W związku z tym, że na powierzchnię wynurzył się, jako współrządząca w swoim województwie partia, Ruch Autonomii Śląska (RAŚ), parę rzeczy wydało mi się wartych powiedzenia.
Całkowicie popieram ideę autonomii Śląska i ukonstytuowania się tej krainy w samorządny region, z własnym skarbem i pozostawieniem podatków na miejscu, szkolnictwem, lokalną polityką kulturalna i planowaniem przestrzennym.
Ale powinno się pójść dalej i autonomię taką jakiej chce RAŚ dla Górnego Śląska przyznać pozostałym regionom. Inaczej: inne regiony powinny sobie wywalczyć taką samą autonomię jakiej chce Górny Śląsk. Autonomia Śląska powinna być początkiem autonomicznej regionalizacji Polski.
Model warszawskiej centrali jest z gruntu obcy Polsce, jest tendencją w naszej historii mniejszościową i narzuconą przez powojennych komunistów dla wygody ich moskiewskich panów, bo rządzić z zewnątrz można tylko strukturami scentralizowanymi. Moskal odszedł, a zainstalowana przez niego warszawska okupacja Polski pozostała.
Wielkim doświadczeniem dla mnie jako obserwatora tego, co dzieje się w świecie, były lata Pierwszej Solidarności 1980-81, kiedy spod dotychczasowej formalnej scentralizowanej skorupy wynurzyła się Polska autentyczna i - spontanicznie - zdecentralizowana i regionalna. Przejawem tego był podział ZZ Solidarność na regiony, nie zawsze pokrywające się z ówczesnymi małymi gierkowskimi województwami. Te odstępstwa od administracyjnych granic były pouczające. Również pojawiły się lokalne stolice. I tak prócz formalnej stolicy w Warszawie wtedy na równorzędny ośrodek wyrósł Gdańsk - jako stolica Solidarności i szerzej: Polski oddolnej. Kraków jako stolica ówczesnych ruchów ekologicznych. Bydgoszcz jako ośrodek tzw. Poziomek czyli porozumień poziomych w PZPR.
Ciekawe że w III RP nie nawiązuje się do tamtej policentrycznej tradycji, nie pamieta się jej, a obroża warszawskiego centralizmu wciąż się zacieśnia. Znaczące było przeniesienie redakcji "Wprost" z Poznania do Warszawy w 2000 r., i "Przekroju" z Krakowa tamże w 2002.
Polska międzywojenna była krajem policentrycznym. Śląsk miał autonomię. W dawnych sektorach rozbiorowych obowiązywały różne prawa. Miast pełniących funkcje stołeczne było de facto sześć: Warszawa -stolica polityczna i niekwestionowana kulturowa; Kraków jako dawna stolica historyczna, królewska i wciąż potężny ośrodek kultury; Lwów - stołeczny dla dawnej Galicji, z budynkiem parlamentu; Wilno - stolica dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego i centrum dla ówczesnej Polski północno-wschodniej; Poznań - stolica Wielkiego Księstwa Poznańskiego w obrębie Prus i historyczne metropolis Wielkopolski; i Katowice, stolica Autonomii Śląskiej.
Ówczesna policentryczność Polski (która w jakimś stopniu istnieje również teraz) była stałą, można powiedzieć: odwieczną cechą naszego kraju, w przeciwieństwie do mono-centrycznych państw, gdzie jest stolica i na doczepkę reszta - gdzie stolica jawnie dominuje nad resztą. Klasyczne pod tym względem są Węgry i Budapeszt (zwłaszcza Węgry po-trianońskie), Dania i Kopenhaga, Irlandia i Dublin, Francja i Paryż. Francja jest chyba największym (najludniejszym) takim przypadkiem: im większy kraj, tym chętniej rozrastają się w nim i konkurują ze stolicą lokalne ośrodki.
Przeciwieństwem są kraje policentryczne, z natury wielostołeczne, jak najtypowsze tu Stany Zjednoczone, dalej Kanada, Australia, Brazylia, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Ukraina, Indie, Chiny; z drobiazgu Szwajcaria i Holandia.
