Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

06 września 2009

Wojciech Jóźwiak

Z drugiej strony Bieszczadów
Wycieczka na Ukrainę Zakarpacką, do Użhorodu i Berehowa

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: geologiakolonializmMiędzymorzepodróżeregionyUkraina

Porzuceniska

Cergową widać! Taki tutejszy nisko-beskidzki Giewont, choć mniejszy i lesisty, nie skalisty, ale tak samo stromy. Za Duklą i Górą Cergową zaczyna się teren, skąd kiedyś niesławnie wysiedlono mieszkańców. Góry nabierają rozmachu, przypominają Bieszczady, które po sąsiedzku. Ale już Słowacja i widoki podobne. Ciekawe: podczas gdy u nas wysiedlono Łemków, Słowacja - przynajmniej ten jej wschodni kąt - wygląda, jakby wysiedlono wszystkich Słowaków! Pusto, nudno, sennie. Słowacy naprawdę sami siebie wysiedlili ze swojego kraju. Kiedyś tu skolektywizowano rolnictwo, a mieszkańców skupiono w nowych osiedlach w dolinach, budowanych ciasno, dom przy domu, wszyscy w kupie. Dawnej tkanki osadniczej nie ma, a jeśli któraś wieś - a może już miasteczko - miała dojścia, to hojny socjalistyczny funduszodawca obdzielał ją blokami, nawet wieżowcami. Taki jest przygraniczny Svidník: rzędy jedenastropiętrowych szaf z wielkiej płyty, z których okien ludzie oglądają puste zielone beskidzkie łąki i lasy. Za kapitalizmu w te blokowiska gładko weszły lidle i teska, od czego nuda jeszcze większa. Słowacy pozamykani w swoich domach albo wcale ich nie ma, osiedla jak wymarłe, ciągła sjesta, z rzadka Cygan na ulice wyjdzie albo paru.

Porzuceniska - to słowo samo mi się wymyśliło, by nazwać to co tu oglądamy. Porzucenisko to coś, co kiedyś zbudowano, ale prawie zawsze nie do końca, albo zaczęto budować i zaprzestano. Lub zbudowane, ale już nie konserwowano. Porzuceniska są typowe dla socjalistycznej gospodarki. Gdzie nie ma ciągłości gospodarowania i finansowania, a tak zawsze jest, kiedy gospodarka jest niczyja, rozwój polega na tym, że co jakiś czas pojawiają się okazje: ktoś załatwi inwestycję, ktoś wstawi "obiekt" do planu. Zostają rzucone pieniądze i zamiary na pewien cel i sztuka w tym, jak skorzystać z okazji. Trzeba budować i w takich razach zawsze buduje się za dużo: zbyt wiele pięter w blokach, za duży plac pod betonem, za wiele słupów estakady. Trzeba robić za dużo, gdyż to jest logiczne w ramach tego systemu, bo wiadomo, że następna taka okazja trafi się za trzydzieści lat czyli nigdy, gdy "nas" już nie będzie. Na zbyt rozdętą inwestycję wkrótce brakuje pieniędzy lub mocy przerobowych, albo woli działania. Zostaje postawione coś niekompletnego, czemu czegoś zabrakło, niewykończone i funkcjonalnie połowiczne. Zaczyna się zaraz rozpadać, obłazi z tynku i farby, rdzewieje już kiedy jest nowe, a co dopiero po 30-50 latach, jak ten wschodniosłowacki industrial. To są porzuceniska. Gdy zmieni się koniunktura - a tu widać jawnie, że zmieniła się bardzo - porzuceniska stają się kompletne. I tak się dzieje: mijamy szosą opuszczone hale, resztki fabryk na sprzedaż, których nikt nie kupuje, niepotrzebne wszystko. U nas nie ma chyba tego aż tyle, ale Słowacja - takie mam przynajmniej wrażenie - składa się głównie z takiego krajobrazu, plus pustki... nuda... senność pozostała po kołchozowych wysiedleniach. My i Niemcy przerobiliśmy problem wy- i przesiedleńców długodystansowych, Słowacja jest krajem przesiedleńców wewnętrznych. (Tak jak w średniowieczu była kolonizacja wewnętrzna.) Mógłby jakiś znawca tematu opisać, jak ta widoczna w krajobrazie wojna socjalistycznych władz z własnym narodem w imię utopii odbiła się na tutejszym społecznym duchu.


Winda czasu

Ignacy czyta mapę, robi za pilota na słowackich drogowych skrótach: jak najkrócej z Barwinka do przejścia pod Użhorodem. Jedziemy na Ukrainę, do Obwodu Zakarpackiego - albo Przedkarpackiego, bo ta nazwa powinna zmieniać się zależnie od punktu stania: z Kijowa i z Użhorodu nazwa tego kraju powinna być inna!

