zdjęcie Autora

27 stycznia 2001

Wojciech Jóźwiak

Wyspa Pag, sierpień 2000

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: krajobrazMiędzymorzepodróże

Na południe

Chorwacja, a ściślej chorwackie wybrzeże Adriatyku, ma z polskiego punktu widzenia wiele zalet: przede wszystkim jest to najdalej na północ, a więc najbliżej nas, wysunięty przyczółek subtropiku z kompletem jego atrakcji, tak upragnionych przez mieszkańców wiecznie niedogrzanej, wiecznie niedosłonecznionej i wiecznie grzybiejącej od chłodnej wilgoci Północy: ma w nadmiarze upału, słońca i ciepłego morza. Na Chorwację daje się w sensownym czasie - niecałych dwóch dni - dojechać na własną rękę, samochodem; Grecja i Turcja są już dużo dalej i za barierą "skoku" samolotem; i wreszcie kraj to swojski, słowiański, gdzie Polacy nie czują się jak na kompletnej obczyźnie. W tym roku wybraliśmy się tam po raz drugi; już dość późno, pod koniec sierpnia. W tej kalkulacji grała pewną rolę nadzieja, że będzie już trochę po sezonie, więc łatwiej będzie o noclegi, a także, że już upały zelżeją. Pierwsze przypuszczenie okazało się prawdziwe, to drugie już nie.

Wyruszyliśmy (ja, moja Żona i nasza Córeczka) 18 sierpnia w piątek o szóstej rano. (Dzień tygodnia jest dość ważny, gdyż wynikły stąd później pewne komplikacje.) Około jedenastej minęliśmy granicę w Cieszynie, cztery godziny później granicę czesko-austriacką w Mikulowie; około dziewiętnastej byliśmy już na Słowenii (A może w Słowenii? - do tej pory nie wiem jak to się mówi. Gdzie jest ta linia graniczna, która dzieli "na Ukrainie", "na Słowacji", "Na Węgrzech" i "na Morawach" od "w Czechach" i "w Niemczech" i "we Włoszech"?)

Na Słowenii (będę trzymał się już tego "na") zaplanowałem wcześniej nocleg, a to z powodu ubiegłorocznych doświadczeń, kiedy po przejechaniu tunelu pod Karawankami swoje pierwsze doświadczenie ze Słowenią skwitowałem bon motem: "Genialny kraj! Przyjmują każdą walutę i rozumieją we wszystkich językach!" (Co to są Karawanki? Nie wiedzącym wyjaśniam, że to taki Giewont wapienny, na granicy karyncko-słoweńskiej, tyle że długi na dwieście kilometrów. Mało chyba jest miejsc na świecie, gdzie granica między dwoma krajami została tak starannie przygotowana przez naturę, jak tutaj: Karawanki to prawdziwy, naturalny mur graniczny, teraz przez ludzi troskliwie podziurawiony tunelami.) Na Słowenii także z dziwną łatwością znaleźliśmy w zeszłym roku nocleg, sympatyczny pensjonat przy szosie, a pora dnia nie sprzyjała takim poszukiwaniom, bo była wtedy jedenasta w nocy.

Ale wracajmy do naszej drogi. Po katowickiej szosie, choć nie jest autostradą, jechało się momentami 150/h. Pod Tychami ostatnie tankowanie do pełna polską, tanią benzyną (wciąż najtańsza po drodze, mimo tych nieustannych podwyżek). Pojawiają się góry, zamglone wysoczyzny Beskidu Śląskiego. Wielka wschodnioeuropejska płaszczyzna zostaje za nami, i odtąd góry będą już stale z nami: jeśli nie dosłownie droga będzie się przez nie przedzierać, to przynajmniej gdzieś się będą wyłaniać znad zamglonego horyzontu, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Mało doceniamy tę linię na mapie, czoło Karpat, a przecież dzieli ona tak niepodobne do siebie wielkie krainy geograficzne: równą, prastarą i stabilną od miliardoleci płytę Wschodniej Europy, lepiej wygładzoną przez wszystkie odmiany erozji niż - w swojej skali - stół laboratoryjny - i pogiętą, pofałdowaną i popękaną strefę Śródziemnomorza. Czoło Karpat to widoczna do dziś w terenie linia, wzdłuż której przykleiły się do wielkiej Płyty Euro-Azjatyckiej mniejsze kry litosfery, które tak właśnie w różnych epokach kończyły romantyczny i samodzielny okres w swoim życiu, kiedy wędrowały po ciepłym Oceanie Tetydy jako wyspy-mikroświaty. Do dziś jedna taka wyspa została - porzucona - na dalekim południu, czekając tymczasowo przyhamowana, aż kolejne wulkaniczne pęknięcie skorupy Ziemi oderwie ją od Afryki i ruszy nieuchronna taśma, która przez ostatnie miliardy lat wbijała kolejne takie wyspy pod ciężkie nieruchawe cielsko Eurazji, powiększając je do dzisiejszych rozmiarów pięćdziesiąt milionów kilometrów kwadratowych liczącego superkontynentu, jedynego dostatecznie wielkiego, aby wydać z siebie niedźwiedzie, tygrysy, oraz ludzkie cywilizacje. Tamtą zapomnianą wyspą jest oczywiście Madagaskar, i tak zapewne wyglądała w swojej młodości Kra Pannońska, czyli dzisiejszy karpacko-bałkański subkontynent, zaczynający się od Bielska-Białej, a kończący za Tessalonikami.

Na razie jest upał, rosnący w miarę jak Słońce się podnosi, a my przesuwamy się coraz dalej na południe. Mijamy morawskie pofalowane równiny, pustawe, poprzecinane tylko liniami wysokie napięcia, bure po żniwach. Gdzieś tutaj miał swoją stolicę Świętopełk, ten, który aż z Tessalonik (dlatego je przed chwila wspomniałem), sprowadził misjonarzy - Cyryla i Metodego, i zlecił im wywyższenie słowiańskiego języka, tak aby mógł unieść - pomiędzy Wschodem i Zachodem - rodzącą się słowiańską cywilizację. Co by było, gdyby naddunajskich równin nie najechali dziwni przybysze z Syberii, Madziarowie? Wielkie Morawy były - co doskonale widać dopiero teraz, po tysiącu i dwustu latach - jedyną chyba polityczną siłą, która miała moc i zdolność zjednoczyć całą Słowiańszczyznę. Miała tę moc, której nie miały później ani Bułgaria, ani Kijów, ani Kraków, ani wreszcie, choć tak o to zabiegała, Moskwa. Ale cóż, Morawa miała Zdolność, ale nie dana jej była Szansa. Przyszli Madziarowie i wcielili to ówczesne naddunajskie serce Słowiańszczyzny do swego państwa, które zresztą, aż do końca dni swoich w 1918 roku było do połowy słowiańskie. Tymczasem nawet nie wiadomo, pod którym z kopców kryją się pozostałości stolicy Wielkiej Morawy...

Ale tymczasem minęliśmy Brno (nie wiadomo, czy to słowiańska nazwa, od "brodu", czy germańska, od "ber" - niedźwiedzia, bo Słowianie osiedlając się tutaj w VI wieku przez parę pokoleń współmieszkali z resztkami Germanów, rozbitków z Wielkiej Wędrówki Ludów, aż tamci zapomnieli swojej odrębności. Mało zresztą było takich miejsc, gdzie Słowianie, idąc ze swojego naddnieprzańskiego matecznika na zachód i południe, napotkali kraj tak doszczętnie wyludniony, jak ten nad Wisłą; aż ich uczeni i uzbrojeni w łopaty archeologów potomkowie po półtoratysiącleciu ulegli złudzeniu, że byli tu niemalże Pierwszymi Ludźmi i odwiecznymi, jedynymi je mieszkańcami. Wszędzie gdzie indziej Słowianie kogoś już zastawali: Germanów, Sarmatów, Traków własnego języka, i Traków usiłujących mówić po łacinie (od nich wywodzą się Rumuni), a także Łacinników i Greków. O nową ziemię musieli walczyć, co, jak wiadomo z pism ich ówczesnych nieprzyjaciół, czynili z wielką radością, o czym zresztą świadczy nawet zachowane z tamtych praczasów imię piszącego - w nadadriatyckim upale - te słowa.

Ale ziemia pod Brnem kryje pamiątki znacznie starsze: bo kiedy za Karpatami nie polscy celnicy zagradzali drogę, tylko krawędź lodowca (zupełnie nie umiem sobie wyobrazić tamtego świata, zbyt niepodobny jest do czegokolwiek znanego...), tutaj, na względnie ciepłych zboczach wzgórz południowych Moraw, pasły się stada mamutów i innego wielkiego plejstoceńskiego Zwierza, dostarczające pożywienia, skór i ścięgien ówczesnym ludziom, już nie Neandertalskim, a Kro-Maniońskim raczej. Kiedy miałem lat może dziesięć, z wielką pasją przeczytałem książkę "Łowcy mamutów", powieść przygodową o plemieniu koczującym na rzeka Dyją, która dziś jest spiętrzona, a groblą pomiędzy dwoma zalewami idzie droga do Mikulova, i dalej do Wiednia. Nad Vestonicami i Mikulovem sterczą wielkie wapienne ostańce, na nich winnice, pałac po Habsburgach, stacje drogi krzyżowej na szczycie stromego wzgórza. Koniecznie muszę kiedyś odżałować kilku godzin i przejść się po tych wzgórzach i miasteczkach...

Ale na razie polecam zajazd-motel pod Mikulovem, w zeszłym roku tu nocowaliśmy; wygodne miejsce przez zapuszczeniem się w głąb Unii Europejskiej. Tym razem zatrzymujemy się tylko na tankowanie. Granica austriacka przejechana - śmieszne są zresztą te granice. Granica co cztery godziny: po co to wszystko? Austriackie miasteczka wypieszczone i ukwiecone, ale bez przesady: klimaty miejscami jak w Iłży lub w Głogowie Małopolskim, jak po drodze w Bieszczady: tu kawał tynku odleciał, tu jakaś rudera pozostała pomiędzy wypicowanymi kamieniczkami, tu drewniana poczerniała stodoła, którą pewnie spadkobiercy po dziadku-bauerze pozostawili przez sentyment. Austriacki landszaft jeszcze bardziej pusty od morawskiego, widać ludzie tu lubią być razem, mieszkać po miasteczkach (z których co drugie ma -dorf czyli "wieś" w końcówce), a nie rozpraszać się luźnymi zagrodami, jak u nas, po terenie.