W Polsce przecież największą aglomeracją nie jest Warszawa plus miasta-satelity, tylko Aglomeracja Górnośląska. (Pojawiła się na ten miejski region nazwa Silesia.) Więcej, w regionie tym powstał typowy obszar metropolitalny, który obejmuje Miasta Śląsko-Dąbrowskie, Kraków z aglomeracją, Rybnik, Racibórz, Bielsko-Białą z sąsiadami, Żywiec, Częstochowę, Kędzierzyn aż do Opola na zachodzie. Możliwe, że tu dopisuje się - na wschodzie - Tarnów. W tej metropolii leżą trzy stolice: Katowice, Kraków i (jako religijna stolica polskich katolików) Częstochowa.
W historii Polska była organicznie policentryczna, nie-centralna i zregionalizowana. W swoim klasycznym okresie 15-16-17 wieku była strukturą bardziej przypominająca dzisiejszą UE niż Polskę obecną. Była federacją - raz luźniejszą raz ściślejszą - dwóch państw: Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. W obu tych państwach istniały terytoria o ustrojowej odmienności i historycznej odrębności, których wyliczanie byłoby tu za długie. Do tego Unia Koronno-Litewska przygrawitowywała kraje lenne, czyli wewnątrz samodzielne, choć podległe: Prusy Książęce i Kurlandię, przejściowo i krótko Mołdawię. Szerszą otoczkę tego państwa przez pewien czas budowała dynastia jagiellońska, obsadzając trony czeski i węgierski. Szkoda że padli od lepiej mnożących się (bardziej matriarchalnych?) Habsburgów. Struktura ta była wysoce otwarta i w bardziej sprzyjających okolicznościach mogłaby dołączyć Śląsk, Zachodnie Pomorze, Czechy i Morawy, Węgry... Można pomarzyć.
Przypomnę znany fakt, że póki stolica była w Krakowie, Polska rosła. Kiedy nieszczęsny Zygmunt Waza przeniósł stolicę do Warszawy, Polska zaczęła się kurczyć, aż zniknęła, a powstawszy na nowo okazała się chwiejna i ściągająca na siebie nieszczęścia. Przy okazji tego apelu o regionalizm, apeluję o powrót ze stolicą do Krakowa :)
Jednocześnie tak się złożyło, że tamta Polska, która w siłę rosła, była policentryczna i federacyjna, a po centralizacji w ramach reform 3 Maja (ujednoliceniu Polski i Litwy w jedno państwo), niemal natychmiast, bo 4 lata później, upadła.
Autonomiczne regiony często (bo nie jest to reguła) odbijają organiczną wielość nurtów historii. Region może mieć własną historię, odmienną od całości państwa do którego należy. Przykładowym wybitnie wyodrębnionym historycznym regionem w obrębie Monarchii Austro-Węgierskiej były Czechy. Do dziś takim jest Szkocja w ramach Wielkiej Brytanii.
Ziemie Polski są zróżnicowane historycznie i pomijanie tego faktu i celowe zacieranie go, skutkuje źle - jak każde ukrywanie trupa w szafie. Główny podział idzie między starą Polską a Ziemiami Zachodnimi. Różnica między krajem od niepamiętnych czasów "swoim", a zasiedlonym przez pokolenie dziadków, jest przepaścista. Jest to zupełnie inny rodzaj relacji między człowiekiem a ziemią. To zapewne jest główna polska trauma: życie na nie-swojej ziemi. Tej traumy warszawski centralizm nie wyleczy, ani ogólnopolska propagandowa urawniłowka. Związek z ziemią, jakikolwiek by był, może tylko być zdefiniowany i przeżyty w swoim miejscu: na tym oto kilometrze kwadratowym. Nikt z zewnątrz nie ma mocy go zadekretować.
Polskie samorządne regiony muszą być staranie zaprojektowane; a raczej same powinny siebie starannie zaprojektować, biorąc pod uwagę zarówno historię jak i obecną świadomość mieszkańców i to, dokąd im bliżej i z kim się bardziej utożsamiają. Historię i historyczne granice należy wziąć pod uwagę, ale niekoniecznie je dosłownie kopiować.
