Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

19 września 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Żądza pieniądza i inne żądze

Kategoria: Twórczość

« Rozmowy z wiecznością (4) Na pograniczu: męskości i kobiecości, miłości i nienawiści, życia i śmierci »

      Ostatnio rozwinęła się bogata dyskusja wywołana odcinkiem bloga Wojtka Jóźwiaka na temat pieniądza i tego, jaki my, zwyczajni ludzie mamy wpływ na obiegowe walory pieniężne i nie tylko, także papiery wartościowe, tego czy innego rodzaju.

         Moje długie życie nauczyło mnie, że najczęściej dyskutuje się na tematy, na które osobiście nie mamy najmniejszego nawet wpływu. Nie możemy nic zrobić w sprawie polityki monetarnej, więc krytykujemy ją bez opamiętania. Nikogo ważnego nie obchodzi nasze zdanie o bankach, więc śmiało wyginamy ciało, czasem puszczamy oko, jak w reklamie dwóch tabletów za złotówkę i publicznie nawołujemy do egzekucji bankowych specjalistów i polityków zasilających upadające banki (bo same sobie winne). Mając poklask, dodajemy do tego zagraniczne konsorcja i maluczko, a zaczniemy, jak w słusznie minionych czasach, nawijać o światowym imperializmie  (nadając, oczywiście, modniejsze miano temu zjawisku). Wszystko co sensacyjnie drażni, pobudza nas do dyskusji i rozważań.

         Ja sama mogę przedstawić namacalne wyniki w oparciu o statystyki Taraki. Największą poczytność zdobył odcinek bloga w którego tytule występują same tuzy grzechu, tj. wyrodne matki, okrutni ojcowie, maltretujący konkubenci i księża pedofile. Tak naprawdę tytuł wziął się ze wstępu o systemach wróżebnych, tłumaczącego brak zainteresowania systemami nietypowymi, ale dalsze odcinki z wiecznością w tytule, nie miały już takiego wzięcia, choć na pewno ich treści były bardziej wartościowe dla wiedzy ezoterycznej, niż ten pierwszy, mający przyciągnąć uwagę czytelników.

         Nadawanie dziełom, książkom, a nawet zwykłym felietonom szokujących tytułów to stara technika przyciągająca uwagę. Wyraźnie to widać w ofertach księgarni wysyłkowych kierujących się nie wartością reklamowanego dzieła, a jego szokującym tytułem. Kiedy przychodzi do sprawdzenia, o czym właściwie to dzieło traktuje orientujemy się nader szybko, że o jakichś bzdetach typu zdradzonej żony podnoszącej się z traumy za pomocą otwarcia sklepu z ciastkami i nowego kochanka.

         Nie inaczej jest z dyskusjami o pieniądzu. W dyskusjach nie zauważamy, że nie o pieniądze tu chodzi, nawet nie o to, że mamy ich (zazwyczaj) za mało, a o to, co możemy za nie otrzymać. I na tym polega ich przewaga nad wymianą barterową – że możemy otrzymać wiele rzeczy, nie tylko te, które ktoś próbuje nam wcisnąć, bo akurat nimi dysponuje. Tylko powinniśmy najpierw wiedzieć, co chcemy otrzymać — co nie zawsze jest regułą.

         Ostatnio oddałam za darmo akwarium z rybkami miłej dziewczynie, której udało się pokonać niejaki „Instytut Pampers” rozwijający szeroką działalność w kierunku namówienia mamuś do jak najdłuższego nie uczenia dzieci wypróżniania w trosce o dobrze pojęte własne finansowe interesy. Metoda, którą zastosowała nie przyszłaby do głowy normalnemu obrońcy ekologicznego chowu dzieci, bez hamburgerów i takich tam oraz nauki korzystania w wieku mniej niż lat trzech z nocnika. Jedno z dzieci tej dziewczyny, odporne na wszelkie próby wyrzucenia pampersów z drugiej strony jadłospisu oraz domowego budżetu szybko nauczyło się właściwych zwyczajów higienicznych patrząc długie chwile na akwarium z pływającymi rybkami. Dziecko uwolnione od stresu dawało luz swojemu organizmowi i wszystko odbywało się naturalnie. Już świadomość tego, że tak niewiele trzeba by przywrócić równowagę organizmowi warta była tego podarunku. A w kolejce do wyzwolenia od pampersów czekało dwoje następnych dzieci tej dziewczyny.

