Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

13 stycznia 2006

Wojciech Jóźwiak

Zbigniew Gołąb, czyli co dalej z prahistorią Słowian?
Wokół książki Z. Gołąba 'O pochodzeniu Słowian w świetle faktów językowych'


Część I. Prezent dla słowianofilów

Miłośnicy słowiańskich starożytności dostali nie lada prezent: książkę Zbigniewa Gołąba "O pochodzeniu Słowian w świetle faktów językowych". Prof. Gołąb zmarł w 1994 r. w Chicago, gdzie mieszkał i działał od lat sześćdziesiątych. Książkę napisał po angielsku i zapewne w tego powodu nie była dotąd u nas znana - przynajmniej nie wymieniają jej w bibliografiach stojące na moich półkach dzieła slawistyczne. Polski przekład jest spóźniony wobec angielskiego oryginału o 12 lat, ale naprawdę aż o 24 lata - ponieważ, jak wskazuje bibliografia i notka o Autorze, faktycznie prof. Gołąb podsumował dorobek historycznej slawistyki do roku mniej więcej 1980. Niemniej jest to jedyne jak dotąd tak obszerne i kompletne opracowanie tematu pra-geo-historii Słowian. Autor programowo ograniczył swoje dociekania do lingwistyki, pomijając niemal zupełnie dane archeologii.

Kiedy biorę do ręki książkę o starożytnościach słowiańskich, najpierw staram się jak najszybciej ustalić, do której "szkoły" należy autor: czy jest autochtonistą czy allochtonistą. (Autochtonistów często po prostu nie czytam, szkoda mi dla nich czasu.) Spór między tymi dwoma obozami dotyczy tego, czy Słowianie w starożytności (w czasach mniej więcej współczesnych z cywilizacją grecką i Rzymskim Imperium) zajmowali obecne ziemie Polski, a więc dorzecza Wisły i Odry, a przynajmniej Warty - czy też przybyli na nasze ziemie później, w ostatniej fazie Wędrówki Ludów. Autochtoniści wierzą, że w czasach Wędrówki Ludów Słowianie właśnie z Polski wyszli na południe ku Dunajowi i Bałkanom, allochtoniści uważają, że w tejże epoce Słowianie dopiero przybyli nad Wisłę i Odrę z zewnątrz, mianowicie ze wschodu, z obecnej Ukrainy. Zauważmy, że Polacy są jedynem narodem, który jest dręczony taką niepewnością. Czesi, Słowacy i wszyscy Słowianie Południowi nie mają tu wątpliwości: są w swych ojczyznach przybyszami z zewnątrz; to skąd przybyli, czy znad Wisły, czy raczej Dniestru, chyba nie wywołuje u nich większych emocji. Z kolei Rosjanie i Ukraińcy są, jak się wydaje, przeświadczeni, że ich praprzodkowie tak czy inaczej wywodzą się z szeroko rozumianej Rusi, czują się tubylcami, więc ów spór ich nie dotyka. Natomiast w przypadku Polaków, a raczej ich niektórych literackich reprezentantów koncepcja allochtoniczna, iż Słowianie do Polski przybyli u schyłku starożytności, i to ze wschodu, trafia ich w samo sedno, czyli, etymologicznie, w bolący nagniotek. Koncepcja ta bywała i bywa odbierana jako cios dla narodowej tożsamości "Lechitów". Bo oto, po pierwsze, przychodzą skądś, niby jakieś przybłędy, na ziemię, która wcześniej była zasiedlona przez Germanów, a więc tak jakby historycznie niemiecka, a po drugie przybywają jako jakieś boczne odgałęzienie, ubożsi krewni, "Ruskich". Bękarty po "Ruskich" wkradają się na "niemiecką" ziemię! Dla polskiego nacjonalisty trudno o gorszą zniewagę. Nic dziwnego, że przez znaczną część XX wieku broniono autochtonizmu niby murów Częstochowy. Broniono bez głowy i bez klasy. Przeinaczając fakty i przemilczając to, co nie pasowało do ich układanki, która, co widzi każdy, kto patrzy na to bez uprzedzeń, kupy się nie trzyma. Nawyk jednak trwał i dopiero trzeba było odwagi i uporu prof. Kazimierza Godłowskiego, który w latach 80-tych zaczął nawracać Polaków na to, co dla wszystkich wokół było oczywiste: że oto językowi przodkowie Polaków są takimi samymi przybyszami z V-VI wieku, jak przodkowie Czechów, Chorwatów czy Bułgarów.

