Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

27 listopada 2011

Wojciech Jóźwiak

Wywoływanie awatarów
O retricie Twardej Ścieżki 5-10 listopada 2011

Awatar

Pomysł tego działania powstał 8 października (2011) podczas medytacji u Jacka Dobrowolskiego, o czym napisałem w blogu – lub raczej ten pomysł tam dostałem, bo tamta myśl była jak odebranie sygnału skądś. Czym jest to, co tu nazywam „awatarem”? W hinduizmie awatar to istota w którą wciela się bóstwo, lub materialna forma, pod postacią której bóstwo się ujawnia. Stąd wzięło się zastosowanie tego słowa w zabawach w Internecie, gdzie awatarem nazywa się to coś, co na ekranie reprezentuje człowieka-uczestnika. Dalej, w filmie Camerona „Avatar”, awatarami są ciała tamtejszej rasy Na'vi, w które „wstępują” swoimi umysłami - przecielają się – ich ludzcy obsłużyciele; albo są nimi (awatarami) ci Na'vi, którzy w istocie są ludźmi w ciałach Na'vi. Tego wstępu potrzebuję do wyczucia użycia słowa awatar.

Film Camerona nadał temu słowu szczególniejszy sens: oto obsłużyciel tytułowego awatara, były żołnierz Jack Sully, jest inwalidą poruszającym się na wózku. Stanie się awatarem i pełnosprawność, a nawet większa niż ludzka sprawność w nowym ciele niespodziewanie potęguje jego umiejętności, zdolności i ambicje – wyzwala w nim genialnego przywódcę i herosa. Dopiero jako awatar-Na'vi, Sully może się spełnić – może spełnić swój ukryty potencjał, który zmarnowałby się, gdyby pozostał człowiekiem.

W tym filmowym sensie, awatarem jest więc czyjś ukryty potencjał – to czym-kim mógłbyś się stać, gdybyś mógł... Gdyby ci było wolno, gdybyś potrafił, miał odwagę, trafił na inne warunki, inną epokę itd., lub może tylko w jakimś momencie życia podjął inne decyzje, zamiast tych, które zapakowały cię w obecną klatkę.

Prócz tamtego filmu, drugim dobrym pomostem do uchwycenia pojęcia awatara (w tym szczególnym sensie, który mam na myśli teraz i miałem przygotowując i prowadząc tamten retrit) jest zdarzające się niekiedy i chyba nie tylko mnie, poczucie, że to co robię, jest tylko jakimś bladym cieniem wydarzeń i przygód, które w swoim pełnym rozmiarze przydarzają się komuś innemu, którego jestem tylko jakaś zatartą kopią. Tak jakby istniało wiele równoległych alternatywnych przestrzeni, w których wydarzenia są jakoś podobne, ale podczas gdy w jednych scenariusze realizują się „w całej krasie”, to w innych tylko „na ćwierć gwizdka” i w takiej właśnie ćwierćgwizdkowej warstwie realu bytuję ja, podczas gdy mój „oryginał”, doświadczający w pełnym wymiarze, jest w którejś innej warstwie równoległej. W tym modelu, „ja” byłbym tym, w którego tamten oryginał-awatar „wcielił się” tylko częściowo lub wręcz śladowo i ułomnie, ale jeśli pewne moje wydarzenia rozumiem jako wskazówki, to jakoś na ich podstawie mogę sobie wyobrazić to, co robi i kim jest oryginał.

Idąc dalej w tych wyobrażeniach, awatar wydaje się motorem „moich” działań, moim wewnętrznym napędem...

Iść za swoim awatarem... Dorównać swojemu awatarowi...

Oczywiście sensowne jest pytanie, czy na oddanie tego słowo awatar jest odpowiednie. Wracając do hinduizmu, od którego zacząłem, chodziłoby właśnie nie o „awatara” tylko o samo „bóstwo”.

Pewne podobieństwo jest też do postaci „Wyższego Ja” - Aumakua - w hunie wg Maxa Freedoma Longa . Tyle, że „awatarowi” należałoby się miano raczej „lepszego ja” niż wyższego. Nie chcąc natrętnie wartościować, nie mówię tak.

Do potrzeb retritu przyjąłem, że awatar to jest postać z przestrzeni wewnętrznej, która – w swojej rzeczywistości, która dla nas jest fantazją – ma zdolność zrealizować nasze/moje najukrytsze rozwojowe pragnienia i dążenia.