         Podobnie dzieje się z pieniędzmi. Zaganiani, zziajani i przytłoczeni wymaganiami otoczenia młodzi ludzie w pogoni za pieniądzem zapominają po co im jest on potrzebny. Tracą świadomość tego, że pieniądz oznacza możliwość nabycia tego, co chcą. Oni jednak nie wiedzą czego chcą, jak dzieciaki i  rodzice przekonani, że muszą dziecku raczej kupić pampersy by nie odparzyły sobie pupy (bo trzeba wychowywać dzieci w higienie) niż przyzwyczaić do naturalnego wypróżniania się, a w zamian nabyć za ciężko zarobione pieniądze coś innego. Wszak higiena jest priorytetem. I posiadanie pieniędzy. Podobno obie te rzeczy dają wolność. Podobno.

         Ba, problem w tym, że ludzie w rzeczywistości nie wiedzą czego chcą. Wiedzą za nich inni. Banki, sieci handlowe, wyżej postawieni w hierarchii dziobania, ale nie oni. Oni chcą tego, czego chcą inni, bo skoro tamci wiedzą, to oni też powinni wiedzieć, tym bardziej jeśli uda im się zdobyć coś lepszego niż ci inni zdobyli. I to cała żądza pieniądza. A druga strona? Po co ma się zamęczać pytaniami typu „co ludzie potrzebują”, łatwiej i taniej samemu potrzeby te wykreować.

         Opowiem teraz historię o miłości z czasów słusznie minionych, gdy pieniądz w gospodarce socjalistycznej nie miał praktycznego znaczenia. Tak naprawdę jest to historia o żądzy, żądzy nie seksualnej, ale żądzy zdobycia czegoś, co jest z pozoru nieosiągalne. Innym słowem żądzy, którą wszyscy odczuwamy, choć nazywamy ją różnie: żądzą pieniądza, miłości, seksu, władzy, sprawiedliwości, słuszności, wpływu i tak dalej.

         Miałam wtedy 14 lat i byłam dzieckiem, bowiem wychowanie ówczesnych czternastolatek, a w dodatku dziewczynek z domów aspirujących do „dobrych”, to znaczy „przyzwoitych” choć niekoniecznie zamożnych, odbiegało znacznie od wychowania dzisiejszych nastolatek — choć ich sposób emocjonalnego odbierania świata już nie.

         Zakochałam się w pewnym chłopcu, synu zagranicznych dyplomatów przez dwa lata chodzącym do równoległej klasy. Była to „miłość platoniczna” ponieważ w taką wierzyłam, nie mając najmniejszego pojęcia czym jest seks i komu do czego jest potrzebny, a nawet jak go nazwać. W tamtych czasach dziewczynek z dobrych domów się nie uświadamiało. Wiedziałam tylko, że coś, co nazywa się „żądzą” jest grzeszne i trzeba się z tego spowiadać. Chłopiec ten często przyjeżdżał do szkoły samochodem, który udostępniali mu rodzice. W 1956 roku mało kto w Polsce posiadał samochód, w dodatku taki śliczny, dwukolorowy beżowo-kremowy z czarnym dachem, bodajże marki moskwicz. Na ogół prywatne samochody to były czarne przedwojenne dekawki lub moskwicze. Jeszcze nie było polskiej syrenki ani NRD-owskiej mydelniczki. Władza jeździła wołgami, niższe szczeble moskwiczami.

         Wtedy w „Przekroju”, który na owe czasy był awangardą awangardy, ukazał się artykuł „Czar twoich kółek” Opisywał on zalety i wady rozmaitych marek samochodów, informował o markach, których w Polsce nie znano. W ten sposób stworzył coś w rodzaju elitarnego klubu ludzi „znających się na samochodach”, a tym samym wyniesionych nad innych, zwykłych zjadaczy chleba. I nagle ja, czternastoletnia dziewczyna nie mająca żadnego powodu, aby znać się na samochodach (co było przypisane chłopcom i mężczyznom) utożsamiłam w jakiś sposób swoją pierwszą miłość z marką jego samochodu.

         Jeszcze po latach, gdy spotkałam mężczyznę, właściciela samochodu z czarnym dachem, moje serce drgnęło, a wzrok i cała uwaga skupiły się na nim — zanim uświadomiłam sobie, co naprawdę mnie w nim pociągnęło.