Zbigniew Gołąb - w swojej książce - rozwija koncepcję ostrożnie pośrednią. Wprawdzie idzie za autochtonistycznym stereotypem i raz po raz oświadcza, że dawni Słowianie swoim zachodnim skrzydłem sięgali po Wisłę i Wartę, ale znacząca większość przedstawianej przez niego słowiańskiej pra-historii rozgrywa się dużo dalej na wschód. Słowiańskimi "urhajmatami" jawią się Wołyń, środkowe Podnieprze i basen górnego Donu. Wzmiankę u Ptolemeusza o 'Suobenoi' żyjących za Wołgą traktuje poważnie.

Skoro jest pewne, że obecne rozmieszczenie etnosów słowiańskich jest w dużej mierze wynikiem ich wyjątkowej ruchliwości i aktywności osadniczej w późnej fazie Wędrówki Ludów, czyli w ciągu, z grubsza licząc, VI w. ne., to gdzie żyli wcześniej? Skąd przybyli? I ta kwestia jest głównym tematem książki Zbigniew Gołąba. Obraz, jaki on rekonstruuje, da się w największym skrócie przedstawić tak: od czasu rozpadu wspólnoty praindoeuropejskiej (której są językowymi potomkami) Słowianie trzymali się pasa lasów liściastych wschodniej Europy, nie zapuszczając się ani zbyt daleko na południe w stepy (gdzie natykali się na silną konkurencję ze strony stepowych koczowniczych pasterzy), ani nie kolonizując chłodniejszej i wilgotniejszej strefy na północ od Prypeci i Oki. Step był w starożytności domeną ludów irańskich (Scytów, Sarmatów, Alanów), świerkowe lasy na północy zasiedlali Bałtowie i Finowie. Przy okazji zauważę, że kiedy się czyta o tym, pra-siedziby Bałtów, Finów i Irańczyków wydają się solidnie naukowo udowodnione i nie budzą wątpliwości u autorów - inaczej niż pra-siedziby Słowian, wciąż podważane i niepewne, przez co nasi przodkowie wydają się dziwnie nieuchwytni. Na dzisiejszej mapie w tym słowiańsko-liściastym pasie leżą zapewne: Kamieniec, Żytomierz i reszta Wołynia i Podola, Kijów, Charkow, Woroneż, Oreł, Tambow i stąd jeszcze dalej na wschód, aż na lewy brzeg Wołgi (Rha, Rava w starożytności), gdzie widzieli ich informatorzy Ptolemeusza.

Jak daleko na zachód sięgał ten areał? Zbigniew Gołąb wspiera autochtonistów ("autochtonistów" tylko, oczywiście, z naszego-polskiego punktu widzenia), twierdząc, że aż do ziem obecnie polskich. Wysuwa na to trzy przynajmniej argumenty: że nazwy 'Wisły', 'Warty', 'Bugu' i kilku innych dużych rzek są słowiańskie - i podaje ich etymologie (tak!); po drugie, że Tacyt i Ptolemeusz odnotowują "Wenedów", mieszkającym gdzieś nad Wisłą lub u jej ujścia, Autor zaś uważa Wenedów za Słowian i wyciąga na to dodatkowe własne dowody. Trzeci argument streszczę osobno.

Umiejscowienie Słowian w pasie, który w uproszczeniu nazwać można strefą lasów liściastych, wynika ze śladu, jaki w ich języku pozostawiły kontakty z ludami sąsiednimi. Okazuje się, że najdawniejszymi sąsiadami Słowian byli Bałtowie - ale epoka słowiańsko-bałtyjskiego kontaktu jest najwyraźniej rozbita na dwie, pomiędzy którymi te dwa etnosy nie stykały się. W dodatku nad rzeką Sejm na północny wschód od Kijowa bałtyjskie toponimy sąsiadują z irańskimi, ponadto istnieją w bałtyjskich językach zapożyczenia irańskie, których w słowiańskim nie ma. Wniosek: w pewnym okresie Słowianie żyli zdala od Bałtów, za to Bałtowie stykali się z Irańczykami. Można stąd wnioskować (czego nie robi Gołąb), że w pewnym etapie swych dziejów Słowianie odbyli wędrówkę daleko na wschód, odrywając się od Bałtów - nad Don? za Wołgę? - z której potem cofnęli się ponownie ku zachodowi.