Ile takich regionów powinno być? Na Śląsku dwa: (1) Śląsk Dolny - i (2) Śląsk Górny, ten którego autonomię promuje RAŚ. Podział na te dwie części ogólnie pokrywa się z podziałem na tereny, gdzie przeważają tubylcy, Starzy Ślązacy, w części uważający się za mniejszość niemiecką - i gdzie praktycznie wyłącznie żyją potomkowie przesiedleńców, Nowoślązacy. I dwie historyczne stolice: Wrocław i Katowice.
Następne regiony to: (3) Małopolska z Krakowem, wraz z woj. Podkarpackim-Rzeszowskim i Świętokrzyskim. Jak pójdzie granica miedzy Górnym Śląskiem a Małopolską, powinni wypowiedzieć się sami zainteresowani mieszkańcy tamtej ukrainy - po której stronie chcą być Częstochowa, Zawiercie, Olkusz lub Żywiec.
(4) Wielkopolska z Poznaniem w środku, która wzięłaby też większość województwa Lubuskiego i Kujawsko-Pomorskiego, ale czy całe?
(5) Pomorze Zachodnie ze Szczecinem i (6) Pomorze Wschodnie z Gdańskiem, tu zmiany granic w porównaniu ze stanem obecnym byłyby pewnie kosmetyczne.
Dochodzimy do najtrudniejszej do zregionalizowania północno-wschodniej części Polski. Trudność bierze się z trwającej od kilkuset lat dominacji Warszawy nad tymi ziemiami. Dominacja ta najwyraźniej miała miejsce w Królestwie Kongresowym i jego późniejszych kontynuacjach, czyli przez stulecie od Napoleona do I Wojny Światowej. Kongresówka jako zwarty i wyodrębniony region scentralizowany wokół Warszawy trwa do dziś, mimo iż nie zgadza się z prowincjami z czasów I Rzeczypospolitej (które żyją raczej na mapach tylko, nie w terenie-realu), a jako rzecz politycznie niepoprawna w niepodległej Polsce, była tępiona i krojona podziałami wojewódzkimi ignorującymi jej granice. Do dawnej Kongresówki przy-warszawskiej dokleiły się później subregiony: białostocki (dziś województwo Podlaskie, które nie pokrywa się z Podlasiem historycznym) i olsztyński (woj. Warmińsko-Mazurskie). W obszarze tym mamy dziś wyraziste centrum - Warszawę, oraz wianek ośrodków lokalnych, zwykle będących siedzibami województw: Olsztyn, Białystok, Lublin, Radom, Kielce i Łódź. Obecnie jest tu sześć województw: Warmia-Mazury, Podlasie, Mazowsze, Lubelskie, Łódzkie, Świętokrzyskie. Za wiele jak na autonomiczne regiony. Drugą skrajnością byłaby re-kreacja Kongresówki i połączenie wszystkich w jeden region.
Świętokrzyskie proponowałem wcześniej przyłączyć do Małopolski, gdzie jego historyczne aż za dobrze wygrzane miejsce. Resztę można podzielić na cztery: (7) "Wielkie Mazowsze" - czyli Łódź z Warszawą w jednym regionie. (8) Lubelskie; o szczegółach jego zasięgu można dyskutować. (9) Podlasie z Białymstokiem. Czy Warmia-Mazury byłyby regionem nr 10, czy przyłączyć je do Pomorza Wschodniego, czy może Wielkie Mazowsze uczynić tak wielkim, że objęłoby Olsztyn, Ełk i Gołdap, to też sprawa do dyskusji. Na ile znam Mazury, są jawnie warszawo-centryczne i nie protestowałyby.
Gdyby Łódź zjednoczyć z Warszawą w jednym Wielkim Mazowszu, należałoby wtedy administracyjną stolicę regionu wyprowadzić poza te miasta - najlepiej umieścić ją gdzieś pomiędzy. Proszą się trzy miasta: Rawa Mazowiecka, Skierniewice, Łowicz, i każde ma swoje racje, i historyczne i ze względu na dojazd i wygodę.