Dla przypomnienia, inne znane postaci z przestrzeni wewnętrznej, to zwierzę mocy, mistrz wewnętrzny lub „agenci” - serwitorzy.

Skoro jest postacią z przestrzeni wewnętrznej, to można z nim skontaktować się podobnie jak z innymi postaciami z wewnętrznej przestrzeni – sposobami szamańskimi. Z tym zamysłem zrobiłem ten retrit.


Kim jesteś

Drugim zamysłem, z jakim projektowałem retrit, było przekroczenie pewnego progu, który zaistniał w Twardej Ścieżce. Przypomnę: w pewnym momencie działania, które prowadziłem na moich warsztatach, nazwałem Twardą Ścieżką. Słowo „twarda” znaczy tu nie to, że mamy się katować i poddawać rygorom, ale że nie mówimy tylko robimy. Zero psychoterapeutycznego hipnotyzowania słowami, zero ideologizowania. To czego masz doświadczyć – poczujesz, w sposób namacalnie konkretny, przez ciało. Nie przez namowy ani wmawianie uczestnikom czegokolwiek.

Tak rozumiana twarda ścieżka zaczęła jednak mieć pewien defekt, mianowicie nie wiadomo było, co robić z „kanałem mowy”. Milczeć? Milczenie bywa święte, ale jak długo można nim zastępować słowa, tam gdzie są potrzebne? Pewna ważna umiejętność – używania słowa, mowy, pozostawała (takie miałem wrażenie) na moich warsztatach niewykorzystywana, marnowała się.

Postanowiłem na tym retricie przekroczyć ten próg mówienia. Dokładnie, przez zastosowanie techniki diad komunikacyjnych, które kiedyś poznałem pod prowadzeniem Krzysztofa Wirpszy (któremu jestem wdzięczny za to). Diady to „gra”, w której uczestnicy w scenariuszowy sposób zadają jeden drugiemu pytanie „Kim jesteś?” (Bywają używane, ale rzadziej, inne pytania.) To działanie częściowo zmieniłem. W grze brali udział wszyscy uczestnicy siedząc w kręgu. Kolejne osoby z kręgu zadawały to samo pytanie (Kim jesteś?) jednej osobie. (Ponieważ było nas ośmioro, pytających było 5 osób.) Po zadaniu pytań układ ról przesuwał się o jedną osobę w kierunku zegara. Osoba która poprzednio była pytana, odpoczywała – pozostawała siedząc. Osoba po jej prawej stronie była moderatorem. Prócz moderatora, wszyscy mieli zasłonięte oczy. Moderator miał dzwonek i kij. Dzwonkiem ogłaszał początek i koniec jednego cyklu pytań, kijem miał dotykać tych pytających, którzy by zauważyli swojej kolejki. Kolejna osoba zadawała pytanie, kiedy odpowiadający kończył lub przerywał mówić. Robiliśmy bez przerwy dwa, a częściej trzy obroty ról w kręgu.

Tę samą „technikę” zastosowałem do pracy z awatarem, tylko pytanie było inne: „Co robi twój awatar?”. Wcześniej oczywiście wprowadziłem uczestników w całą tu naszkicowaną „awatarystykę”.


Retrit

Retrit dzięki entuzjastycznemu poparciu Marcina Hładkiego (choć sam nie mógł wziąć udziału) przeprowadziłem w jego domu w Brodkach koło Seroczyna. Skorzystaliśmy z właściwości miejsca, które dawało pełne odosobnienie naszej grupie: tego domu nikt postronny nie odwiedza ani nie przejeżdża tamtędy. Dopisała pogoda: początek listopada był (przeważnie) słoneczny i suchy, dla szaman(ist)ów właściwie lato! Prócz właściwych działań wykonywaliśmy prace na rzecz domu – bardzo cenne, ponieważ „ugruntowywały” nas nie pozwalając „odlatywać” - rzecz konieczna na takich warsztatach, co dobrze zapamiętałem jeszcze z pierwszych moich warsztatów u Davida Thomsona w latach 90-tych. Sami przygotowywaliśmy jedzenie, dbali o zaopatrzenie itd.

Było nas ośmioro (ze mną), trzy kobiety, pięciu mężczyzn. Prócz jednej osoby, wszyscy brali wcześniej udział w moich warsztatach, a jedną lub dwie osoby uważam za „starych bywalców” o dużym doświadczeniu

Pierwszego dnia zjechaliśmy się, wieczorem szałas potu, po szałasie sesja podróży z bębnem. Każdy miał bęben, 8 bębnów, rola bębniącego krążyła w kręgu. Robiliśmy to w domu, leżąc. Koniec dobrze po północy.