Ale już Wiedeń się zaczyna, od handlowo-hurtownianych przedmieść, niby nasze podwarszawskie Janki, tylko takich Janek dziesięć jedne za drugimi. Wjazd na autostradę; nie najlepiej oznakowany, często trzeba się w ostatniej chwili decydować, w którą strone skręcić. Tunele, rozjazdy, trzeba lecieć naprzód, taśma ruszyła, nie ma czasu na myślenie. Na autostradzie jest tłok - jest przecież początek weekendu, piątek po południu, godzina około szesnastej. Najwyraźniej tłumy wiedeńczyków ruszyły w stronę Wiener-Neustadt, Alp i Balatonu. Autostrada w miarę pusta, to czysta przyjemność: otwarta przestrzeń, pęd i wolność. Zatłoczona autostrada, to mechanizm-tyran, połączenie prasy i taśmociągu, jak wszedłeś, dałeś się wciągnąć, to nie wyjdziesz, póki ci moloch nie pozwoli, nie wypluje. Druga matryca okołoporodowa Grofa. Wrażenia są nie najciekawsze także przez to, że trwają remonty, strumień samochodów się korkuje bez wyraźnych przyczyn; jakieś samoistne fale spowolnienia samochodów przechodzą wzdłuż tego mechaniczno-ludzkiego potoku. Ale teren fałduje się i faluje, zaczynają się lasy i alpejskie pogórza. Gdzieś po drodze, na trawniczku pod dębami robimy popas, i dalej, przez lesiste wzgórza Styrii. Graz zostaje gdzieś z boku, jeszcze kilkanaście kilometrów, kolejna niepotrzebna nikomu granica, i znowu słowiańskie napisy i słowiański język - Słowenia. Upał, jemy zupkę pieczarkową w barze, po betonowym polu koło granicy chłopcy jeżdżą na deskorolkach. W dolinie kościół, wyżej wzgórza, drzewa takie same jak u nas. Kierujemy się na Maribor (miasteczko jak Pruszków, od Radomia pewnie mniejsze), po drodze autostrada rwie się, korkuje nieprzyjemnie, płacimy na wylocie ileś ich tolarów - nie wiadomo za co. Za Mariborem na Ptuj, prastare miasto jeszcze rzymskie, co się zwało Poetovium, ale widząc drogowskaz z łóżeczkiem postanawiamy zostać na noc. Miejscowość ma niemożliwą do wymówienia nazwę Miklavż, sąsiednia Dobrowce. Jedzie się przez stary las dębowo-sosnowy. Znajdujemy zajazd: na dole bar, na górze pokoje, cena wydaje się sensowna (płacimy 50 marek), ale szef lojalnie uprzedza, że w nocy będzie grała muzyka. Grała, ale byliśmy tak skonani, że nam to nie przeszkadzało. Skoro świt pobudka, mycie ząbków, i dalej w drogę, nawet bez jedzenia.

Słowenia widziana z szosy robi przesympatyczne wrażenie. Aż żal, że służy tylko jako "stacja etapowa" w drodze nad Adriatyk. Trzeba by wreszcie zaplanować sobie jakieś inne atrakcje, które byłyby pretekstem, aby tu posiedzieć, pochodzić, choćby przez parę dni. Domki czyste, zadbane, z mnóstwem kwiatów. Ale znowu bez tej niemieckiej przesady, gdzie się nawet przydrożne rowy strzyże się jak równiutkie trawniczki. Ziemia sprawia wrażenie jakiejś żyznej oazy, nasyconej życiodajnymi siłami: jedzie się przez gąszcze kukurydzy, sadów owocowych, winnic. W dali stale widoczne dziwne góry w kształcie stołów i kapeluszy, bliżej - miniaturowe wzgórza, po kilkadziesiąt, sto, może najwyżej dwieście metrów, urzeźbione tak, jakby Matka Natura postanowiła tu wystawić nie prawdziwe góry, tylko ich przystępny, poglądowy model w zmniejszeniu. Pomiędzy lasami na stronych zboczach pod szczytami widać winnice.

Na którymś z pasm tych wzgórz (na mapie nazywa się ono Haloze, a może Macel, albo po prostu Zagorje) jest granica z Chorwacją, obsadzona chyba najbardziej znudzonymi strażnikami na świecie. Zamieniam część marek na chorwackie kuny, skuszony wywieszką, że "bez prowizji". Marka równa tu się 3.75 kuny - ale niedługo, kiedy zajechaliśmy na wybrzeże, okazało się, że tam płaca przecież korzystniej: 3.85 kuny. Wychodzi, ze 1 kuna to 54 grosze. W porównaniu z ubiegłym rokiem, podrożała benzyna, Wtedy była w podobnej cenie, co w Polsce (za to żywność wyraźnie droższa), teraz litr kosztuje ponad 6 kun, czyli ponad 3 i pół złotego. Żywność jest od półtora do dwóch razy droższa niż u nas. Autostradą (płatną dwa razy!) okrążamy Zagrzeb; widać tylko, pod różnymi katami, górę Medvednicę, 1035 metrów nad poziom morza, pod którą leży chorawacka stolica. Zapewne od tego położenia wzięła się nazwa, jako że "Zagreb" to jakby "Zabrzebany", a nasze Zakopane podobnie leży pod wielką górą.

Lecimy po równinie, na liczniku 160/h, Elżbieta cieszy się, że się samochody przed nią rozstępują, bo "taka wielka, czarna, i na zapalonych światłach leci". Taka autostrada, nowa, gładka, to wielka przyjemność, nie to, co pod Wiedniem, gdzie jezdnie zdarte niby tarka, i przekraczanie 120/h jest zdecydowanie nieprzyjemne.

Ale niedługo jest tej rozkoszy: mijamy kanał o nazwie "Kupa-Kupa", skracający meandry słynnej rzeki Kupy; słynnej, bo jakoby za nią zaczynają się już Bałkany. W Karlowacu (czyli, jakby, po naszemu, Karłowcu) autostrada się kończy, i zaczyna się mozolne przepychanie na południe szosą Karlowac-Zadar, szosą, która na całej długości jest zbyt wąska i zbyt kręta, i w zbyt wielu miejscach robi wrażenie, jakby jej przebieg był zabytkiem z czasów, kiedy po prostu owce tędy pędzono, a nie ople, fiaty i toyoty. Ale wciąż jest śmiesznie wcześnie, tym niemniej na szosie tłok, najwyraźniej fala weekendowych turystów zdążyła się wylać z Zagrzebia i prze na południe. Za godzinę-dwie zderzy się z drugą falą, jadącą od południa. Sobota to na Chorwacji dzień zmiany turnusów, więc ci, którym się wczasy kończą, ruszyli na północ, a nowi na południe. Chorwacja, jak wie każdy, kto patrzył na mapę, ma kształt bumerangu, którego dwa ramiona łączą się koło Zagrzebia. Cały ten rogal jest wąski, i w większej części wypełniają go góry, i z północy na południe innej drogi nie ma. (To znaczy jest druga, ale o tym będzie później.) Uprzedzę bieg wydarzeń i powiem, że te dwie fale zderzyły się tego dnia dosłownie. Siedzieliśmy w przydrożnym barze, kiedy potok pojazdów jadących na północ znieruchomiał, za to pasmo szosy prowadzące na południe opustoszało. Przez korek przedzierały się tylko karetki pogotowia. Musiał to był poważny wypadek, skoro, zablokował szosę całkowicie, na godzinę przynajmniej.

Tymczasem krajobraz zrobił się z równinnego - pagórzasty, jakby pod Kielcami, a z pagórzastego - górkowaty, jakby w Beskidzie Niskim. Przejechaliśmy przez przepaścisto-skaliste jary dwóch rzek, z których jedna, doszczętnie wyschnięta, nazywa się Korana, a płynie ze słynnych Plitwickich Jezior, które muszą być na każdej widokówce z Chorwacji, a dawnych czasach kręcono tu enerdowsko-jugosłowiańskie filmy o przygodach Winnetou. Lasy po obu stronach szosy straszne, ciemne, bukowe, i jeszcze z wapiennych głazów wyrastają. Im dalej na południe, tym góry bardziej rosną - ale i kotliny pomiędzy nimi stają się rozleglejsze - a ludzi ubywa. Widzi się sporo domów nadpsutych, porzuconych, że śladami kul i pożarów, sporo miejsc, gdzie kiedyś ktoś mieszkał, a teraz już nie mieszka. Zapewne większość tych zniszczeń to ślady chorwacko-jugosłowiańskiej wojny sprzed paru lat. Tu, w głębi lądu tę wojnę jeszcze się czuje, na wybrzeżu nie ma jej śladu. Zastanowiły mnie, widziane parokrotnie, przydrożne domy z placykami-podjazdami; kiedyś były tam najwyraźniej bary lub hoteliki, teraz straszą opuszczone, i nadpalone, a niektóre nawet nie dokończone. Dlaczego nikt ich dotąd nie zagospodarował? Widzieliśmy też pusty budynek z wybitymi oknami i napisami "UN", ale za późno zorientowałem się, że to dawny posterunek Narodów Zjednoczonych, i nie chciało mi się wracać, aby zrobić zdjęcie.

W ogóle po minięciu słoweńskiej granicy zaczyna się wyraźnie - gołym okiem to widać - biedniejszy kraj. Domki mniejsze niż u północnych sąsiadów, tynki szare, więcej widać ruder, walących się murów, bieda-przybudówek; widać jak na dłoni, o ile mniej ludzie pieniędzy zainwestowali w swoje otoczenie. I to wcale nie wojna przyczyną; jak się wydaje, cała różnica polega na jednym czynniku: większej w Słowenii, a mniejszej w Chorwacji dawce ekonomicznej wolności.

Zaczynają się prawdziwe góry: od wschodu wznosi się Gola Pljeszivica, 1629 metrów, prawdziwa bliźniaczka Babiej Góry. Kiedy się zjeżdża do Korenicy, miasteczka w kotlinie pod ową górą, to jest tak, jakby się zjeżdżało "zakopianką" do Nowego Targu: brakuje tylko, aby na lewo od tej kopy wynurzyły się Tatry... Ale aż takich gór tu nie ma. Grzbietem Pljeszivicy idzie granica chorwacko-bośniacka, z drugiej strony góry leży muzułmańskie miasto Bihać.