Wydaje się też, że wschodnia, poduralska flanka słowiańskiego areału pozostawiła ślad w postaci starych zapożyczeń słowiańskich w językach tureckich i, pośrednio, mongolskich. Są to słowa "gąbka/huba", "koza", "osa/osika", "tołokno" (brzmienie rosyjskie - 'mąka tłuczona w stępie'), "kopa" (siana), "kądziel", "kuna", "młot", "pałka" i "tkać". (Tureckojęzyczni stepowcy odwzajemnili się nam, ale to już znacznie później, słowami np. "chorągiew", "kiełbasa", "towar" czy "tłumacz".)

Wracając do Bałtów, mieli oni dar nazywania rzek po swojemu i dzięki temu można uderzająco precyzyjnie wyznaczyć ich dawny zasięg. Najdalsza na wschodzie z kilku rzek o nazwie Cna, czyli "cicha" po bałtyjsku, płynie od Tambowa na północ do Oki, równo 1000 kilometrów na wschód od dzisiejszych granic Litwy! Bałtyjskie hydronimy są też na południe od Prypeci i na naszym Mazowszu. Jeszcze w średniowieczu bałtyjskimi dialektami mówiła cała dzisiejsza Białoruś, Smoleńszczyzna i Goljad' - to samo plemię, co nasza Golędź-Galindia pruska - wokół Możajska niemal na przedmieściach Moskwy. (Dalej na północ i wschód byli Finowie, dziś pozostali w postaci Maryjczyków i Mordwinów.) Słowianie rzek po swojemu nie nazywali aż tak chętnie i dlatego z ustaleniem ich pra-siedzib jest wciąż tyle kłopotu.

Jakby nie rozmieszczać siedzib dawnych Słowian, szerokim frontem stykali się ze stepowymi Irańczykami. Autor wyróżnia kolejne warstwy irańskich zapożyczeń w słowiańskim, z których jedna, datowana na czasy przewagi Scytów (i podróży Herodota), jest szczególnie doniosła aż do dziś - bo wtedy Słowianie przejęli od Irańczyków ich religijny światopogląd, a z nim kodujące go słowa. Ówczesne iranizmy w słowiańskim mają postać nie tyle zapożyczeń, co kalk językowych, a więc słów i zwrotów, które choć wzięte z rodzimego "materiału", tłumaczyły i naśladowały wzory irańskie. Na czele tych słów stoi para "bóg" - irańskie baga, i div ('dziw, dziwny') na określenie demonów - irańskie daeva. Iranizmami są też słowa "błogo-", briti ('przycinać', patrz "brzytwa - a ścinanie włosów było czynnością wybitnie religijną), "dzierżyć", goj ('pokój, pomyślność'), a także: kajać się, kojec, niebo, obaczyć, pisać, radi ('z powodu'), słowo, srom, step, zdrowy, tajać, ciągnąć, trwać, włos, zły, żertwa ('ofiara'). Po więcej słów z tej listy odsyłam do omawianej książki.

Gołąb, za osetyjskim autorem Abajewem, przytacza też słowa będące wynikiem odwrotnego procesu: słowiańskie pożyczki w irańskich, przede wszystkim w języku Osetyjczyków, kaukaskich potomków Sarmatów-Alanów, niegdyś południowych sąsiadów Słowian.

Drugi prąd zapożyczeń szedł do języka Słowian od zachodu - z języków germańskich. To zagadnienie jest dobrze znane - jest dość dowodów na to, że kontakt słowiańsko-germański istniał niemal stale, ponieważ datuje się od najdawniejszych czasów i - co jawnie widać - trwa do dziś. Są też w naszym języku ślady dużo dziwniejszego wpływu - ze strony języka-przodka dzisiejszego ormiańskiego. Ale to było w dawniejszej epoce, wkrótce po rozpadzie pra-indo-europejszczyzny.

