09 lutego 2008
Wojciech Jóźwiak
Śladem plastikowych szamanów po Internecie
O kłopotach jakie mają Indianie z ich Białymi entuzjastami
Jeśli chodzi o stosunek Białych do Tubylców - przynajmniej gdy w polu widzenia mamy kraje angielskojęzyczne, bo jak jest gdzie indziej, to gorzej wiadomo - to wydaje mi się, że były trzy takie fazy: najpierw Biali Tubylców tępili i akulturowali, czyli przemocą narzucali im swoją religię i porządki, każąc im gardzić ich własnym dziedzictwem; w drugiej fazie ich - przezornie zamkniętych w rezerwatach - studiowali; w trzeciej fazie zaczęli się od nich uczyć. Kiedy nastała ta trzecia faza, którą mamy obecnie, powstał pewien kłopot. Oto liczni Biali zwykli tubylczych duchowych nauk słuchać powierzchownie, a potem te liźnięte nauki głosić jako autentyczne i jeszcze zarabiać na nich pieniądze. Czyniąc to w wierze dobrej - z entuzjazmu, fascynacji i nawiedzenia, lub złej - dla własnej sławy i pieniędzy. (A jak słychać, w Ameryce rozgłos łatwo przekłada się na pieniądze, wystarczy policzyć sobie jak wielki jest tamtejszy rynek na popularne książki.) W dodatku łatwiej trafiali do podobnie jak oni Białych odbiorców, którym łatwiej jest podchwycić przekaz Białego, mający w tle wspólne kulturowe paradygmaty, choćby nawet ten przekaz był tknięty życzeniowym myśleniem, fantazjowaniem lub zwykłym kłamstwem - niż z trudem wczuwać się w myślenie Indianina (bo głównie Indian jako Tubylców mieć tu trzeba na myśli, chociaż sprawa dotyczy także w jakimś stopniu Inuitów, Buszmenów, Maorysów, Aborygenów Australii i rdzennych Hawajczyków), zawsze przecież Obcego i jak to zwykle Obcy - jakiegoś-nie-takiego.
Przekazy, nauki i praktyki idące od Białych i naśladujące "ways" Tubylców zaczęły być postrzegane jako osobne i kłopotliwe zjawisko. Ich głosicieli-przekazicieli krytycy zaczęli nazywać plastikowymi szamanami - plastic shamans, lub co brzmi jeszcze dowcipniej: plastic medicine people. Helene Hagan w swoim (zapewne słynnym, bo cytowanym przez Wikipedię) artykule nazywa ich wręcz "kręgiem plastikowych szamanów": plastic medicine people circle. Artykuł ten jest tu:
- Helene Hagan. The Plastic Medicine People Circle
Hagan ogłosiła ten tekst 16 lat temu, w 1992 roku. Hagan jest ciekawą postacią: urodzona w Maroku, ma wśród przodków tamtejszych Berberów czyli przed-arabskich tubylców. Po studiach we Francji została antropologiem, po czym przeniosła się do Stanów, gdzie (jak pisze o tym w roku 1992) cztery lata spędziła u Lakotów będąc wprowadzona w wewnętrzne życie ich społeczności. Drugim polem jej badań była jej rodzima północna Afryka, a tam saharyjscy tubylcy, Tuaregowie. Więcej o niej przeczytasz tu:
Helene Hagan swój anty-plastikowo-szamański pamflet opiera (według dobrej antropologicznej tradycji) na szczególnym przypadku: bierze na cel new-age'ową grupę nazywającą się "The Great Round", utworzoną i kierowaną przez Sedonię Cahill i Bird Brother'a. Przynajmniej jeden tekst Sedonii Cahill dostępny jest po polsku:
- Sedonia Cahill. Święty Szałas Zachodu (tłumaczył Marek Has) w: ZB [Zielone Brygady] nr 7-8(25-26)/91, lipiec-sierpień '91
Hagan pisze w swoim pamflecie m.i.:
Grupa The Great Round została zaaranżowana jako typowe zjawisko New Age'u, przykład neo-szamanizmu, zarazem stylizującego się na "core-shamanism" czyli "szamanizm generyczny", ogłaszając się jako innowator i kreator rytuałów i pomniejszając swój [pseudo] indiański charakter. /.../ Podobnych grup jest więcej i wszystkie są naśladowcami praktyk Indian [Indian ways] i są prowadzone przez jednostki nie mające żadnej głębszej wiedzy o duchowości Rdzennych Amerykanów. /.../ Adherenci grupy tym bardziej nie widzą różnicy pomiędzy autentycznymi tradycjami Indian a ich imitacjami.