Kotlina wokół Korenicy to pierwsze po drodze polje, osobliwość Gór Dynarskich, dolina, z której nie wypływają rzeki, a woda jakoś ginie pod ziemia, w wapiennych skałach. Takich polji jest po drodze trzy lub cztery, dno największego Krbavskiego Polja wygląda jak wyschnięte jezioro. Dna polji zdziczały; tylko miedze wskazują, że kiedyś były tu uprawne pola. Dziś widocznie uprawa tu się przestała opłacać. Całe zresztą to pogranicze z Bośnią jest pustawe, niedoludnione, poopuszczane. Tak sobie w dawnych czasach wyobrażałem Bieszczady: kiedy znałem je tylko z legendy i nie poznałem ich jeszcze osobiście: wielkie przestrzenie falistych stepów i dębowej sawanny, suche łąki, skaliste, nasłonecznione pagóry na horyzoncie... Oczywiście Bieszczady są zupełnie inne, jak wie każdy kto tam był: błotniste, pokrzywiasto-mglisto-łopuchowo-chmurne, ociekające deszczem... świecące Słońce jest tam świętem... A tutaj z góry grzała nieustająca żarówa.

Zatrzymaliśmy się na popas w "oberży" Liljewo (czy jakoś podobnie). W zeszłym roku był tu kelner, sympatyczny starszy pan mówiący pięknie po polsku. Teraz go nie było, ale poza tym karczma się nie zmieniła: w stylu bieszczadzkim: gołe deski, pnie przecięte na pół, i wiata, która mogłaby stać w Ustrzykach Górnych. Tam właśnie zrobił się ten wielki korek na szosie, o którym już wspomniałem.

Góry, które stamtąd widać na horyzoncie, to już pewnie Velebit, a za nim Adriatyk. Jest jeszcze jedna szosa na południe Chorwacji, od Rijeki do Zadaru, wzdłuż welebickiego wybrzeża. Ale po doświadczeniach z ubiegłego roku postanowiliśmy tamtędy nie jechać: szosa jest wąska, kręta-serpentyniasta, z jednej strony nieustająca przepaść kończąca się w morzu. Do tego krajobraz gór Velebit, skrajnie nieprzyjazny człowiekowi: rozpalona wapienna skała, co wygląda jak wylany byle gdzie beton.

Teraz przejeżdżamy przez Velebit przełęczą Prezid - niby tylko 767 metrów, ale podjazd, a szczególnie zjazd z niej robi wrażenie. Stopniowo ubywa lasów, ze zwartego bukowego drzewostanu robią się pojedyńcze, niskie kępy zieleni, potem buk zanika, pozostaje jałowiec i jakieś poszarzałe krzaczaste jesiony. Ale zwycięża... skała. Goły wapień, świecąca w słońcu biało wapienna szczotka. (Rok temu, kiedy tedy jechaliśmy, Elżbieta nie mogła się nadziwić, jak po tych skalnych labiryntach, w tym upale, mogli jeszcze z kałasznikowami w garści biegać partyzanci.

Mało jest miejsc, gdzie tak wyraźnie jak tutaj, na Velebicie, widoczna jest granica stref klimatycznych. W głębi chorwacko-dynarsko-bałkańskiego lądu jest to samo, mniej więcej, co u nas: lasy i łąki; mimo letniego pożółknięcia przeważa jednak zieleń, zieleń liści, które opadną w październiku. Rosną dęby, buki, a nawet gdzieś koło bośniackiej granicy widziałem ostatnie brzozy, wyglądające już raczej nie na swoim miejscu na tym "głębokim południu". Kiedy się tedy jedzie z suchego południa na północ, wkracza się w krajobraz mało różny, tak naprawdę, od naszych Beskidów. Za to po drugiej, przyadriatyckiej stronie tych gór jest pustynia. No, może raczej półpustynia. Może, miejscami, busz - ale to raczej dalej, już nad samym morzem. Tutaj, pod górami Velebitu jest sucho i pusto, i widać, że także ludzie tę okolicę omijają. U nas bezludne bywają, jak pod Augustowem lub Kościerzyną, lasy i błota. Tu bezludna jest sucha i kamienista, gorąca jak piec równina.

Na Pagu koło Mandre: droga pomiędzy wapiennymi murkami, ziemia koloru siena palona, samotna kępa cyprysów. Upał. Jaszczurki biegają.


Pag

Dalszą drogę znam dobrze, jeździłem tędy w zeszłym roku. Pustynia się skończyła, zaczęły się karłowate laski. Kolejne wioski, wreszcie widać morze. Przed nami wyspa Pag. W zeszłym roku most na wyspę był w remoncie i pływało się promami. Teraz most działa, a z dawnego podjazdu na promy schodzimy wykąpać się w morzu. Brzeg: białe skały. Morze: niebieskie, słone i ciepłe. Horyzont zamyka jeden z pustych półwyspów Pagu. Jedziemy dalej, grzbietem wyspy, przez miasteczko Pag - historyczne centrum wyspy, i dalej, serpentynami przez wapienne wzgórza, kierujemy się do Szimuni, wczasowego miasteczka nad morzem. Szimuni nie przyjęło nas najprzyjaźniej. Trwa sjesta, ludzie gdzieś pochowani, zaglądamy na podwórka idąc za strzałkami "sobe, apartmani", pootwieranie, ale nikogo. Pierwszy napotkany właściciel "apartmani" ma jeden wolny pokój, ale cena wydaje nam się stanowczo zbyt wygórowana. Dziękujemy, wychodzimy; w barze kupuję sok do picia, i mam wrażenie (jak się okazało potem, niesłuszne), że mnie oszukano, każąc płacić aż 50 kun (27 zł) za karton soczku z lodówki. Trochę się kręcimy po miasteczku, stwierdzamy, że plaża nieszczególna - i dalej w drogę, do następnej miejscowości, Mandre. Tym razem trafiamy w dziesiątkę, i w Mandre już osiadamy.  

Tą uliczką w Mandre schodziliśmy na plażę. Mieszkaliśmy w domu po lewej. Zwróć uwagę na śródziemno-morskie niskie dęby, które tu rosną - i rosły zanim zbudowano to miasteczko.


Po wjechaniu do miasteczka od razu natrafiamy na informacje turystyczną. Pani za ladą od razu dzwoni gdzieś do koleżanki, ta - okazuje się - ma to, co nam potrzeba, i za oczekiwana przez nas cenę. Jedziemy razem, a kobieta mówi raz lewo, raz desno, czyli "w prawo", i przy ulicy Kralja (króla) Tomislava jest ten dom. Bierzemy apartman po 80 marek na trzy osoby za dzień. Łatwo policzyć, że jest to około półtora raza tyle, co u nas na naszym Wybrzeżu, ale... chyba warto. Sobe to pokoje, apartmani - apartamenty, czyli dodatkowo jest kuchnia. W naszym "apartamencie" były dwa pokoje, taras i łazienka, a w wewnętrznym korytarzu kuchnia, szafki, garnki, szklanki, talerze i - najważniejsze - lodówka. To wyposażenie pozwoliło nam trochę zaoszczędzić na posiłkach.

Zarówno pani z informacji, jak i właścicielka (czy może raczej córka właścicieli?) mówią i rozumieją po angielsku równie dobrze jak my, ale wolą mówić po swojemu. Język chorwacki tak samo zresztą jak słoweński, ma tę dziwną właściwość, że chociaż niewiele słów jest podobnych jak po polsku, to jednak, kiedy ktoś mówi w tym języku powoli i na określony temat, to sens zdań jakoś w końcu do polskiego ucha dociera. Mam wrażenie, że chorwacki odwołuje się do jakichś głębszych, potencjalnych, "ogólnosłowiańskich" skojarzeń; tak jakby używał słów, które, gdyby coś się nieznacznie zmieniło, mogłyby także to samo znaczyć i po polsku. A jeśli w dodatku interesy obu stron są zbieżne, kłopotów z porozumieniem nie ma.

Rozpakowujemy się, płacę za cztery dni, idziemy się kąpać. Różnicy między Bałtykiem a Adriatykiem nie da się skwitować, że tam jest zimno, a tutaj ciepło. Różnice są wręcz przepaściste. Temperatura wody jest jak u nas w basenie: "na oko" 28 stopni. Woda jest słona - tak słona, że szczypie w oczy i nieprzyjemnie "żre" w wargi. Ma nasycenie solanki do kiszenia ogórków. Woda do płukania jelit powinna być jednak mniej słona: kto by zaryzykował i opił się tutejszą wodą, zwymiotuje. Jest niezwykle przezroczysta i przy brzegu patrzy się w głąb jak w akwarium. W swoje masie, na głębinie woda adriatycka jest farbkowo-niebieska. Kiedyś używało się ultramaryny do prania bielizny na biało - ta woda ma taki ultramarynowy kolor. Zasolenie sprawia, że pływanie jest bardzo łatwe. Trzeba tylko trochę starania, aby wodę utrzymać nad głową. Całe ciało nie utonie! - próbowałem się położyć na dnie i woda wypierała mnie bardzo skutecznie. Może gdybym wypuścił powietrze z płuc... ale po co mi takie eksperymenty? Z kolei temperatura wody sprawia, że można siedzieć w morzu dowolnie długo i się nie marznie. Chociaż w pierwszym momencie, kiedy się wchodzi z 38-stopniowego upału do wody chłodniejszej o 10 stopni, czuje się drobny szok - to potem nic już nie przeszkadza.