Drugi dzień okazał się pochmurny i mglisty. Po porannych rozmowach w kręgu i omówieniu sesji szałasu i bębna, głównym działaniem tego dnia były rozmowy z Ogniem przy ogniskach, które każdy zapalił swoje. Najpierw dwukrotnie obeszliśmy teren, żeby znaleźć swoje („bardzo swoje”!) miejsca. Po zmierzchu rozpaliliśmy ognie. Zadaniem było na głos rozmawiać z Ogniem, tytułowanym też „Praojcem Ogniem” - za Victorem Sanchezem. Na koniec dnia, już późno w nocy, zrobiliśmy medytację „zen-bez-zen” z chodzeniem czyli kinhin, na deskach tarasu altany, na dworze. (W następnych dniach czułem niedosyt tej medytacji, ale uczestnicy nie chcieli jej już powtórzyć, tłumacząc się zdrowiem, że się przeziębią itp. Szkoda.)

Trzeci dzień wypełniła praktyka „kim jestem”. Robiliśmy ją w dwóch sesjach, rano i wieczorem. Później uczestnicy ocenili tę praktykę jako „bardzo ciężką”, wymagającą i absorbującą zasoby umysłu. W środku dnia „przełożyliśmy” tę praktykę pracą – układaniem drewna w stosy do suszenia. Zadanie było: na czas przerw i pracy zapominamy i nie rozmawiamy o praktyce zapytywania!

Podczas wieczornej sesji doświadczyłem, że powtarzane pytanie kim-jesteś, „wciąga” mnie w jakąś „jamę”, w „nieludzki obszar”, w jakąś strefę zagrażającą i rozpadową. Koniecznym i naglącym zadaniem stało się wydobycie się stamtąd, przezwyciężenie tego „wciągania”, pokonanie tego „ciągu”. Co wydarzyło się na poziomie tkankowym i wymagało tylko nie-tłumienia tego, co chciało ciało i „wewnętrzny umysł”. Co poskutkowało poczuciem siły i zwycięstwa, jakbym czytał opisy Czwartej Fazy Okołoporodowej u Grofa. Doświadczenie bardzo podobne do niektórych „faz” z szałasu potu, z przechodzenia przez ogień lub przez grzyby. („Przejście przez nie-świat”!) Z perspektywy widzę w tym ujawnione podobieństwo mownego ćwiczenia jakim jest kim-jesteś, do cielesnych działań Twardej Ścieżki. Kim-jesteś okazało się pełnoprawnym członkiem rodziny twardościeżkowych działań!

Ciekawe też, że podczas tego ćwiczenia jak nigdy dotąd utożsamiłem się z kierunkiem pionowym, z siedzeniem prosto z prostym kręgosłupem, więc ostatecznie – z polem grawitacyjnym Ziemi. Jakby bez tego miało mnie nie być, jakby właśnie pole grawitacyjne i kierunek góra-dół i jego oślepiające odczucie gwarantowało mi że jestem. (Że nie osunąłem się w tamtą jamę.)

Koniecznie dodam, że to były moje odczucia wtedy – doświadczenie kim-jestem mało powtarza się u różnych ludzi i u tej samej osoby na różnych warsztatach.

Czwarty dzień był głównie na pracę z awatarem, ale urozmaicony. Pogoda była „wysoko wyżowa”. Dzień (jak i poprzedni) zaczęliśmy od porannej medytacji na dworze przy wschodzącym Słońcu. Potem poszliśmy przez las, w milczeniu – podczas tego przejścia zadaniem było skupić się na swoim awatarze. Potem prowadziliśmy zapytywanie o awatara, w podobnym układzie, co poprzednio przy „kim-jestem”. Wieczorem, przy ostro świecącym Księżycu (dochodzącym do pełni), zrobiliśmy drugi szałas potu. Który był improwizowany, szalony i nie z tego świata. Mieliśmy wrażenie, ze „duchy i moce” są z nami.

Piątego dnia pogoda była niepewna, wietrzniej, chłodniej i pochmurniej. Zajęcia były „bardzo różne”: medytacje, wizualizacje, ćwiczenia oddechowe, kierowane rozmowy w kręgu „na temat”. Jeszcze jedna – uzupełniająca – sesja zapytywania o awatara. Poszliśmy na formalny marsz transowy. Dokończyliśmy prac dla domu. W nocy jeszcze jeden długi medytacyjny spacer przez las. Na koniec dnia medytacja szkieletu.

