22 listopada 2013
Wojciech Jóźwiak
Trzy kierunki polskiej geopolityki popularnej lub nawet podświadomej
Kierunki powyższe są trzy i będę je pisać wielkimi literami: Zachód, Południe i Wschód. Północy nie ma, jako osobna jakość w geopolitycznej wyobraźni Polaków nie istnieje.

Zachód jest przedmiotem aspiracji: do Zachodu chcemy dołączyć, chcemy, by nas uważano za część Zachodu, z Zachodu bierzemy inspiracje, u Zachodu się uczymy, do poziomu Zachodu wytrwale się podciągamy, na Zachód się snobujemy. Mimo to mamy świadomość utrzymującej się różnicy między nami a Zachodem, która uporczywie nie chce zniknąć. Nawet w Unii Europejskiej czujemy się niepełnym członkiem tego Zachodu. Stosunek Polaków do Zachodu przypomina relację uczniów do nauczycieli, szefów do podwładnych, ubogich krewnych do zamożnych. Zazdrościmy Zachodowi jego poziomu rozwoju, jego zamożności i techniki, a najbardziej – jego porządku i dobrego zorganizowania, społecznej logiki i dobrego prawa, w przeciwieństwie do polskich nadużyć, chaosu i absurdów, które uporczywie nie chcą się zmienić od czasów filmów Stanisława Barei. Z drugiej strony w obliczu Zachodu wciągamy brzuchy, zakładamy garnitury i staramy się mówić I follow you, zamiast (zgodnego ze słowiańską intuicją) *I'm going after you. Zachód działa na nas energetyzująco, bodźcująco i dyscyplinująco. Jak przybycie zamożnego klienta do sklepu lub wizytatora do szkoły.
Wytrwale i masowo uczymy się najbardziej prestiżowego języka Zachodu – angielskiego, chociaż jest on dla Polaków przeciętnie źle przystępny i większość z nas w nim, mimo lat nauki, ledwie duka. Nie razi nas, gdy budynki lub instytucje nazywają się „Wola Tower” lub „Malinowski Trading”. Gdyby podobne nazwy były kombinacjami polsko-rosyjskimi, już by ktoś grzmiał o zagrożonej tożsamości. Zachodowi pozwalamy na wiele.
Kierunek zachodni uważany jest – w zasadzie – za bezpieczny. Nie obawiamy się, że ktoś z tego kierunku nas zaatakuje, co zgadza się z długą pamięcią historyczną, kiedy przez kilka wieków granica zachodnia była bezkonfliktowa, zwłaszcza w porównaniu z nieustannie płonącą wschodnią. Najazd Niemców pod Hitlerem został zaksięgowany jako przykra anomalia, dziwaczny wyjątek, który właściwie już jego sprawcom (raczej ich wnukom) wybaczyliśmy. W 1915, w Pierwszej Wojnie, uczynili nam przysługę, wyzwalając od Rosji.
Bardziej niż umyślnego ataku z tamtej strony obawiamy się od Zachodu zaniedbania i zlekceważenia: że pańska łaska tamtych państw odwróci się od nas, że zostaniemy porzuceni lub wręcz zdradzeni, jak to się stało w 1939 i w Jałcie w 1944, skutkiem tego, że w rozgrywkach wielkich przestaniemy się liczyć tak wysoko, jakbyśmy chcieli.
Zachód w tym symbolicznym znaczeniu to przede wszystkim wielka trójca: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja. Plus Niemcy, po sąsiedzku najbliższe i obecnie urosłe w siłę, ale przy tym jakby najmniej dla nas zachodnie, przez to że w historii – prócz ich wzlotów – mieliśmy dość przypadków, żeby ich złapać na ich małościach i zbrodniach, a część Niemiec jak my sami kiblowała pod okupacją komunistów. Pełnię właściwości i atutów Zachodu mają też kraje Skandynawii (wraz Finlandią, faktycznie leżącą dalej na wschód niż Polska), Belgia-Holandia-Luksemburg, Szwajcaria i Irlandia, i brytyjskie eks-kolonie jak Kanada i daleka, trudna do wyobrażenia Australia.
