zdjęcie Autora

13 stycznia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Jak zachować zdrowie i nie zgłupieć

Kategoria: Twórczość

« Z czym walczono, a co tolerowano w roku 1924? (4) Leczenie woli manii samobójczej »

Jako że zima nie jest najlepszym okresem dla zdrowia przystąpiłam do lektury książki „Niektóre choroby układu krążenia”  której autorem jest Peter Dimkow, z podtytułem „Przyrodolecznictwo i życie zgodne z naturą”., która właśnie wpadła mi w ręce. Przerzuciłam trochę początkowych stron, z których dowiedziałam się, że rzecz jest nowa, bo wydana przez Dom Księgarski „Ezoteric” w roku 2012.

Ponieważ jestem Babcią ezoteryczną, nic co ezoteryczne nie powinno mi być obce i ponieważ mój układ krążenia, jak to u babci nie jest idealny, rzuciłam się na lekturę ciesząc się, że mam szansę wspomóc swoje zdrowie środkami naturalnymi. Przeleciałam informacje wstępne o zdrowym trybie życia i takich księżycowych zaleceniach jak codzienne chodzenie boso, koniecznie po trawie, codzienna kąpiel w zimnej morskiej lub rzecznej wodzie, a z ich braku codzienne polewanie się zimną wodą, codzienne spacery wśród lasów i łąk (ale nie w mieście!), codzienna lewatywa itd.

Jak na zawołanie powróciło moje dzieciństwo i młodość. Urodziłam się i wychowałam w Warszawie, więc stosowanie takich zaleceń nawet 70 lat temu nie było możliwe, ale moja mama świetnie je znała i starała się stosować w czasie wakacji spędzanych „na letniskach” sprawiając, że wyjazdy te stawały się najczęściej dla mnie i mojej siostry koszmarem.

Mama podchodziła do wszystkich zadań z powagą i stosowała wersje maximum. Jak chodzenie boso – to po rżysku, jak kąpiel w zimnej wodzie – to najchętniej polewanie nią z dzbanka w zimie, w niedogrzanym mieszkaniu (mieliśmy tylko kran z zimną wodą, a na węgiel do pieców najczęściej brakowało pieniędzy). Hartowanie ciała było jej konikiem, co w końcu nie miało w sobie nic dziwnego. Wychowywała nas do przeżycia kilku następnych spodziewanych wojen i godnego znoszenia przeciwności losu, nędzy, wygnania, utraty domu, a nie do odnoszenia zwycięstw. Sprawiła, że do dziś źle reaguję na pierwszy kontakt z każdą wodą, nawet ciepłą; kiedy biorę prysznic przestaję odczuwać niemiłe doznania dopiero po kilku minutach. Nie ma mowy o basenie czy moczeniu się w wannie. Smarowaniu twarzy kremem towarzyszy uczucie obrzydzenia (to od odmrożeń smarowanych maścią tranową), a chodzenie boso, nawet po miękkim dywanie jest niemiłe i powoduje skurcze łydek.

Mama opowiadała nam, że jej przyjaciółka z lat szkolnych przeżyła Oświęcim bo zawsze hartowała się i myła całe ciało zimną wodą.

Te wszystkie (nieprzyjemne) wspomnienia przeleciały mi przez myśl, gdy czytałam o zasadach zdrowego trybu życia. Dlaczego wszystko, co zdrowe musi być co najmniej niemiłe, a nawet bolesne?

Innym zaleceniem książki jest „zachowanie porządku we wszystkim” rozumianym jako utrzymanie stałego rytmu dnia.

I znowu niemiły skurcz (może właśnie układu krążenia?). Jako babcia emerytalna łykająca codziennie porcje proszków muszę przestrzegać rytmu dnia. Jeść o określonej porze (chociaż wcale mi się nie chce), wstawać przed ósmą rano (pogania żołądek), wychodzić z domu po gazetę itp. Nie mogę pozwolić sobie na przerwę w jedzeniu dłuższą niż 4 godziny (protestuje woreczek żółciowy), jednorazowe dłuższe siedzenie przy komputerze niż pół godziny, a nocną bezsenność odchorowuję parę dni. Jakże tęsknię do lat młodości, kiedy mogłam mieć  w nosie wszelkie ustalone rytmy, nie jeść cały dzień, bo mi się nie chciało lub nie było w domu nic do jedzenia, obżerać się jak dziki łowca po polowaniu, gdy trafiła się okazja, przesiedzieć nad ciekawą książką całą noc, a rano biec do nudnej pracy i siedzieć na niewygodnym krześle bez jedzenia i picia, księgować „raz po winien raz po ma” podliczając to wszystko na liczydłach i myśląc o niebieskich migdałach.

