, z wysoką gorączką, nie mogłem jeść, straciłem na wadze prawie 15 kg w ciągu dwóch tygodni, miałem ciągłą biegunkę. Badali mnie nawet marinos z US Army, którzy mają tu specjalny instytut do studiów nad roślinami amazońskimi i chorobami - i nic... W końcu moi przyjaciele sprowadzili z Selvy, znad Urubamba curandero, który wbrew protestom lekarzy i pielęgniarek zaczął robić mi w szpitalu sesje ayahuaski. Po tygodniu wyszedłem do domu, po miesiącu wróciłem jako tako do normy... Lekarze nie bardzo wiedzieli, jak skomentować tak nagłą poprawę mojego stanu zdrowia... Wedle curandero, przyczyną mojej choroby były czary rzucone na mnie przez pewną zawistną osobę za pośrednictwem brujo, czyli czarownika odwołującego się do ciemnych mocy. Celem była moja śmierć i mało brakowało... Gdyby nie szaman z Yine Yami, to nie wiem, czy moglibyśmy dzisiaj rozmawiać... Znam wiele tego typu historii, wiem o operacjach, po których chirurdzy nie mogli stwierdzić, jak je przeprowadzono. Znam uleczenia beznadziejnych przypadków raka i... AIDS.

WJ: W Polsce wiele osób kojarzy Peru z vilca cora, które u nas kilka lat temu zostało nagłośnione jako skuteczne lekarstwo na raka. Czy wiesz coś więcej o tej roślinie i o tym jak trafiła do Polski?

ML: Vilca cora, czyli Uncaria tomentosa wild. W Polsce znana pod nazwa wilkakory, albo jako "koci pazur". Znam bardzo dobrze tę roślinę, zapoznał mnie z nią najpierw ojciec Edmund Szeliga na kilka dobrych lat przedtem zanim pojawili się w Limie reporterzy zatrudnieni przez firmę AMC z Londynu i AZ Medica z Gdańska, którzy przysporzyli tej roślinie tak wielkiej sławy w Polsce. Ojciec Szeliga zaś poznał vilca corę dzięki Indianom amazońskim, a konkretnie Machuigengom. Vilca cora znana jest w Peru i stosowana od czasów niepamiętnych, sama nazwa pochodzi z okresu imperium inkajskiego i oznacza w języku keczua "święte ziele". Uncaria tomentosa to wspaniały środek leczniczy, narosło jednakże wokół niego wiele niedomówień, a wręcz oczywistych przekłamań, wynikających przeważnie z takich, lub innych, ale zawsze komercyjnych interesów firm oferujących kupno vilca cory.

Niezliczone dobrodziejstwa dla zdrowia wynikające z zażywania vilca cory znają już od wieków zamieszkujące naszą Selvę plemiona indiańskie Ashaninków, Campów, Shipiwów, Coniwów, Pirów Yine Yami, Machuigengów, Borów i innych. Vilca cora rośnie jedynie na bardzo trudno dostępnych obszarach wysokiej Selvy peruwiańskiej na wysokości pomiędzy 150-950 metrów n.p.m. jako liana sięgająca do sześćdziesięciu metrów długości i pnąca się ku górze czepiając się innych drzew. Młode pnącza uncarii wyposażone są w ostre haczyki, wyrastające w formie zagiętych, przypominających kocie, pazurków. Stad zresztą pochodzi hiszpańska nazwa rośliny: Una de gato, co na język polski tłumaczy się dosłownie właśnie jako "koci pazur". Pazurki owe służą roślinie do łatwego czepiania się innych drzew i utrzymywania się na nich. W lianach vilca cory znajduje się zmagazynowany życiodajny sok, którzy miejscowi Indianie nazywają imieniem agua savia, czyli "mądra woda". W czasie długich i męczących, trwających nieraz tygodniami wędrówek przez selvę, sok ten jest niejednokrotnie jedynym napojem, a zarazem pokarmem tubylców. Cechą charakterystyczną "mądrej wody" jest to, że znakomicie gasi pragnienie, a jednocześnie przywraca siły i zaspokaja apetyt. Miejscowe plemiona indiańskie znają też już od niepamiętnych czasów ogromne właściwości lecznicze, zapobiegawcze i odnawiające liści rośliny Uncaria tomentosa. Napar z liści una de gato jest powszechnie stosowany w Selvie tak w leczeniu bardzo wielu schorzeń, jak i w okresie rekonwalescencji. Podaje się go do picia zarowno małym dzieciom po chorobie, kobietom w połogu, jak osłabionym starcom. Vilca cora to potężny środek przeciwzapalny, przeciwutleniacz, stymulujący i wzmacniający system immunologiczny, chroniący komórki przed mutacją, leczący złośliwe guzy i nowotwory, oraz antywirusowy. Wszystkie prowadzone ostatnio badania i doświadczenia z rośliną Uncaria tomentosa wild, czyli vilca cora prowadzą do bardzo ważnego wniosku. Wykazane zostało, że zawartość substancji leczniczych w liściach przewyższa trzykrotnie tę samą w części drewnianej rośliny. Efektywność stosowania liści i dobrodziejstwa wynikające z tego dla ludzkiego zdrowia są o wiele większe niż z tego samego użycia vilca cory w postaci wywaru z drewienek czy wiórków. O sprzedawanych w Polsce kapsułkach czy tabletkach już nie wspomnę, bo te produkty są w ogóle bezwartościowe z tego względu, że podczas procesu mikropulweryzacji koniecznego, aby otrzymać kapsułkę czy pastylkę, zostaje przerwany, czyli praktycznie zniszczony łańcuch alkaloidów, przez co produkt taki pozbawiony zostaje wszelkich walorów leczniczych. Nie wspominają o tym nigdy firmy, które rozprowadzają tego typu produkty, ale jest to fakt udowodniony już wielokrotnie, między innymi przez profesora Artemio Changa, dziekana wydziału farmacji i biochemii na Akademii Medycznej w Ica koło Limy, Peru. Aby skutecznie stosować vilca corę w celach czy to leczniczych, czy to profilaktycznych, lub wzmacniających, należy używać liści rośliny w postaci naparu, czyli po prostu herbaty z liści una de gato. Z samego zresztą procesu fotosyntezy, który zachodzi właśnie w liściach, wynika, iż to właśnie tam, w tej a nie w innych częściach rośliny znajduje się naturalne laboratorium, gdzie dokonują się wszystkie procesy natury fizjologicznej i biochemicznej, tworzące w rezultacie fabrykę aktywnych naturalnych medykamentów.