         Dziś wydaje się to żałosne, jednak emocje tamtych czasów — nieodwzajemniona miłość do chłopca, który w moich myślach zrósł się w jedno ze swoim samochodem i w ten sposób awansował do grona zdobyczy nie do osiągnięcia, determinując na wiele lat moje rozumienie miłości (aby na nią zasłużyć należało być niezdobytym, ponad wszystkimi i wszystkim dookoła). Jakoś zaważyło to na całym moim dalszym życiu i na wymaganiach w stosunku do ewentualnych partnerów. Każdego wiązałam z marką jego samochodu, odgadywałam osobowość po jego wyborze (zaznaczam, że cena pojazdu nie miała najmniejszego znaczenia, głównie chodziło o odmienność i oryginalność, kolor i gadżety.)

To miało wartość, czego nie udawało się zdobyć. Nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek stać mnie będzie na jakikolwiek samochód. Nie sądziłam, że mogę podobać się tym którzy mi się podobali, a ci, którzy zabiegali o moją przychylność, byli zwyczajni i nie wyróżniający się w niczym. (podkreślam, że nie chodziło tu o pieniądze!)

         Takie podejście do pieniądza jest bardzo bliskie mojemu ówczesnemu rozumieniu miłości. Tak więc pieniądz staje się fetyszem, a nasza miłość fetyszyzmem, choć jest to inny fetyszyzm, nie ten prymitywny polegający na obnażaniu się mężczyzn przed nieświadomymi dziewczynkami. Tak czy inaczej — zboczenie — jeśli pod tym pojęciem rozumie się odchyłkę od normy, stawianie na piedestale jakiejś cechy, zamiast całości.

         Sądzę więc, że wszyscy pełni zapału do dyskusji, kto jaki nabył model samochodu i za ile, ile zapłacił za mieszkanie na strzeżonym osiedlu i jakie udogodnienia w zamian otrzymał (poręcze z mosiądzu na klatce schodowej i żyłkowany marmur skądziś tam tudzież zamiast dozorcy czy gospodarza domu uprzejmy concierge plus inne gadżety) są równi mentalnie takiej czternastolatce, jaką ja byłam w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

A przecież, jak w miłości, nie to jest najważniejsze. Za te same pieniądze można mieć spokój w domu albo brak wytchnienia po pracy, kobietę oczekującą natychmiastowych profitów i wspierającą przyjaciółkę.

         Tylko na to mamy wpływ, choć nie jest to całkowicie łatwe do osiągnięcia, w każdym razie wymaga zabiegów. Ale o tym nie dyskutujemy, bo to zbyt skomplikowane. Lubimy wszystko upraszczać. Będziemy szczęśliwi, jeśli będziemy mieli pieniądze. A jak będziemy mieli, to oszołomieni sukcesem zgłupiejemy. Póki co, podyskutujmy o dupie Maryni.

         I staje mi przed oczami pewna bliska mi osoba, która u schyłku swojego życia zasiadała przed telewizorem i obrzucała wyzwiskami jedną część polityków; nie dało się jednak z nią porozmawiać o niczym ważnym. Albo, dalej sięgając, jeszcze wcześniejsze pokolenie; dwóch staruszków (wtedy w obecnym moim wieku) spierających się o to, na którego pewna spotkana młódka spojrzała i doceniła jego elegancję w tym buciki wyglansowane chusteczką do nosa.

Żaden z nich nie chciał rozmawiać o rzeczach, na które miał wpływ i które były ważne w ich sytuacji. Ale to byli starsi ludzie... Już nie żyją, więc się nie zmienią. Całej reszcie — łącznie ze mną — przyda się od czasu do czasu uświadomić sobie, czego naprawdę chcemy, gdy mówimy o pragnieniu pieniądza.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Rozmowy z wiecznością (4) Na pograniczu: męskości i kobiecości, miłości i nienawiści, życia i śmierci »

komentarze

1. nie moje rybki, nie moje... • autor: Nierozpoznany#66342013-09-19 16:51:25

Piękny i głęboki jest ten opis zrośnięcia się uczucia z moskwiczem, lecz dzisiaj to zjawisko zyskało nową definicję, którą język potoczny określa mianem "blachary" i brakuje w niej odniesienia do tajemniczego zwrotu "platoniczna". ;))

To zapewne wiąże się trochę z bezstresowym sikaniem w pieluchy, które trwa przez kilka pierwszych lat życia i idealnie łączy fazę oralną z analną w fiksacji na zdeterminowanym później celu... ;) Tutaj też pobrzmiewają gdzieś źródła terroryzmu wstecznego biegu umysłu, bo wypomnienie rodzicom błahego i budzącego zdumienie faktu, że dziecię takie duże i wciąż z pampersem, to czysty akt obskury względem współczesnych wersji katechizmów - poradników psychologicznych (o firmie "P&G nie wspomnę).