Wchodzeniu do wody warto poświecić trochę więcej uwagi. Bałtyk przyzwyczaił nas do tego, że nad morzem jest piasek, że można się w nim tarzać i przytulać się do niego, że do morza wbiega się pędem, że można się dawać falom poniewierać przy brzegu... tutaj NIC Z TYCH RZECZY! Jadąc nad Adriatyk należy zapomnieć o wszystkich bałtyckich nawykach. Otóż rozkoszna adriatycka woda oddzielona jest od lądu zoną, ostrokołem, drutem kolczastym. Nie przesadzam. Przede wszystkim nie ma tu piasku. Nie ma i już. Najwyraźniej nie działają żadne procesy piaskotwórcze. Kiedy zobaczycie w reklamowych folderach ludzi na plaży, nie wierzcie: to nie jest piasek - co najwyżej tłuczeń, taki jakiego się używa do budowy dróg, bo w niektórych kurortach czymś takim wysypuje się wybrzeże. Zwykle zaś na wybrzeżu leżą kamienie - i to wcale nie miłe okrągłe bałtyckie otoczaki, ale odłamki skały o ostrych krawędziach. Wystają też wapienne wychodnie, a ta skała pod wpływem morskiej wody eroduje - ale czyni to tak paskudnie, że wcale się nie wygładza, ale przeciwnie, wyostrza. Wapień w wodzie rozpada się na ostre okruchy, w których małże i inne stwory rzeźbią swoje jamki, też o ostrych krawędziach. Jamka w jamce, ostrze na ostrzu - struktury te ucieszyłyby Benoit Mandelbrota, jako piękny przykład fraktali. Wystające z brzegu małe wapienne skałki wyglądają dokładnie tak, jak sztuczne fraktalne krajobrazy, które widuje się w książkach z geometrii. Tam dokąd sięgają fale i przypływy, wapień jest powleczony ciemną, prawie czarną warstewką glonów. Wyżej jest, jak zwykle na lądzie, biały, a właściwie barwy starej kości. Powierzchnia głazów przypomina tarkę, i z pewnością dałoby się na niej utrzeć ziemniaki na placki. Oczywiście chodzić się po tym nie da, a jak ktoś się uprze, to czuje się jak fakir. Tutaj wchodzi się morza, kąpie i pływa w klapkach; tubylcy używają też specjalnych butów kąpielowych, z przezroczystego plastiku. Ja praktykowałem wchodzenie do morza w taki sposób, że wchodzi się na czworakach (żeby rozłożyć ciężar na większą liczbę punktów), i kiedy to już możliwe, kładzie się na wodzie - i dalej na wpół wpław, na wpół czołganiem.

W miejscach zaludnionych ludzie zresztą wciąż jakoś majstrują przy wybrzeżu: wwalają do morza skalny gruz wybrany spod fundamentów, sypią tłuczeń jak pod drogi, wykruszają co złośliwsze głazy. Przede wszystkim jednak betonują zejścia do morza. Jeżeli przeczytasz w przewodniku, że gdzieś jest "plaża betonowa", to wcale nie znaczy, że ktoś złośliwe zalał betonem kawałek rozkosznej natury, lecz przeciwnie: miał jak najlepszą intencję, aby umożliwić bezbolesne obcowanie z morzem. Częstsze jednak są małe, prywatne, cztero-pięcioosobowe "plażyczki", wybetonowane tam, gdzie się kończy dróżka z daczy czy pensjonatu. Przypuszczam, że czasy wielkiego betonowania adriatyckich wybrzeży dopiero nastąpią - ludzka wygoda z pewnością zwycięży złośliwie szczotkowaty wapień.

To szczotkowate wapienne wybrzeże pod pewnym względem przypomina bagna: jest samo w sobie bogatym ekosystemem - ale nie jest w ogóle obliczone na obecność człowieka. Człowiek zarówno na bagnie, jak i na tej skalnej szczotce okazuje się bezradny, pozbawiony odpowiednich odnóży czy czegoś tam do poruszania się, jest obcym elementem. I skutki są takie jak widać: bagna są wszędzie tępione, i zapewne taki sam los czeka adriatyckie wapienne wybrzeża. Kiedy za parę lat popłyną na chorwackie wyspy te niewyobrażalne masy pieniądza z niemieckich, francuskich, włoskich banków - los przybrzeżnych kamieni będzie przesadzony.

Prócz ciepła, soli, barwy i braku piasku, Adriatyk różni od Bałtyku brak fal. Przynajmniej latem; ale nie sądzę, aby i zimą miały tu szaleć sztormy - wtedy widoczne byłyby ich skutki, a tych nie widać. W czasie naszego pobytu powierzchnia woda bywała albo całkiem gładka, albo lekko pomarszczona; w ostateczności bywała taka fala jak na większych naszych jeziorach. Adriatyk jest dość wąski i fale nie mają przestrzeni, aby się rozpędzić, wiatr też tu jest cichutki, a często go nie ma, i wreszcie wybrzeża jednych wysp są osłonięte innymi wyspami. Mandre, gdzie zamieszkaliśmy, wychodzi na kanał między wyspami, mający 4, 5 kilometrów szerokości.

Bałtyk jest morzem SILNYM, Adriatyk jest morzem SŁABYM. Morza silne mają na brzegu szerokie plaże i podmyte klify. Wybrzeża słabych mórz przypominają jezioro. Bałtyk na polskim wybrzeżu jest silny, jeszcze silniejszy jest Atlantyk na francuskich albo hiszpańskich wybrzeżach. Widać tam przeogromną pracę fal - kształtującą krajobrazy. Ale widziałem też miejsca, gdzie Bałtyk jest dość słaby: koło Ystad na południu Szwecji, gdzie północno-zachodnie wiatry jeszcze nie zdążają rozpędzić mas wody, czy jak na północy Zatoki Botnickiej, gdzie całe morze jest morzem tylko z nazwy, a w istocie większym jeziorem. Nad brzegami słabych mórz rosną drzewa, dochodzi do nich trawa, a ludzi budują swoje domy parę metrów od nich. (Niechby ktoś spróbował w Ustce albo w Międzyzdrojach!). Adriatyk jest skrajnie słaby, ślady fal nie sięgają wyżej niż pół metra, a ogródki wychodzą do morza. W miasteczku Vir na wyspie Vir, gdzie mieszkaliśmy w zaszłym roku, ogród naszego pensjonatu wychodził od razu na plażę (o ile plażą nazwać tłuczniową równinkę). Tutaj, w Mandre, między "tak zwaną" plażą a pierwszymi domami jest jeszcze asfaltowa jezdnia.

Adriatycka słona woda jest gęsto zaludniona rozmaitymi stworzeniami, które dla nas wyglądają dość egzotycznie. W szczelinach kamieni siedzą kraby, które z wielkim upodobaniem łowiła moja córeczka. Kiedyś, kiedy leżałem przy brzegu, próbowała mnie "nadgryźć" jakaś wiotka, opatrzona długimi wąsami istotka, zapewne krewetka. Są ośmiornice. Teraz na Pagu nie widzieliśmy ich, ale w zeszłym roku nasza córeczka brała udział w łowach na nie na wybrzeżu pod Velebitem. Na dnie morza czają się jeżowce: kule czarnych igieł, stwory jak ze snu szalonego krawca, oraz strzykwy: nieruchawe czarne wałki, wyglądające jak wielkie bezmuszlowe ślimaki albo jak... kupy, które ktoś zrobił na dnie morza. Gabrysia twierdziła, że widziała rozgwiazdy. Są stada ryb różnych kształtów, oraz masa organizmów trudnych do sklasyfikowania: oprócz ewidentnych glonów są stwory w kształcie uszu, które gdyby rosły na ladzie, byłyby grzybami. A tutaj - nie wiadomo. Jakiś jamochłon poparzył Gabrysię; nie wiem, czy była to zbłąkana meduza, czy tutejsze osiadłe polipy, które spomiędzy kamieni wystawiają pęczki ramion. Niektóre kraby siedzą w muszlach i ciągną je za sobą.

Jakie powinno być idealne morze? Adriatyk jest równy temu ideałowi, jeśli chodzi o temperaturę wody: tak trzymać! Trochę więcej - i byłaby jakaś okropna ciepła zupa; trochę mniej, i by się marzło po zbyt długim siedzeniu w wodzie. Tutaj można w wodzie siedzieć (jeśli tylko termiczne względy bierzemy pod uwagę) nieskończenie długo. Ale woda w idealnym morzu powinna być mniej słona: powinna mieć stężenie soli takie, jak płyn fizjologiczny - wtedy nie szczypałaby w oczy. Za to na brzegu powinien być bałtycki piasek, no i fale powinny być takie jak u nas. Może nawet większe, z atlantyckimi przybojami. Może gdzieś jest takie morze?

Jeśli chodzi o kąpielowo-plażowe obyczaje, to panuje tutaj duży luz. Co czwarta pani występuje w stroju topless, a wśród nich bywają całkiem zgrabne. Najodważniejsze dziewczyny plażowały całkiem nago - tyle, że na materacach na wodzie. Im dalej od domów miasteczka, tym tych odważnych, i kobiet, i mężczyzn, przybywało... Ale na "regularnej" plaży dla naturystów nie byliśmy. Zresztą trochę im współczuję - bo Słońce jest tu niemiłosierne, i przykrywanie się przed słonecznymi oparzeniami jest konieczne. A co robić, kiedy w takim ośrodku obowiązuje brak tekstyliów?

Skąd się wziął Pag? Nie czytałem. Ale patrząc na krajobraz, można się czegoś domyślać. Nad całą okolica dominują góry Velebit. Może nie są takie strasznie wysokie - sięgają 1800 metrów nad poziomem morza. Ale to jest wysokość dosłownie liczona od poziomu morza. Wysokie Tatry, z Rysami i Gerlachem, liczone od poziomu Zakopanego, są przecież niższe! Velebit widać wszędzie jak wał, jak zębaty mur, oddzielający dwa światy: Adriatyk i dalmackie wyspy - od wnętrza bałkańskiego lądu. Kiedy się patrzy na mapę widać, że dokonała się tu kiedyś praca w wielkiej skali. Zapewne było tak, że jednolity pierwotnie, wapienny masyw dynarski został rozszczepiony kilkoma uskokami na mniejsze bloki. Cześć wewnętrzna została wzdłuż tego uskoku dźwignięta do góry - i to jest dziś Velebit. Druga część, odcięta dwoma uskokami, które zbiegają się koło dzisiejszej Rijeki, obsunęła się w dół. Możliwe, że nie stało się od razu. Że przez jakiś czas była to jednolita równina, wyniesiona ponad poziom morza. Pracowały na niej rzeki, formując podłużne doliny; wyodrębnione zostały, jako grzędy równoległe do Velebitu, fałdy twardszej skały. W końcu cały ten kwarnerski blok (dziś ta kraina wysp nazywana jest Kvarner) zalało morze, a twardsze grzędy i grzbiety wystają z niego, jako wyspy: Cres, Krk, Rab, Pag, Vir i mnóstwo mniejszych. Trzeci blok pomiędzy uskokami pozostał do dziś w całości ponad poziomem morza, jest to półwysep Istria. Kiedy tutaj ziemia się tak ruszała? Będę strzelał: niedawno. Pewnie nie dawniej, jak 5 milionów lat temu.