WJ: Wspomniałeś, że masz z Yine Yami wspólne plany dotyczące rozwoju zielarstwa i propagowania ich metod leczenia. Możesz o tym powiedzieć coś więcej? Jak sobie wyobrażasz ten rozwój?

ML: Tak, z jednej strony, mówiąc ogólnie, chodzi o ochronę wielu gatunków bardzo cennych ziół, między innymi właśnie vilca cory, które w tej chwili zagrożone są wyniszczeniem, poprzez organizację upraw, a z drugiej o propagowanie amazońskich metod leczniczych oraz ziół bardzo wysokiej jakości poza granicami Peru, co już robię, i zapewnienie przez to plemieniu odpowiednich wpływów finansowych, które pozwolą na rozwój i poprawę warunków życia. Myślimy też o działalności turystycznej, o stworzeniu ośrodków dla turystów i chorych w Selvie. Oczywiście na razie to tylko projekty, bo brakuje nam jak zwykle funduszy, ale jestem dobrej myśli w tej kwestii.

WJ: Czy łatwo robi się interesy w Peru? Czy też może konieczne jest urabianie urzędników, łapówki, wchodzenie w układy z miejscowymi "możnymi"?

ML: Korupcja w Peru jest nad wyraz rozwinięta i spotkasz się z nią na każdym kroku, począwszy od policjantów-stójkowych na ulicy, a skończywszy na wysokich urzędnikach państwowych. Różnica jest tylko w wysokości łapówek i wagi spraw, za które się je daje. Mamy tu taka zabawę słowną: po hiszpańsku prowizja nazywa się "comision", a na łapówkę w Peru mówi się "coima", no i powstało nowe słowo: "coimision"... Jeśli nie znasz czy nie masz tzw. układów, to nie załatwisz niczego... Słyszałem jednak, że Polska w tej chwili wygląda pod tym względem nie gorzej niż Peru, a może już nawet przegoniliśmy Peru w konkurencji korupcji???

WJ: Czy Peru to kraj spokojny i bezpieczny, czy wręcz przeciwnie? (W Limie kilka lat temu był głośny napad terrorystów na ambasadę USA. Po sąsiedzku jest Kolumbia, którą media przedstawiają jako kraj-horror: gangi narkotykowe, prywatne wojny, terroryzm... )

ML: Generalnie dla turystów jest bezpiecznie. Trzeba oczywiście uważać na złodziei, jak w każdym biednym kraju. Nie można natomiast porównywać Peru z Kolumbią, gdzie naprawdę jest strasznie, po prostu toczy się tam wojna... W Peru są pewne rejony, gdzie uprawia się liście coca do produkcji kokainy i gdzie operują resztki komunistycznych terrorystów, którzy od czasu, gdy skończyły się pieniądze płynące z Kuby, przeszli na utrzymanie karteli, którym zależy na tym, by dany rejon był niespokojny, bo to ułatwia im narkotykowy biznes. Przede wszystkim jest to teren na pograniczu Huanuco i Huaraz, obszar zwany Monzon, dolina rzeki Apurimac, tam po prostu się nie jeździ... A napad był na ambasadę japońską, gwoli ścisłości... Generalnie, powtarzam, jest spokojnie, turyści przyjeżdżają, zwiedzają i wyjeżdżają cali i zdrowi.

