18 listopada 2011
Przemysław Kapałka
Serial: Opowieści wędrowne
Mój ulubiony miesiąc listopad
◀ ► Tchnienie zimy i Galindia ►
Listopad jest miesiącem powszechnie nielubianym. Większość moich znajomych, gdyby ich spytać, którego miesiąca nie lubią najbardziej, wskazałaby właśnie listopad. Ze mną kiedyś było tak samo. Listopada nie znosiłem: za jego długie wieczory, za - jak mi się wtedy wydawało - zupełny brak wyrazu (już nie ma liści i życia w przyrodzie, a jeszcze to nie zima, jest szaro i bezbarwnie), wreszcie za to, że o tej porze roku, którą listopad rozpoczynał, każdego roku chorowałem. Zmieniło się to, odkąd rozpocząłem moje regularne wędrówki w przyrodę, które prowadzę o każdej porze roku. Odkąd zacząłem widzieć przyrodę z bliska o każdej porze roku i na bieżąco śledzić zachodzące w niej zmiany, nastąpiła radykalna zmiana w moim podejściu do listopada i do przedzimia. Dziś uważam listopad za jeden z najpiękniejszych miesięcy, mający swój jedyny w swoim rodzaju urok. Chorować o tej porze roku również przestałem - obecnie zdarza mi się to rzadko, tylko trochę częściej niż w ciągu całego roku. Rozumiem, że trudno mieć pozytywne odczucia, kiedy panuje zgniły wyż, za oknami szaro, buro i ponuro, zanim wrócimy do domu z pracy jest już ciemno, a i zachorować łatwiej niż kiedy indziej. Efekt ten potęguje jeszcze miasto, w którym bardziej widać te negatywne cechy listopada, a te pozytywne są prawie niewidoczne. Spróbuję jednak przedstawić inne spojrzenie na listopad i na porę roku, którą reprezentuje.
Listopad jest porą roku analogiczną do tej pory dnia, w której jesteśmy już po głównych czynnościach dnia, zazwyczaj również po wszystkich posiłkach, czasem oglądamy telewizję, czasem rozmawiamy lub oddajemy się jakimś luźniejszym zajęciom, i ogólnie przygotowujemy się już do snu. Wielu z nas wskazałoby tą porę jako najradośniejszą z całego dnia pracy. Listopad jest porą, w której przyroda też jeszcze nie ułożyła się do zimowego snu, ale już odpoczywa po dobrze wykonanej pracy i zebraniu jej owoców. Gwar już zamarł, dość go było przez ostatnie miesiące. Teraz nadchodzi czas spokoju. Nadchodzi czas refleksji, skupienia się, zwolnienia tempa, zadumy - właśnie tego, do czego tak dobrze nastrajają długie wieczory i przyroda, pozbawiona liści i wyrazistych kolorów. Szczególnie wyraźny jest ten efekt wtedy, kiedy odwiedzimy te same miejsca, do których przybywaliśmy wiosną i latem, które wtedy tętniły gwarem, a teraz są puste i spokojne. Na mnie niesamowite wrażenie robi odwiedzenie brzegów jeziora, plaż, lasów, pól biwakowych, które kilka miesięcy temu tętniły gwarem (inna sprawa, że nie zawsze miłym gwarem, ale to osobna historia), a teraz stoją opuszczone, a ludzi znajdujących się w promieniu kilku kilometrów można policzyć na palcach. To wręcz jedne z tych chwil, kiedy czuję tchnienie wieczności. Domyślam się, że takie same doznania można mieć odwiedzając popularne miejsca w górach, nad brzegiem morza czy inne urokliwe. Słońca w listopadzie jest niewiele - nie dość, że dzień jest krótki, to po grudniu jest to drugi najbardziej pochmurny miesiąc roku. Ale kiedy już świeci, jest przepiękne. W żadnym miesiącu słońce nie jest tak piękne, jak w listopadzie. Takie jest przynajmniej moje odczucie.
Piękno listopada jest szczególne. Nie ma różnorodności kolorów, tylko ich stonowanie. Nie ma gwaru życia przyrody, tylko wyciszenie. Czy jest to większe piękno, niż miesięcy wiosennych i letnich - nie wiem. Na pewno inne. I na pewno jest.
Listopad jest również znakomitym czasem na post, znacznie lepszym, niż grudzień.
