Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

11 kwietnia 2015

Ignacy Jóźwiak

Za Wododziałem Karpackim. Bliska wizyta w trudnych czasach

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: MiędzymorzepodróżeUkraina


Berehove. Domki z czasów Austro-Węgier. Autor zdjęć: Tomasz Kosiek

To miał być szybki wypad dobrze znaną trasą w dobrze znane okolice. Samochodem – drogę z Warszawy przez Lublin, Rzeszów, Duklę, Barwinek i dalej przez Svidnik, zostawiając z boku Mihalovce, przez Slovenské Nové Mesto, Sátoraljaújhely, Kisvardę, Beregsurany do ukraińskiego Berehova (węg. Beregszasz) kilkakrotnie pokonywaliśmy z Markiem, ostatnio chyba wiosną 2009. Późnym latem tego samego roku podobną trasą jechaliśmy z Wojciechem. Wtedy startowaliśmy z Przeworska i kierowaliśmy się bardziej na wschód: przez Mihalovce i Sobrance do Użhorodu (węg. Ungvar). Relacja z tamtego wyjazdu, pełna nawiązań do bieszczadzkich doświadczeń Wojtka, barwnych opisów roślinności oraz miast Użhorodu, Berehova i wsi Bene, dostępna jest na e-łamach Taraki. Podobną trasą, ale w odwrotnym kierunku, jechaliśmy w kwietniu 2010 z Tomkiem. Wtedy jednak nadłożyliśmy trasy, aby w okolicach Humenego i Svidnika obejrzeć drewnianą architekturę słowacko-rusińskich wiosek. Z tamtego wyjazdu nie powstała żadna relacja, jednak rozmowy, obserwacje i fotografie wykonane profesjonalnym aparatem Tomka złożyły się na dodatkowy element do układanki naszych zainteresowań regionem. Klamrą spinającą wszystkie tamte wrażenia była mapa drogowa tzw. Kotliny Karpackiej, na której każda, nawet najmniejsza miejscowość na ukraińskim Zakarpaciu i Słowacji (aż po Przełęcz Dukielską – węg. Duklai-hágó) podana była w wersji dwujęzycznej. Wisienką na torcie było zupełnie przypadkowe spotkanie, zaraz za Przełęczą Dukielską, z naszym kolegą Sebastianem - etnologiem, poetą i animatorem kultury łemkowsko-rusińskiej.

Na południowych stokach Karpat, lub jak pisał Wojciech, „Z drugiej strony Bieszczadów”, bądź też bardziej precyzyjnie - „za wododziałem karpackim”, jak wspominał swego czasu Andrzej Stasiuk, bywałem w międzyczasie kilkakrotnie. Wjeżdżałem tam pociągiem z Budapesztu (jadąc z przesiadką w granicznej stacji Zahony lub bez przesiadki do Mukaczewa), czasem robiąc krótkie wypady przez rzekę do Rumunii lub przez płot na Słowację. Teraz miałem się tam udać po raz pierwszy od trzech lat. Najpierw koleją przez Lublin do Stalowej Woli (mijając po drodze dawne rosyjsko-austriackie przejście graniczne w Lipie), potem samochodem przez Rzeszów, Barwinek i tak dalej aż do Beregsurany i Beregszasz. Okazją była międzynarodowa konferencja Linguistic and Cultural Heterogeneity in East-Central-Europe: Value and Challenges w Berehovie oraz wizyta na Użhorodzkim Uniwersytecie Narodowym. Przed południem mieliśmy wyruszyć z Rzeszowa, a droga miała zająć nam 5 do 6 godzin (ja twierdziłem, że „jakby pocisnąć”, dojechalibyśmy w 4, jednak Tomek odmawiał podejmowania takich prób). Tak czy inaczej, na wieczór planowaliśmy być już w Kotlinie Panońskiej, z berehowskimi znajomymi umówieni byliśmy na kolację, a może nawet na saunę. Następnie od rana konferencja i tzw. networking. Emocje sięgały zenitu. Jednak po kolei…


