06 września 2012
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna
Jak zostać jasnowidzką
Jako neofitka jasnowidzenia a jednocześnie człowiek racjonalny uznałam, że są 3 sposoby ujawnienia się jasnowidzenia (zastrzegam, że nie mam żadnego mistrza, praktykuję samotnie od niedawna i czasem bardziej się boję sukcesów niż porażek, a generalnie rzecz biorąc najbardziej boję się tego, co ze mną zaczyna się wyprawiać, gdy zadaję pytania skierowane w przestrzeń):
Sposób 1: — przekonanie, że jest tak jak ja sądzę, straszliwie autorytarne i nieuzasadnione. Sprawdza się zazwyczaj, ale całkiem inaczej niż myślałam.
Kiedy jeden z moich synów zaczął latać samolotem a potem został prezesem szkoły lotniczej, miałam nieuzasadnione przekonanie, że to się źle skończy. Oczywiście nie podzieliłam się z nim tymi przeczuciami zdając sobie sprawę, że lotnik w powietrzu w trudnych sytuacjach może kierować się czyimś sugestiami, a tego nie chciałam (w końcu jestem córką lotnika konstruktora i oblatywacza, który zaliczył niejedno lądowanie na polu ziemniaków, także ze mną jako dzieckiem na pokładzie). Dodatkowo wskaźniki astrologiczne nie pozostawiały złudzeń – nic dobrego go na tym polu nie czeka.
Ale jako matka przeżywałam to ciężko, do czasu kiedy eksplodowałam radością, gdy okazało się, że szkoła lotnicza zbankrutowała i mój syn został z niemożliwymi do zaspokojenia sądowymi roszczeniami wobec nowego jej właściciela. Pal diabli jego roszczenia z tytułu zarobków, jego ułamkowe roszczenia do części ciągle psującego się starego grata — grunt, że to smutne zakończenie — to nie było takie, jakiego się spodziewałam.
Sposób 2: — Obraz lub ciąg obrazów pojawiający się we śnie lub w przedsennych błądzeniach myśli. Kilka razy się sprawdził. Ostatnio po rozmowie z kimś na temat zaginionej Iwony Wieczorek pojawiło się ich kilka. Elementami tych obrazów były: Drewniana wieża lub budynek, wystające z tafli wody kamienie, lub metalowe przedmioty o ostrych kształtach, z zewnątrz pokryte niebieskawo-zieloną mgiełką, zdeptany wilgotny piasek, mglisty przedświt. Obraz oglądałam z pozycji kogoś, kto upada na ziemię i patrzy z lękiem na to, co ma przed sobą. I ostatni widok: męska twarz, młoda, a właściwie jej ucięty poniżej nosa kawałek, z krótkim ciemnym wąsikiem i paskudnym uśmiechem, w którym nie widać zębów. Usta potem zasłonił mu biały prostokącik (wizytówka?, paczka papierosów? Coś innego?). I mój strach. I ten gasnący obraz mgiełki nad ostrymi kamieniami czy innymi przedmiotami.
Narysowałam to wszystko i zapisałam od razu po przebudzeniu — na ile ma to coś wspólnego z rzeczywistym przebiegiem wydarzeń – okaże się gdy sprawa zostanie rozwiązana przez specjalistów. Nie należę do osób, które na tyle wierzyłyby swoim przeczuciom ani do tych, co próbowałyby się ścigać z urzędowym jasnowidzem np. Krzysztofem Jackowskim. On w końcu napisał książkę o swoich sukcesach jasnowidzenia, a ja ciągle jestem zdziwiona, gdy coś mi się sprawdza ( i rozczarowana, że dotyczy rzeczy zwykłych, a nie ważnych). Zresztą do tej pory moje odczucia dotyczyły osób bliskich, nigdy nie próbowałam się skupić na sprawach w których nie jestem osobiście zainteresowana. Tym razem uległam koleżance po kursie jasnowidzenia i jej propozycji rozmaitych ćwiczeń. Akurat padło na sprawę tego zaginięcia.