Zaskakuje kolejny wpływ: italski! Właściwie italsko-celtycki, bo te dwie grupy języków są ze sobą bliżej spokrewnione. Celtowie tak nie dziwią, osiedlali się przecież w karpackich kotlinach i nad Wisłą, więc mogli poznać się z zachodnim skrzydłem dawnych Słowian. Ale skąd Italikowie? Do italskich należał język Wenetów, którzy mieszkali koło dzisiejszej Wenecji (i dali jej nazwę), a przecież Wenetami/Wenedami nazywali Germanie swoich wschodnich sąsiadów, w średniowieczu Słowian, ale wcześniej... zapewne właśnie Wenetów właściwych. Gołąb o mówienie językiem z tej grupy posądza ludność Kultury Łużyckiej, tej która około 700 roku pne. zbudowała gród w Biskupinie i kilkadziesiąt podobnych nad jeziorami, lecz do dziś nie odkopanych. Autor uważa, że Wenetów od zachodu zasymilowali Germanie, od wschodu zaś Słowianie, ale słowa z ich języka przetrwały w językach obu sukcesorów. (Teza ta brzmi atrakcyjnie, tylko jak ją pogodzić z przyjściem Słowian nad Wisłę i Odrę dopiero około 500 r n.e. - tysiąc lat po upadku Kultury Łużyckiej?) Niemniej lista italskich, zapewne weneckich, podobieństw w słowiańskim jest imponująca, a większość z nich jest niemal identyczna z odpowiednimi słowami łacińskimi: siać, siemię, ziarno, lecha ('bruzda'), jabłko, prosię, bób, mech, bóść, owies, drozd, osa, szerszeń, gniazdo, olcha, ilm ('wiąz'), iwa, kuć, sieć, pleść (więc i "płot"), szczyt ('tarcza'), gość, gospod ('pan domu'), dług, broda, trud, siewierz ('północ'), wiara, mnogi. Równie obfita jest lista słów rozpoznanych jako italskie zapożyczenia. Podam kilka ciekawszych: dziecię, ryj, prawy, gąsior, paść/pasać i pasterz, gołąb, lato, jagnię, węgieł, biodro, młot, łuna (w znaczeniu 'blask' i 'księżyc'), palec, widły, siekiera, garn(ek). Kontakt italsko-słowiański, a dokładniej wenecko-słowiański jest zatem udokumentowany i Zbigniew Gołąb uważa go za dowód starej - od kilku przynajmniej wieków przed naszą erą - bytności Słowian między Karpatami a Bałtykiem. Jest to wspomniany trzeci jego argument za starą słowiańskością ziem polskich, a więc za koncepcją autochtonistów. Co stoi w sprzeczności z tezą aż nadto dobrze udokumentowaną przez archeologów, iż w starożytności, z okresem rzymskim włącznie, nasze ziemie były zamieszkiwane przez kultury identyfikowane jako germańskie (choć może z pozostałościami celtyckimi) - Kulturę Wielbarską i Przeworską. Ta pierwsza to bez wątpienia Goci, drugą reprezentowali, licząc najważniejsze plemiona, Burgundowie i Wandalowie. Dla Słowian nie widać po prostu miejsca - musieli żyć wtedy dużo dalej na wschodzie.

Po lekturze tego bez wątpienia imponującego "rozbioru" słowiańskich pradziejów pozostaje jednak poczucie niedosytu. Zagadki pozostają. Praojczyzna naszych językowych przodków wydaje się odrobinę mniej tajemnicza - ale jasności wciąż nie mamy. Wiele grup językowych, choćby nasi sąsiedzi Bałtowie, Madziarzy lub Finowie, ma swoją praprzeszłość udokumentowaną lepiej od nas. Polak z Chicago wykonał wielką pracę - ale zarazem jasne jest, że dalej lingwiści nie posuną się, nie mając wsparcia archeologów. Pora szukać śladów Słowian nie tylko w słowach, ale i w ziemi. Dociekania językoznawców dobrze pokazują, gdzie kopać. Na pewno nie w Polsce, tylko na Ukrainie i w południowo-centralnej Rosji. A może też w Tatarstanie i w Baszkirii.