Teraz prowadzę „zdrowszy” tryb życia, ale jestem mniej zdrowa i samo życie tak już mnie nie cieszy. Jako młoda dziewczyna reagowałam na świeży poranek radością i chęcią biegania (nawet w kółko), a teraz biegam tylko we snach.

Posmutniała od wspomnień wracam do lektury. Następnym zaleceniem jest „panowanie nad sobą”. Owszem, panuję nad sobą, jak najbardziej, ale co w tym przyjemnego? Złość i nic więcej. Ciągle mi to zalecenie powtarzano, gdy byłam dzieckiem, a ja ciągle tego nie umiałam. Podświadomie zapewne przeczuwałam, że cała radość jest w niepanowaniu nad sobą i w wewnętrznym zezwoleniu na to. Teraz to wiem, ale nie potrafię już sobie zezwolić na nieopanowanie. Zapomniałam jak to się robi.

Kolejne hasła: spokój (mimo całonocnego zgniatania puszek pod moim oknem przez osiedlowych „nurków” i innych osiedlowych hałasów jak umfa umfa z samochodów parkujących z pracującymi silnikami), sen (jak obok), pragnienie (piękna oczywiście, bo czegóż by innego?), prawda (trzeba ją kochać!), rozwaga (trzeba być), szlachetny charakter (polegający na tym, żeby kształtować w sobie dobre ((to znaczy jakie?)) nawyki. Te blebleble kończy przestrzeganie przed bezczynnością, jako źródłem wszelkiego złego. Nie kupuję tego pomysłu. Całe życie byłam czynna jak szczur na kołowrotku, jak mróweczka targające wielkie słomki do mrowiska, jak wół wprzęgnięty w jarzmo i wreszcie dziś, gdy jestem bezczynna, wcale nie ciągnie mnie do zmiany tego stanu. Bezczynność bowiem pozwala czasem pomyśleć i poświęcić trochę czasu kpinom z zaleceń zdrowego życia.

Rozbawiona i znużona tą lekturą przechodzę od razu do działu najbardziej mnie interesującego czyli do chorób krążenia.

Czytam więc (na str.221), że przy arytmii na serce stosować z przodu i z tyłu torebki z cienkiego płótna (20x20 cm) napełnione świeżym ciastem na zakwasie chlebowym sporządzonym 4 godziny wcześniej z dodatkiem do każdej torebki 3 łyżek stołowych zmielonych kasztanów, 7 zgniecionych śliwek węgierek bez pestek i 1 łyżki stołowej sparzonej i posiekanej liści pietruszki. Na głowę świeży liść kapusty. Poza tym na brzuch i na inne miejsca (także intymne) jeszcze coś innego, codzienna lewatywa, naprzemienne kąpiele nóg (ach te „naprzemienne kąpiele” mojej mamy! Najpierw lodowata woda, potem powinna być ciepła, ale jej nie ma, więc kończymy „naprzemienną” kąpiel na pierwszym etapie).

Jako walka z bezczynnością to jest doskonały pomysł. Cały dzień trzeba coś robić. Coś robić nieprzyjemnego, a rezultatów raczej nie doczekać. Nikt nie obiecuje, że z nadciśnienia albo z chorób serca można się wyleczyć.

Dobrnęłam jeszcze do rozdziału o podwyższonym ciśnieniu krwi (na co cierpię od dzieciństwa, możliwe, że wskutek zasad zdrowego trybu życia stosowanych przez moją mamę) i załamałam się, gdy przeczytałam na str. 239, co powinnam zrobić wieczorem; np., że do stóp powinnam przyłożyć jak zelówki kawałki czysto wełnianego materiału, zamoczone w occie i dobrze odciśnięte, nałożyć wełniane skarpety i tak spać.

Na głowę powinnam założyć czapkę z cienkiego płótna napełnioną chłodnym świeżym ciastem na zakwasie chlebowym zrobionym 4 godziny wcześniej z dodatkiem 7-10 łyżek stołowych kasztanów utartych (zmielonych) ze skórką i surowymi utartymi ziemniakami (ilości nie podano) po utarciu ziemniaków zalać100 g surowego mleka na 30 minut potem dobrze je odcisnąć. Czapkę przykryć papierem i naciągnąć wełnianą czapkę.