W pewnym sensie Zachód jest dla Polski, dla polskiej świadomości, czymś absolutnym. Nie może go nie być! Gdyby nagle jakaś złośliwa wróżka sprawiła, że przestałby być tym, czym jest, czulibyśmy się jak sieroty w mgle; okoliczna przestrzeń utraciłaby swój główny gradient, swoją najważniejszą oś i biegun.
Zachód wartościujemy pozytywnie, ale działa on na nas dyscyplinująco, czujemy przed nim respekt...
Wschód – przeciwnie – wartościujemy negatywnie i to negatywnie na dwa sposoby: po pierwsze, uważamy za coś niższego-gorszego od nas samych, po drugie, boimy się go, jako tego kierunku, z którego przyjść może zagrożenie. Wschód w większości stanowi Rosja, imperium, które znów wstaje na nogi po okresie słabości, i jedyna siła, która pół-jawnie bierze pod uwagę zniszczenie nas – bo to jedyna armia, która podczas manewrów ćwiczy atomowe spalenie Warszawy. To, że o tym się u nas prawie nie mówi, a polski rząd udaje, że nic nie wie, świadczy w jak wielkim stopniu nasz stosunek do Rosji ma coś ze stosunku do cienia (tego Jungowskiego...): przyjęło się udawać, że wielu przykrych spraw na tym kierunku – nie ma. Nie wywołuj wilka z lasu. Tak jakby zaprzeczanie objawom choroby miało wrócić zdrowie.
Rosji boimy się jako państwa, jako rządu i jako „osoby politycznej”. Ciekawe, że tylko o niewielu krajach myślimy i mówimy personifikując je. O państwie-osobie politycznej mówi się, że chce czegoś, że ma wolę, że czegoś się domaga, o coś walczy i ma swoje cele i je stawia, że podejmuje decyzje i snuje intrygi. W ten osobowy sposób wyobrażamy sobie przede wszystkim Amerykę (USA), także Wielką Brytanię, Francję i Niemcy, Unię Europejską z tajemniczą „głową” w Brukseli, a dalej w świecie Japonię, Chiny i Izrael. W taki sposób, osobowo, jawi się nam Rosja. I to właściwie cała lista. Ani np. Szwecja, ani Kanada, Hiszpania, Włochy, Grecja, ani Bułgaria lub Czechy nie są postrzegane osobowo, nie są postrzegane, jakby były „państwami-osobami” działającymi w przestrzeni polityki. O Italii, Holandii, Brazylii lub Czechach myślimy raczej jako o zbiorowościach; nie rozważamy woli ani celów „Włoch” lub „Czech”, tylko zastanawiamy się nad charakterem Włochów lub Czechów jako narodu czyli pewnej zbiorowości.
W Rosji boimy się jej politycznej osoby, boimy się jej „głowy” – podczas gdy do jej narodu czyli jakby „ciała” mamy stosunek stereotypowo protekcjonalny; przyjęte jest na Rosjan patrzeć z pobłażliwą albo butną wyższością. Podobne nastawienie idzie ku Białorusi, w jej przypadku połączone z pretensją, że „oni są właściwie rodzajem Polaków”. Do Litwy stosunek jest dziwnie ambiwalentny. Nauka historii, mapy przedstawiające unię Litwy i Polski, Mickiewiczowska inwokacja „Litwo ojczyzno moja” i masa innych zaszłości wciągają Litwę do polskiej przestrzeni symbolicznej i dziwi nas, że Litwini nie odpowiadają czymś podobnym – odrzucają nasze umizgi, nie znają się na naszych żartach, nie chcą po raz drugi wchodzić z nami w spółkę, w której, jak uważają, raz już mało nie zostali pochłonięci. My za to, mimo wspólnej z nami europejskości Litwy, nie chcemy „przestawić: jej na Zachód. Włączamy ją do Wschodu, czyli czegoś, co musi stać niżej od nas. O Łotwie ani Estonii nie piszę, bo to kraje całkiem u nas nieznane i nie mamy o nich wyobrażeń.