Katalpa w Użhorodzie. Na jej tle: Autor

Wododział wododziałem, Karpaty Karpatami, jednak od mojej ostatniej wizyty wiele się zmieniło po wszystkich możliwych stronach górskich grzbietów. Mityczne Wielkie Węgry, egzotyczna Karpacka Ruś i Zielona Ukraina wciągnięte zostały w wir rywalizacji pomiędzy Rosją a „Zachodem”. Gdzieś po drodze wplątała się w to wszystko węgierska ustawa o obywatelstwie i jej postępujące reperkusje (o których później). Rosyjska okupacja Krymu, wojna domowa w Donbasie, rosyjskie czołgi pod Mariupolem. Kilka tysięcy ofiar śmiertelnych, ponad milion uchodźców wewnętrznych (w tym do Zakarpacia). A w międzyczasie Majdan, niebiańska sotnia, snajperzy, wymykający się prostym kategoryzacjom konflikt i wiele pytań do tej pory pozostających bez odpowiedzi. W takich warunkach przyszło mi planować wizytę w tamtym „peryferyjnym regionie Środka Europy”. Informacje docierające z lokalnych mediów, z portali społecznościowych i z korespondencji ze znajomymi były różne, czasem sprzeczne, składały się na nie: regionalna i lokalna mobilizacja podczas protestów na Majdanie, informacje o zakarpackich poborowych i ochotnikach w Donbasie, dwujęzyczne deklaracje Sława Ukrajini – Herojam Sława (nie pamiętam, jak to było po węgiersku) oraz kilka niesprawdzonych informacji o Karpackich Rusinach popierających noworosyjskich separatystów. Poza tym, dzień jak co dzień. W służbowej korespondencji z zakarpackimi placówkami naukowymi, najmniejszych akcentów związanych z wojną, okupacją czy postępującym kryzysem gospodarczym. „Ech tam w starym kraju, Rusek czołgiem warczy…” jak śpiewał JKK.

Na razie jednak ruszamy, pogoda ładna, nastroje dopisują, a linia frontu ponad 1300 kilometrów od nas i podczas całej wycieczki nie przybliży się (Rzeszów i Użhorod znajdują się w przybliżonej odległości od Doniecka). W planie szybki obiad gdzieś pomiędzy Svidnikiem a Mihalovcami, zakupy w Kisvardzie i spokojny wieczór w Berehovie. Wracać chcieliśmy, znów nieco okrężną drogą, tym razem bliżej Medzilaborców, i przekroczyć wododział w Przełęczy nie Dukielskiej, a Łupkowskiej. Jednak nie dojechaliśmy nawet do Rzeszowa, gdy okazało się, że „coś” nam kapie spod maski. To coś okazało się olejem i sprawiło, że samochód należało zamienić na autobus i pociąg z perspektywą przekroczenia wododziału w ciągu nie dwóch, a co najmniej 10 godzin. Pierwszy środek transportu zabrał nas do Przemyśla, następny do Lwowa. Na granicy względny spokój, również autobus przejechał względnie szybko. Cały czas wypatrywałem jakiś cech szczególnych, efektów zmian, jakie nastąpiły w kraju. Miałem wrażenie, że lokalny autobus jest bardziej załadowany towarami i zakupami niż to bywało dawniej, że w Medyce więcej niż kiedyś stało minibusów i furgonetek z pudłami i torbami. Wokół lwowskiego dworca kolejowego dzień jak co dzień, tylko absurdalny kurs hrywny w kantorach i co najmniej dwukrotnie niż kiedyś wyższe ceny w sklepach i bufetach sygnalizują, że coś jest nie tak. Zamiast szybkiego obiadu na Słowacji, niezbyt szybka obiado-kolacja w dworcowej restauracji, której „kierownik sali” wyglądał jak żywcem wyjęty z „Po Galicji” Martina Pollacka.

W pociągu rozmawiamy z farmerem z Chustu, który opowiada o hodowli mangalic, dzikich świń i strusi oraz pędzeniu kozy przez most Solotvyno-Sighet. Rozmawiamy o pasterstwie, sadownictwie, wyrobie serów, wina i destylatów owocowych. Sprawia wrażenie zadowolonego z życia i mało dotkniętego kryzysem. Jednak sam zaznacza, że jemu akurat udaje się wiązać koniec z końcem, ale ogólnie w kraju jest chujnia. Był również pod dużym wrażeniem projektów wdrażanych w pobliskiej wsi Nyżne Selyszcze, gdzie dzięki współpracy miejscowych i szwajcarskich rolników-spółdzielców zaczęto wyrabiać sery oraz modernizować lokalne rolnictwo, zaś dzięki współpracy lokalnego domu kultury z niemieckimi wizjonerami-zapaleńcami organizowane są koncerty, występy teatralne i inne. Nieprzypadkowo nawiązuję tu do zjawiska przyjezdnych-zapaleńców-wizjonerów. Nie raz mi o nich na Zakarpaciu opowiadano, niektórych sam miałem okazję poznać. Przyjeżdżają zarówno zza granicy, jak i z innych części Ukrainy. Współpracują z lokalnymi organizacjami pozarządowymi i pomagają zdobywać im fundusze. Działają na rzecz uchodźców, ekologicznego rolnictwa, sprowadzają pomoc humanitarną, angażują się w życie kulturalne, wysyłają młodzież na międzynarodowe staże etc. Z mojego doświadczenia wynika, że są to osoby szanujące lokalną społeczność, wsłuchujące się w ich potrzeby, otwarte na dialog.