Ciało przepasać w talii pasem z miedzianego drutu (to chyba już rano) w płóciennej izolacji. Trzeba jeszcze coś tam doczepić do tego drutu zrobionego ze starych szczoteczek do zębów (chyba osłonkę końców drutu, żeby nie stykały się ze sobą). Do tego z pięć rodzajów zaparzanych mieszanek pitych o określonych porach no i jeszcze pomedytować na dokładkę (albo pomodlić się o szybkie odejście z tego świata).

Przyznam się, że wolę już swoje proszki, choć im starsze, tym droższe i mniej refundowane. Parę lat temu dwumiesięczna porcja kosztowała 60 zł teraz już ponad 300. Niektóre z nich biorę już z 50 lat. Ale jeśli mam chodzić przepasana zwojami miedzianego drutu z dyndającymi na końcu szczoteczkami do zębów – to ja już wolę cennik Arłukowicza. W końcu ocet winny (do stóp) też kosztuje – wiem, bo jest to często stosowana przyprawa do potraw. Jeśli dodać do tego świeżą kapustę, zioła, miód, orzechy włoskie, cytryny, walerianę, codzienne ciasto z ziemniakami, kasztanami i śliwkami węgierkami (zwłaszcza kasztany są luksusem – 19 zł mała paczuszka), mrożone śliwki węgierki w zimie też trzeba kupić gdzieś no i dobry szampon do zmycia z głowy owego ciasta — jestem pewna, że zdrowy tryb życia nie jest dla mnie. Chociaż moja mama myła nam głowy żółtkami, ale jajka wychodzą drożej niż szampon.

I za coś takiego moja koleżanka zapłaciła 35 złotych! Ciekawa jestem czy znalazła tam jakiś przepis który wypróbowała i za który może poręczyć!

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Z czym walczono, a co tolerowano w roku 1924? (4) Leczenie woli manii samobójczej »

komentarze

1. Droga Pani Katarzyno!!Wspanialy... • autor: Nierozpoznany#62012013-01-13 18:55:36


Droga Pani Katarzyno!!

Wspanialy tekst!Mysle,ze jest duzo lepszym lekarstwem na wszystkie choroby niz ksazka pani kolezanki.Dawno sie juz tak serdecznie nie usmialam.Polecam pani opowiadanie na kazda chorobe.Sukces murowany!!!!! Poza tym bardzo lubie pani teksty!

[foto]

2. Bardzo smakowite :)))... • autor: Ela Bazgier2013-01-14 17:55:29

Bardzo smakowite :))) Wydaje mi się jednak, że są ludzie, którzy w to wierzą święcie i stosują. ich koronny argument, to że leki i terapie naturalne nie mają działań ubocznych, w odróżnieniu od chemii. A umrzeć ze śmiechu to nie jest groźny skutek uboczny???

3. czy kochasz samego siebie? • autor: Nierozpoznany#63642013-01-14 18:07:21

"Przyrodolecznictwo i życie w zgodzie z naturą"

Czym jest życie w zgodzie z naturą?

   Naszła mnie taka refleksja, że być może powyższe stwierdzenie (co niekoniecznie autor ksiażki miał na myśli) odnosi się do jakże często zapominanego i być może nie zrozumianego aspektu życia w zgodzie ze samym sobą.
Czy naturalne jest akceptowanie samego siebie, wraz ze swoimi wadami czy słabościami, czy naturalny jest szacunek do samego siebie, czy naturalne jest kochać się w pełni i akceptować taki stan "rzeczy" jaki w danym (teraźniejszym) momencie mamy?
Jeżeli odpowiedź na powyższe pytania jest twierdząca, nasuwa mi się myśl, że być może wystarczy znaleźć skuteczny (niekoniecznie kosztowny) sposób na życie w zgodzie z "własną naturą".
Jeżeli wynikiem bezwarunkowej miłości do samego siebie (nie narcystycznej, ale zdrowej i pozytywnej akceptacji samego siebie z pełnym poczuciem własnej wartości) jest samospełnienie, którego konsekwencją jest  szczeście, wolność , dobre zdrowie i udane życie, to dlaczego nie kochać siebie?

  Moim zdaniem, miłość jest katalizatorem najlepszych jakości w jakie jesteśmy wyposażeni i wydaje mi się, że sami decydujemy mocą automiłości, ile i w jaki sposób z tych jakości korzystamy:)

Pozdrawiam.