Szósty dzień był pomyślany jako inny niż poprzednie. Była pełnia Księżyca i zaplanowany był kolejny comiesięczny szałas potu na pełnię. Dlatego rano zrobiliśmy ćwiczenia kończące i podsumowujące rozmowy. Bardzo udała się podróż przy bębnie do świata podziemnego – wielkie wizje. Potem zaczęli przyjeżdżać ludzie na pełniowy szałas. Retritowa grupa energetycznie rozpadła się, a szałas na pełnię nabrał własnego osobnego porządku (lub wesołego nieporządku.) Na szałasie było kilka osób, które dołączyły po raz pierwszy i w ogóle był to dla nich pierwszy szałas, co jak się można było spodziewać zdominowało przebieg ceremonii.

Niektórzy wyjechali zaraz po szałasie, a kilkoro z nas siódmego dnia, 11 listopada 2011.


Wnioski

To działa! Zdecydowany jestem powtarzać podobne retrity. Układ retritu potrzebuje dopracowania – podczas tego improwizowałem i często dopiero w ostatniej chwili wiedziałem, co będę dalej robić – ale w głównym zarysie jest dobry.

Dwie nowości w Twardej Ścieżce, czyli kim-jesteś i awatar, zadziałały i uzyskane doświadczenie będzie pomocne przy następnych odsłonach.


Wnioski i obserwacje poboczne

Obie praktyki są trudne i wymagające. Obie stawiają duże wymagania uczestnikom. Widzę, że nie mogą być zastosowane dla osób, które wcześniej nie przeszły przez „zwykłą” Twardą Ścieżkę albo działania podobne. Dla nowicjuszy w praktyce z umysłem są to za wysokie progi.

Podczas retritu obserwowałem u (niektórych) uczestników „wachlarz” zachowań unikowych lub ucieczkowych. (Nie powiem jakich.) Co również mówi mi, że te praktyki nie mogą być zbyt popularne i są surową próbą również dla osób z doświadczeniem

(Gdzieś kiedyś czytałem-słyszałem o instytucji „stodoły pod Hamburgiem”. Chodziło o estradowych siłaczy jeszcze przez I Wojną. Ich walki były starannie wyreżyserowane i było z góry ustawione, kto w której walce wygra. Ale zanim do tego doszło, co roku przed sezonem ci atleci spotykali się pod Hamburgiem, gdzie w pewnej wielkiej wynajętej stodole walczyli na serio – i wtedy ustalali między sobą prawdziwy ranking. Otóż mam wrażenie, że właśnie te dwa działania, kim-jestem i awatar, pokazują prawdziwy stan wśród nas twardościeżkowców.)


Dziękuję moim Towarzyszkom i Towarzyszom wspólnych przygód tych magicznych dni! Tego nie byłoby bez Was.

Dziękuję naszym Awatarom, Zwierzętom Mocy, Wyższym-ja i Wewnętrznym Mistrzom. Dziękuję Księżycowi-dochodzącemu-do-pełni. Dziękuję Praojcu Ogniowi.


Do zobaczenia na (jeszcze) Tward(sz)ej Ścieżce!


Wojciech Jóźwiak




komentarze

[foto]

1. o Awatarze słów kilka • autor: Nes W. Kruk2011-11-28 13:00:21

"W tym filmowym sensie, awatarem jest więc czyjś ukryty potencjał – to czym-kim mógłbyś się stać, gdybyś mógł... Gdyby ci było wolno, gdybyś potrafił, miał odwagę, trafił na inne warunki, inną epokę itd., lub może tylko w jakimś momencie życia podjął inne decyzje, zamiast tych, które zapakowały cię w obecną klatkę."

Metodę projekcji Awatara z powodzeniem można stosować w śnieniu, a zwłaszcza w świadomym śnieniu*. Robię to od lat. Np w snach, w których występuje element walki, konfliktu, przybieram formę bojową. Jedną z najczęstszych form-awatarów jest postać kruka. Rzadziej przyjmuję formę smoka. Umysł ludzki przyzwyczajony jest do formy ludzkiej, której absolutnie nie musimy trzymać się w snach.