I zaraz Hagan porusza watek który pewnie postawi na baczność wielu ludzi w Polsce:
[Grupa Cahill] jest częścią zjawiska, które zapoczątkował Sun Bear. Sun Bear izolował się od własnej społeczności [Odżibwa w stanie Minnesota, przyp. WJ] po tym, jak zaczął "wyprzedawać" kawałki duchowej wiedzy Indian. Ustanowił on "Plemię Niedźwiedzi" złożone z jego nie-indiańskich zwolenników.
Sun Bear'a nie muszę przedstawiać, jest on duchowym ojcem indianistów na całym świecie, w Polsce także. Hagan zaraz po nim wymienia Hyemyohsts Storm'a, amerykańskiego literata, który przedstawia się jako metys wychowany przez Cheyennów i Crow'ów w Montanie. Hyemyohsts Storm z kolei stał u początków "Plemienia Jeleni", Deer Tribe. Więcej o nim jest w sieci, m.i.:
- Hyemeyohsts Storm
- Hyemeyohsts Storm's Official Website
- A Conversation with Hyemeyohsts Storm and Swan Storm
Hyemeyohsts Storm związany był z innym "stormem", Harleyem Reaganem, znanym jako Harley Swift Deer Reagan, tytułującym się także "General Storm". Reagan, czysty Biały bez indiańskich domieszek, założył wspomniane Plemię Jeleni, a jednocześnie był twórcą spektakularnej terapii lub inicjacji seksualnej, pod dziwaczną nazwą Chuluaqui Quodoushka, którą prezentował jako rzekomą tradycyjną tajemną wiedzę narodu Cherokee, którą tamci posiedli jakoby aż od Majów i Olmeków ze starożytnego Meksyku. Sami Cherokee byli zbulwersowani dowiedziawszy się o tym, tym bardziej, że nazwa tej praktyki w ich języku brzmi zarazem wulgarnie i bez sensu. Wszystko wskazuje, że Reagan sam ją wynalazł; zarobił też prowadząc warsztaty tej sztuki i miał pewnie sporo uciechy, gdy jego "tajemna wiedza" stała się hitem wśród gwiazdek porno. Mimo krytyk, ta dziwna "sztuka" ma się dobrze, są wciąż prowadzone warsztaty, aktualnie można zapisać się na wiosnę 2008:
"Czulłaki Kłoduszka" Harleya Reagana jest kolejnym przypadkiem zjawiska, które Dariusz Misiuna nazwał kiedyś blefem założycielskim - jak blefem były rzekome podróże Gurdżijewa i Ichazo do tajemnych klasztorów w środku Azji, albo szamańskie inicjacje Carlosa Castanedy czy Lynn Andrews. Założycielski blef jest na tyle rozpowszechniony w New Age'u, iż można spróbować uznać go za wręcz rozpoznawczą cechę tego ruchu. Reagana Sedonia Cahill wymienia wśród swoich nauczycieli i inspiratorów, co Hagan skwapliwie jej wypomina. Zacytuję dalej Helene Hagan:
Chociaż grupy te są prowadzone przez ludzi, którzy ani Indianami nie są ani nie przeszli odpowiedniego treningu ni nauk, to sprawiają pozory indiańskości - gdyż używają ceremonialnych fajek, odymiania szałwią, używają indiańskich imion, sporządzają indiańskie rytualne przedmioty, jak "modlitewne strzały" i zawiniątka z tytoniem, używają piór i składają ofiary z mąki kukurydzianej i tytoniu, do błogosławieństw używają splecionych w warkocz "słodkiej trawy" [sweetgrass, identyczna z nasza turówką wonną czyli "żubrówką", WJ], orlich piór, układają ceremonialne koła z kamieni - medicine wheels - z czterema kierunkami, praktykują indiańskie śpiewy do bębna, oczyszczanie w sweat lodge i wyprawy po wizje (vision quest). Wszystkie te praktyki są publicznymi zewnętrznymi wyrazami religii Indian Północnej Ameryki i właśnie jako takie są dobrze znane.