Drugim po Rosji co do ważności składnikiem Wschodu jest Ukraina. Stosunek do niej jest też zasadniczo negatywny, ale inaczej niż do Rosji. Ukraina w polskich pojęciach nie ma głowy, nie jest to państwo-osoba. Mówimy-myślimy: „rząd w Kijowie”, „Janukowycz”, „Partia Regionów” itd., ale jakoś nie utożsamiamy tych instytucji z „Ukrainą”. Ukraina jawi nam się łaciata, dzielnicowa, niejednorodna i luźno pozszywana. Mimo to budzi lęk... ale wcale nie państwo-Ukraina, z którym nie mamy historycznych zapamiętanych doświadczeń, które jest nowe i które uważamy (nie wiadomo, czy słusznie) za słabe i chwiejne. Podszyte lękiem jest inne hasło: Ukraińcy. Są w tym haśle zbuntowani Kozacy Chmielnickiego (1648), hajdamacy idący sprawić rzeź Humania (1738) i najgorsze z nich, bo niedawne „bandy” UPA, sprawcy ludobójstw na Polakach na Wołyniu i okolicy. Zbuntowane, wiarołomne i żądne krwi bezforemne masy, które Sienkiewicz ku większej grozie nazwał czernią – jakby to był jakiś „morderczy niebyt”, niby upiory w ezoteryce zwane egregorami, czyli „czuwającą pustką”. Idą za tym pewne smaki języka, te aliteracje: Ukraina – ukroić – ukrajać – odkrawać – wykrwawiać... Wiele jeszcze będzie musiał pracować rozum, i to obu narodów, żeby tamte smaki spuryfikować. Bo słusznie zauważył Andrzej Bańkowski, że nasze dwa kraje są jak syjamskie rodzeństwo, które różni bezskuteczne próbowali rozdzielać skalpelem.
Jeszcze o Rosji: wśród wielu sprzecznych sygnałów i bodźców, które od niej przychodzą, trzeba wymienić te dwa: jest to kraj z potężną głową (i pięściami) – rządem, armią, wywiadem i przemysłem wojennym, ale którego „ciało”, czyli komercyjna część gospodarki i zwykłe życie społeczne, jest słabe i postrzegane jako chore. Rosja jawi się więc jako twór w rodzaju zombie, który groźny i zbrojny napiera naprzód, chociaż odpadają mu płaty skóry lub wnętrzności. Jest przez to wcale nie mniej straszny, a właśnie groźniejszy, ponieważ normalną żywą istotę można osłabić jakimś ciosem, a martwo-cielesnemu zombie żadna rana już nie zaszkodzi.
Z innej strony patrząc, ludzie Wschodu, czyli mieszkańcy Rosji, Ukrainy, Białorusi, Litwy, Syberii... jawią się nam bliżsi naturze i Początkom, niby jakieś pierwotne plemiona. Czaruje nas ich (rzekoma) bezpośredniość i prostota, ich magiczne archaiczne pieśni, ich szczera wiara przemawiająca do serca, nie do zwodniczego intelektu. Wschodni Słowianie w naszej wyobraźni grają trochę podobną rolę jak ponad sto lat temu górale dla literatów Młodej Polski. Za to Litwini dziwią nas swoim pogaństwem.
Południe jest nam równe i my czujemy się mu równi, i tamtejsze narody i kultury traktujemy na luzie. Między nami Polakami a naszymi południowymi sąsiadami nie ma nic z napięcia, jakie cechuje nas wobec Zachodu i Wschodu. Kierunek ten jawi się nam całkowicie bezpieczny, a pomysł, że ktoś stamtąd miałby nam uczynić jakąś krzywdę, mamy za niedorzeczny. Do tamtych krajów jeździmy na wakacje i z relaksem się nam kojarzą. Idealizujemy te kraje w kierunku pogodnie słonecznym i nawet jeśli tam się źle dzieje, jest korupcja, mafie czy nawet okrutne wojny, jak w 1990-tych latach w byłej Jugosławii, to staramy się tego nie zauważać. Systematycznie też lekceważymy wewnętrzne problemy tych krajów, tak jakby żadne procesy polityczne dziejące się tam nie mogły nas zarazić.