WJ: Opowiedz o samej selvie. Dziwne, ale kiedy ogląda się zdjęcia albo filmy z lasów amazońskich, to właściwie nie widać na nich lasu. Jakieś chaszcze, zarośla, cienkie tyczki młodych drzewek. Jak myślisz, dlaczego na tych zdjęciach - robionych przecież w lesie - nie widziałem starych, wielkich, potężnych drzew. Może takiego lasu nie ma? Jak naprawdę wygląda selva?

ML: Po prostu las tropikalny jest zupełnie inny niż nasz polski las, w którym jest przestrzeń, światło, po którym można swobodnie spacerować. Selva to morze roślin, to życie tak bujne, że gdy filmujesz selvę od wewnątrz to faktycznie niewiele widać poza plątaniną roślin. Wielkie drzewa są, i to jakie, w dolnej partii jednak nie widać ich po prostu. Aby iść przez selvę, trzeba po pierwsze mieć maczetę. Bez maczety nie przejdziesz, bo w selvie nie ma ścieżek, trzeba je zawsze i na bieżąco przecinać: przeszedłeś jednego dnia, a na drugi nie ma już śladu po twoim przejściu, wszystko dokładnie zarosło, a jedno miejsce podobne do drugiego i bardzo łatwo się zgubić. Nie należy absolutnie zapuszczać się w selvę bez przewodnika spośród tubylców, bo po prostu nie wróci się z takiej wyprawy, a ciała też na pewno nikt nie odnajdzie, bo zajmie się nim jaguar... Ja mam indiańskiego przewodnika, który prowadzi cię po selvie nawet przez parę tygodni nie wychodząc z niej, jeśli masz zdrowie na to i uczy cię jak tam przeżyć, jak spać, jak zdobywać pożywienie... Taka szkoła przetrwania... Można też w czasie tego spaceru filmować polujące jaguary, a wszystko to nad piękną rzeką Ucayali, w dziewiczej dżungli... Selva jest piękna, pod warunkiem, że umiesz ją oglądać i że masz kogoś, kto ci ją pokaże. Bardzo ciekawie podróżuje się przez tzw. niską selvę łodzią w czasie pory deszczowej, kiedy woda zalewa ogromne połacie, setki, a właściwie tysiące kilometrów kwadratowych i można wtedy dotrzeć o wiele łatwiej w miejsca, które w czasie pory suchej są niedostępne. Dokąd dociera woda i do jakiego poziomu sięga, poznajesz czytając korę dużych drzew, tam jest to wszystko zapisane...

WJ: Druga rzecz, która mnie zawsze dziwi, to to, że na zdjęciach (lub filmach) stamtąd ludzie, przynajmniej Biali, są tak szczelnie ubrani: długie spodnie, koszule z długimi rękawami, solidne buty. Jak w tym wytrzymać w tamtejszym wilgotnym upale? Czy rzeczywiście trzeba się aż tak chronić i przed czym? Owadami? Skaleczeniami? Czy tam spadają pijawki z drzew? Jak sobie radzą tubylcy, którzy chodzą lub dawniej chodzili boso i prawie nago?

ML: Wyprawa do selvy to "zabawa" dla odpornych tak fizycznie, jak i psychicznie. Indianie mogą poruszac sie po selvie na bosaka i na golasa, bo są w swoim naturalnym otoczeniu i ich organizmy są doskonale uodpornione na wszelkie zarazki, wirusy, itp. Selva to także komary, które nie przestają ciąć nawet na sekundę, a są ich miliony, powietrze dosłownie tańczy od nich, szczególnie w selvie niskiej i w porze deszczowej. W selvie wysokiej pod tym względem jest o wiele lepiej, bo jest tam bardziej sucho, a w porze suchej można nawet zaryzykować zdjęcie koszuli... W czasie wędrówki po selvie spadają nie tyle pijawki, bo te żyją w wodzie, co pająki i jadowite mrówki, w trawach żyją też diabelnie gryźliwe stworzonka, które włażą np. pod skorę i tam rozpoczynają swoją wędrówkę w górę nóg, które puchną i bolą tak, że nie możesz chodzić... Całe szczęście curanderos mają dobre sposoby na usuniecie takich "gości". Mnie zdarzyło się to kilka razy i teraz już nie zdejmuję długich gumowych butów podczas wędrówek przez selvę.