Monika:)


[foto]

4. Moniko • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-14 18:18:21


Nie zgodzę się z Tobą. Konsekwencją samospełnienia nie zawsze bywa szczęście, wolność a zwłaszcza dobre zdrowie. Samospełnienie to coś zupełnie innego. Można być samospełnionym a chorym czy kalekim - gdy coś innego jest dla nas najwazniejsze. Naturalna akceptacja samego siebie też nie jest stałą w całym życiu. Zazwyczaj przychodzi później niż wcześniej, gdy już nie ma innego wyjścia. Nie wierzę też w bezwarunkową milość do samego siebie, a jeśli by taki ktoś trafił się w moim pobliżu uciekałabym od niego jak najdalej. W dodatku nie my ją w sobie kształtujemy tylko nasze otoczenie gdy jesteśmy jeszcze zbyt mali żeby wiedzieć z czym mamy do czynienia. Dlatego obawiam się, że Twoje rozważanią są tylko teoretyczne i nie zostały poddane próbie życiowych przeciwności

5. moje rozważania • autor: Nierozpoznany#63642013-01-14 19:21:20


  Przez miłość bezwarunkową rozumiem taką pełną samoakceptację, która jest przede wszytkim wolna od poczucia winy, żalu i gniewu do samego siebie. Poczucie winy może być zaszufladkowane nawet od momentu prenatalnego, kiedy ktoś rodzi się jako np.niechciane dziecko. Będąc młodym człowiekiem, kiedy chcemy garnąć życie garściami bardzo często popełniamy rożne grzeszki czy występki bo naturą ludzką jest doświadczać. I jako dorośli ludzie bardzo często żyjemy z poczuciem winy, żalem do siebie, a co gorsza do innych, właśnie za błędy przeszłości. A czy to poczucie winy, żal czy gniew pozwala darzyć siebie wyższymi uczuciami? Wydaje mi się, że uwolnienie siebie od ""demonów przeszłości" jest jednym z kroków do korzystania ze swojego pełnego potencjału "tu" i "teraz".
 Szczęście jest stanem umysłu lub ducha a nie posiadania. Czuję się wolna bo jestem szczęśliwa, jestem wolna, bo nic mnie nie ogranicza.
 Oczywiście dobre zdrowie nie jest warunkiem absolutnym samospełnienia, najlepszym przykładem są przecież paraolimpijczycy.
Czy samoakceptacja jest drogą do spełnienia?- właśnie tego doświadczam:)

Pozdrawiam ciepło.

Monika:)
[foto]

6. Ja bym jeszcze dodała • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-14 20:36:34


"Moim zdaniem, miłość jest katalizatorem najlepszych jakości w jakie jesteśmy wyposażeni i wydaje mi się, że sami decydujemy mocą automiłości, ile i w jaki sposób z tych jakości korzystamy:)" pisze pani Monika

Robię rozbiór logiczny tego zdania. Rozumiem go tak: jesteśmy wyposażeni w jakości to znaczy zalety i wady naszych charakterów albo to, co za nie bierzemy. Pamiętajmy, że wady w niektórych okolicznościach mogą stać się zaletami i na odwrót. Jeżeli kochamy sami siebie (to znaczy bezkrytycznie akceptujemy) wybieramy to co uważamy za zalety a odrzucamy to, co uważamy za wady. Kierujemy się przecież automiłością. A teraz wyobraźmy sobie, że znajdujemy się w sytuacji przymusowej z której (być może chwilowo) nie ma wyjścia. Mocą automiłości błogosławimy cały świat czy raczej nieco się złościmy na sprawców tego przymusu? A może powinniśmy przeanalizować swoje postępowanie i stwierdzić, że coś robiliśmy błędnie i wyjście znajdzie się, gdy zmienimy swoje postępowanie (a czasem i samoocenę). Czy zawsze próbując wyjść z sytuacji przymusowej będziemy używać zalet swojego charakteru, czy może skorzystamy ze swoich wad (np, odpowiemy agresją na agresję). Wszechogarniająca miłość jest atrybutem świętych, a nie zwyczajnych ludzi. Automiłość może prowadzić do zaślepienia i nieumiejętności realnej oceny sytuacji w jakiej się znajdziemy. 

[foto]

7. Miłość jest przereklamowana ;) • autor: Piotr Jaczewski2013-01-14 20:49:20

Przepraszam miłe panie, ale się wtrącę, raz z autoreklamą. Dwa z pewną uwagą do weryfikacji damskim i doświadczonym życiowo okiem.