Ciekawe rzeczy powiada dalej Hagan o ceremonialnej fajce. Jakkolwiek fajki równego rodzaju są używane przez wiele tubylczych narodów Ameryki, to Święta Fajka wraz ze swoją mitologiczną otoczką stała się udziałem wyłącznie Lakotów. Została przyniesiona im przez Kobietę Od Cielęcia Bizona (White Buffalo Calf Women, w języku lakota Pte San Win) w historycznym czasie, jak twierdzi Hagan, około 900 roku naszej ery. "Jest to realne wydarzenie, a nie mit" - podkreśla autorka.
Lakotowie są dzierżycielami Świętej Fajki, a Czejennowie dzierżycielami Świętych Strzał - kontynuuje Hagan - i żadna inna grupa nie może uzurpować sobie praw do tych darów, ani imitować związanych z nimi ceremonii, co byłoby wśród Indian poczytane za wyraz ignorancji, świętokradztwa lub zwykłej głupoty. Jeszcze taka ciekawostka:
W indiańskiej tradycji ci, co imitują innych, muszą nie mieć prawdziwej świadomości tego, co robią. Postrzega się ich jako głupców nie mających własnej osobowości. Wszystkie jednostki, o których będzie mowa dalej, wymieniane przez Sedonię Cahill i Bird Brother'a jako ich nauczyciele, przez prawdziwych Indian są uważani za takich właśnie głupców i błaznów. osobiście pracowałam z setkami snów śnionych przez Indian obojga płci, i obrazy klownów (zwanych heyoka lub z angielska mudheads [dosł. "głowy w błocie", WJ]) często pojawiają się w snach Indian oznaczając tam naśladujących ich Białych [white "wannaby" people]. Te sny zwykle przedstawiają ich jako niedojrzałych, jako dzieci nie umiejące się zachować i kojarzą ich z postaciami klaunów. Jak również jako istoty niebezpieczne, siejące niepokój i spustoszenie. W snach tych pojawiał się też motyw żalu u Indian i konieczność chronienia Fajki przed takimi białymi dziećmi.
Indianie zdają sobie sprawę, że tacy osobnicy nie wiedzą, kim naprawdę są, nie mają prawdziwego poczucia własnej tożsamości i dlatego muszą zapożyczać fałszywe imiona i fałszywe pochodzenia aby zrobić na innych wrażenie i zyskać wyznawców. Sedonia Cahill przywołuje opowieść o Kobiecie Od Cielęcia Bizona przed prowadzonymi przez siebie ceremoniami fajki podczas wypraw po wizje, podłączając to co sama robi do tradycji Świętej Fajki, która przecież jest wyłącznym obyczajem Lakotów. Kobieta Od Cielęcia Bizona przyniosła ów szczególny przekaz tylko i jedynie do ludu Lakota. Tylko część tego przekazu jest publicznie ujawniana. Ceremonie spełniane wokół Świętej Fajki posiadają odpowiedni kontekst i sens tylko u Lakotów.
Kiedy Kobieta Od Cielęcia Bizona pojawiła się na Prerii, Siouxowie byli związkiem wojowników ze starożytnymi rytuałami wojennymi. Kobieta Od Cielęcia Bizona wyłoniła się ze zbiorowej psyche tego bractwa wojowników Prerii i posiada sens tylko w tym kontekście. Błędem jest postrzegać tamto wydarzenie poza jego własnym kontekstem i dowolnie łączyć je ze współczesnymi znaczeniami. Gdyby jacyś ludzie wierzyli, że Mojżesz przyniósł ich przodkom kukurydzę na pustyni, albo że Jezus nauczał swych uczniów jak budować igloo, byłoby to równie śmieszne, jak pretensje, że Kobieta Od Cielęcia Bizona czuwa nad przebiegiem vision-quest'ów Sedonii Cahill.