Ale rozwój i dojrzałość otwierają w końcu oczy. I wtedy poznajemy to, co naprawdę jest ważne. Jest to pewnego rodzaju perspektywa metafizyczna. Na przykład kupujemy telefon komórkowy i przez chwilę bardzo się nim cieszymy, ale tylko do momentu odkrycia, że w chwili zakupu model tego telefonu jest już przestarzały. Pomijając metafizyczne implikacje tego faktu, doświadczamy przy tym uczucia wielkiego rozczarowania, które jest niezbędnym czynnikiem progresu tak w dojrzałości, jak i rozwoju.

Na szczęście jednak w zdrowym systemie pracowitemu i produktywnemu obywatelowi nigdy nie brakuje pieniędzy (czasem mu brakuje, jak jest leniwy i trzeba na niego łożyć), więc może się skoncentrować na tym, co jest naprawdę istotne. Na wzroście gospodarczym i PKB, który służy nam wszystkim, więc wiąże się również z zaspokojeniem uczuć patriotycznych. Ja sam prowadzę dzienniczek patrioty, więc wkleję kilka zapisów dla przykładu:

wczoraj
kupiłem fajną bluzę i nową mp3. Muszę ugotować odlotową kolację dla M, więc czeka mnie szukanie składników. Tylko gdzie dostanę dzisiaj chrupkie różki kalmarów i parowane pędy bambusa? Same problemy...
dzisiaj
Wymieniłem samochód na nowy, ale zbezcześcił go jakiś pomywacz szyb na skrzyżowaniu. Wciąż czuję smród jego łachów w kabinie... Kupiłem bananowy odświeżacz, ale M powiedziała, że w tej sytuacji dobrze będzie zdecydować się na poprzednio wybrany model, przy którym obstawała.
Jutro
Całkiem się już pogubiłem i stąd ta awantura przez moje zabałaganienie. M tak się nudziła, że policzyła moje buty i skarpetki. Mimo skromnej ilości zaledwie 48 par butów i 2000 par skarpet, orzekła, że zawalam jej szafy swoim śmieciem i wątpliwym gustem. Do PCK było za daleko, a jakiś baran zablokował moje auto na parkingu, więc wyrzuciłem wszystko do śmietnika.
Pojutrze
Kupuję, więc

2. nie moje... • autor: Nierozpoznany#66342013-09-19 16:54:04

Pojutrze
Kupuję, więc żyję. Jestem, więc kupuję. Który to filozof? - Sprawdzić.

Pieniądze, tak naprawdę, szczęścia nie dają... Ale to, co mogę za nie kupić - why not? Kiedyś to sprawdzę, ale teraz nie mam czasu - za dużo wydaję. To chyba już skąpstwo?

Muszę przyznać, że te notatki z dzienniczka są trochę płytkie... Dowiedziałem się z poradnika psychologicznego, że to cechy narcyzmu i psychopatii. Dziwne. Czy tacy ludzie mogą być szczęśliwi?

Załączę linki do interesujących mnie produktów. Pierwszy jest bardziej osobowy i poza moim zasięgiem - tzw. "obiekt platoniczny". Drugi to efekt nieudolnej manifestacji rzekomej obecności rozumu w popkulturze.
http://www.pudelek.pl/artykul/59101/pietrasinska_pokazala_wagine_w_podrobce/
http://www.cda.pl/video/8709689/Inside-Job-online-2010-Lektor-PL

Głupie te rybki w akwarium, co tak bez sensu pływają. Ale nie wszystkie - glonojady są mądre.
;)
[foto]

3. Blachary • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-09-20 08:23:01

Bardzo mi się podoba Twój głos w dyskusji. Cieszę się, że zauważyłeś iż zjawisko nazwane „blacharami” nie koniecznie jest tak jednoznaczne, jak ludzie chcą je widzieć. Podobnie jak Twój „Dzienniczek patrioty” nie jest tak bardzo patriotyczny jak Ci się zdaje z powodu tych nóżek kalmarów i pędów bambusa. Patriota kupuje w Marcpolu, a nie w Biedronce, nie kalmary tylko kartofle... Niestety, gdy czasem zastanowisz się, co byś chciał kupić, okazuje się, że tego nie ma w sklepach (zwłaszcza polskich), a może i żadnych. Miłość możesz kupić za pieniądze ale na przykład wolno stojącej szafki do łazienki: nie do sufitu, nie białej i nie z drzwiczkami tylko z szufladkami już nie. Uświadomiwszy to sobie łatwiej znosi się brak pieniędzy...

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)