WJ: Spotkałem się z dwoma rodzajami opinii o ayahuasce. (Mam na myśli napój-halucynogen, nie samą roślinę.) Większość tych, co coś o tym wiedzą, mówi o ayahuasce jako o cudownym środku, niosącym głęboką wiedzę, duchową przemianę i niezwykłe wizje, których wpływ jest wstrząsający, ale zawsze pozytywny. W Brazylii powstały przynajmniej trzy kościoły (wyznania religijne), stosujące ayahuaskę jako mistyczny sakrament. To jest jeden rodzaj opinii. Ale z drugiej strony Michael Harner twierdzi, że w Ekwadorze ta sama ayahuasca jest zażywana przez brujos, złych czarowników, i wzmaga w nich żądzę uśmiercania ludzi, wręcz rozbudza w nich mordercze instynkty. Jak to jest naprawdę z tą ayahuaską?

ML: Moja opinia na ten temat jest taka: ayahuasca jest w Amazonii rośliną magiczną i do takich też celów jest wykorzystywana. Wiemy, że działają w Selvie curanderos i szamani, którzy poprzez użycie ayahuasca pomagają ludziom, ale istnieją też oddani złu, czarnej magii, brujos, szczególnie na północy, w pobliżu równika, którzy tę samą roślinę wykorzystują, aby szkodzić ludziom. A sama roślina? Jak każda inna nie jest ani dobra, ani zła. Dopiero człowiek przez swoje działanie nadaje jej zastosowaniom taki a nie inny wymiar etyczny i nie można przecież winić za to rośliny, bo za co??? Winni, jak zawsze zresztą, są ludzie... Co zaś do kościołów, to ja przede wszystkim wietrzę, że ktoś zapewne robi niezły biznes na tym, jak zwykle w takich wypadkach zresztą, naiwnych i zagubionych nie brak nigdzie i zawsze są gotowi ostatni "wdowi grosz" dać takiemu czy innemu "proboszczowi"... Trzymam się raczej z daleka od takich rzeczy i przyglądam się im z dużą rezerwą.

WJ: Czy spotkałeś się ze zjawiskiem "turystyki ayahuaskowej": że do Selvy przyjeżdżają pielgrzymki z USA, aby wziąć ayahuaskę i przeżyć "odloty"? Ktoś pisał, że łatwiej teraz trafić na oszustów podających ayahuaskę fałszowaną (kokainą i amfetaminą), niż na prawdziwych curanderos?

ML: Oczywiście, że taka istnieje. Wykształcił się w Peru biznes ayahuaskowy z pseudoszamanami, którzy oferują szybkie "oświecenie" poprzez ayahuaskę. Przyjeżdżają młodzi ludzie przeważnie z USA i Europy. Jada z reguły do Iquitos w selvie niskiej, na północy Peru, a tam trafiają w ręce takich oszustow. Wszystko to działa na zasadzie tanich emocji, sugestii... To mniej więcej na takiej samej zasadzie, na jakiej udawało się kiedyś wmawiać egzaltowanym panienkom w schronisku w Pięciu Stawach, że palą afgański haszysz, podczas gdy naprawdę paliły sporta zmieszanego z jakimś sianem o niewiadomej proweniencji. Sugestia i egzaltacja czyni to wszystko, a tak naprawdę nie ma to nic wspólnego z prawdziwymi sesjami ayahuaski organizowanymi przez szamanów w głębi selvy... Trzeba więc bardzo uważać, trzeba tez mieć kontakt, ten właściwy... I pamiętać, że w Peru dziś bardzo trudno o pracę i zarobek, a Peruwiańczycy są mistrzami w szybkim wyciąganiu pieniędzy od turystów...

WJ: Słyszałem historię, że ktoś brał ayahuaskę u Indian w Ekwadorze i nic nikomu nie chciał powiedzieć o tym, co w tamtym stanie "widział". Jak sądzisz, czym może to być spowodowane? Czy też te wizje są może takie, że to, co się przeżywa, nie mieści się w słowach? Albo jest zbyt straszne?

ML: Zależy od tego kto "zorganizował" mu tę podróż: jeśli był to jeden z tzw. brujos z północy - a pełno ich na pograniczu Peru i Ekwadoru - to był to seans czarnej magii, czyli podróż do piekła, więc mógł się rzeczywiście przestraszyć. Powtarzam raz jeszcze: trzeba bardzo uważać z kim się to robi, kto jest przewodnikiem duchowym takiej wyprawy...

WJ: Czy ayahuasca, jej przyrządzanie i podawanie innym w ramach ceremonii i leczenia jest w Peru legalne?