Tak samo Helene Hagan za bezmyślną imitację uważa nadawanie pseudoindiańskich imion uczestnikom vision-quest'ów w grupach takich jak te prowadzone przez Cahill lub Reagana, oraz obdarowywanie ich piórami.
Cahill i wielu podobnych do niej, wyobrażają sobie tylko, że jest to gest o wielkim duchowym znaczeniu i nie zdają sobie sprawy, iż naprawdę u Indian pióra i nadawania imion mają sens społecznego uznania, podobnie jak medale u Białych.
Terminologia używana przez grupę The Great Round jest taka sama jak ta, która znajduje się w "Podręczniku Ucznia" Harleya Swift Deer Reagana. Terminy "tonal" i "nagual" zarówno Reagan jak i Cahill wzięli od Carlosa Castanedy. Prace Castanedy nie zostały ani uwierzytelnione przez duchowych przywódców plemienia Yaqui [którego szamanem jakoby był Juan Matus, rzekomy mistrz Castanedy, przyp. WJ] (osobista rozmowa Helene Hagan z Alfonso Valencia, Duchowym Zwierzchnikiem z Pasquale Yaqui Reservation, Arizona), ani nie znalazły uznania u antropologów. Jednakże lista lektur zalecanych przez Cahill na vision-quest'y zawiera zarówno książki Castanedy jak i Lynn Andrews. Andrews rozreklamowała niestniejące "Siostrzeństwo Tarcz", wykazano, że rozgłasza fantazje; i słusznie umieszcza się tę autorkę na czele list pseudoszamanów [fake medicine people]. Na liście lektur zalecanych przez Cahill są też pisma znanego pseudoindianina Jamake Highwater /.../ [Prawdziwe nazwisko Jack Marks, zmarł 2001. WJ]
W dalszym ciągu artykułu Helene Hagan demaskuje błędy, często fundamentalne, w praktykowaniu rzekomo indiańskich rytuałów, nieumiejętne posługiwanie się symbolami (jak figura kojota-trickstera, która w wykonaniu Cahill spłaszcza się jakoby do postaci z disneyowskiej kreskówki) - czy fałszywe użycie sakralnych przedmiotów wzorowanych na indiańskich. Demaskuje także "nauczycieli" Cahill, którzy albo nie byli Indianami choć za takich się podawali, albo byli, ale odszczepieńcami, nieuznawanymi przez własne społeczności. Krytykuje też praktykę "kreowania" własnych rytuałów w takich grupach, z fragmentów branych z różnych rodzimych tradycji i wyrywanych z ich kontekstu. Podkreśla, że żadnego obrzędu ani obyczaju nie można "wykreować", żaden nie może być "zrobiony", gdyż powstają one niejako naturalnie, wyłaniając się ze zbiorowej nieświadomości, z "duszy" pewnej społeczności. Godny uwagi jest kolejny fragment:
Istnieją wzory [kultury lub rytuału] które są wpisane w określony ekosystem, właściwy i szczególny dla danej kultury i które funkcjonują precyzyjnie i skutecznie tylko dla jednej szczególnej społecznej grupy. Theodore Roszak podkreśla, że stoimy na progu odkrycia, iż głęboka nieświadomość nie jest wcale seksualna (jak chciał Freud) ani duchowa (twierdzenie Junga), lecz związana z ekosystemem, w którym żyjemy. I w tym względzie powinniśmy zrozumieć jak niezmiernie daleko ludzie Zachodu oddzielili się od swej nieświadomości i uczynili to w sposób niszczący dla nich samych. Destrukcja naturalnego środowiska idzie ręka w rękę z destrukcją naszych relacji z nieświadomością, która w swojej prawdziwej głębi jest naszym naturalnym środowiskiem [habitat, dosł. "miejscem zamieszkiwania"] i zarazem jego tubylczą populacją. Odkrycie i odnowa owego powiązania wszystkich rzeczy powinno byś dokonane samodzielnie i autentycznie, i bez popadania w zewnętrzne pułapki zapożyczanych tradycji.