*Nie wiem dlaczego, ale zauważam pewną niefrasobliwą tendencję do ignorowania świadomego śnienia. Nie wyobrażam sobie praktyki duchowej której stałym elementem nie jest praca ze snami, podobnie zresztą jak praca z ciałem (to drugie owocuje oderwaniem od rzeczywistości, "bujaniem w obłokach", słabym kontaktem ze sferą żywiołu ziemi). Sen jest naturalnym odmiennym stanem świadomości. Nie potrzeba tu żadnych wspomagaczy w postaci substancji chemicznych (enteogeny), technik transowych (bębnienie, szałas potów). Do tego możliwości wizyjne są wprost nieograniczone.


"Prócz tamtego filmu, drugim dobrym pomostem do uchwycenia pojęcia awatara (w tym szczególnym sensie, który mam na myśli teraz i miałem przygotowując i prowadząc tamten retrit) jest zdarzające się niekiedy i chyba nie tylko mnie, poczucie, że to co robię, jest tylko jakimś bladym cieniem wydarzeń i przygód, które w swoim pełnym rozmiarze przydarzają się komuś innemu, którego jestem tylko jakaś zatartą kopią."
Dobrym sposobem na połączenie się z tym "pełnym Ja", jest teatr magiczny. W ten sposób Ja "na pół gwizdka" inwokuje wyższe Ja w siebie. W zmienionym stanie świadomości, gdy tworzy się odpowiednie warunki (strój, sceneria, mit, trans) dla naszego umysłu mit staje się rzeczywistością. Eksperymentowałem z tą techniką 2 lata temu. Efekty były mocne.


"Skoro jest postacią z przestrzeni wewnętrznej, to można z nim skontaktować się podobnie jak z innymi postaciami z wewnętrznej przestrzeni – sposobami szamańskimi. Z tym zamysłem zrobiłem ten retrit."
No właśnie, skoro to przestrzeń wewnętrzna, to dlaczego nie sny?

I jeszcze o atrybutach. Awatar, jako wcielenie bóstwa nieodmiennie łączy się z atrybutami. W ikonografii hinduistycznej każdy awatar ma takie przypisane atrybuty (miecz, muszla, bębenek, itp). Znaczenie tych atrybutów jest jasno określone - określają charakter awatara a przy okazji niejako potęgują jego moc poprzez skupienie jej w określonej formie.
[foto]

2. Praca ze snem. Wieloznaczność słowa awatar • autor: Wojciech Jóźwiak2011-11-28 13:51:35

Drogi Nesie Havasonie!

(1) "dlaczego nie sny?"

Z oczywistego powodu: śnimy w pojedynkę. Więc jak można ze śnienia zrobić wspólną praktykę?

Tu można zaoponować: wizje pojawiające się przy bębnie też są "w pojedynkę", a jednak prowadzę tę praktykę w grupie. Dlaczego nie ze snem? Odpowiadam: z powodu kapryśności snów. Wizje w odpowiedzi na bęben przyjdą zaraz, w ciągu tych 10 minut, albo nie przyjdą, ale wtedy "stracona" jest 1 godzina zajęć z bębnem. Prawdopodobieństwo pojawienia się wizji przy bębnie wynosi średnio około 60%, przy parodniowym powtarzaniu praktyki rośnie do 100%. Sen przyjdzie albo częściej NIE przyjdzie, prawdopodobieństwo sensownego i zapamiętanego snu oceniam na 1% albo mniej. A jeśli sen nie przyjdzie, to tracimy 1 dobę na ewentualną powtórkę. Wniosek: śnienie jest dobre jako praktyka indywidualna. Jako praca w grupie... oceniam je jako niemożliwe do sprawnego przeprowadzenia, zwłaszcza gdy masz parę dni na to i nie chcesz szczególnie sfrustrować uczestników niepowodzeniami. (I narazić się na to, że utracą do ciebie zaufanie, bo obiecywałeś sny, a nie było.)


(2) "Awatar, jako wcielenie bóstwa nieodmiennie łączy się z atrybutami."

Chyba jednak muszę zmienić terminologię i to co nazwałem "awatarem" nazwać jakoś inaczej. To co nazwałem "awatarem" NIE jest ani wcieleniem bóstwa ani bóstwem. Już widzę, że nie da się uniknąć mylenia z pojęciem awatara jakie jest oryginalnie w hinduizmie.

Nie jest w "wcieleniem" bo właśnie się NIE wcieliło (w ciebie, we mnie, w innego uczestnika). Gdyby mój "awatar" wcielił się, to mógłby wcielić sie tylko we mnie, ale wtedy nie byłoby potrzeby robienia takiego warsztatu, bo to JA po prostu byłbym tym "awatarem". (I np. znałbym swobodnie 10 języków, o co podejrzewam mojego "awatara".) Tymczasem "awatar" w tym moim sensie jest nieodłącznie związany z BÓLEM, że nie wcielił się.