Bałkany wraz z Karpatami i równinami Węgier stanowią dawną krę litosfery, samodzielną wyspę, która kiedyś "przyholowała" do kry euro-azjatyckiej. Dno Adriatyku, wraz z półwyspem Italii, Nizina Lombardzka i Alpami tworzą inną krę. Tutaj, wzdłuż chorwackiego wybrzeża, idzie niespokojna linia graniczna tych kier, i nie zdziwiłbym się, gdyby moja wizja uskoków wynoszących w górę i na dół bloki dawnych masywów, okazała się słuszna. Że wyspy Kwarneru to zatopione grzędy dawnej wyżyny, to widać gołym okiem.

Wyspa Pag składa się z kilku takich połączonych ze sobą grzęd. Pomiędzy dwoma głównymi grzbietami wzgórz leży dolinka - gdyby była na stałym ladzie, nazwano by ją pewnie polje. W zagłębieniu tym leży "stolica" wyspy, miasteczko o tej samej nazwie - Pag. Zagłębienie to stopniowo zapada się do morza, a płytkie zatoczki zostały zamienione na saliny (solany po chorwacku), czyli miejsca do wydobywania soli z wody morskiej. Z daleka wygląda to na stawy rybne, z bliska widać sól najpierw na pryzmach, potem popakowaną w worki. Inną z takich dolinek zajmuje wioska Kolan, skąd się jedzie do "naszego" Mandre. Dno doliny jest przepysznie (w porównaniu z szarawą, skalistą okolicą) zielone i rosną winnice i żywopłoty z bambusa, wysokiego na cztery metry.

Zatoka Paska, wewnętrzne morze wyspy Pag. W dali Velebit. Prawda, że jest coś klaustro-fobicznego w tej okolicy?


Dalszy ciąg głównej wewnętrznej doliny, już za portowym miasteczkiem Pag, zapadł się w morze, i jest to Zatoka Paska, o wyglądzie mocno klaustrofobicznym, gdyż otoczona wzgórzami z łysej skały, zaś wyjścia na morze od środka nie widać. Coś piekielnego ma w sobie ta zatoka: ciemna woda, wokół łyse, szare skały, dalej ponury mur Velebitu.

Krajobraz Pagu, jak i innych wysp dalmackich, stworzył, współ z siłami natury, człowiek. Wpływ ludzi i ich gospodarki jest większy, niż zapewne sądzi każde nie wtajemniczone oko. Naturalną roślinnością Śródziemnomorza był las. Jeśli dziś rośnie coś innego: niskorosłe zarośla, jałowcowy busz, lub wreszcie jeśli jest goła skała, przyczyną tego jest człowiek. Zaczęło to się - jak sądzę - przynajmniej sześć tysięcy lat temu, kiedy przybyli z południa i ze wschodu pierwsi neolityczni rolnicy. Mogę sobie wyobrazić, co zastali: wysokopienny las złożony z dębów i jesionów, rosnący na grubej warstwie czerwowno-brunatnej gleby. Stada dzików i jeleni, i pewnie lwy i lamparty polujące na jedno i drugie. Pierwsi rolnicy byli niestrudzonymi Pożeraczami Lasu. Umieli wzniecać ogień i spopielać grube pnie, aby w świeży popiół wysiewać jęczmień i pszenicę. Pewnie w tamtych praczasach wyspy były dużo gęściej zaludnione niż obecnie. Ale w tutejszym klimacie gleba na wapiennych skałach, choć żyzna, jest nietrwała. Trwa tylko wtedy, gdy wzmacnia ją siatka korzeni drzew. Kiedy drzewa wycięto i wypalono, gleba, już bezbronna, zaczęła spływać wraz z pierwszymi zimowymi deszczami. Erozja gleb... Straszna plaga rolniczego świata. Małe mamy o niej pojęcie, gdyż tak się szczęśliwie składa, że nasze gleby (co jest raczej wyjątkiem w świecie) są na nią nieczułe, jako że mają niezwykłą zdolność odtwarzanie się z macierzystej skały, zwłaszcza kiedy leżą na grubych warstwach polodowcowych glin, iłów, lessów albo na zwietrzelinie żyznego beskidzkiego fliszu. (Glinę i piasek geologowie zaliczają też do skał.)

Wszędzie na Pagu wystają z ziemi osobliwe formy skalne, niby kawałki kości, czaszek z oczodołami. Podziurawione kamienne płyty jak naturalne rzeźby. Podobnym krasem musiał się inspirować Dali na rodzinnym wybrzeżu Katalonii.
Tutaj sfotografowałem podwórko (ogródek? ogródek skalny??!) koło Tovarnele na północnym cyplu Pagu. Obok rosły oliwki, które widać na innym zdjęciu.


Cały Pag pogrodzony jest murami. W miarę jak ubywało gleby, z ziemi wynurzały się kamienie, ludzie wybierali je i budowali mury, za murami owce wyjadały trawę, gleba nie chroniona spływała, wychodziły kamienie, ludzie z nich robili mury, mury rosły.


Na wyspie Pag nie jest jednak tak dobrze i dlatego ten kawałek lądu jest areną trwających już tysiąclecia zmagań człowieka z glebą. Gleba spływała, i wychodziły na wierzch kamienie. Trzeba było z nimi coś zrobić. Ludzie zaczęli z nich budować mury. I to stało się standardem: dziś Pag (jak i inne wyspy dalmatyńskie) przedstawia sobą labirynt kamiennych murków oddzielających poletka. Przestrzeń zaś pomiędzy murkami jest skutkiem pogoni rolników i hodowców za glebą. Bo co robić, kiedy z ziemi wystaje coraz więcej kamieni? Trzeba je usuwać. Najlepiej, zagęszczając i podwyższając murki na miedzach. Przez jakiś czas jest spokój, po czym znowu gleba zostaje wypłukana, i trzeba jej szukać pod kamieniami. Rosną murki... aż w końcu wychodzi na wierzch goła, dziewicza skała. To koniec procesu. Dalej jedyne co można zrobić, to czekać. Ale czekanie na rozkład wapienia, aż wytworzy się z niego kolejna warstwa czerwonawej zwietrzeliny, to następne setki, a może tysiące lat.

Pag, widziany od strony wewnętrznej, wschodniej, na przykład z szosy idącej stokami Velebitu, wygląda jak pustynia. Dodaje to ponurości krajobrazowi; gdyż morska zatoka wygląda raczej jak jakaś kopalnia odkrywkowa, jak jakiś monstrualny Bełchatów. Od zachodu zaś wyspa jest bardziej zielona. Zapewne zachodnie wiatry, szczególnie zimą, przynoszą zbawczą wilgoć, za to od wschodu męczą wyspową ziemię suche feny schodzące spoza muru Velebitu. Wędrujące nad Bałkanami niże pozostawiają całą wilgoć na grzbiecie Velebitu, a gdy spadają w dół, są już ciepłe i suche.

Kamienne mury na Pagu ciągną się po horyzont. Tu widać, że to, co człowiek usiłuje tutaj z takim trudem urządzić - trawiaste pastwisko dla owiec - nie jest trwałe. Ziemia albo porośnie jałowcem i w końcu niskim lasem, albo gleba spłynie cała i zostanie kamienna szczotka.


Zapewne kamienne murki wielokrotnie przebudowywano. Te dzisiejsze są zwykle proste, widać wyznaczali je już geodeci zbrojni w odpowiedni sprzęt optyczny - choć są też miejsca, gdzie granice poletek są nie aż tak regularne. W poprzek prowadzą drogi, a te są kręte i nieregularne, i najwyraźniej starsze od murków. Kiedy miało tu miejsca wielkie przesuwanie murków, aby były zgodne z mapami własności gruntów? Sto lat? Sto pięćdziesiąt? Kiedyś zapewne na wzgórzach Pagu były orne pola. Kiedy jednak warstewka gleby stała się zbyt cienka dla pługa, mieszkańcy przestawili się na hodowlę. Za kamiennymi murkami zaczęto wypasać owce, a paszki sir dotąd jest sprzedawany na poboczach dróg.

Owce tu chodzą samopas i pędzą przeważnie nocny tryb życia. Jeżdżąc po ciemku po wyspie widziałem ich stada przebiegające drogę i świecące w blasku reflektorów swoimi ślepkami. Miejscami dziwne było, co one skubią: bo prócz suchych źdźbeł i patyków nic na tych kamienistych niby-łączkach nie było widać. Jeszcze bardziej zdumiewają widoczne tu i ówdzie stogi siana: gdzie jest trawa, którą skoszono? I JAK użyto kosy, skoro wszędzie widać tylko wystające kamienie?

Jednak gdy lepiej się przyjrzeć tej ziemi, przypatrzeć się dołom i wykopom, widać, że pod kamienna pokrywa jest jednak sporo gleby: w "kieszeniach" między wapiennymi blokami widoczna jest zwietrzelina o barwie "ugier jasny" i "siena palona". Rośliny, nawet te ledwo widoczne nad ziemia, zapuszczają głęboko korzenie. Trawa o tej porze roku jest sucha i pożółkła, ale trzyma się szałwia, której siwe kępki pachną bardziej niż cokolwiek, co rośnie w naszym klimacie. Rosną poduchy kolczastych goździków i równie ościstych roślinek podobnych do mniszka. Widać też niebieskawe kępki wilczomlecza, Euphorbii, który wygrywa przez swoją gorzka niejadalność. Tutejsze pastwiska w gruncie rzeczy przypominają ogródki skalne.

Ale oprócz tego odradza się las. Może nie jest to od razu to, co pojawia nam się pod powiekami na dźwięk słowa "las" - ale początek jest zrobiony. Pomiędzy kamieniami i kępkami pseudopastewnej roślinności wyrastają jałowce. Są inne niż nasze, i należą do przynajmniej dwóch gatunków: jeden ma, podobnie jak nasz, ostre, kłujące igły, drugi wygląda jak jałowiec sabiński lub wirginijski (a może to rzeczywiście jest Juniperus savina?), czyli ma łuski zamiast igieł. Dzięki nim znaczna cześć Pagu jest zielona, a w wielu miejscach wyspy, szczególnie po jej zachodniej, przymorskiej stronie, duże obszary gęstego, jałowcowego buszu łudząco przypominają naszą tatrzańską kosówkę.