Poglądy Hagan były żywo dyskutowane i spotkały się z licznymi sprzeciwami. W międzyczasie "kwitł" w Ameryce i poza nią ruch indianistów i szamanistów, czyli owych "plastic medicine people", a równocześnie narastał ruch indiańskich ekskluzywistów, którzy chcieli swoje obrzędy zachować tylko dla siebie, Białych zaś praktykujących fajkę, sweat lodge i vision quest nazywając duchowymi złodziejami i oskarżając (co już brzmi przesadnie) o "duchowe ludobójstwo". Jeden z indiańskich działaczy, Ward Churchill, wręcz wypowiedział im wojnę, grożąc fizyczną przemocą:
- The Rise of the Plastic Medicine Men. By Ward Churchill, The Moccasin Telegraph, 24 August 1996
Warte zacytowania jest motto do jego tekstu:
Yes, I know of Sun Bear. He's a plastic medicine man. - Matthew King, Oglala Lakota Elder, 1985 (Tak, słyszałem o Sun Bear. On jest plastikowy szaman.)
Ale odnotować trzeba głosy dokładnie przeciwne. Na tej samej stronie, gdzie zamieszczono artykuł Hagan, głos zabrała Louise Neville, [nie znalazłem w Sieci dalszych informacji o niej - WJ] twierdząc, iż sama mając kontakty z Indianami z rezerwatów uświadamiała im, że muszą uczyć Białych swoich obyczajów, bo tylko w ten sposób zyskają sobie z ich strony szacunek, partnerstwo i gotowość do współpracy. Im więcej nie-Indianin wie o życiu Indian i im bardziej wprowadzony jest w ich tradycje, tych chętniej w ewentualnych sporach (których wciąż jest mnóstwo: z administracją, prawnikami, spółkami leśnymi itd.) staje po ich, Indian, stronie. Jeśli tubylcy coś ukrywają, utajniają, budzą tym nieufność u Białych i wywołują u nich, choćby skrywane, poczucie obcości i wrogości. A tego dla własnego interesu powinni unikać.
Parę lat później, wiosną 1999 roku, ważny tekst pojawił się w specjalistycznym kwartalniku Shaman's Drum. Pisał Stephen Buhner, pod tytułem: Do Earth-Based Ceremonies Belong to Natives Only? Tekst ten mamy po polsku w Tarace:
Buhner zwraca uwagę, iż ekskluzywizm jest młodym wynalazkiem i dawni indiańscy mędrcy i duchowi przywódcy chętnie dzielili się swoimi tradycyjnymi naukami z każdym, kto miał wolę ich słuchać, więc i z Białymi, którzy ich odwiedzali, a także dopuszczali ich do plemiennych ceremonii. A co by było, kontynuuje Buhner, gdyby to nie Indianie, ale jacyś ludzie z innej grupy etnicznej, np. Biali, zabraniali innej grupie, np. Czarnym, udziału w swojej - chrześcijańskiej - religii? Przecież natychmiast zostałoby to napiętnowane jako rasizm czystej wody. A czymże innym jest indiański ekskluzywizm? Dowodzi też, że liczne obrzędy i działania, w Ameryce uważane za ściśle indiańskie, w istocie należą do wspólnego dziedzictwa ludzkości i spotykane są na różnych kontynentach. Zachęcam do lektury tego ważnego oświadczenia.