ML: Ayahuasca, tak jak żucie liści coca, nie jest w Peru zabroniona. W tej chwili zresztą jest już powoli uznawane za cześć dziedzictwa kulturowego, a sama ayahuasca stała się przedmiotem studiów bardzo poważnych naukowców . Na I Międzynarodowym Kongresie Medycyny Tradycyjnej, który odbył się w roku 2001 w Pucallpa w Peru i którego byłem jednym z organizatorów, obok zawodowych lekarzy i naukowców występował szaman z Selvy, z plemienia Ejes, z regionu Madre de Dios, i robił właśnie sesje ayahuaski z pacjentem.

WJ: Skoro ayahuasca jest takim potężnym halucynogenem, to dlaczego gangsterzy nie przemycają jej do USA lub gdzie indziej, aby na niej zbijać kasę? Czy jest coś, co chroni ayahuaskę przed losem koki, która przecież tak samo była dawniej świętą rośliną, dla mieszkańców Andów?

ML: Od ayahuaski nie można się uzależnić, więc to żaden biznes dla mafii... Co to za drug, którego używasz parę razy w roku???

WJ: LSD też nie uzależnia, i jak się wydaje ma dość podobne działanie do ayahuaski - albo do jej aktywnego składnika czyli DMT - a jednak został przechwycony przez gangsterów...

ML: LSD znam tylko ze słyszenia, trudno mi więc wypowiadać się na jego temat. Za psychotropowe działanie ayahuaski są odpowiedzialne karboliny, które zawierają takie alkaloidy jak harmina, harmalina, tetrahydroharmina. Wiadomo tak samo, że dodawana do ayahuaski chacruna Psychotria viridis, dzięki działaniu zawartych w niej tryptamin podnosi aktywność alkaloidów ayahuaski, kluczową rolę gra tu aktywność monoamidu oksydazy (MAO). Tyle można powiedzieć z punktu widzenia badań chemicznych i ich wyników. Badania te robił mój dobry przyjaciel - argentyński biochemik dr Krystian Desmarchelier z uniwersytetu z Buenos Aires, mam więc informacje z pierwszej ręki w tej kwestii.

WJ: Wspomniałeś, że ayahuasca jest stosowana przy leczeniu narkomanów. Jak może narkotyk leczyć uzależnienia od innych narkotyków?

ML: Istnieje w tej chwili w Peru kilka takich ośrodków w Selvie, w których narkomani i alkoholicy leczą się właśnie poprzez sesje ayahuaski ze swych nałogów. Trzeba pamiętać o tym, że ayahuasca to nie jest zwykła używka, którą się można oszołomić jak "trawką" czy czymś innym. Ayahuasca to bardzo mocny środek działający na jaźń, mający moc kształtowania świadomości i przy umiejętnym jej wykorzystaniu można bardzo wiele osiągnąć. Wszystko odbywa się oczywiście pod ścisłą kontrolą curandero, psychologów i lekarzy... Tak, tak..., w Peru coraz częściej spotyka się medycyna zachodnia z tą tradycyjną, ludową. Moim zdaniem ayahuasca pobudza do działania pewne obszary naszego mózgu, które na codzień pozostają w uśpieniu. Istnieją poza tym poszlaki, na razie, powtarzam, są to poszlaki, ale wszystko wskazuje na to, że ayahuasca stosowana w ilościach homeopatycznych może stać się skutecznym lekiem na chorobę Alzheimera, właśnie dzięki tej funkcji stymulującej pracę mózgu.

WJ: Opowiedz, jak wygląda ceremonia ayahuaski prowadzona przez szamanów z ludu Yine Yami?