Część II. Prasłowiańskie hipotezy

Wśród różnych rzeczy, w książce Gołąba brakuje mi także podbudowy z socjologii historii lub antropologii kultury. Brakuje wyjaśnień lub prób wyjaśnień, dlaczego w ogóle dawne ludy wędrowały i ich języki przesuwały się w terenie. Co skłania język do ruchu w przestrzeni? Na stronie 168 swej książki Autor zamieszcza mapę, którą przez kilka stron komentuje. Mapa ta przedstawia obszar zamieszkały przez ludność praindoeuropejską z podziałem na dialekty - pra-aryjskie, pra-słowiańskie, pra-germańskie itd. - czyli pokazuje, jak były rozmieszczone dialekty, które dały początek późniejszym indoeuropejskim podrodzinom języków. Obszar ten zawiera się między Dniestrem a Wołgą. Dla mnie, zaledwie oczytanego laika, przez mapę tę przebija jakże naiwna wizja, iż był moment, kiedy obszar zaludniony przez Praindoeuropejczyków rozdął się jak balon - wcześniej zaś w tym "balonie", w swoim "urhajmacie" poszczególne ludy czekały niby w jakimś jaju na okazję, kiedy będą mogły rozbiec się po świecie. Niestety, wizja ta zdradza jakieś mityczne wzorce, z Biblii jeszcze, z Wieży Babel? Czy jak z opowieści o trzech braciach, Czechu, Lechu i Rusie, z których każdy w inną strone poszedł? Bo dużo bardziej jest prawdopodobne, że dialekty, które dały początek Indom, Grekom czy Germanom, powstały nie w "urhajmacie", lecz dopiero na nowo zasiedlonych ziemiach, raczej PO ekspansji, nie PRZED, i jako skutek kontaktu z obcojęzyczną ludnością, a może po prostu dlatego, że synów zdobywców wychowywały obcojęzyczne matki-branki?

Dlaczego któreś plemiona nagle rozrastały się, mnożyły i powiększały swój areał, promując przy tym swój język i adaptując do swojego języka sąsiadów? W pra-historii musiało być podobnie jak w historii: z dwóch choćby przyczyn: znalezienia pustej ziemi (a raczej ziemi niedość gęsto zaludnionej przez dotychczasowych właścicieli), albo wynalezienia nowej techniki utrzymania się. W wariancie "zajęcie pustej ziemi" jest jeszcze podwariant, polegający na zajęciu ziemi opustoszałej - w wyniku upadku istniejących tam wcześniej kultur i społeczeństw. Język angielski tak powiększył swój areał i liczebność, ponieważ Anglicy - językowi przodkowie Amerykanów i Australijczyków - znaleźli całe dwa względnie puste kontynenty: Amerykę i Australię. Liczebność języka polskiego kilkakrotnie wzrosła w ciągu XIX wieku, ponieważ jego użytkownicy nauczyli się nowej i dobrze dopasowanej do klimatu techniki żywieniowej: uprawy ziemniaków. Rosjanie powiększyli się, wykorzystując demograficzny kryzys stepowych Turków. Trzecia opcja polegała na zajęciu nieobsadzonej dotąd "niszy" w istniejącym społeczeństwie. Język hiszpański tak wielce zwiększył swoją liczebność po konkwiście w XVI wieku, gdyż jego użytkownicy zajęli niszę "spijaczy śmietany" w społeczeństwach Indian Andów i Meksyku, i podobnie uczynili na Filipinach. Anglicy to samo robili w Indiach, lecz tam nie nawrócili tubylców na swój język - co się udało Hiszpanom w Ameryce Łacińskiej. Pusta ziemia, nowa technika aprowizacji i wejście w rolę dominującej warstwy społecznej - te trzy motory, znane z historii, musiały być przyczyną ruchów języków także w pra-historii. Jeśli tego nie "trzyma się w rozumie", to spekulacje, jakoby Słowianie w swojej drodze na zachód powtarzali wcześniejsze szlaki innych Indoeuropejczyków, są z gruntu naiwne. Nie ma żadnej wyższej konieczności, żeby w jakiejś części świata ludy i języki przemieszczały się wciąż z tego samego źródła w tym samym kierunku.