Mijamy Michalovce: z prawej płaski skraj nadcisańskich puszt, z lewej Karpaty, które tutaj ostro wyrastają z równiny. Pod górami duże jezioro-zalew. Przejście graniczne jest na wzgórzu i kiedy wreszcie mijamy obie bramki, słowacką i ukraińską, zaskoczenie, bo za tym pagórkiem, pustym od Słowacji, po tamtej stronie od razu jest miasto.

Pierwsze wrażenie: oto odbywam podróż wstecz machiną czasu. Retro! Polskie lata sześćdziesiąte: tak jak u nas wtedy dawna "przedwojenna" zabudowa, przy tym poszarzała, posunięta, przykurzona, porosła chwastem. Przy ulicach rośliny, których nikt nie trymuje, chwast puszczony, zamiast trawników zdziczałe łączki. Po Słowacji zbudowanej na nowo i od startu nieodwracalnie spieprzonej, tu kontrast: tu jest stara miejska tkanka aż w nadmiarze, Franciszek Józef wspólnie z moderną międzywojenną, ale wszystko to porosłe, oblazłe, zdziczałe. Klimaty jak z Szulca i jego "Sklepów cynamonowych" sfilmowanych przez Hasa. Świat, w którym czas przez 70 lat działał tylko w jedną stronę: erodował i korodował, a nie rodził nowego.


drubiesz_11.jpg
Tak w większości wygląda Użhorod, zabytek świetności Austro-Węgier. Cześć starych domów dobrze stoi, część się psuje, część odnowiono. Bazaltowa kostka jeszcze się trzyma.


drubiesz_09.jpg
Przykład starej, post-austro-węgierskiej tkanki miejskiej. Ale z dachów tej "tkanki" jakże często wyrasta flora: na tym gmachu wysiały się brzozy (Betula sp.) i katalpy (Catalpa sp.).


Najkrótsza definicja Użhorodu: to jest całkiem dobrze zachowane porządne miasto austriacko-węgierskie. Bo kiedy mija ten pierwszy szok, gdy oko wychwytywało tylko to, co się sypie, pęka, obłazi i porasta, zaczyna się widzieć glamour starej dobrej mieszczańskiej architektury. Użhorod stoi gdzieś obok naszego Sanoka - podobne tu nasycenie starymi dobrymi klimatami sprzed stu lat i więcej, z czasu zanim Gabriel Princip zastrzelił Ferdynanda.

A jednak jest tu cywilizacja defektu. Tym defektem jest brak wykończenia. Już przywykłem, że trawników się nie kosi i nawet nie zakłada, po prostu zostają przestrzenie, które zarastają czymkolwiek, a jak się uda, to trawą. Uniwersytet, gdzie Ignacy poszedł załatwiać coś do swoich tutejszych badań, z daleka wygląda bez zarzutu: poprawny postkorbuzjerowski blok na wzgórzu, mogłyby mieścić dobrą szkołę gdziekolwiek w świecie. Ale gdy obchodzę go szukając cienia, znajduję rozpierdziuchę: w środku zajęcia i instytucja działa, ale na zewnątrz niepołożone tynki, rozgrzebany chodnik, wyschnięte błoto, porzucone betonowe kształtki. Na mapie Europy pewnie dałoby się wykreślić izolinie oddające siłę nawyku kończenia czegoś - i przeciwną siłę pozostawiania w połowie. Tutaj często ten drugi mus przeważa. Kilkaset metrów chodnika na pochyłym wzgórzu przez uniwersytetem położono z betonowych płyt ze szparami pomiędzy. Szpary akurat na rozmiar obcasa. Mamy południe 1 września, tutaj początek zajęć, studentki na wysokim obcasie wpatrują się pod nogi. Jest taka dziecięca obsesja, żeby nie nadepnąć na styki chodnikowych płyt. Ale co zrobisz, jeśli nastąpnięcie grozi ułamaniem obcasa w nieistniejącej fudze? Musisz kobieto iść jak pies po drabinie, patrząc pod nogi. Może ten chodnik to - po prostu - antyfeminizm?