"Awatar" w moim sensie nie jest bóstwem w sensie hinduskim, ponieważ miliard Hindusów ma jedno i to samo bóstwo, np. Śiwę albo Ganeśę. I dlatego ma sens wyposażać to bóstwo w powszechnie rozpoznawalne atrybuty. Inaczej jest z "awatarem" w tym moim sensie, który jest istotą ściśle osobistą, indywidualną (tylko moją), więc i atrybuty nie mają zastosowania.

(3) "Np w snach, w których występuje element walki, konfliktu, przybieram formę bojową. Jedną z najczęstszych form-awatarów jest postać kruka."

Nes, ależ to nie ma nic wspólnego z "awatarem" w użytym przeze mnie sensie! Tym bardziej widzę, że muszę inaczej to coś nazwać.

(4) "podobnie zresztą jak praca z ciałem (to drugie owocuje oderwaniem od rzeczywistości, "bujaniem w obłokach", słabym kontaktem ze sferą żywiołu ziemi)"

My na tym retricie BARDZO pracowaliśmy z ciałem :)

(5) "teatr magiczny"

!!! Nes, koniecznie napisz więcej o tej praktyce. zamawiam u Ciebie osobny artykuł o magicznym Teatrze!

~Wojtek
[foto]

3. wieloznaczność słowa • autor: Nes W. Kruk2011-11-28 17:03:52

"Drogi Nesie Havasonie!"
Ojoj, wystarczy Nesie. :)

"Z oczywistego powodu: śnimy w pojedynkę. Więc jak można ze śnienia zrobić wspólną praktykę?"
Ta praktyka nazywa się wspólnym śnieniem. Jest nawet platforma w sieci - www.lucidcrossroads.co.uk. Nie byłem tam, nie testowałem.

"Tu można zaoponować: wizje pojawiające się przy bębnie też są "w pojedynkę", a jednak prowadzę tę praktykę w grupie. Dlaczego nie ze snem? Odpowiadam: z powodu kapryśności snów."
Kapryśność snów wynika ze stopnia opanowania techniki, warunków wewnętrznych i zewnętrznych, osobistych predyspozycji, ale to wiemy. Technika tybetańska np zmierza ku całkowitemu rozpuszczeniu marzeń sennych. Dopiero gdy rozprawimy się z własnym bałaganem emocjonalnym, wchodzimy w tę przestrzeń śnienia bez lęków i pragnień, które są główną treścią zwykłych snów, można zacząć włąściwą praktykę śnienia. Problem w tym, że to trudne i większość zatrzymuje się na wewnętrznych fantasmagoriach. Ale rozumiem, że dla typowego uczestnika warsztatów takie przygotowanie jest nierealne.

"Wizje w odpowiedzi na bęben przyjdą zaraz, w ciągu tych 10 minut, albo nie przyjdą, ale wtedy "stracona" jest 1 godzina zajęć z bębnem. Prawdopodobieństwo pojawienia się wizji przy bębnie wynosi średnio około 60%, przy parodniowym powtarzaniu praktyki rośnie do 100%. Sen przyjdzie albo częściej NIE przyjdzie, prawdopodobieństwo sensownego i zapamiętanego snu oceniam na 1% albo mniej."
W mojej praktyce, jeśli szukam wizji w snach, zawsze przychodzi, ale jest to niejako rozwinięcie, lub efekt całej praktyki, niż konkretnie LD. Nie koniecznie jest to tej samej nocy, czasem trzeba poczekać, oswoić intencję. I tu chyba pies pogrzebany, bo w warsztatach wyjazdowych liczy się czas. Często też niedoświadczony podróżnik może nie zauważyć wizji, odpowiedzi. 1% zapamiętanego snu to bardzo mało. Może to wynikać z samej higieny śnienia.

"Wniosek: śnienie jest dobre jako praktyka indywidualna. Jako praca w grupie... oceniam je jako niemożliwe do sprawnego przeprowadzenia, zwłaszcza gdy masz parę dni na to i nie chcesz szczególnie sfrustrować uczestników niepowodzeniami. (I narazić się na to, że utracą do ciebie zaufanie, bo obiecywałeś sny, a nie było.)"
Ano tak, na warsztatową wersję praktyki śnienie się nie nadaje. Przynajmniej nie dla niedoświadczonych uczestników. Plus jest taki, że nie trzeba spotykać się w okreslonym miejscu w realu, choć to pomaga nawiązać kontakt. Minus - żmudna praktyka osobista. Bez pracy z lękami, wdrukami i pragnieniami będziemy tylko pomnażać wewnętrzne iluzje (gabinet cieni?).