ML: Noc na sesję ayahuaski jest starannie wybrana i obliczona wedle kalendarza księżycowego. Osoby, które będą uczestniczyć w sesji zobowiązane są do kilkudniowego postu, wstrzemięźliwości seksualnej i wewnętrznego wyciszenia tak, by do sesji przystąpić w jak największym skupieniu i spokoju. Sesje zaczynają się mniej więcej koło godziny dziesiątej w nocy w chacie szamana specjalnie do tego celu przeznaczonej, stojącej trochę na uboczu. Szaman zapala najpierw puro, czyli cygaro skręcone z liści tytoniu, który rośnie zawsze w ogródku szamana, a dym z którego ma znaczenie magiczne. Szaman nalewa do naczynia ayahuaskę, porcja na osobę to mniej więcej duża szklanka do herbaty, piją najpierw wszyscy uczestnicy sesji, z jednego naczynia, które krąży z rak do rąk... Na końcu pije prowadzący sesję szaman. Zawsze ustalony jest jakiś konkretny cel sesji: może to być leczenie chorego na odległość, szukanie osoby, czy jakikolwiek inny wcześniej ustalony temat. Po wypiciu przez szamana ostatniej porcji wygaszone zostają wszystkie światła w chacie. Proszę sobie to wyobrazić: noc, dokoła dźwięki selvy, która nocą nie milknie nawet na sekundę, niesamowite życie toczące się dokoła, co chwila coś szeleści, cykają cykady jak najęte, w powietrzu fruwają wielkie świetliki, które nadają przestrzeni niepowtarzalny, ruchomy charakter, to tak jakby nasze robaczki świętojańskie powiększyć mniej więcej pięć razy i rozmnożyć mniej więcej tysiąckrotnie... Tak to wygląda... Gdzieś w niedalekiej selvie coś pokrzykują małpy, wszystko dokoła szeleści i żyje... Siedzi się w zadaszonej części chaty, która nie ma ścian, a więc w zasadzie na otwartej przestrzeni i w powietrzu krzyżują się swobodnie wszelkie selwatyczne energie i przenikają przez uczestników sesji... Szaman zaczyna nagle na przemian śpiewać, na przemian gwizdać pieśń, która to wznosi się i nasila, to prawie zupełnie przycicha, ale nie zamiera ani na chwilę, czasami tylko gwizd przechodzi jakby w melodię i dźwięk wiatru... Zaczynają się wizualizacje tematu, szaman czuwa cały czas nad tym co się dzieje i jeśli zdarza się, że ktoś np. opuszcza swe ciało i ma potem problem z powrotem, to właśnie po to jest szaman, aby odpowiednim śpiewem, gwizdem oraz specjalnym dmuchaniem ustami na głowę takiego zabłąkanego, którego jaźń zabłądziła gdzieś w ostępach kosmosu, przywrócić go do rzeczywistości. Dlatego bardzo ważne jest jak i z kim pije się ayahuaskę, bo to nie jest zabawa, to bardzo poważne doświadczenie dla psychiki, które przeprowadzone nieumiejętnie może się skończyć dla takiej osoby nawet chorobą psychiczną. Znane są takie przypadki. Sesja trwa z reguły do godzin 3-4 nad ranem i kończy się przed świtem. Ciekawy też jest dar widzenia nocą, jakby miało się na oczach noktowizor na podczerwień...

WJ: Czy szaman, który prowadzi ceremonię, może wpływać na to, co uczestnicy widzą i przeżywają; czy ma zdolność kształtowania ich wizji? Czy może sprawić, żeby te wizje były łagodne lub, przeciwnie, przeraźliwe?

ML: Jak najbardziej, po to właśnie przed sesją określa się jej temat i szaman ma ogromny wpływ na wizje uczestników. Czuwa cały czas nad nimi i je kształtuje, jest rodzajem przewodnika w tej podróży. Szaman może też jednym dmuchnięciem w twarz przerwać wizje i zlikwidować efekt działania ayahuaski, przerwać sesję.

WJ: Jakie są jeszcze zasady etykiety podczas ceremonii ayahuaski? Od ludzi, ktorzy byli w Ekwadorze słyszałem, że chata gdzie to się dzieje jest budowana poza wsią, tak daleko, żeby nie zaglądały tam "kury, psy i kobiety". A kobietom nie wolno brać udziału. Czy to jest lokalny obyczaj Indian z Ekwadoru, czy również "twoi" Yine Yami mają jakieś opory przed dawaniem ayahuaski kobietom?

ML: Chata jest oddalona nieco od wioski, ale kobiety u Yine Yami nie są dyskryminowane. Istnieją nawet kobiety-curanderos, ktore leczą na równi z mężczyznami. Etykiety specjalnej nie ma, najważniejsze zasady to, jak już wspomniałem: dieta i wstrzemięźliwość seksualna przed sesją, no i poddanie się kierownictwu szamana w czasie sesji.

WJ: Wspomniałeś, że byłeś śmiertelnie chory z powodu czarów rzuconych przez brujo. Ja z kolei słyszałem, że i w Amazonii (konkretnie chodziło o Ekwador) i w Tuwie na Syberii miejscowi ludzi żyją - powiedzieć można - gęsto pokryci urokami! Że tam wszyscy nawzajem się czarują, rzucają na siebie klątwy, życzą sobie złego albo ktoś kogoś innego do siebie magicznie przywiązuje, albo go do czegoś magicznie przymusza. Czy w twoim kawałku Selvy też tak jest?