Tak przeorganizowana wewnętrznie Polska upodobniłaby się terytorialnym ustrojem do Niemiec, co byłoby krokiem w kierunku zjednoczenia czy zespolenia tych dwóch państw, co wydaje się być długofalową dziejową geopolityczną koniecznością; zresztą na mapie Niemcy i Polska wyglądają jak pasujące do siebie zwierciadlane odbicia, jak lewa i prawa rękawiczka. Przynależność obu do Unii Europejskiej czyni ten proces możliwym i pozbawia go niepotrzebnego dramatyzmu.
Przy okazji: gdyby podzielić narody na wielkie i małe, Polska jest dużym wśród małych narodów. Należymy do tej samej ligi co Szwecja i Finlandia, Estonia i Łotwa, Białoruś, Bułgaria czy Sri-Lanka, i w tej lidze jesteśmy "grubasami"; podobnie jak Ukraina, Tajlandia, Filipiny czy Turcja. Z tą różnicą, że Tajlandia, Filipiny i Turcja w wyobrażalnej przyszłości (niestety, o przeludniona Ziemio!) wielokrotnie się powiększą (swoją ludność), podczas gdy nas, także Niemców i Ukraińców, ubędzie.
Unia Europejska, pominąwszy jej socjalistyczne dziwactwa (miejmy nadzieję, przejściowe) wydaje się być niby-imperialną strukturą, która w istocie chroni małe narody, podobnie jak w swoim czasie czyniła to Monarchia Austro-Węgierska.
Narody dzielą się na małe i wielkie. Te wielkie, to narody ponadpaństwowe, wylewające się poza jedną polityczną strukturę. Narody-cywilizacje. W świecie są nimi: grupa (cywilizacja) języka angielskiego; ciekawe, że tak wielka, że nawet nie ma dla siebie sensownej nazwy, czyli Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Kanada, Irlandia, Australia, Nowa Zelandia, Rep. Południowej Afryki, plus drobiazg krajów karaibskich, afrykańskich, oceanicznych, ale do nich grawituje (i może za sto lat zdominuje?) kolejny gigant: Indie; a i Nigeria ma szanse stać się wielkim narodem mówiącym częściowo po angielsku. W Europie wielkimi narodami są jeszcze: Hiszpania ze swoją amerykańską strefą językową; Francja z "przerzutami" w Afryce, Kanadzie, Oceanii, a w Europie odpączkowana w Belgii i zachodnich kantonach Szwajcarii. Niemcy: trójpaństwowe i wewnątrz federacyjne. Wielkim narodem jest Rosja, zwłaszcza gdy odpępni się od Moskwy rosyjska diaspora w Środkowej Azji, w Ukrainie i w bałtyckich krajach UE. Rosyjski jest też językiem Białorusi, jeśli nie rodzimym to wehikularnym jest w Ukrainie, Kazachstanie itd., a to kolejne przyczynki do wielkości. Poza Europą niewątpliwym narodem przelewającym się poza jedno państwo są Chiny (Chińczycy), obecnie w trzech państwach chińskich, prócz Chin właściwych Tajwan i Singapur, do tego "przykoordynowany" ale odrębny ustrojowo Hongkong. Następne są Indie. Tytuł wielkiego narodu należy się też Japonii, która byłaby w swojej klasie wyjątkiem, bo państwo jedno i unitarne, diaspora nieliczna, język poza ojczyzną niemal nieznany i bez wehikularnego znaczenia. Ale Japonia to cywilizacyjna klasa w sobie. Wyłaniającym się wielkim narodem jest Brazylia, przez co na jej euro-przyczepkę awansuje Portugalia. O innych ludnościowych gigantach - Indonezja, Pakistan, Nigeria, Kongo - nie wypowiadam się z braku znania.
Ta wyliczanka potrzebna była, żeby określić otoczenie, w którym nasza narodowa wspólnota, tak lub inaczej uorganizowana, będzie przez następne pokolenia dryfować, niby płoć między brzuchami wielorybów.
Patrząc z wielkiego lotu ptaka, regionalizacja, rozśrodkowanie, policentryczność - zwiększają "wagę" narodu.
Wojciech Jóźwiak
Autor, jego teksty
Aby pisać komentarze zaloguj się lub zarejestruj.
Udostępnij:

Drukuj
wróć na górę