Południe to Czechy, widziane jako naród dobrodusznych smakoszy i bawiących się życiem komediantów. (Bez śladu wyparował dawny XIX-wieczny galicyjski obraz Czechów jako „psów łańcuchowych” habsburskiej biurokracji.) Ale ponieważ Czesi nie chodzą do kościoła, nie traktujemy ich poważne. Południe to dalej Słowacja, kraj z którym jesteśmy chyba w najbardziej bezkonfliktowych stosunkach, tym bardziej że ich język jest ze wszystkich najbliższy naszemu i kodem codziennych zachowań też właściwie się nie różnimy. Imponuje nam u Słowaków ich prostoduszność, życie realnością i wolność od historii, tej, która nas tak nieustannie dołuje. Z życzliwością traktujemy wszystkich południowych Słowian: bo lato, słońce (zimą tam nas nie ma), ciepłe morze, wino, brzoskwinie, rakija... Skoczne rytmy Bregovića i szalone filmy Kusturicy. Kraje od Słowenii przez Chorwację, Serbię do Bułgarii – nie bardzo odróżnia się nam jeden od drugiego – wydają się jakąś epikurejską, biesiadno-festynową i wakacyjnie-szaloną, ale bliską i zrozumiałą bo słowiańską, alternatywą, alternatywnym światem innym od naszej zimnej, mokrej, ciemnej, zagonionej i zaharowanej Północy.
Wiele z tej alternatywy mają dla nas Węgry, na kredyt nazywane bratankami, boć wie się, że Lengyel Magyar két jó barát. Węgry są dla Polski jak młodzian przez los lub starszych wyznaczony dziewczynie na męża i kochanka, nieznany ale zawczasu fascynujący, jak jakiś Kmicic dla Billewiczówny. O ile feminizujemy Polskę, to maskulinizujemy Węgry: nie ma w naszej wyobraźni pięknych węgierskich kobiet (chociaż jak wszędzie są w rzeczywistości), za to roi się od dziarskich honwedów, konnych czikoszów, zdesperowanych kuruców i muzykantów tnących czardasze, wszyscy koniecznie wąsaci.
Dalej na południe leżą Włochy, korona Południa, dokąd nasi prezydenci jeżdżą ładować akumulatory, gdzie mieszka dobry ojciec wszystkich Polaków, papież – złośliwym kaprysem losu chwilowo nie-Polak; skąd płyną do nas wszystkie prądy Starej Kultury. Włochów, mimo że średnio dużo bogatsi od nas i „wyżej rozwinięci”, uważamy za równych sobie, ich język nam się podoba i wydaje się nam, że go rozumiemy bez nauki (i przez to nie uczymy się go); dobrotliwie wybaczamy im ich wady i usterki, i staramy się widzieć tylko dobre strony tamtejszej rzeczywistości. Włosi pozostają wzorem elegancji, mody, butów i nie przypadkiem pod włoską marką FIAT dokonała się pierwsza masowa motoryzacja Polski.
Południe to także Hiszpania, zbyt daleka, żeby nas emocjonalnie poruszać. Południe kończy się na Grecji, też już zbyt odległej, by próbować ją rozumieć. Dalej idą krainy pocztówkowe: Turcja, Egipt, Maroko i reszta „tropików”, które nas naprawdę nie obchodzą. Izrael mógłby być duchowo bliższy, jednak i on wpadł do pocztówki.