ML: Jest to charakterystyczne dla całej Selvy. Cała rzeczywistość jest magiczna i mnóstwo spraw codziennych reguluje się przy pomocy tzw. amarres, czyli magicznych zabiegów nakierowanych na drugą osobę, aby nakłonić ją do takiego a nie innego zachowania... Pamiętam przed kilku laty byłem gościem u jednego znajomego, który ma tartak w środku selvy, kawał drogi jeszcze za Iquitos, płynąć tam trzeba dwa dni łodzią w dół Amazonki. Tartak mieści się w indiańskiej wiosce i ma energię elektryczną. Mój znajomy otworzył tam szkołę dla Indian i akurat przysłano z Iquitos nową nauczycielkę do niej. Była to młoda, bardzo atrakcyjna dziewczyna, dopiero co po studiach...W imieniu wioski witał ją szef, mały i gruby Indianin w wieku mniej więcej 50 lat, nie mający w sobie nic z typu Casanowy... Jakież było moje zdziwienie, kiedy tej samej nocy zobaczyłem, jak udają się oni - szef i młoda nauczycielka - w ustronne miejsce, cel ich wyprawy nie ulegał dla mnie wątpliwości - poszli się kochać... Zaintrygowało mnie w jaki sposób szef, który nie władał nawet zbyt dobrze hiszpańskim, potrafił w ciągu paru godzin zdobyć młodą dziewczynę-Kreolkę. (W Peru swego rodzaju rasizm między mieszkańcami kraju jest silny, Kreole uważają się za coś lepszego od Indian.) Następnego dnia zakupiłem dwa wiadra miejscowego piwa zwanego massato, robi się z rośliny yuca, i zaprosiłem szefa na pijatykę mając w tym konkretny cel. Przy drugim wiaderku zacząłem pociągać go za język. I co się okazało. Szef zastosował pusange, specjalny olej zrobiony z mieszanki kilkunastu roślin o działaniu afrodyzjaku oraz specjalne formuły magiczne, smarował sobie dłoń tą miksturą przed ceremonią powitania, po czym podawał dłoń nauczycielce wypowiadając przy tym właściwą formułę. Jak widać, poskutkowało!

WJ: Ayahuasca powoduje wizje, vilca cora wzmaga odporność. Jakie jeszcze rośliny lecznicze lub magiczne są używane przez curanderos w selwie? (Rozumiem, że jest ich mnóstwo, chodzi mi o te najważniejsze, o których warto coś wiedzieć... )

ML: Selva peruwiańska to jest prawdziwa naturalna apteka. Nie wiem czy wiesz, ale na trzy oferowane przez obecną farmakologię leki naturalne jeden ma swoje źródło właśnie w Amazonii i większość z nich wydobyta została na światło dzienne właśnie dzięki tzw. etnomedycynie. Wiemy też, że w dniu dzisiejszym znamy bardzo niewielki procent roślin leczniczych z Amazonii. Dlatego bardzo uzasadnione wydaje mi się twierdzenie, że przyszłe badania doprowadzą nas do odkrycia takich roślin, które będą leczyć choroby dziś nieuleczalne.

Z innych roślin, które warto znać, to jest to na pewno tahuari, drugi po vilca cora potężny środek stymulujący system immunologiczny. Inna roślina to huaco blanco, bardzo ważna w leczeniu wszelkich chorób kobiecych z rakiem macicy włącznie, inna roślina to abuta, bardzo użyteczna w leczeniu cukrzycy razem z pasuchaca i cuti cuti. Następna to hercampuri, która oczyszcza i leczy wątrobę... Lepiej mnie o to nie pytaj, bo odpowiedź tą mógłbym ciągnąć bez końca...Wszystkie rośliny są bardzo ważne.

WJ: Słyszałem jeszcze o kaktusie San Pedro. Coś wiesz o tej roślinie? Jak działa? Czy podobnie do ayahuaski?

ML: San Pedro używany jest w Andach przez tamtejszych szamanów. Nie znam go dokładnie, ani obrzędów związanych z jego użyciem, gdyż ja przez Andy w zasadzie tylko przejeżdżam w drodze do Selvy, a na dłużej się tam nie zatrzymuję, gdyż nie czuję się zbyt swojsko w tej zimnej i kamiennej krainie, gdzie np. kąpiel jest strasznym problemem ze względu na brak wody, którą nieraz nosi się kilometrami. Gdy wjeżdżam w Andy, zaraz ogarnia mnie jakiś egzystencjalny smutek i chcę przez nie szybko przejechać, co też wcale nie jest łatwe, biorąc pod uwagę jakość tutejszych dróg. Nie chcę się więc wypowiadać na temat San Pedro, bo po prostu nie jestem znawcą tej rośliny. Myślę, że ma podobne działanie do ayahuaski, tak myślę.

WJ: Używasz terminów curandero i brujo. Rozumiem, że curanderos leczą, a brujos trują i rzucają uroki. Użyłeś też słowa "szaman", które pochodzi z Syberii i chyba w Peru się go nie używa. Czy jest jakaś miejscowa zbiorcza nazwa na wszystkich tych ludzi, którzy robią "dziwne rzeczy" - leczą, czarują, widzą duchy itd?