Jest i następna faza kolonizacji tego kamienistego gołoborza przez leśne rośliny: dęby. Spotkanie z tutejszym dębem bywa, jak myślę, dla Polaka (i innego mieszkańca Umiarkowanej Północy) mylące. To coś na pierwszy rzut oka wcale nie przypomina dębu. Są to niewysokie ni to duże krzewy, ni to małe drzewa. Wprawne oko zauważa na nich żołędzie, ale szare liście o gładkich brzegach nie tyle z dębem się kojarzą, co najprędzej z jakąś wierzba, iwą czy czymś takim. Liście są zresztą po wierzbowemu szarawe, nie po dębowemu ciemnozielone. Ale można się do tych dębów przyzwyczaić, i nawet polubić, i przyjąć do wiadomości, że i takie istoty stworzył dobry Bóg ku swej chwale. Nie jestem pewien, ile jest tu gatunków dębów. Znajdywałem na nich dwa rodzaje liści: o gładkich brzegach, i o brzegach zębatych. Ale widuje się też liście pośrednie, więc w końcu nie wiem.

Jałowce są wyżej, zaś nad morzem, tam gdzie jak widać spływa wilgoć z wyższych partii wzgórz, gromadzą się te karłowate dęby. Ale nie jest to wcale pierwotny las. Dębowy busz zarasta kawałki ziemi pracowicie kiedyś przez ludzi poogradzane takimi samymi murkami jak wyżej. Wiec nie tyle jest to las, co kolejna faza zarastania pastwisk, odkąd, jak można się domyślać, paserstwo przestało się opłacać, i zabrakło ludzkich sił, aby karczować jałowcowe zarośla, które przecież zasłaniają owcom trawę. A pod osłoną jałowców ruszyły wzwyż dęby. Nad samym morzem, gdzie najwilgotniej, a gleba najgrubsza, pojawia się następna faza sukcesji lasu, najbardziej malownicza: sosny-pinie i cyprysy. W kilku miejscach wyspy, a także na Rabie i na ladzie stałym w okolicach Zadaru, kilkadziesiąt lat temu posadzono piniowe lasy, które mają się całkiem dobrze, i nawet nie tak bardzo różnią się od naszych lasów sosnowych, tyle że drzewa są niższe i przy swojej niskości grube i nisko rozgałęzione. No i pachną inaczej, a jest to zapach, którego nie da się zapomnieć, i siedzą na nich hałaśliwe cykady. (Cykada wygląda jak wielka mucha, i robi wrzask.)

Co sprawiło, że las odrasta? Od jak dawna to trwa, i jak tutejszy krajobraz wyglądał dawniej? Na jałowcach widać dziesięciocentymetrowe przyrosty, co oznacza, że trzymetrowe drzewko może się wyhodować w ciągu trzydziestu lat. Zapewne ten busz nie jest wiele starszy. Pewnie dwudziestowieczny ruch, handel, import żywności sprawił, że wyspa przestała być zdana na własne produkty, a wypas owiec stał się jakimś hobby raczej niż żywotną dziedziną gospodarki. Wtedy na owcze poletka weszły jałowce, i wyspa zazieleniła się. Życzę jej lasom, aby odrosły, choć nie będą to już te same lasy, co przed tysiącleciami. Teraz mogą to być co najwyżej niskopienne pinie, cyprysy i tutejsze dęby; ale i na nie przyszło kolejne niebezpieczeństwo: właśnie wśród drzew powstają nowe ośrodki wczasowe, kempingi, "mariny" czyli porty dla żeglarzy, oraz całe wakacyjne miasteczka, takie jak "nasze" Mandre. Tutaj też jeszcze parę lat temu był tylko las, a teraz pinie i dęby zostały wkomponowane w ogródki przed domami.

Ale tak jest na zachodnich zboczach wyspy. Na wschodnich, zapewne z powodu tych suchych wiatrów od gór, wychodzi na wierzch goła skała, ale nie jest to wcale coś, po czym da się biegać. Wychodnie wapienia tworzą szczotkę ostrych, sterczących krawędzi, między głazami są głębokie szczeliny, w dziurach rosną istne bonsaje (jesion, tarnina, głóg), i widać, że prawdą jest to, co piszą w podręcznikach z geologii, że w skrasowiałym wapieniu woda nieuchronnie ucieka w głąb górotworu. Tutaj, na wielkich przestrzeniach wyspy, rolnik-hodowca został okrutnie ukarany. Powinno tu się przyprowadzać wycieczki, jako memento dla wszystkich tych, którzy chcieliby gospodarować w niezgodzie z przyrodą. Znaczna cześć Pagu to strefa nieodwracalnej, ekologicznej klęski.

To jest ostatnia faza erozji gleb i krasowienia wapienia. Skalna szczotka, na której nic nie urośnie, skąd cała woda ucieka w głąb górotworu. To koniec. Tak wygląda cały zachodni brzeg Pagu, ten zwrócony do Welebitu.


Zwierzyny żadnej na wyspie nie widziałem; zresztą nie wyobrażam sobie, aby tu mogło żyć cokolwiek większego od jeża lub królika, i skakać przez te murki. Ptaki są podobne do naszych, i jak widać, zyskują na wchodzeniu ludzi z ich domami w busz: mają gdzie się gnieździć i piją wodę z kranów i wodotrysków. Widać sikory bogatki, pliszki siwe, kosy i synogarlice, a na wyżynach białorzytki, i jest to chyba idealne dla nich środowisko: bezdrzewne przestrzenie z mnóstwem kamieni, na których te ptaki mają zwyczaj siadać. Widziałem też kruki, a jednego dnia stado aż siedmiu kruków, które niespiesznie leciały w stronę Velebitu. A co do krukowatych, to już na Słowenii widziałem wielkie stada wron. Siwych wron, nie gawronów. Być może na południe od Karpat zaczyna się kraina wrony - bo u nas, wbrew nawykom języka, który każe widzieć wronę w każdym czarnym kraczącym ptaku, wrona stała się bardzo rzadka, występuje pojedynczo lub parami, a widok małego stadka jest ogromną rzadkością. Stała się rzadsza nawet od kruka, a jej miejsce w ekosystemie zajął gawron, któremu, jak widać, bardziej odpowiada polski postęp gospodarczy. Na południu jednak wrony trzymają się mocno. Koło wsi Kolan żyje ich spore stadko. Nad morzem są wszędobylskie mewy; widziałem też uwijające się między nimi kormorany, ale innego gatunku, niż nasze, mazurskie.

Wodę do kranów w Mandre i w reszcie wyspy sprowadza się z gór, z drugiej strony Velebitu, a rurociągi poprowadzono po dnie morza. Inaczej zapewne wyspa byłaby bezludna...

A to wyspa Rab, w średniowieczu zapasowa stolica królów Węgier.
Na pierwszym planie ja z Córeczką, idziemy po schodach do miasteczka, studiując mapę. W dole port.



Byliśmy też na Rabie. Obie wyspy, Pag i Rab, łączą się ze stałym lądem promami, więc w sumie przewoziliśmy się promami cztery razy. Rab jest całkiem inny niż Pag - zresztą zapewne każda z roju dalmackich wysp ma swojego ducha. Na razie Rab i Pag od strony lądu, od Velebitu, wyglądają tak samo: taka sama pustynia. Ale po minięciu kilku łysych wzgórz na Rabie wjeżdża się w las, i las na tej wyspie jest stale widoczny (inaczej niż na łysym lub buszowatym Pagu). Może jest to odrobinę wilgotniej, bo wzgórza na Rabie są wyższe? (Miejscami wyglądają wręcz na góry - najwyższe wzniesienie ma ponad 400 m.) Może gleba jest żyźniejsza i lepiej trzyma wilgoć? - Na Rabie oprócz wapieni widziałem piaskowiec oraz grube poziome pokłady czerwonawej zwietrzeliny. Ale raczej różnica polega na gospodarce człowieka. Na Rabie są całkiem ładne piniowe lasy rosnące na szczerym gołoborzu. Obok takie samo gołoborze było nieomal pustynią: tam, gdzie pusto, wypasano owce, a pomiędzy pinie już zwierzątek nie wpuszczano.

A więc Pag jest owczo-łysy, zaś Rab jest lesisty, a w dolinach jest sporo pól uprawnych i ogrodów. Druga różnica jest taka, że Rab jest dużo gęściej zaludniony, bardziej, mówiąc naukowo, zurbanizowany, ale też jest w duchu tej wyspy coś szpanerskiego - znowu w porównaniu ze zgrzebną prostotą Pagu. Na Pagu jedzie się kilometrami przez pustkowia (tylko te kamienne murki znaczą wielką pracę włożona w tamtejszy krajobraz przez człowieka), na Rabie właściwie wszędzie jest się w obrębie jakiegoś miasteczka albo wsi. Rab jest bardziej zorientowany na turystów i ich upodobania. Porównując do naszych gór, Pag to takie jakby Bieszczady, a Rab - raczej Bukowina Tatrzańska. Samo miasteczko Rab jest śliczne i historyczne, i leży na obronnym półwyspie. W średniowieczu, kiedy Chorwacja należała do Węgier, węgierscy królowie tutaj mieli swoja zapasową stolicę.

I wreszcie: na Rabie jest piasek! Gabrysia, która to pierwsza stwierdziła, była zbulwersowana swoim odkryciem. Wiec jednak są na adriatyckich wyspach miejscach, gdzie działają "procesy piaskotwórcze". Przyczyną jest inna skała podłoża: na Rabie są warstwy piaskowca, który od morskiej wody rozsypuje się na miałki piasek, sama zaś skała wygładza i wyobla - czyli zachowuje się przeciwnie niż wapień. Kąpaliśmy się na Rabie w dwóch zatoczkach: w miejscowościach Kampor i Lopar. Wrażenia jak nad Balatonem: na dnie mułowaty piasek, który łatwo zmąca wodę, pod stopami miękko, a woda płytka... można iść sto metrów w dal i mieć wciąż zanurzenie do połowy. Dziwnym trafem Węgrów było tam prawie tylu, co nad Balatonem.