Na obrzeżach Południa mieszczą się kraje, które trudno sklasyfikować. Austria ma tyleż z Zachodu, przed którym stajemy na baczność, co z sympatycznie rozrywkowego Południa. Jakoś nie zaszkodziło temu krajowi w polskich oczach, że nas „rozbierał” i niewolił, i że szef III Rzeszy był Austriakiem – widać siła geo-stereotypów jest silniejsza niż historyczna pamięć. Na drugim skrzydle leży Rumunia, niewątpliwie najbardziej tajemniczy z naszych sąsiadów, o którym realnie nie wiemy nic i nie chcemy wiedzieć, a patrzymy na ten naród przez dziwaczne klisze: że Cyganie, drakule i niedźwiedzie. Jak Hitler nie zaszkodził obrazowi Austrii, tak Eliade nie pomógł obrazowi Rumunii.
Komentarze
Nigdy nie spotkałem Rosjanina, z którym miałbym jakiś problem w porozumieniu się na płaszczyźnie wewnętrznego przeżycia. To potoczne określenie o podobieństwie wynikającym z "głębi słowiańskiej duszy" aż biło w oczy. Niemniej, nie byłem też w stanie - być może z powodu słabej już znajomości zapomnianego rosyjskiego - wyjaśnić mu zagadnienia, które nieuchronnie pojawiało się jako dociekliwe pytanie, dlaczego Polacy mają taki nonsensowny stosunek do historii i skąd w tym taka zaciekła wrogość do Rosjan. Natomiast podróżując z Ukrainką, która wyemigrowała do Niemiec dla zarobku, usłyszałem, że bardzo tęskni do spotkań z takimi ludźmi jak ja, bo w Niemczech ludzie są zupełnie inni i podobnych do niej po prostu nie ma.
Wśród Czechów czułem się jak przeciętny konsument, do którego nie dotarło, że narcystyczna troska o siebie jest podstawą samozadowolenia. Czesi przypominali mi nieco europejską wersję Japończyków, którzy najwidoczniej bardzo lubią zwiedzać Pragę i większe czeskie miasta. Japończycy w Pradze byli tak do bólu eklektyczni w awangardowej wersji kopiującej wzory Zachodu, że w tym aż groteskowi niczym przerysowani bohaterowie z mangi. Czesi natomiast byli tak europejscy w roli przyzwyczajonych do dostatku znudzonych konsumentów, że wyróżniała ich w tym tylko niespotykana dbałość o własną powierzchowność. Ja natomiast wracałem myślami do czeskich komedii i zastanawiałem się nad tym, dlaczego oni tak siebie lubią przez co obraz w filmie zawsze jest nacechowany ciepłem, samoakceptacją i tą pozbawioną agresji dawką autoironii. Zawsze mnie uderza ta różnica, gdy wracam do takich filmów jak "Wesele" Smarzowskiego.
Nie wiedzieć czemu bardzo poczułem się dotknięty przez pewnego Austriaka, który podczas jednego ze swoich wykładów stwierdził beztrosko, że Polska w chwili obecnej jest w punkcie, który miał miejsce w Austrii pięćdziesiąt lat temu i po wojnie, kiedy to w Austrii kształtowała się klasa średnia. Pomyślałem sobie wtedy żywo, że rzadko można spotkać tak bezczelnego aroganta, który w
Obecnie polska prawica pała namiętną miłością do Orbana i jego węgierskiego państwa, tak jak Polacy żywią nieodwzajemnioną miłość do Czechów. Stąd też często odczuwam tęsknotę do nieobecnego w tekście kierunku północnego. Do chłodnej logiki społecznego pragmatyzmu, bez nadmiernej skazy politycznej poprawności, która nagle wykluczy "Gwiezdne wojny" z dystrybucji w kinach, bo ich treść pogwałca parytet obowiązkowego przekazu równouprawnienia. Właściwie do czegoś w rodzaju estetyki Ikei w kształtującej społeczeństwo mentalności, której klimat chłodzi rozbuchany temperament polityczny rodaków w ich chocholim tańcu nieodmiennie spowitym w sutanny. A do tego marzę o australijskim dodatku równości, genetycznie swojskim stosunku do egalitaryzmu w demokracji...