Z mojej strony i doświadczenia mam pewne złudną zdającą się prawdziwą, acz niepotwierdzoną obserwację pt. za nagłą czy nadmierną potrzebą mówienia o miłości i automiłości, bezwarunkowej miłości u kobiet prawie zawsze(chciałem napisać zawsze, ale ukłoniłem się logice) kryje się jakaś forma przemocy, skierowanej na siebie, od kogoś ku kobiecie, czy od kobiety do kogoś.

Jak to wygląda od waszym okiem?

[foto]

8. Uważam • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-14 21:10:59

Że nie ma czegoś takiego jak bezwarunkowa miłość. Jeśli się trafi to jako objaw choroby. Akceptujemy siebie i innych tylko do pewnego stopnia. Automiłość jako akceptacja bezwarunkowa jest pewnym ideałem do którego dąży wiele kobiet wbrew zdrowemu rozsądkowi i przejawem naiwności. 

9. moje rozważania cd. • autor: Nierozpoznany#63642013-01-14 21:59:55

Pani Katarzyna pisze:
"Wszechogarniająca miłość jest atrybutem świętych, a nie zwyczajnych ludzi. "

Czy święci nie byli zwyczajnymi ludźmi zanim zostali świętymi?

 i dalej:

'Uważam, Że nie ma czegoś takiego jak bezwarunkowa miłość. Jeśli się trafi to jako objaw choroby. Akceptujemy siebie i innych tylko do pewnego stopnia. Automiłość jako akceptacja bezwarunkowa jest pewnym ideałem do którego dąży wiele kobiet wbrew zdrowemu rozsądkowi i przejawem naiwności.'

Jeżeli zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga, to każdy z nas nosi w sobie jego cząstkę, cząstkę tej doskonałości, która dąży do absolutu, czym jest rownież automiłość.
Miłość, ktora nie jest egoistyczna, samolubna czy narcystyczna, bo zapewne takowa jest objawem choroby.
Uważam, że pełna akceptacja samego siebie czy innych ludzi nie jest przejawem naiwności czy głupoty, a istotą czystej miłości, choć dla niektórych wyidealizowanej to całkiem możliwej.

Pozdrawiam.

Monika:)
 

10. Ciekawa dyskusja • autor: Nierozpoznany#62012013-01-15 16:46:00

chcialabym rowniez dodac moje ziarenko pieprzu.Mowi sie ze matka kocha swoje dziecko bezwarunkowo a ojciec za jego osiagniecia.Mowi sie ze gdybynie bylo dobra tonie rozpoznalibysmy zla.Noc i dzien-dobro i zlo-yng i yang.Tacy jestesmy troche dobrzy troche zli ale caly czas my(ja,ty,oni).Czy dlatego nie powinnismy sie kochac?Jezeli przez 3/4 nszego zycia nie wierzymy w siebie to bedzie wymagalo bardzo duzo pracy aby ta matryce zmienic wiec kochajmy sie od razu wtedy nie trzeba nic zmieniac(naturalnie mowie o konkretnym zyciu a nie o narcyzmie itd.)Uwazam ze kazdy z nas jest samodzielny i sam odpowiedzialny za kazde swoje doswiadczenie.Wiec zacznijmy myslec mimo wszystko pozytywnie i z miloscia o sobie i innych.Czasami zapytuje sie dlaczego Glupiec z kart tarota przetrwal do dnia dzisiejszego jako Joker w kartach do gry.Mysle ze rowniez przez jego pozytywne odrobine niwne patrzenie na swiat.Badzmy wiec takimi Glupcami ciekawymi nowych doswiadczen,otwartymi na wszystko co nowe,odrobine naiwni a przede wszystkim wierzacymi w siebie i kochajmy sie!!!!!!!!!!!!!!!

Polecam ksiazke Luisy L.Hay tytul w orginale  You Can Heal,Your Life .

Zycze kazdemu  -  abyscie znalezli w was samych to miejsce gdzie rozpoznacie swoja wartosc ta wasza czesc gdzie akceptacja siebie i czysta milosc jest.(spontaniczne tlumaczenie z orginalu)

Pozdrawiam cieplo bozena

PS

Do p.Eli nie napisalam,ze usmialam sie do smierci.Napisalam serdecznie czyli z calego serca (dobre dotlenienie organizmu bez skutkow ubocznych :))

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)