Są na Rabie miejsca, które wygladają jak japońskie krajobrazy...
Kiedy robiłem to zdjęcie, było oślepiające Słońce. Patrząc w morze, widziało się zacienioną stronę kamieni i drzew, a zieleń cyprysów wyszła jako czerń. Można nawet ulec złudzeniu, że to zmierzch.


Co jeszcze jest na Rabie: bardziej międzynarodowe (niż na Pagu) towarzystwo. Skaliste (piaskowcowe) przylądki z sosnami na skałach - krajobrazy jak z Japonii. Dużo więcej (niż na Pagu) drzew, często z gatunków, których nie umiem zidentyfikować. Cyprysowe, zwarte, wysokopienne lasy, wyglądające jak świerkowe. Domy w miasteczku budowane w weneckim stylu.

Jak się rzekło, wielu gatunków tutejszych roślin nie umiałem zidentyfikować. Przy niektórych chwastach i krzewach zgadywałem do której rodziny należą - po zapachu, gdyż jedne po roztarciu liści pachniały jak Compositae, inne jak Labiatae. Ale przy niektórych byłem bezradny. Nie wiem, czym jest najpospoliciej chyba sadzony tutaj krzew (czasem wyrastający w drzewko wielkości jabłoni): liście ma jak różanecznik, teraz, latem pozwijane w rurki, i owoce, niedojrzałe jeszcze jagody wielkości paznokcia. Drugi tajemniczy krzew ma liście jak jesion, ale trochę drobniejsze i bardziej skórzaste, i do tego owoce-jagódki w dużych gronach, czerwone i granatowe.

W Chorwacji - przynajmniej w tych miejscach, gdzie byliśmy - jest spokój i ma się poczucie bezpieczeństwa. Kiedy się obserwuje ludzi, nawet nie znając ich języka, widać, że mają wybitnie afirmatywny stosunek do rzeczywistości. Nie słychać podniesionych głosów, fuknięć, syknięć ani bluzgów. Nie słyszy się w tutejszej mowie słów niosących agresję, takich ja nasze na "k". Nie ma pijackich śpiewów ani agresywnego perorowania. Nie widziałem ani jednego pijanego! - chociaż wino i rakiję robi się tutaj po domach powszechnie, a w sklepach wino i piwo są tanie, piwo tańsze od wody mineralnej. Wieczorami mężczyźni siedzą po kilku w knajpkach, rozmawiają, są ożywieni - ale zero pijackiej zaćmy. Nie wiedziałem awanturującej się młodzieży męskiej, ani młodzieńców, którzy by swoim strojem i fryzurą demonstrowali, że musisz im zejść z drogi. W porównaniu z tym krajem, Polska robi wrażenie czegoś chorego: nieustanna wzajemna złośliwość i nieufność, atmosfera stanu oblężenia: gęste płoty na chłopa wysokie, zasieki, domofony, stada owczarków biegających za płotem; znaczki, że agencja ochroniarska wzięła pod obronę. Wojna wszystkich ze wszystkimi. Niestety, Polska to kraj paranoików sterroryzowanych przez bandytów i ich kryminalny "etos". Tutaj nie ma płotów wokół domów - zarówno w nowych miasteczkach, jak Mandre, jak w starych wioskach, jak Kolan. Granice działki i prywatności zaznacza niski, symboliczny murek, albo i nic. Do naszego mieszkania wejście było po schodach wprost z ulicy, i żadnego zamykania korytarza na klucz. (w Polsce nie do pomyślenia: gdzie płot? Gdzie domofon?) Tutaj ludzie siedzą na tarasach i w ogrodach, widać ich z ulicy, nikt się nie ukrywa. Domów się nie zamyka, co sprawdziliśmy pierwszego dnia, szukając kwatery. Psów nie ma i nie słychać ich szczekania. (Pies dla Polaka jest emanacją jego agresji.) Na chłodną część roku Mandre pustoszeje - pozostaje kilka "starych" rodzin w pobliżu portu, reszta wraca do Zagrzebia czy Zadaru. Domy z całym, często bogatym wyposażeniem zostają bez ludzi na ponad pół roku, bez płotów ani krat w oknach... Być może nie zamyka się też samochodów - w każdym razie widziałem, jak na zapleczu plaży właściciel samochodu zaglądał do bagażnika i ani nie przekręcał klucza, ani nie używał pilota. Nie wiem, czy to, że wciąż "pipaliśmy" pilotem od samochodu, nie zostało nam poczytane za brak zaufania. Myślę też, że właśnie ta atmosfera afirmacji i akceptacji pozwala dziewczynom opalać się bez staników i to wcale nie na dzikiej plaży, ale pośród ludzi - pokazując biusty nie słyszą chichotów, gwizdów ani dosadnych komentarzy na swój temat. Co by się działo w Polsce - strach pomyśleć.

Przez cały pobyt na Pagu ani razu nie ugryzł nas żaden komar, giez ani mucha. Po prostu tego nie ma.

Mały słownik-przewodnik

Drażica. Nie ma na mapach. Pusto.
Na skałkach natrafiliśmy na kamienne instalacje, które (raczej niedawno przed nami) ustawił jakiś artysta-mistyk.


Drażica. Nie ma na mapach. Jadąc na północ wyspy, w kierunku Lunu, mijamy samotną oberżę Vitalo i zaraz za nią skręcamy na "autocamp Drażica". Jedzie się ostro w dół (z powrotem - w górę) po superkrętej i jednopojazdowej asfaltowanej ścieżce. Jeśli trafisz na jadącego z przeciwka, musisz się cofać do najbliższej mijanki. Po obu stronach ścieżki mur przeciw owcom, za murem figi, pinie i oliwki. Na dole nad morzem jest kemping, zatoczka gdzie można cumować łodzie oraz ścieżka prowadząca po bardzo malowniczym wybrzeżu, po skałkach i klifach. Każdy by chciał tam mieć daczę i medytować patrzeć w morze! Pusto, można się kąpać na golasa. W zatoczce jest trochę piasku. W innych miejscach dno morza od razu zapada się pionowo do głębokości osiem metrów. Na skałkach natrafiliśmy na kamienne instalacje, które (raczej niedawno przed nami) ustawił jakiś artysta-mistyk.   Dodałem (w pewnej odległość, aby nie zaburzyć harmonii) swoje własne instalacje z kamieni, acz nie tak doskonałe jak tamte.

Dodałem (w pewnej odległości, aby nie zaburzyć harmonii) swoje własne instalacje z kamieni, acz nie tak doskonałe jak tamte.


Gajac. Miejscowość koło Novalji. Z drogowskazów sądząc, jakiś nowy kurort, ale nie byliśmy.

Jaja na oko. Tajemnicza nazwa potrawy w tutejszych menu. Przypuszczam, że chodzi o jaja sadzone.

Koszljun. Senna wioska wczasowo-rybacko-pasterska w południowej części Pagu. Styl: podwórko u babci na wsi, z kurami i pieskami, tyle że wychodzące na zatokę. Brudnawo. Jakiś złom na dnie zatoczki. Zero tej elegancji, jaka jest w Mandre.

Kolan. Sympatyczna wioska, gdzie się odbija z głównej szosy do Mandre. Mieszkańcy siedzą na przyzbach i oferują rakiję. Po polach chodzą osły.

Loszinj. Wyspa, która widać z Mandre i Novalji, jak się uprzeć i jest dobra widoczność. Za najwyższy szczyt 588 metrów zachodziło słońce w Novalji i wczasowicze rzucili się do kamer wideo aby uwiecznić ten moment.

Lun. Miejscowość na północnym półwyspie Pagu, ale nie wiemy, co tam jest, bo przejechaliśmy i nie wiadomo kiedy się skończyła.

Na plaży w Mandre chronię się przed słonecznym żarem...
Czytam "Goj patrzy na Żyda" Piotra Kuncewicza.


Mandre. Nadmorskie osiedle wczasowe: między Pagiem-miastem a Novalją. Bardzo sympatyczne, po zachodniej, zielonej stronie wyspy, zbudowane w buszu z wiecznie zielonych dębów. Właściwie ma wszystko, co potrzeba, a nie ma tłumu i jest całkiem czysto i elegancko. Tu mieszkaliśmy.
Jeśli ktoś tu przyjedzie i chce się zatrzymać na jakiś czas, niech idzie do informacji turystycznej, a tam zostanie skierowany do wolnego pokoju lub apartamentu u którychś gospodarzy.

Maun. Wyspa, sąsiadująca z Pagiem od zachodu. Widać ją z Mandre, odległa o 4 km. Jakby się człowiek uparł, to by przepłynął. W nocy widać kilka świateł, w dzień jeden budynek i wiatrak się kręci. Czyli prawie bezludna wyspa.

Misznjak. Przylądek na północny zachód od Mandre. Jest tam wyraźne miejsce mocy, wręcz zmuszające do medytacji i ćwiczenia jogi. Oczywiście zrobiłem to.

Novalja: miasteczko, które wyrosło na główny kurort na wyspie Pag. Krótkie i szybie połączenie promem ze stałym lądem (czyli szosą pod Velebitem). Port, deptak, palmy, hotele i kwitnące jukki. Za 5 kun można przejechać się na ośle. Targ warzywno-owocowo-serowy, piccerie, restauracje, poczta w samym środku. Tłumy ludzi się przelewają z nadzieja, że coś się wydarzy. Jest coś w rodzaju starego miasta, ale bez takich klimatów, co w (starym) mieście Pag.

Olib i Silba. Wyspy, które widać z Mandre za Maunem i Szkrdą. Jeżdżą tam wycieczkowe stateczki z Mandre, ale nie zaliczyliśmy.

Ożujsko pivo. Tutejsza marka piwa, drugie jest Karlovacko. Coś jakby u nas Okocim i Żywiec. Piwa tutaj organizm może pobrać wielkie ilości bez widocznej krzywdy.

Pag, wyspa. 128 km2 powierzchni; ok. 60 km długość z południa na północ; szosą trochę dłużej. Pagórkowata, najwyższe wzniesienie 348 m. Nazwa dziwnie przypomina łacińskie słowo pagus (kraj, wieś, zacofana wiocha) i może rzeczywiście stąd pochodzi.