"Chyba jednak muszę zmienić terminologię i to co nazwałem "awatarem" nazwać jakoś inaczej. To co nazwałem "awatarem" NIE jest ani wcieleniem bóstwa ani bóstwem. Już widzę, że nie da się uniknąć mylenia z pojęciem awatara jakie jest oryginalnie w hinduizmie.
Nie jest w "wcieleniem" bo właśnie się NIE wcieliło (w ciebie, we mnie, w innego uczestnika). Gdyby mój "awatar" wcielił się, to mógłby wcielić sie tylko we mnie, ale wtedy nie byłoby potrzeby robienia takiego warsztatu, bo to JA po prostu byłbym tym "awatarem". (I np. znałbym swobodnie 10 języków, o co podejrzewam mojego "awatara".) Tymczasem "awatar" w tym moim sensie jest nieodłącznie związany z BÓLEM, że nie wcielił się."

Genius?
Sokratejski Daimon?
Poza tym czy to nie jest tak, że awatar jest personifikacją, ujęciem w formę jakiegoś atrybutu samego boga, zawężeniem, wyspecjalizowaniem? Stąd Wisznu np w różnych okresach zależnie od potrzeby przybierał różne formy.

"'Awatar' w moim sensie nie jest bóstwem w sensie hinduskim, ponieważ miliard Hindusów ma jedno i to samo bóstwo, np. Śiwę albo Ganeśę. I dlatego ma sens wyposażać to bóstwo w powszechnie rozpoznawalne atrybuty. Inaczej jest z "awatarem" w tym moim sensie, który jest istotą ściśle osobistą, indywidualną (tylko moją), więc i atrybuty nie mają zastosowania."
Wszystko zależy od języka symboli i archetypów. Jeśli łączy się to z poszukiwaniem osobistego mity, to nie widzę tu sprzeczności.

"'Np w snach, w których występuje element walki, konfliktu, przybieram formę bojową. Jedną z najczęstszych form-awatarów jest postać kruka.'
Nes, ależ to nie ma nic wspólnego z "awatarem" w użytym przeze mnie sensie! Tym bardziej widzę, że muszę inaczej to coś nazwać."

Być może problem jest właśnie z definicją i samo słowo "awatar" narzuca już określone terminy i skojarzenia (film, mitologia hinduska). Być może to moja wina i zwyczajnie nie łapię idei. Efekt może być podobny jak w przypadku problemu "kto to szaman" i chyba dobrze rozwiązać go już na początku, zanim mem się utrwali...

"teatr magiczny"
!!! Nes, koniecznie napisz więcej o tej praktyce. zamawiam u Ciebie osobny artykuł o magicznym Teatrze!

Ja mam ten problem, że nie nadążam z dokumentacją (chciałbym mieć takiego skrybę, który prowadziłby dokumentację; choć jestem zodiakalną panną to mam z tym spory problem i część technik po prostu się rozpływa). W osobistej praktyce nie jest mi to aż tak potrzebne. Schody zaczynają się dopiero gdy chcę to puścić dalej. Mam jeden niedopracowany szkic warsztatów w tym charakterze, ale na razie jest w fazie projektu. Dość ciekawe efekty dawało wypracowanie właściwej przestrzeni - To wówczas zauważyłem, że drama mistyczna wzmacnia wizyjność i utożsamienie w przypadku, gdy cały spektakl odbywa się w miejscu specjalnie do tego stworzonym. - Praca z miejscem i energią poprzez formę (szkic). Dlatego jestem ciekaw, na ile elementy teatralne wzmacniają nawiązanie kontaktu z "awatarem" (analogicznie do odtwarzania Ducha Zwierzęcia przez strój, taniec, śpiew, mit, itd).