Wrócę do Sedonii Cahill. W istniejącym po polsku tekście "Święty Szałas Zachodu" cytowane są fragmenty wywiadu, którego udzieliła (wspomnianemu) pismu Shaman's Drum jesienią 1989:
Nie nazywam siebie szamanką, aczkolwiek mam świadomość, że w mojej pracy podejmuję się pewnej roli i odpowiedzialności łączenia dwóch światów. Muszę być świadoma praw zarówno fizycznego jak i duchowego świata. Światem fizycznym rządzi prawo przyczyny i skutku, natomiast reguły świata duchowego mają więcej wspólnego z szacunkiem, ze słowami takimi jak proszę i dziękuję. /.../
Swoją drogą duchową szłam, myślę, całe życie. Próbowałam wielu rzeczy: sufizmu, buddyzmu, miałam nauczyciela medytacji w Indiach, ale wciąż brakowało mi czegoś. W 1980r. wzięłam udział w medytacji na pustkowiu (vision quest) organizowanej przez Steve i Meredith Fosterów. To doświadczenie radykalnie zmieniło moje życie. Przedtem zawsze żyłam bardziej w sferze ducha niż na Ziemi. Będąc po raz pierwszy sama w górach uświadomiłam sobie, że należę tutaj do tej Ziemi. Zrozumiałam, że dobrze jest mieć ciało i odkryłam cel swego życia. /.../
Podczas swoich podróży często zastanawiałam się skąd pochodzi dawna kultura. I odkryłam, że kultura wibruje wprost z Ziemi poprzez ludzi, którzy na niej żyją. To, czego szukałam, było więc zawsze pod ręką. /.../
Rdzenni Amerykanie widzą siebie po prostu jako integralną część wielkiego kręgu życia, gdzie wszystkie rzeczy są równe i nie ma dominacji jednej nad drugą. Myślę, że wszystkie nasze lęki pochodzą stąd, że oddzieliliśmy się od natury. Poczucie wspólnoty z całym życiem, poczucie świętości każdej chwili i każdej cząstki Ziemi to są wartości indiańskiej kultury, które mają znaczenie dla nas wszystkich dzisiaj.
Jak widać, są to poglądy zdumiewająco podobne do tych wyrażonych przez Helene Hagan. - Chociaż wypowiedziane trochę innym językiem, nie etnologiczno-psychoanalitycznym, tylko bardziej new-age'owym. To co pisze Cahill o związkach kultury z ziemią natychmiast daje się przetłumaczyć na tezę o związku zbiorowej nieświadomości z ekologicznym środowiskiem, o czym pisała Hagan. Więc może w istocie te dwie kobiety nie tak wiele dzieliło....
Więcej o Sedonii Cahill przeczytasz np. tu: - tam także jej zdjęcia:
- Susanne Petermann (i in.). Remembering Sedonia
- Remembering Sedonia Cahill; by David M. Pierce
Sedonia Cahill zginęła 1 lutego 2000 w wypadku samochodowym podczas wycieczki do Maroka, rodzinnego kraju Helene Hagan. Miała 64 lata. Tak dziwnie splotły się ścieżki tych dwóch kobiet.
W tym miejscu mógłbym właściwie skończyć. Temat ten, który we fragmentach odszukiwałem w Internecie, dziwnie jednak zbiega się z moimi własnymi przypadkami. ["Przyznać się muszę, na nic wykręty, ja sam ssę palec jak pan Wincenty" - przypomina mi się wierszyk Jana Brzechwy.] Działalność, poglądy i historia Sedonii Cahill pod wieloma względami przypomina mi moich szamanistycznych nauczycieli, których poznałem w 1995 roku na warsztatach, które wtedy prowadzili w Polsce. Podobny widzę u nich eklektyzm, zapożyczanie z różnych źródeł indiańskich i spoza Ameryki, ale i od Harnera, który w wielkim stopniu sam był wynalazcą prowadzonych przez siebie działań. Podobny także brak jasności co do źródeł: od kogo się uczyli, jakoś nie do końca było to wiadome. Podobna rewerencja dla Castanedy. Więc... - plastik? Ale jeśli to był fałsz, to włożono weń masę serca. Jeśli na fałszywych nutach grano, to z wielkim sercem. Co trzeba zrobić, by udowodnić, że jest się prawdziwym? Skoro oni byli plastikowi, to tym bardziej ja, ich częściowy naśladowca, jestem plastikowy. Czy nie ma ratunku dla plastikowych szamanów?
Przypomnę tamte słowa Sedonii Cahill:
W 1980r. wzięłam udział w vision quest /.../ Fosterów. To doświadczenie radykalnie zmieniło moje życie. /.../ uświadomiłam sobie, że należę tutaj do tej Ziemi. Zrozumiałam, że dobrze jest mieć ciało i odkryłam cel swego życia.
Jej słów mógłbym użyć dla oddania mojego własnego przypadku. Podczas warsztatów z moimi nauczycielami uświadomiłem sobie swój związek z ziemią, z ogniem i w ogóle żywiołami tworzącymi żyjącą tkankę świata. Było to dla mnie doświadczenie przełomowe i najgłębsza z moich duchowych wycieczek. Było tak - pomimo tego, że od początku jawny był dla mnie new-age'owy eklektyzm ich drogi.