To są mechanizmy "grube", dziejące się gdzieś na styku ludzkiej kultury z biologią i materią. (Coś trzeba zjeść i nakarmić dzieci...) Są jeszcze dwie tendencje subtelniejsze, dziejące się w samej kulturze. Zastosuję metaforę lodu: pierwszą nazwę tendencją do ścinania (się, jak woda w lód), drugą - tendencją do tajania. Procesy ścinania są wyrazem ludzkiego i kulturowego konserwatyzmu. Mieści się w nich niechęć do obcych, głód bezpieczeństwa, zamykanie się w wąskich, rodzinno-sąsiedzkich ramach, odwracanie się tyłem do świata, izolowanie się. Kiedy ta tendencja przeważa, języki rozpadają się na dialekty, każda wieś - zamknięta w swoim obrębie - zaczyna mówić po swojemu, a lokalne mody, nie szerząc się dalej, pogłębiają terenowe rozbieżności. Mniejszości językowe, narodowe, religijne i inne nie asymilują się, zachowując odrębność. Drugi rodzaj procesów - tajanie - jest skierowany przeciwnie i wychodzi naprzeciw ludzkiej potrzebie kosmopolityzmu, czyli poszerzania horyzontów, uczenia się od obcych, podróżowania i bogacenia się w przy tej okazji, a także szukania partnerów seksualnych wśród atrakcyjnie urodziwych cudzoziemców. Ścinanie i tajanie walczą ze sobą w obrębie mikrospołeczności i w obrębie psychiki jednostki. Kiedy przeważa ścinanie, a kiedy ono puszcza i zaczyna się tajanie - na to, zdaje się, nie ma prostych reguł i jest to zjawisko tyleż wieloczynnikowe, co przypadkowe. Oba procesy na pewno nie dzieją się całkiem nieświadomie: to ludzie chcą - zarówno uczyć się języka sąsiadów i w wyruszać w daleką drogę, jak i zamykać się za płotami.

Historia uczy, że kiedy rusza tajanie - kiedy przegrody pomiędzy mniejszymi społecznościami zaczynają tajać - to proces ten często idzie dalej lawinowo i jest samo-napedzający się. Życie w wielkich, ruchliwych i rozciągniętych w przestrzeni społecznościach jest atrakcyjne i to właśnie "topi" ścianki gminnych granic, także granic językowych. Zapewne w społeczeństwach przedpaństwowych, kiedy granice etnosów nie były usztywnione instytucjonalnie, nazwane tajania - prawdziwe wiosny ludów! - zdarzały się częściej niż w ostatnich wiekach.

Dzisiaj żyjemy w czasach tajania, w którym koine, językiem wehikularnym, jest angielski. Podobnie było około 300 roku pne. kiedy ludzie nad Morzem Śródziemnym pospiesznie uczyli się greki, tak jak my teraz angielskiego. W starożytności w Europie miały miejsce przynajmniej cztery wielkie tajania: jedno doprowadziło do powstania commonwealthu celtyckiego, drugie, późniejsze o jakieś trzy stulecia, a zajmujące częściowo ten sam teren, było inflacją germańszczyzny. Oba te procesy obywały się bez organizacji państwowo-imperialnej. Prócz tego miały miejsce dwa tajania "klasyczne": greckie i późniejsze, częściowo nałożone na nie, łacińskie. To pierwsze politycznie działo się ramach grupy państw i to wcale sobie nie przyjaznych, dopiero drugie przybrało postać jednego Imperium. Oczywiście, procesy tajania sprzyjają i wynalazkom, i znajdywaniu pustej ziemi - różne mechanizmy ekspansji napędzają się wzajemnie.

Mając to na uwadze, spróbuję naszkicować możliwe przyczyny ekspansji ludów i języków indoeuropejskich, a w końcu Słowian.