4. moje wrażenia z retritu • autor: Nierozpoznany#42562011-12-01 12:05:08

Udział w retricie był dla mnie ciekawym doświadczeniem.
Wojtka znam już od 10 lat i byłem na kilku jego poprzednich warsztatach. Myślałem więc że nic mnie już nie zaskoczy.
A jednak ten retrit był całkiem innym , nowym doświadczeniem. Stało się tak z kilku powodów.
Po pierwsze trwał prawie cały tydzień a przy takiej ilości dni można stracić poczucie czasu i skutecznie odizolować się od świata zewnętrznego.
Po drugie na niektóre praktyki przeznaczyliśmy prawie cały dzień, co okazało się bardzo interesujące jeśli chodzi o ich rezultaty.
Była to też dla mnie okazja aby rzetelnie przerobić pewne praktyki, a ponieważ sam prowadzę warsztaty twardej ścieżki, postanowiłem niektóre z nich na stałe wpisać do programu moich warsztatów.
Dziękuję Wojtkowi za prowadzenie i wszystkim pozostałym uczestnikom za miłe towarzystwo.

5. "Retrit" gryzie w oczy • autor: Krabat2011-12-01 17:39:03

Czy nie ma polskiego odpowiednika angielskiego "retreat"? Bo "retrit" gryzie w oczy i uszy.
[foto]

6. Konkurs na "retrit" po polsku • autor: Wojciech Jóźwiak2011-12-01 18:28:54

Drogi Krabacie,
ja nie znam! :(

Nie pozostaje nic, jak ogłosić konkurs na wymyślenie polskiego słowa, które by znaczyło to samo - "praktyki duchowe w zamkniętym gronie i w miejscu odosobnionym".

Wojciech Jóźwiak
[foto]

7. Polska nazwa • autor: Jacek Dobrowolski2015-01-02 12:54:14

Polskim tłumaczeniem terminu retreat jest "odosobnienie", stąd meditative retreat = odosobnienie medytacyjne, shamanic retreat=odosobnienie szamańskie etc.
[foto]

8. Ale odsobnienie... • autor: Wojciech Jóźwiak2015-01-02 13:08:07

Ale polskie słowo "odosobnienie" ma także sens angielskiego seclusion czyli, ostatecznie, loneliness -- a nam nie chodzi o "samotny pobyt gdzieś" tylko o grupowe zajęcia podczas których grupa jest razem w takim miejscu, że nie musi wchodzić w interakcję z otoczeniem.
W słowie "odosobnienie" nacisk położony jest na oddzielenie się od innych ludzi, a nam chodzi o coś przeciwnego: o integrację w grupie -- a zaprzestanie zbędnych interakcji z otoczeniem jest tylko pomocnym środkiem do tej integracji.

Przy okazji etymologia słowa retreat:
retreat (n.) c.1300, "a step backward;" late 14c., "act of retiring or withdrawing; military signal for retiring from action or exercise," from Old French retret, noun use of past participle of retrere "draw back," from Latin retrahere "draw back, withdraw, call back," from re- "back" (see re-) + trahere "to draw" (see tract (n.1)). Meaning "place of seclusion" is from early 15c.; sense of "establishment for mentally ill persons" is from 1797. Meaning "period of retirement for religious self-examination" is from 1756.
[foto]

9. Odosobnienie cd • autor: Jacek Dobrowolski2015-01-02 16:01:45

Może być "solitary retreat" - i to jest samotne odosobnienie, ale może być "group retreat" i to jest odosobnienie grupowe. Jest to wycofanie się z codzienności sprzyjające integracji jak to nazywasz. Nie znam lepszego słowa. Nawet znajduję w nim głębsze znaczenie, że odchodzisz od swojej osoby, czy raczej jej wyobrażenia, porzucasz je - "od-osabniasz się". Może to takie heidegerowskie wgłębianie się w słowo, ale tak to czuję. Nie znoszę spolszczonego retrit, to koszmar: "Zresetowałam się na retricie i jestem megaszczęśliwa, było kul! Zrobiliśmy sobie stirfraj! Wszystkich lajkuję! Sorki za odlot, ale był ful wypas!"


[foto]

10. Retrit i odosobnienie • autor: Wojciech Jóźwiak2015-01-02 17:05:23

Mnie akurat retrit nie przeszkadza.
(Pasuje do polskiej fonetyki, akcentowania i deklinacji.)
Słowo "retrit" ma naturę yang, jest energiczne, a "odosobnienie" jest ewidentnie yin, rozlazłe i podszyte samotnością czyli ostatecznie, lękiem.
Pierwotnym sensem "retreat" był (patrz wyżej) odwrót, "już do odwrotu głos trąbki wzywa", schodzimy z pola-sceny na z góry upatrzone pozycje, ale wszystko pod kontrolą.
A nie "odosabniam się... bo mam was dosyć... nie lubię was".

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)