ML: Termin "szaman" przywieziony został faktycznie z zewnątrz i używa się go zamiennie na określenie tak curanderos jak i brujos. Ci ostatni, jak słusznie zauważyłeś, zajmują się czarną magią i szkodzeniem. Termin "szaman", w peruwiańskiej wersji shaman zadomowił się już tutaj i nawet sami Indianie go używają.

WJ: Jak wygląda życie religijne Yine Yami? Czy pozostali przy swojej religii etnicznej, a więc są poganami, czy dali się na nawrócić misjonarzom?

ML: Większość jest katolikami, ale stare wierzenia są bardzo żywe i w rezultacie powstała taka synkretyczna mieszanka - np. curanderos przed sesją ayahuaski bardzo często modlą się modlitwą Ojcze Nasz. Stare wierzenia i nowa religia przenikają się nawzajem.

WJ: Czy tak jak masz swojego indiańskiego przewodnika po selvie, tak masz również swojego przewodnika po wiedzy szamańskiej?

ML: Tak, jest to ten sam curandero, ktory uratował mnie od śmierci lecząc w szpitalu.

WJ: Czy myślisz o tym, żeby udać się na rok, dwa lub więcej do selvy w charakterze szamańskiego ucznia i ukończyć staż, który uczyni cię prawdziwym, kwalifikowanym curandero?

ML: Właściwie to ja od trzech lat jestem cały czas na takim stażu. Mam w nim przerwy, bo część czasu spędzam w Limie, ale potem znowu na parę miesięcy zaszywam się w selvie, gdzie cały czas się uczę. Poznaję rośliny, ich właściwości, działanie, sposoby stosowania... Już jestem czeladnikiem, mogę tak powiedzieć o sobie.

WJ: Co Indianie Amazonii - na przykład "twoi" Yine Yamo - mają takiego, co mogliby przekazać nam: Europejczykom, Słowianom, czy jak tam się nazwiemy? Co my od nich moglibyśmy przejąć? Czego się od nich możemy nauczyć?

ML: Słowianom... Ja bardzo jestem przywiązany do idei słowiańskości i Słowiańszczyzny jako takiej i uważam, że Polska powinna stanąć na czele unii ludów słowiańskich... Slowianie kiedyś, w czasach przedchrześcijańskich posiadali wspaniale rozwiniete tak zielarstwo, jak i szamanizm... Mieli też własne pismo i księgę, która nazywała się "Zielnik". To, co z tego pozostało do dziś skrzętnie przechowują ojcowie Bazylianie. Jest to właśnie ta wiedza naszych przodków, którą mądrzy prawosławni mnisi wzięli od wiedźm i wisunów, których otoczyli opieką w monastyrach ruskich, zamiast potopić - jak robili to niemieccy i irlandzcy misjonarze na terenach Polski. Dlatego też miedzy innymi tak bardzo szanuję Rosję.

Myślę wiec, że z jednej strony możemy dzięki Indianom Amazonii odszukać coś, co na pewno śpi gdzieś tam ukryte w naszej słowiańskiej pra-pamięci, czyli umiejętne współżycie z naturą. Weź pod uwagę, że Indianie amazońscy to też ludzie lasu i rzeki, jakimi byli przecież pierwotni Słowianie... Może dlatego ja czuję się w Selvie tak dobrze i swojsko... Wysłałem kiedyś zdjęcia, które porobiłem w wiosce Yine Yami, mojemu znajomemu, który od ponad dwudziestu już lat mieszka w Dallas w USA, a w Polsce wychował się na wsi. Następnego dnia po otrzymaniu tych zdjęć odpisał mi, że wywołałem w jego pamięci film z dzieciństwa, tak te obrazki były mu bliskie, więc chyba się nie mylę.

Przede wszystkim jednak właśnie medycyna amazońska, tutejsze zioła i umiejętność ich stosowania, to jest właśnie ta najcenniejsza wiedza, którą Indianie amazońscy mogą dać nam, Białym, którzy obecnie trujemy się chemią za sprawą nachalnej propagandy całej machiny medialnej, będącej na usługach wielkich koncernów farmaceutycznych. Dzięki Indianom amazońskim mamy szanse powrócić do Słowiańskiej Wiedzy... Powrócić do źródeł, do naszych korzeni i uczyć się od Indian, bo nasze Wiedźmy niestety już nie istnieją...

Powróćmy do pierwotnej syntezy ducha i ciała - tę wiedzę ma każdy curandero, który bada chorego... A czy mają ją nasi lekarze???

4-7maja 2003, Milanówek - Lima

Marek Lubiński (C)
uncarialima@infonegocio.net.pe



Zobacz zdjęcia






  (1)    2    dalszy >  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)