Praojczyzną Indoeuropejczyków - około 3000 lat pne. - była południowa część Równiny Wschodnioeuropejskiej. Czy można zgadywać, skąd tu przyszli i co ich tu rozmnożyło? Można się domyślać, że impulsem, który ich rozmnożył, było zajęcie pustej dotąd ziemi - słabo zaludnionej i niedość wykorzystywanej strefy klimatyczno-krajobrazowej, a stało się dzięki opanowaniu nowej techniki aprowizacji. Technika tą było mieszane gospodarstwo: hodowla zwierząt na stepie i uprawa roli w dolinach rzek. Do tego doszedł wynalazek hodowli konia, a z czasem ciągnięcia wozów i jazdy wierzchem. To dało technologiczną przewagę. Konsekwencją było uruchomienie tajania - które spowodowało, że na język praindoeuropejski nawróciły się inne plemiona żyjące na tym obszarze. Moment początkowy mógł polegać na tym, że "front neolityczny", czyli czoło fali ludów uprawiających ziemię, dotarł do granicy stepu gdzieś nad Dniestrem. Tam dokonali wynalazków pozwalającym im żyć i gospodarować w nowym dla nich klimacie. Zapewne ci pionierzy stepu byli właśnie początkiem Praindoeuropejczyków.

W dalszym etapie wspólnota będąca wynikiem pierwszego praindoeuropejskiego tajania rozeszła się - rozpadła. Stało się to za sprawą przyjęcia trzech różnych dróg rozwoju w różnych częściach ich pontyjskiej ojczyzny. Ludność ze skraju północnego kontynuowała w tym terenie pierwotną falę neolityczną: wchodzili z uprawą ziemi (wspartą hodowlą) na tereny dotąd zajmowane przez gospodarkę mezolityczną, a więc łowiectwo i rybołówstwo. Ta północna grupa ludności dala początek podrodzinie bałto-słowiańskiej.

Ludność ze stepowej części areału wyspecjalizowała się, porzucając rolnictwo i przechodząc na utrzymanie tylko z koczowniczej hodowli. Oderwanie od roli dało im ogromną przewagę w terenie: zaczęli być zdolni do dalekich wędrówek przez step. Ci stali się przodkami Arjów i wkrótce przemierzyli imponujące przestrzenie, aż do Ałtaju i Sajanów, do Tien-szanu i oaz na rubieży chińskiej, wreszcie do Mezopotamii (Mitanni!), Iranu i Indii. Jednym z dowodów na taką ich ewolucję jest opisany przez Gołąba brak indoeuropejskiej terminologii rolniczej w językach aryjskich (irańsko-indyjskich). Powrotne fale aryjskich stepowców zaczęły też najeżdżać pozostałych mieszkańców wschodnioeuropejskich równin: przykład Scytów, którzy spalili Biskupin.

Trzecia, najbardziej zróżnicowana językowo, grupa Indoeuropejczyków, wybrała drogę powrotu - z nowymi wynalazkami i wynikającą stąd przewagą - na ziemie swoich dalekich przodków i ich cywilizacyjnych pobratymców: na ziemie zachodniej i południowej Europy i Azji Mniejszej, gdzie tymczasem wyrosło pierwsze megalityczne pokolenie miast i państw. Ten wariant życiowej gry, w różnym czasie, wybrali, licząc od północnego zachodu: Germanie, Celtowie, Italikowie, Illirowie, Trakowie, Grecy, Hetyci i ich krewni, i Ormianie. Oraz zapewne dłuższa liczba plemion, którym się nie udało i ślad po nich zaginął, tak jak nie udał się Cymbrom najazd na Rzym. Dwie były (jak się wydaje) przynęty, dla których podejmowano dalekie i niebezpieczne wyprawy na gęsto zaludnione tereny starych cywilizacji na południu: pierwszą było zajęcie miejsca warstwy rządzącej, co wykonali w czasach historycznych np. Wandalowie w Afryce, drugą zajęcie ziem chwilowo opustoszałych skutkiem wojen, powstań, epidemii i innych cywilizacyjnych kryzysów, które okresowo dotykały rozwinięte Południe. Przez kilka tysiącleci, aż do ostatniego epizodu tego rodzaju: do wypraw Wikingów i opanowania przez nich Sycylii, bogate Południe wciąż kusiło barbarzyńców z Północy. Słowianie, lud długo trzymający się północy, dokonali około 500 roku ne. typowego przemieszczenia się na Południe. Zrealizowali przy tym wariant zajęcia ziem niedoludnionych skutkiem kryzysu: mianowicie osłabnięcia Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego w jego bałkańskich prowincjach.