Tymczasem w odpowiedzi dostaję "media tożsamościowe", czyli upiory resentymentu i bogoojczyźniane zwidy konserwatywnej ciasnoty umysłu na podglebiu romantycznej tandety i narodowego fanatyzmu. Twory jasno zdefiniowane w funkcji politycznej, które jawnie i w bardzo ordynarny sposób manipulują najdrobniejszym przekazem w celu ideologicznego formowania wspólnoty. Kierunki geopolityczne w świadomości kreujących je ludzi, to wypisz wymaluj zlepek z treści artykułu. Nie licząc narodowej dumy na gruncie ulubionych przesądów, które formują obraz rzeczywistego Polaka. Wszystko to ma miejsce w oblężonej twierdzy stróżów europejskiego dziedzictwa i brakuje tylko czapki z pawim piórem i obertasa w Parlamencie Europejskim. I być może bardzo bym się tym martwił, gdyby nie fakt, że Lech Kaczyński złożył za nas chrystusową ofiarę i zbawił naród, a przy okazji jako prezydent tysiąclecia wytyczył kierunek naszych starań geopolitycznych w politycznych realiach i rzeczywistości podejmowanych decyzji. Jest w nich obecna ta sama siła, która nią powoduje.
..a jak już to zrobisz to zrób to raz jeszcze.
Dla mnie Tu jest 5-esencja przesłania,
która możliwe że nawet do autora jeszcze w pełni nie dotarła.
A dotyczy ona kolejności albo następstwa etapów.
Także relacji: Master Slave; tudzież: Slave Master (Słowianin ma ster)
Mając na uwadze, że Słońce zachodzi na Zachodzie - a Wschodzi na wschodzie.
(a jakby się bieguny i rotacja zamieniły - To bedzie zachodzić na Zachodzie i wschodzić na Wschodzie )
..acha i jeszcze dodam, że po zachodzie jak dotąd była NOC a po Wschodzie Dzień.
Co do Niemców, to kiedy się czyta książki z historii pisane przez Niemców, to uderza brak tam Polski. Oni nas nie zauważają. Zupełne przeciwieństwo polskiego punktu widzenia, gdzie Niemcy są elementem numer jeden.
"Straszność" kierunku wschodniego w Polsce zapewne jest jakimś stopniu echem najazdów stepowych na Europę, zwłaszcza na jej "nasze" pogranicza.(...)
Dzieje Niemca robiącego interesy wśród dzikusów zamieszkujących zabór pruski.
Ponoć do dziś jest to ulubiona tamtejsza lektura czytywana podczas podroży pociagami.
Dowiedziałem się o tym na blogu Polaka od lat zżytego z kulturą niemiecką.
Podawał cytaty zaiste smakowite, typu: "żyją w brudzie i ciemnocie, tak służba jak panowie".
Niestety nie wiem co to za dzieło.
Zachód jest negowany ("dezawuowany"? Jak to się właściwie mówi?) zarówno przez lewicę (z powodu ich wrodzonej niechęci do "kapitalizmu") jak i prawicę (z powodu chęci chronienia narodowego interesu).