Z tych wszystkich powodów każdego roku w listopadzie staram się przeprowadzić choćby parodniowy wyjazd, przeznaczony na refleksje bez wskazanego tematu.
Większość z nas żyje w ciągłym pędzie. Dla większości społeczeństwa takie czynniki, jak zaduma, refleksja, zwolnienie tempa, to głupota i marnowanie czasu. Nic więc dziwnego, że mało kto lubi listopad, który swą naturą prawie nas zmusza, żebyśmy przynajmniej częściowo ten pęd porzucili. Znamienne, że wieczorowa pora dla wielu z nas, nawet dla wielu z tych zalatanych pracusiów, jest porą radosną. Znamienne, że listopad, który wykazuje z nią wiele analogii, przez większość jest, ujmując rzecz łagodnie, nie lubiany.
Znamienne jest też co innego: otóż większość cech, za które ludzie nie lubią listopada, wykazuje również grudzień, i to w niektórych przypadkach w jeszcze większym stopniu. A jednak nastawienie większości ludzi do grudnia jest o wiele bardziej pozytywne. Można to tłumaczyć atmosferą zbliżających się świąt i tym, że ludzie do tego czasu trochę się już oswajają z jesienią i długimi wieczorami. Ja jednak mam na to inne wytłumaczenie, i tu dochodzimy do następnego zagadnienia, które chciałbym poruszyć. Otóż, mówiąc o miesiącach i ich specyficznych cechach, należałoby rozważać nie miesiące kalendarzowe, tylko miesiące zodiakalne. Po wielu latach wędrówek i obserwacji mogę powiedzieć z całą pewnością, że wraz z nadejściem nowego miesiąca kalendarzowego nie dzieje się nic szczególnego - jeśli już można mówić o zmianach, to są rozłożone na dłuższy okres i nie ma większego znaczenia, czy miesiąc skończy się dziś czy jutro. Bo i kalendarz jest niczym innym, niż ludzkim wymysłem, podjętym raczej bez odniesień do przyrody. Inaczej jest ze znakami zodiaku - ich cykl jest wyznaczony przez konkretne zjawiska astronomiczne. I kiedy zmienia się znak zodiaku, również w przyrodzie coś się zmienia. Nie potrafię powiedzieć co, nie potrafię tego opisać, ale zmiana jest wyczuwalna i wyraźna. Jeszcze przez kilka dni po zmianie znaku zodiaku trwa czas przejściowy - ile dokładnie, to bywa różnie, raz jest to krócej raz dłużej. I w ciągu tych kilku dni następuje również mniej lub bardziej wyraźna zmiana pory roku. Również lato w znaku raka nie jest tym samym, co w znaku lwa - mówiąc w uproszczeniu, lato w lipcu nie jest tym samym co lato w sierpniu. Podobnie z zimą w koziorożcu i wodniku, czyli w uproszczeniu w styczniu i lutym. To znaki zodiaku, a nie miesiące kalendarzowe, wyznaczają rytmy przyrody. Miesiące kalendarzowe tylko częściowo te zmiany odzwierciedlają.
Gdybym miał dokładnie określić porę roku, która wywołuje we mnie refleksje, które opisuję w tym artykule, powiedziałbym, że zaczyna się około 25 października (kilka dni po zmianie znaku zodiaku), a po mniej więcej 23 listopada te efekty już zanikają. A znakiem zodiaku, który w tym czasie panuje, jest skorpion, a więc znak również powszechnie nie lubiany. Nie mam specjalnej ochoty wgłębiać się w astrologiczne zagadnienia, jest wielu takich, którzy zrobią to lepiej ode mnie. Powiem tylko, iż często słyszę, że ludzie spod tego znaku są trudni we współżyciu i relacjach międzyludzkich, często słyszę złe opinie o ludziach spod tego znaku w ogóle. Znam kilkoro ludzi, o których wiem, że są spod znaku skorpiona, i mogę potwierdzić to, że są "inni", ale nie zgadzam się z tym, że "gorsi". Może więc tu leży przynajmniej część wyjaśnień do tego, że listopad tak źle się kojarzy? Może, aby lepiej się w nim czuć, należałoby zaprzyjaźnić się z cechami, typowymi dla znaku skorpiona?
Na koniec tych rozważań zamieszczam kilka zdjęć przyrody, wykonanych przeze mnie w listopadach.