Chodniki i nawierzchnie są lekceważone. W śródmieściu widać jest zwyczaj, że inwestor robiący np. sklep lub bank, zarazem brukuje chodnik przed obiektem. Od czego tu może być przyzwoita mozaika, lecz obok zerodowane wyrwy w czymś, co świetność miało pod Francem Jozefem.


drubiesz_01.jpg
Rynek w Użhorodzie - zdjęcie z okna hotelu.


drubiesz_02.jpg
Jak widać, sowietyzm po Użhorodzie spłynął jak woda po kaczce.


drubiesz_03.jpg
Mając takie zamkowe mury w stolicy (Użhorodzie), Zakarpacie miałoby szanse bronić swojej autonomii.


drubiesz_05.jpg
Jak w Moskwie? - Niby tak, ale ta cerkiew (Podwyższenia Św. Krzyża) zbudowana już współcześnie, za niepodległej Ukrainy, i podobno jest ostoją tutejszych separatystów.


drubiesz_06.jpg
Po drugiej stronie ulicy prawdziwy zabytek sowiecki - hotel. Na starą ładę Żiguli czekałem dość długo, bo samochody w większości są tu normalne.


drubiesz_32.jpg
Miejscowy folklor architektoniczny: werandy nadbudowywane na balkonach.


Ruś kolonialna, południowa, gorąca

Patrzę po Użhorodzie i szukam formuły. Bo francjozefowski rdzeń muśnięty aniołem chaosu nie wyczerpuje definicji tego miasta. Biała cerkiew, bardziej jak z Gruzji lub Bałkanów niż jak z Moskwy. Bloki przerobione po swojemu: na balkonach zabudowane werandy, po ścianach pną się winogrona, każdy sąsiad ma swój konar. Handel, szyldy, tłok samochodów w wąskich ulicach. Na zrobionym na elegancko deptaku w samym śródmieściu siedzi gromada cygańskich dzieci, obok leżą psy, ze sześć, w najbardziej niedbałych pozach przeczekujące gorącą porę. Wielkie ajalanty ("bożedrzewy") z wiechami tropikalnych liści rozsadzają chodniki. Coś się rozrasta, coś obok upada. Rosyjski słychać czy ukraiński, czasem ktoś do komórki gada po węgiersku.

To jest Ruś Kolonialna! Kiedyś były dwie Rosje. Jedna ta na północy, wokół Moskwy, Piotrowego Grodu, Archangielska: nostalgiczna, chłodna, biało-brzozowa, tęskna, rozmodlona i wzdychająca, pokłon caru i bogu bijąca, chętna straceńczo rzucać się w smiertnyj boj. Druga była na południu, gdzie kolonizowano ziemie potatarskie i potureckie, wybrzeża Morza Czarnego, Don, Krym i Kaukaz. Ta była handlowa, dbająca o interesy i merkuriańska, zresztą Żydzi byli jej potężnym składnikiem, i wielonarodowa, gdzie w plemiennej mieszance rosyjski wymawiany z barbarzyńska z lekceważeniem północnych subtelnych zaśpiewów był językiem wehikularnym raczej niż ojczystym. Tę ludzką formację kształtował inny klimat: upalne słoneczne lata; inne rośliny: kukurydza, arbuz, brzoskwinia i winorośl. Nie ponurą gorzałkę pito, lecz wesołe wino. Był tam duch przedsiębiorczości i ryzyka, zaczynania nowego, budowania na caliźnie i jechania dalej, by spróbować jeszcze raz, gdyby tamto się nie udało. W Odessie, Chersoniu, Juzowce,[1] Rostowie, Tyflisie, Baku powstawała cywilizacja którą aż prosi się porównać z Ameryką. Jej obywatelem był Gurdżijew - był i Stalin, który ten świat zniszczył. Sto lat temu do tej strefy przywędrował mój dziadek, bo znana mi historia mojej rodziny zaczęła się w Karsie, nadgranicznej twierdzy rosyjskiej, dziś i od dawna w Turcji, gdzie mój dziadek (Ignaca pradziad), Andrzej Jóźwiak był sierżantem i gdzie go zastała i poraniła Pierwsza Wojna.

Zapewne ta formacja, Ruś Kolonialna, odradza się sama z siebie, kiedy Wschodni Słowianie znajdą się w odpowiednio ciepłym klimacie, wejdą w styk ze śniadszymi od nich bladasów tubylcami, napiją się gorętszych południowych napojów, usłyszą żywszą - niż swoja wodnista - muzykę. Choć przecież nie ma żadnej ani fizycznej, ani historycznej ciągłości z dawną Odessą lub Tyflisem, dzisiejszy Użhorod wydał mi się kolejną samorodną odsłoną tamtego kulturowego eksperymentu.


drubiesz_04.jpg
Turul, mityczny ptak, który przyprowadził Węgrów do Kotliny Karpackiej, ustawiony na zamku w Ungvar (Użhorodzie) z okazji "milenium" (jak głosi napis) - czyli tysiąclecia przybycia Madziarów, 896 r. ne. Z Turulem - Ignacy.


drubiesz_13.jpg
Zamek Rakoczych "Palanka" w Mukaczewie. Zbudowany na samotnym wzgórzu, wygasłym wulkanie wznoszącym się jak wyspa nad równiną. Zdjęcie fatalne, typowy przykład, jak nie fotografować... Zwlekałem ze zrobieniem zdjęcia, szukałem punktu... aż przepadło. Obok zamku wielki turul na kolumnie, jak się dobrze przyjrzeć, to go widać. Nad nim flaga - prapor - Ukrainy niebiesko-żółta. Inwestycja ledwie tegoroczna; Węgrzy znaczą teren turulami.