Biblioteka u Dimy

Właśnie do jednej z takich osób-instytucji skierowaliśmy swoje kroki w Berehovie. Dima przyjechał 7 lat temu z Kijowa. W modernistycznej willi z czasów czechosłowackich i w otaczającym ogrodzie zorganizował coś pomiędzy „otwartym domem”, „salonem”, „domem pracy twórczej” i centrum konferencyjnym. Wewnątrz przestrzenne pomieszczenia, biblioteka jak u Harry Pottera, plątanina schodów i ukrytych przejść. Na dole piwnica i beczki z winem własnej produkcji. Wokół drzewa, kwiaty, miejsce na ognisko i grilla. W planach sauna z małym basenikiem. Dima ma już na swoim koncie między innymi obozy jogi, cykl seminariów o filozofii praw człowieka, spotkania literackie. W planach zaś naukowe seminaria, międzynarodowe warsztaty organizacji pozarządowych, spotkania miłośników historii Austro-Węgier i wiele innych.


Dwujęzyczna ulica w Berehove

Rano udajemy się na konferencję. Po drodze szybkie „rozpoznanie” w mieście. Od ostatniej wizyty nie widać większych zmian. Kilka nowych sklepów i kawiarni, część które pamiętam już nie funkcjonują. Kwitną bez wyjątku: bez, wiśnia, parę innych, słońce świeci. Na Placu Bohaterów (Hősök tere) pomnik tytułowych Bohaterów – żołnierzy Armii Czerwonej (wyzwolicieli Berehova)[1] stoi jak stał. Nikt nie oblewa go czerwoną farbą, nikt nie usiłuje zdemontować. Chociaż bohaterstwo radzieckich sołdatów bywa kwestionowana zarówno na Węgrzech, jak i na Ukrainie, pomnik konsensualnie stoi jako świadectwo historii. Wokół niego mniejsze „dodatki” jako dyskursywne przystawki mające uczynić „danie główne” lżej strawnym: pomnik Czernobyla (konkretnie, pamięci miejscowych, którzy brali udział w ewakuacji) i Żołnierzy-Internacjonalistów (tak w oficjalnej nomenklaturze nazywa się weteranów wojny afgańskiej („radzieckiego Wietnamu”), chociaż napis na tym głosi po prostu „Afganistan” – tego pomnika nie przypominam sobie z 2012 r.). Pomniki to na Zakarpaciu materiał na całą monografię i jeśli wystarczy mi zapału, a czytelnikom cierpliwości, być może wrzucę tu wkrótce osobny materiał im poświęcony.


Berehove. Instytut Wegierski.
(Teraz pięknie odnowiony, pięć lat temu wyglądał jak pół-ruina jakiegoś ghost-city.)

Zakarpacki Węgierski Instytut im. Ferenca Rakoczego II to największy budynek w mieście, od kilku lat systematycznie remontowany. Od mojej ostatniej wizyty przybył mu tynk na fasadzie. Na zewnątrz flagi, dwie – ukraińska i węgierska, jako stały element oraz czarna-żałobna w związku ze śmiercią czterech mieszkańców miasta, w tym absolwenta Instytutu, w tzw. Operacji Antyterrorystycznej. (Zdaniem większości moich rozmówców, określenie „wojna” jest tu bardziej wskazane, wątpliwości rodzi natomiast doprecyzowanie, czy ta wojna jest „domowa”, czy „z Rosją”, ja sam skłaniałbym się ku mniej precyzyjnemu określeniu „konflikt zbrojny”). Wewnątrz konferencyjny standard: kłębowisko ludzi, ktoś się z kimś wita, ktoś kogoś szuka, kolejka do rejestracji. Przeplatają się węgierski i ukraiński. Nie będę tu streszczał przebiegu samej konferencji, dociekliwych odsyłam do jej programu. Dość będzie nadmienić, że uczestnicy przyjechali z Węgier, Słowacji, Polski, Słowenii, Rumunii, Serbii i Kanady. Obecna jest więc reprezentacja Wielkich Węgier (zwanych w kartografii mniej ekstremalnej Kotliną Karpacką), ościennej Galicji (Lwów, Drohobycz, Rzeszów) oraz rusińskiej/ukraińskiej diaspory zza Atlantyku (Toronto) – plus warszawski kosmita. Zjechali się lingwiści, literaturoznawcy, geografowie, etnolodzy i nie tylko. Podczas przerwy wraz z Tomkiem i poznanym Levente (Węgrem z rumuńskiego miasta Cluj-Napoca) udajemy się do jednej z berehowskich restauracji na obowiązkowy dla wszystkich nie-wegan zestaw: smażony ser (syr-fri, rantotsajt) z frytkami. Z Levente rozmawiamy o antropologii, badaniach etnograficznych, mniejszościach etnicznych, granicach, pograniczach. Panowie ze stolika obok łatwo dają się sprowokować do wymiany zdań na temat bieżącej sytuacji na Ukrainie: Putin i Poroszenko biją się o palmę pierwszeństwa w niechęci (nienawiści?). Po obradach udaje nam się zagadać profesora Magocsi'ego, Amerykanina mieszkającego i pracującego w Kanadzie, żywą i aktywną legendę badań nad etniczną historią Karpat i Ukrainy. Kilkanaście metrów od zabytkowego budynku Instytutu, visa vis Placu (Wielu) Bohaterów siedzimy w kawiarni urządzonej nie tylko „na bogato”, ale i „na nowocześnie”: czerń, trochę stylowych foteli, trochę minimalistycznego stylu a la Ikea, klubowa muzyka oraz barman fryzurą i strojem niewyróżniający się od kolegów po fachu z Warszawy, Budapesztu czy Kijowa. Z Profesorem rozmawiamy trochę po ukraińsku, trochę po angielsku, wokół słychać głównie węgierski.