Ciekawie, ale i kasandrycznie pisze o tym, ostatnio, Rafał Ziemkiewicz:
Winston Churchill skwitował politykę swych poprzedników [tj. rządu Chamberlaina] sławną formułą: mieliście do wyboru wojnę i hańbę, wybraliście hańbę, a i tak będziecie mieć wojnę. Polacy mieli do wyboru: chronić swą suwerenność lub oddać ją w zamian za michę. Wybrali michę, a i tak tej michy mieć nie będą.Więcej tu: http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz/news-europejski-dracula,nId,1062185
Ja uważam, że cała prawica winna płacić Ziemkiewiczowi tantiemy, bo jego publicystyczna twórczość dostarcza jej niemal wszystkich schematów do tych super racjonalnych, twardych i nacechowanych realizmem "diagnoz", które wartkim nurtem płyną z jego felietonowych uproszeń. Bowiem Ziemkiewicz to nie Michalkiewicz, który pisze siedem felietonów w tygodniu i każdy z nich w ostatniej dekadzie opiera się na tym samym, nudnym i powtarzalnym schemacie. Czyta się fajnie i można się nawet niekiedy pośmiać, ale jak podejść do tej treści od strony krytycznej weryfikacji, to nagle pojawi się "układ" równie nieuchwytny, co ogrom korupcji zdemaskowany przez agenta Tomka. Nie, Żiemkiewicz ze swoimi diagnozami jest nieporównywalnie bardziej precyzyjny. Tusk jest be i samcem alfa sitwy, układ zblatowany od okrągłego stołu i podtrzymywany przez PR dzięki wytrwałej pracy "Wyborczej" i TVN, Michnik jest ostatnią kanalią na ziemi, antysemityzm jest obecny tylko na murach w napisach żuli i patriotycznych kiboli, a UE nie dba o nasz narodowy interes, chociaż jesteśmy jej głównym motorem napędowym i przyszłością. I Kaczyński nie jest do końca fajny, ale innego wyjścia i tak nie mamy. Czy Polska ocaleje to tego jeszcze nie wiemy, ale w chwili obecnej, zważywszy na zalew nieprawdopodobnej propagandy jak w najlepszych czasach prylu i bezczelnego rozkradania majątku oraz okradania obywateli, nic nie zapowiada możliwości jakiegokolwiek polepszenia. No, chyba że zmiana władzy (to naprawdę tylko mniejsze zło!). Lepiej jednak mieć za sterem żoliborskiego inteligenta,
Ja, pisząc o „eucharystii konsumpcji” miałem na myśli dzisiejszą tendencję ogólnoświatową, niekoniecznie związaną tylko z Zachodem - bo dziś cały świat konsumuje na potęgę - a w Polsce widzianą głównie w zestawieniu ze wspomnieniem peerelowskiej mizerii. Swoją drogą, konsumpcyjne podejście było w Polsce zawsze wyraźne - choćby w czasach sarmackich, nb. wówczas mocno zorientowane tyleż na Zachód co na Wschód, wtedy zresztą doprowadziło I Rzplitą do upadku. Co jest obecnie specyficznie polskie w ramach większej konsumpcyjnej całości, to chyba nasz priwisljanski katolicyzm straszący „cywilizacją śmierci”, choć jednocześnie równie bezczelnie jak setki lat temu handlujący własnymi rytuałami i dewocjonaliami.
Cytat:
Niemcy mają swoje eposy narodowe poświęcone krzewieniu kultury na dzikich polskich terenach. Nigdy nie były tłumaczone, więc mało kto o nich wie.
Nie musimy sięgać aż do literatury niemieckiej, wystarczy przypomnieć sobie dosadny opis polskiego buszu zawarty w noweli pt. Szkice węglem Henryka Sienkiewicza.
Cytat:
Niemcy mają swoje eposy narodowe poświęcone krzewieniu kultury na dzikich polskich terenach. Nigdy nie były tłumaczone, więc mało kto o nich wie.
Nie musimy sięgać aż do literatury niemieckiej, wystarczy przypomnieć sobie dosadny opis polskiego buszu zawarty w noweli pt. Szkice węglem Henryka Sienkiewicza.
Blog "Kolej warszawsko-wiedeńska zacząłem pisać właśnie z taką ideą: znaleźć inne osie i inne gradienty przestrzeni geopolitycznej niż ten dość beznadziejny kierunek zachód-wschód. Historyczna kolej warszawsko-wiedeńska szła po ukosie: z południowego zachodu na północny wschód. I ta oś wydała mi się dużo ciekawszym i bardziej obiecującym gradientem polskiej geopolityki niż Wschód i Zachód.
Napisałem w tekście prawie trzy lata temu:
[Południe] "Kierunek ten jawi się nam całkowicie bezpieczny, a pomysł, że ktoś stamtąd miałby nam uczynić jakąś krzywdę, mamy za niedorzeczny."To się w zeszłym roku 2015 zmieniło. Z Południa właśnie idą na nas najstraszliwsi ze strasznych: islamiści, bezczelnie udający godnych litości uchodźców.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.