Pag, miasteczko, coś w rodzaju stolicy wyspy. Ładne, wąskie uliczki na starym mieście, jak na włoskich filmach; zbiegają się na ryneczku-deptaku, gdzie jest kościół i mnóstwo sklepów złotników, oraz dają niezłe lody. W porównaniu z Novalją - spokój i nieustająca sjesta. Niestety, morze (wewnętrzna cześć Zatoki Paskiej) nie wygląda zachęcająco; nie odważyliśmy się tu kąpać. Naokoło najwyższe, skaliste wzgórza wyspy; miasto leży w istocie w dziurze, która komuś może przypominać norweskie fiordy (mnie nie).

Povljana. Miasteczko na południowych kresach Pagu. Plaża z tłucznia wychodząca na senną zatoczkę, stąd już sąsiednią wyspę Vir widać jak na dłoni. Głównym plusem są sosenki ocieniające ten tłuczeń, oraz bar przytykający do plaży. Okolica: równinne, wypieczone, półpustynne owcze pastwiska-gołoborza, i beznadzieja w powietrzu wisi.

Rab. Wyspa na północ od Pagu: mniejsza, wyższa  , bardziej zaludniona  , bardziej odwiedzana przez turystów, bardziej zalesiona od Pagu i bardziej historyczna; i ma gdzieniegdzie piasek na dnie.

Szimuni. Konkurencja dla Mandre; ale wg. nas Mandre jest dużo lepsze. Jest autokamp i marina, czyli kemping dla jachtów.

Szkrda. Wyspa, która widać z Mandre, jakieś 5 km w morzu. Wygląda na bezludną, ale w nocy paliło się światło.

Sveti Duh. Przy szosie z Kolanu do Novalji kusi drogowskaz: "Plaża Sveti Duh", czyli Plaża Świętego Ducha. Po kilkudziesięciu metrach natrafia się na zjazd w dół na łeb na szyję do Zatoki Paskiej, z nachyleniem chyba 20 procent, polną droga, tyle że niechlujnie wybetonowaną. Śmierć w oczach! W dodatku na dole za wjazd na plażę, wcale nie atrakcyjną, chcieli od nas pieniędzy, a że Polak niepotrzebnie płacić nie lubi, więc się wycofałem, podziwiając mój samochód, że dał sobie radę z alpejską wspinaczką.

Na północnym skraju Pagu, w Tovarnele, odkryliśmy gaj oliwny. Czy spodobałby się Jezusowi? Zachodziło Słońce i dlatego tyle było złotych blasków, które nawet widać na tym zdjęciu.


Tovarnele. Port i wioska na najdalszym północnym cyplu Pagu. Wąska uliczka nad portem, gdzie strach zatrzymać się samochodem, bo jeszcze się spadnie do morza. Wokół ogrody oliwne.   Ostrzegamy przed restauracją u wlotu do miasteczka: żywienie nas (3 osób) rybą i frytkami trwało półtorej godziny.

Ugljan. Wyspa o trzech wzgórzach-wierzchołkach koło Zadaru; przy dobrej pogodzie jeszcze widoczna z Mandre - 45 kilometrów w linii powietrznej.

Velo Blato. Błotniste jezioro na południowym krańcu Pagu.
Kamienna pustka,
zrudziałe sitowie,
ospałe mewy i wrony.
Kurz.
Upał.
W dali Velebit.


Velo Blato. Zarastające jezioro w południowej, prócz tego półpustynnej części Pagu. Skręciłem tam, żeby zobaczyć, czy są jakieś ciekawe ptaki, ale siedziały tylko mewy i wrony. Zupełnie brak drzew w okolicy. (Na Pagu nie ma żadnej rzeki, ani choćby potoku.)

Vir. Wyspa sąsiadująca z Pagiem od południa. Mieszkaliśmy tam w zeszłym roku. Podobna do Pagu, chociaż mniejsza i dużo bardziej zaludniona, ale Pag jednak atrakcyjniejszy.

Vitalo. Nie ma na mapach. Samotna, bardzo malownicza oberża na pustkowiu na północnym półwyspie Pagu. Można tam zjeść, ale nam się za każdym razem za bardzo śpieszyło. Zaraz za Vitalo skręca się na zachód do Drażicy.

Żigljen. Port promów na Pagu. Stąd do Novalji jest około 6 km. Krajobraz skrajnie pustynny i nikt tam nie mieszka.  

Z powrotem

Pod koniec naszego pobytu pojawiły się oznaki kończenia się lata: wiatr zza Velebitu. Chłodniej w nocy - na tyle, że trzeba było się przykrywać. Woda w morzu się przemieszała i wyraźnie ochłodziła. Na północy i zachodzie pojawiły się chmury, jakby skrajne skrzydła wilgotnych północnych niżów. Ostatniego dnia Słońce ledwie przeświecało przez chmury, a wieczorem trzeba było ubrać się w coś z długim rękawem. 29 sierpnia o szóstej rano ostatni raz kąpaliśmy się w Adriatyku, po czym po kilku przygodach, o których nie warto opowiadać, w ciągu dwóch dni wróciliśmy do domu (po drodze zwiedziwszy Mikulov).

Rynek w Mikulovie. Nad miasteczkiem wisi monumentalny zamek, a cały Mikulov zajmuje szczyt wapiennego wzgórza. Jedno zdjęcie niewielkie daje wyobrażenie: trzeba tu przyjść i pochodzić.
Byliśmy tam w drodze powrotnej.


Wojciech Jóźwiak
18-30 sierpnia 2000


komentarze

[foto]

1. Dawne czasy, stare dzieje • autor: Wojciech Jóźwiak2017-09-01 22:28:03

Dzisiaj do Chorwacji na wakacje jeździ się taśmowo, a wtedy, latem 2000, ja i Rodzina przecieraliśmy szlaki. Była to nasza druga wycieczka, rok wcześniej zatrzymaliśmy się na wyspie Vir i stamtąd wybraliśmy się na Pag. Po roku wróciliśmy.
Dawne czasy. Narzekam że podrożała benzyna i okazuje się, że kosztuje 3,50 zł!
Mnóstwa rzeczy wtedy jeszcze nie było. Ani Polska ani Chorwacja nie były w UE ani w Schengen i granice stały w całej okazałości. Nie było euro! Płaciło się markami.
Czytając teraz widzę własne niedokształcenie w niedawnej (wtedy) historii: bo przecież te porujnowane miejscowości i porzucone domy mijane po drodze, to pozostałość "samozwańczej" Republiki Serbskiej Krajiny z której Chorwaci wypędzili 200 tys. ludzi, ledwo 5 lat przed tamtą moją wycieczką.
Stare dzieje. Dopiero w następnym roku zacząłem prowadzić warsztaty w Pniewie, gdzie poznałem kilkoro z Was, którzy czytacie ten tekst.
17 lat. Minęło. Dużo.

2. Lun • autor: Krabat2017-09-02 12:02:40

Przejechaliście prze Lun, a jest tam jeden z najstarszych gajów oliwnych w Europie, średni wiek drzew to 1200 lat.
Moje ulubione miejsce w Chorwacji to Nin - naturalna piaszczysta (!) plaża i laguna wypełniona leczniczym błotem, którym można smarować się do woli.


 
[foto]

3. Lun • autor: Wojciech Jóźwiak2017-09-02 13:46:16

To właśnie w Lun było robione tamto zdjęcie oliwek. Z jednej strony ta miejscowość miała napis "Lun", a z drugiej "Tovarnele". Nie będę przeprawiał po 17 latach. Nin, faktycznie, wtedy ominęliśmy.

Zdjęcie, Krabacie, robi wrażenie, a Velebit w tle -- straszny!

Przy okazji: zwróćmy uwagę na jawnie niesłowiańskie nazwy w tej części Dalmacji: Pag, Nin, Lun, Tovarnele, Novalja itd. -- pozostały po dawnym wygasłym romańskim języku dalmatyńskim, przy czym zapewne większość rdzeni była przed-łacińska: illiryjska.
Ale dalej na południe znów słowiańszczyzna: Dubrownik, Zaton, Trstena, Vrbica, Lozica.

4. Obserwując mieszkańców Ninu... • autor: Krabat2017-09-02 16:39:43

Obserwując mieszkańców Ninu czy Zadaru (ciemne włosy, ciemna karnacja), zastanawiem się czy ich słowiańskość to tylko język i (niektóre) obyczaje? Ilu z nich to potomkowie Ilirów, Rzymian czy Wenecjan?
[foto]

5. 5. Mieszkańcy Dalmacji • autor: Wojciech Jóźwiak2017-09-02 17:18:43

Na Pagu wtedy (17 lat temu) spotkałem się z czymś innym: że właściciele domów mieszkają w Zagrzebiu, Karlowacu lub gdzie indziej na "kontynencie", a na wybrzeże sprowadzają się na lato, czyli od maja do października. Członkowie rodziny wymieniają się rotacyjnie. Czy są ciemniejsi od nas, północnych? Może trochę.

6. W Ninie właściciele... • autor: Krabat2017-09-03 12:08:27

W Ninie właściciele domów na czas wakacji gnieździli się w garażach i pomieszczeniach gospodarczych. Stałą pracę mieli w nieodległym Zadarze albo na statkach (gospodarz średnio pół roku spędzał w rejsach).
Włosy mojego synka, wtedy jasnego blondyna, wzbudzały zachwyt tubylczych kobiet :)
[foto]

7. Hvar • autor: Przemysław Kapałka2017-09-03 16:30:56

Byłem na wyspie Hvar, na południu Chorwacji, w 1999 roku. Był wrzesień, wcale nie od 1, i jeszcze było lato. Opis się zgadza chyba w każdym szczególe. Dodałbym, że pływając w morzu trzeba uważać, żeby nie rozwalić sobie kolana o jakąś podwodną skałę. Próbowałem też chodzić po tamtejszych górach, i stwierdziłem, że jest to wręcz sport ekstremalny. Łatwiej i bezpieczniej jest zdobyć Babią Górę, niż tam najwyższy szczyt wyspy, wysokości mniej więcej Łysicy. 
[foto]

8. Quercus ilex • autor: Wojciech Jóźwiak2020-06-09 19:58:06

Poprawię samego siebie sprzed 20 lat. Napisałem (w tekście wyżej):
"Nie jestem pewien, ile jest tu gatunków dębów. Znajdowałem na nich dwa rodzaje liści: o gładkich brzegach, i o brzegach zębatych. Ale widuje się też liście pośrednie, więc w końcu nie wiem."
To był jeden gatunek: Quercus ilex, który ma liście i takie, i takie, i pośrednie.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)