„Złoty Paw” – za dnia


„Złoty Paw” i pomnik Sándora Petőfiego

Na słabo oświetloną i niemal pustą ulicę (niesłychany kontrast wobec nowoczesnego i sterylnego wnętrza kawiarni) wychodzimy już po zmroku. Przez most nad rzeczką Wirką udajemy się na bankiet do „Złotego Pawia”. Krótka ulica, przy której mieści się przybytek, nosi imię Sándora Petőfiego i niewielki pomnik tego „węgierskiego Mickiewicza” stoi przy głównym wejściu. Budynek sprzed pierwszej wojny światowej pierwotnie był kasynem, jednak przez większość swojej historii, tak jak teraz, służył jako hotel z barem i restauracją. Dziś z „hazardu” można tu najwyżej pograć w bilard. Podobno w 2004 zatrzymał się tu Wiktor Janukowycz sprowadzony przez byłego mera, przedsiębiorcę i, podobno, eks-gangstera Istvana Gajdosa. Podobno prezydent nie był z przebiegu wizyty zadowolony i podobno, na oczach wielu świadków, dał merowi pięścią po twarzy. Wiemy więc, że w mieście mieli okazję popasać poeci (Petőfi) i politycy (Janukowycz); o tym, że tego rodzaju sław było tu więcej, świadczy ponad 100 rozsianych po Berehovie pamiątkowych tabliczek. Łatwo możemy sobie wyobrazić, jak na przykład rozdrażniony ciężkim dniem Franciszek Rakoczy uderza wierzchem dłoni lub smaga batem niepokornego rządcę. Jest jednak historia, której miałem okazję być świadkiem. Latem 2005 dach hotelowego budynku został doszczętnie strawiony przez pożar. Stałem wtedy na moście i obserwowałem jak strażacy z Berehova i Vynohradova leją wodę na niewiele sobie z tego robiące płomienie. Podczas swoich kolejnych wizyt obserwowałem trwający latami proces odbudowy: przez bodaj 2 lata dach składał się z folii i blachy, w niczym nie przypominając oryginału, następnie w bryle zgodnej z oryginałem obłożono go blachą. Dachówkę zobaczyłem na nim dopiero teraz, ale możliwe, że wcześniej się po prostu nie przyglądałem.



[1]Armia sowiecka „wyzwalała” zamieszkałe przez Węgów Berehove (ros. Bieriegowo, węg. Beregszász), właściwie od Węgier. To miasto między listopadem 1938 a marcem 1944 należało (ponownie) do Węgier, potem wraz z całym krajem przez pół roku okupowane przez Niemcy. Sowieci weszli w październiku 1944. (Przypis Taraki)




komentarze

[foto]

1. Wspaniały tekst • autor: Michał Mazur2015-04-14 11:29:59

Magiczne Zakarpacie - terytoria, gdzie przeplatało się wiele różnych etnosów, żyjąc w miarę zgodnie (choć z różnymi ups and downs, wiadomo) - i jakoś do dziś tak trwa, przesiąknięte duchem dawnych czasów. Jak bardzo nieprzystające doń są zarówno Kijów jak i Moskwa...
Apropos.. długo już zbieram się w sobie, by napisać do profesora Magocsi′ego. Chodzi o historię osadnictwa w Karpatach i etnogenezę tamtejszych populacji.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)