Zróżnicowanie językowe tych Indoeuropejczyków, którzy dokonywali "wycieczek" na południe, nie było przedłużeniem ich dialektalnego zróżnicowania w pontyjskiej praojczyźnie. Było skutkiem intensywnego kontaktu z tubylcami, w każdym przypadku - Germanów, Italików, Hetytów itd. - innojęzycznymi, a także oczywistym zerwaniem więzi ze starym etnicznym centrum. (Mówiąc metaforycznie: nowe języki pochodziły nie tylko od indoeuropejskich ojców, ale i od megalitycznych matek. Germańskie, łacina i grecki pełne są nie-indoeuropejskich rdzeni.) Kiedy po okresie heroicznym osiadali, zaczynał się zastój i brała górę tendencja ścinająca - to by tłumaczyło znaczne zróżnicowanie dialektalne Italików i Greków - aż do czasu, gdy kolejne tajanie i związane z nim językowe wyrównanie obszaru, łacińskie u pierwszych, koine u drugich - na nowo uczyniło ich wzajemnie rozumiejącą się społecznością.

Zbigniew Gołąb pięknie pokazuje, jak romański substrat tubylczy na Bałkanach (język zromanizowanych Traków) przekrystalizował bułgarsko-macedońską słowiańszczyznę w typologicznie nie-słowiańskie języki (w członków tzw. bałkańskiej ligi językowej) - co jest dobrym modelem dla innych procesów przemiany języków z północy w nowe rodziny południowe.

Słowianie byli tą częścią Indoeuropejczyków, którzy pozostali na miejscu: ani nie ruszyli na zaludnione południe lub zachód, ani nie weszli w step, zdominowany już przez Arjów. Nie wiadomo, jaka historyczna, krajobrazowa czy technologiczna granica w obrębie Indoeuropejszczyzny skorelowana była z wczesną linią podziału na języki kentum i satem. Słowianie żyli blisko tej linii, może nawet przechodziła przez nich. Jeśli linia ta oddzielała zachód od wschodu, to Słowianie byli wtedy gdzieś blisko zachodu, być może w zachodniej Ukrainie. Jeśli oddzielała satemowy środek od kentumowych peryferii, to Słowianie musieli być w środku, ale nie całkiem w środku - zachodnia Ukraina także wtedy jest możliwa. Później jednak musieli przemieścić się na wschód, by oddzielić się od Bałtów, wejść w kontakt z Turkami i zapewne ich wschodnie skrzydło ustabilizowało się na tym terenie, skoro za Wołgą dowiedział się o nich Ptolemeusz - w jakieś dwa i pół tysiąca lat po rozpadzie Praindoeuropejszczyzny. Nie można wykluczyć, że takie wahadłowe migracje z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód wykonywali parokrotnie. Zapewne też, kiedy słabli stepowcy, przesuwali się na południe ku Morzu Czarnemu, Azowskiemu i Kaukazowi. Kiedy kryzysy dotykały środkową Europę, mogli zajmować jakieś ziemie na zachodzie. Być może parę razy dzielili się na podgrupy i ponownie łączyli. Zapewne nigdy, aż do swojej ekspansji na Bałkany około 500 r ne., nie byli zbyt liczni. Jest też możliwe, że nie byli jedynym etnosem żyjącym w zajmowanej przez nich strefie: takich "para-Słowian" lub ludów "słowianoidalnych" (termin na wzór ludów bantuidalnych w Afryce) było być może więcej, a przez 2500 lat w strefie lasów liściastych wytworzyła się znaczna rozmaitość ludów i dialektów, jednak nic o nich nie wiemy i nie będziemy wiedzieć, ponieważ wszystkie zanikły, ustępując miejsca ogólnosłowiańskiemu koine, który wyłonił się w procesie tajania, które poprzedziło wędrówkę Słowian na Bałkany i do Środkowej Europy.


Wojciech Jóźwiak
13 stycznia 2006


Książka omawiana:
Zbigniew Gołąb, "O pochodzeniu Słowian w świetle faktów językowych", przekład Maria Wojtyła-Świerzowska, wyd. Universitas, Kraków 2004.





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)