Przemysław Kapałka












◀ ► Tchnienie zimy i Galindia ►
Komentarze
Pozdrawiam
Barbara
W ciągu paru ostatnich dni mam nowe spostrzeżenia. Otóż kiedy chodzę po mieście w różnych sprawach, trudno mi uwolnić się od niechęci do tej pogody i do tego wszystkiego, co widzę - nawet próbując się dyscyplinować tym, co napisałem :) Natomiast kiedy dziś poszedłem na niedzielny spacer, to mimo deszczu i ponurej aury byłem zachwycony tym, co widzę. Czyli - żeby w pełni zobaczyć te cechy listopada, o których pisałem, trzeba jednak choć trochę oderwać się od miasta i od rutyny. Inaczej będzie to trudne. Czy warto? Chyba tak.
Na listopad polecam, jak ktoś nie czytał, "Dolinę Muminków w listopadzie", zaskakująco głęboką opowieść dla starzejących się dzieci. Listopad jest na dwa sposoby, a raczej wiele osób czuje siebie w listopadzie na dwa sposoby, na sposób włóczykijowy i na sposób domowy. (Książka dobra jest też na początek grudnia, na odtrutkę od nachalnych choinek i mikołajów)
"Któregoś wczesnego ranka w Dolinie Muminków
Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że
nadeszła jesień i czas ruszać w drogę.
Taki wymarsz jest zawsze nagły. W jednej chwili
wszystko się zmienia, temu, kto odchodzi, zależy na każdej
minucie, szybko wyciąga namiotowe śledzie i gasi żar,
zanim ktokolwiek przyjdzie przeszkadzać i wypytywać, i
zaczyna biec, w biegu zarzucając plecak, i wreszcie jest już
w drodze, raptem spokojny niczym wędrujące drzewo, na
którym nie rusza się ani jeden liść. Tam gdzie stał namiot,
świeci pusty prostokąt zbielałej trawy. Później, kiedy zrobi
się dzień, zbudzą się przyjaciele i powiedzą: „Odszedł,
widać jesień się zbliża”.
Włóczykij szedł drobnym, spokojnym krokiem przez
gęsty las. Zaczęło padać. Deszcz kropił na jego zielony
kapelusz i na płaszcz nieprzemakalny, który też był zielony,
szemrał i pluskał ze wszystkich stron, a las otaczał go
łagodną, cudowną samotnością.
/../
Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest
przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy,
gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów.
Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie,
możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i
skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam
gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i
cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i
ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany
szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo
wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był
przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i
samotności.
Są tacy, co zostają w domu, i tacy, co odchodzą. Zawsze
tak było. Każdy może sam wybrać, ale musi to zrobić, póki
jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślić się. "
to jest najbardziej tajemniczy, melancholijny, duchowy
i opleciony mgłami miesiąc
z całej dwunastki....
trzeba tylko umiec dostrzec
jego surowe piękno -
nagie konary, puste drogi
wczesny mrok, brak cieni
przenikliwy wiatr...
coś nieuchwytnego wisi w powietrzu
i snuje się po polach....
chochoły jęczą, czas zwalnia
natura zwija się w sobie
radość śpi...
dusza stwarza się na nowo...
w ciemności czasu i przestrzeni
tli się jedynie wewnętrzny ogień...
poczuj go, poczuj...
------------
skromny krajobraz listopada
nieruchomieje szary świat
a między drzewami
duchy i wiatr
szepczą modlitwę
o płomień miłości
podczas misterium jesieni
świece mocniej lśnią
a w migotliwym blasku zapatrzenia
znika czas...
wtedy rozpalam miłość
o którą
modlił się wiatr...
(Mar Canela)
Z pozdrowieniem serdecznym dla wszystkich sercem czujących piękno listopada...
Pozdrowienia!
~Wojtek Jóźwiak
tylko tak po cichu...
pozdrawiam Cię również :)
Swoją drogą świetny temat - pory roku, pogoda, rytm zmian w przyrodzie a następstwo znaków zodiaku... chętnie bym poczytała na ten temat coś więcej...temat niezwykle "klimatyczny" i marzycielski...czy ktoś kto ma w tej materii ciekawe spostrzeżenia podejmie go szerzej i głębiej? Pan Przemysław Kapałka zrobił wspaniałe wprowadzenie, może pokusi się o kontynuację?
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