W tej sprawie wydaje się ważna pozycja moja, jako obserwatora. Leżę bezwładnie na mokrym, zdeptanym piasku i widzę tylko to, co przede mną. Nie wiem co jest za mną i bardzo boję się do tego stopnia, aż się budzę. To jest najgorsze w takich przeczuciach – jestem kimś innym, nie sobą. Jakbym miała za mało własnych zmartwień!!! Jednak moje doświadczenia „przebłysków” jak je nazywam (broń Boże nie jest to żadne jasnowidzenie, raczej ciemne kształty przybierające raz na jakiś króciutki czas dziwaczną wyrazistość)
Sposób 3. Głos, który mówi ci, że będzie tak i tak. Przytrafiło mi się to kilka lat temu. W listopadzie, gdy działki są całkiem puste, nocowałam samotnie w moim byłym domku rekreacyjnym wśród lasu (nie ma telefonu, zasięgu telefonu komórkowego, internetu i innego kontaktu, poza trąbką kolejarską, dla wzywania ratunku, którą otrzymałam po tym wydarzeniu od znajomego i której do tej pory nie wykorzystałam i poza solidną maczetą dla obrony). Nie od rzeczy jest wspomnieć, że domek stał na ziemi pełnej straszliwych wspomnień po zagładzie wielu ludzi. I że do dziś, dzieją się tam rzeczy straszne i podłe – choć niejawne. Kilka lat temu zmarli gospodarze opowiadali na przykład o procederze topienia Żydów przewożonych na Wschód przez granicę na środku rzeki – oczywiście po zerwaniu z ich szyj woreczków z resztkami majątku. Ja na ogół sypiam tam bardzo źle.
Przed snem poczułam nagle straszliwy strach i moja wyobraźnia zaczęła szaleńczo pracować. Wspominając rozmaite potworności które zaszły w okolicy oraz wydarzenia relacjonowane w prasie dotyczące napadów wyobraziłam sobie, że jestem przedmiotem takiego napadu i ginę marnie dla tych kilkudziesięciu złotych które mam ze sobą (w ubiegłym roku przed świętami w okolicy zamordowano kogoś za połeć wędzonej szynki i zwój niedawno kupionych elektrycznych kabli plus wymontowana na zimę, używana żeliwna pompa z rączką, nawet nie elektryczna, tylko ręczna, warta przysłowiowe grosze). Ten lęk wraz z zaglądającym w moje okna księżycem i krystalizującymi się w oczach za oknach enklawach szronu plus trzy bezpańskie koty na ławce pod oknem wprawiły mnie w dziwaczny stan półsnu, półjawy. W stanie tym usłyszałam wyraźny głos drwiący ze mnie: „Boisz się nie wiadomo czego, a zginiesz zupełnie inaczej! Umrzesz zraniona pałką w szyję z rąk moskiewskiego pachołka”.
Obudziłam się z tego półsnu. Głos był niesłychanie wyraźny i sugestywny. Kto tak mówił, kto używał takich wyrażeń?! Oczywiście mój zmarły kilkadziesiąt lat temu dziadek. Określenie „moskiewskie pachołki” to jego stałe wyrażenie. W rodzinie miał opinie osoby jasnowidzącej ale kompletnie nie wierzącej w swoje zdolności i lekceważącej je, co nie zmienia faktu, że rodzina bardziej w nie wierzyła, niż on sam.
Wówczas słowa te mnie uspokoiły, ale pamiętam je i na dłuższą metę zastanawiam się czasem kiedy przyszły już czasy, gdy „moskiewski pachołek” może mi zagrozić. Może jakaś wojna, może niedawne euro (na wszelki wypadek nie wychodziłam z domu i wykręciłam się od wyjazdu do rodziny na dawnych polskich ziemiach, ponieważ tam łatwiej, niż u nas, o „moskiewskiego pachołka”. Kiedy zapisałam się na kurs Tarota u Wojtka, który w końcu okazał się kursem astrologii, zostałam przez niego wyśmiana i przyznam, tego trzeba mi było. Nie błądź ezoteryczna babciu w gąszczu domniemań – ważne jest to, co pewne i sprawdzone. Tak trzymaj!!!
Sposób 4 Drobne i nieważne (a tak lekceważone przeze mnie) wydarzenia, kto wie, czy w ogóle zasługujące na miano „wydarzeń”.
Ale zanim o nich opowiem muszę poprzedzić je wstępem, który ukaże, dlaczego podjęłam decyzję prowadzenia tego bloga. Ale to już w odcinku 2.
Komentarze
:)
Ja więc powitam: Witaj mądra kobieto! Babciu!
Niech pióro i klawiatura, ręka lekką będzie.
A myśl szybka! Dobrze się zapowiada!
:)
Serdeczności,
Piotr
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