Nieautentyczność, i jak jej uniknąć? Zadawałem sobie to pytanie i od początku zauważyłem, że (neo)szamańskie działania dzielą się z grubsza na dwie grupy. Jedne z nich są symboliczne, drugie z nich bardziej "fizjologiczne". Te pierwsze odwołują się do znaczeń słów i symboli, i korzystają z pewnego kulturowego kontekstu, najczęściej indiańskiego. Tu należy np. ceremonialne palenie fajki albo sporządzanie "świętych strzał" czego na jednych warsztatach też nas uczono. Tu należą też pieśni i opowieści. Działania te można określić umownie jako "miękkie". Działania z drugiej grupy są "twarde" w tym sensie, że dotykają fizjologii i są bardziej działaniem na ciało niż na umysł, a raczej na umysł poprzez ciało. Z tych, które stosowałem prowadząc własne warsztaty, należą tu takie jak szałas potu (gorąco i ciemność), medytacje bębnowe (bezpośrednie działanie monotonizacji słuchowej), zakopywanie do ziemi (ciemność, cisza, bezruch), marsz transowy (praca z uwagą), chodzenie po ogniu (gorąco ale i przełamanie odruchu lękowego) czy płukanie jelit. Ale zauważmy: tylko jedna z tych czynności - wzięta jest od Indian i ma jakiś związek z ich ways, z ich rodzimą religią. Tak więc tych twardych działań od wspomnianych nauczycieli (i nie tylko od nich) się uczyłem i prowadziłem potem, a te miękkie i symbolicznie indiańskie (lub pseudoindiańskie), pomijałem i zapominałem. Być może jest to rozwiązanie godne polecenia: skupić się na twardych działaniach i czekać aż wyłonią się towarzyszące im działania miękkie - ale już takie, które wynikną z własnego kulturowego tła, w naszym przypadku, europejsko-słowiańskiego.
Dobry wzór znalazłem w pismach Franka Hendersona McEowena, który przeszedł drogę od ucznia Indian do neoszamana rytu celtyckiego.
Ta twarda ścieżka powinna mieć większą samoświadomość niż ma dotąd. Jej praktycy powinni komunikować się ze sobą. Powinni umieć odgrodzić się i od imitowania Indian, i od New Age'u.
Mam też wrażenie, że przejrzane tu problemy z papugowaniem przez Białych indiańskiej kultury i reakcją na to: ekskluzywizmem ze strony Indian, nie są nowością i coś podobnego działo się zawsze, kiedy jakiś element wyedukowany i zamożny stykał się z ubogim materialnie, ale bogatym w "korzenie", w dziedzictwo. Kiedy oczytani parweniusze natrafiają na jakąś rodową arystokrację, której zawidzą jej przodków i tradycji, więc i autentyczności. Tak wyglądały u nas stosunki między burżuazją a herbową szlachtą (kupowanie herbów), czy między miejskimi inteligentami a świeżo odkrytymi przez nich Góralami (zbójnicki taniec z ciupagami został sztucznie zaprojektowany przez pewnego inteligenta).
Z kolei Indianie, jak się wydaje, nie byli przygotowani na inwazję ich Białych natrętnych miłośników; w ich kulturze było to coś nowego, na co nie mieli "przeciwciał". I chyba widać pierwsze objawy ich obronnej reakcji, też jak się wydaje, nie własne, tylko importowane od Białych: organizowanie się w "kościoły", wystawianie certyfikatów, powoływanie strażników jedynie czystej linii, strzeżenie "przekazu" i udzielanie go - praktyka, która w odniesieniu do duchowych nauk została wynaleziona, ale... w buddyzmie. I mam wrażenie, że każdy taki środek oddala samych Indian od ich własnej autentyczności, bo stawszy się kolejną sektą, nie będą sobą. (Ale jest też prawdopodobne, że nie znając się na Indianach, mylę się.)
Wojciech Jóźwiak
9 lutego 2008
w Milanówku
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