Turul

Odkąd Krzysztof Varga napisał swoją książkę,[2] turul kojarzy się z surowcem na gulasz. Pierwszego turula zobaczyłem ma zamku w Użhorodzie, gdzie jako odlew z brązu wystawili go Węgrzy w swoje milenium czyli w 1896 roku, w tysiąclecie przybycia tu z Azji. Dziwnie ocalał - chociaż mogli go zdjąć Czecho-Słowacy, którzy oderwali ten kraj od Węgier w Trianon. Mogli usunąć jako kłopotliwe napomnienie wolni Rusini Karpaccy, którzy pod Augustynem Wołoszynem usiłowali w 1939 r przez miesiąc rządzić się po swojemu. Mogli zetrzeć do ziemi Sowieci w 1944. Mogli wreszcie ukraść pospolici złodzieje i sprzedać w skupie złomu. Ale turul przetrwał.

Zwiedzanie Zakarpacia nieustannie konfrontuje z historią, której słojów nie da się tu ominąć. Jakby mało było murów, przypominają o niej tablice na murach: po ukraińsku i po węgiersku. Obwód Zakarpacki ze stolicą w Użhorodzie od dwudziestu lat jest w wolnej Ukrainie. Wcześniej był skrajną peryferią Związku Sowieckiego. Podczas Drugiej Wojny na krótko wrócił do Węgier. Przez miesiąc wiosną 1939 roku próbował się rządzić sam. W międzywojniu kraj ten należał do Czechosłowacji i pewnie w Pradze mało kto o tym fakcie wiedział, bo do tego miejsca z Pragi taka odległość, jak do Paryża lub Rzymu, a tamte miasta przecież ile ciekawsze! Do Pierwszej Wojny był częścią Węgier, słynnej Korony Św. Stefana. Oczywiście nie było to "Zakarpacie", bo tak nazwać tę ziemię mógł tylko rządca siedzący z tamtej strony gór. Nikt go też nie nazywał "Ukrainą", jako że Rusini węgierscy i galicyjscy dopiero chyba około Pierwszej Wojny zaczęli tak siebie określać, a i to nie wszyscy. Pod Węgrami kraj ten nie był w ogóle wyodrębniany - było tu kilka komitatów czyli hrabstw: Ung ze stolicą w Ungvár czyli Użhorodzie; Bereg z Beregszász, dziś Berehowo; trzeci Ugocsa i czwarty, największy Maramaros, sięgający hen w głąb dalekich gór dzisiejszej Rumunii. Ludność też tu nigdy nie była jednolita: w górach przeważali Rusini, ale byli i Węgrzy, i Rumuni, i nawet Niemcy. Im bliżej środka kraju (tzn. Węgier), tym bardziej przeważali Madziarowie. Do tego rozproszeni Żydzi i Cyganie, gdzieniegdzie Słowacy. Dawne Węgry były od początku z gruntu wieloplemienne i wielowierne i nie było szans przerobić tej mozaiki na jednorodny nacjonalizm. Kiedy w Trianon Węgry dzielono, rozbiorcy pociągnęli granice wzdłuż linii kolejowych - tak żeby Węgrom nie dać, tylko by szły po nowej stronie czechosłowackiej, rumuńskiej lub serbskiej. Kto w tak krojonych wioskach i miasteczkach po jakiemu mówi, polityków nie obchodziło. W wyniku historii powstało tu najbardziej chyba pograniczne pogranicze w świecie i nie dziwię się Ignacemu, który w ramach swojej specjalności limitologa (etnologa badającego wpływ granic na życie ludzi) właśnie ten kraik wziął pod swoją naukową lupę.

Drugi turul stał na zamku w Mukaczewie. Z Użhorodu wyjechaliśmy późnym popołudniem, Słońce stało już nisko, samego Mukaczewa (dawny Munkacs, czytaj "munkacz") widać prawie nie było, bo zabudowa niska i przeważa zaniedbany industrial, którego oko nie chce postrzegać, i na tym tle nagle wykwitł z równej puszty obraz jak z bajki: samotna góra w kształcie wulkanicznego stożka, z zamczyskiem na szczycie. Jak na dziecięcych obrazkach lub kreskówkach! Zwlekałem z robieniem zdjęcia pod słońce, aż okazja minęła i już nigdzie dalej nie znalazłem dobrego punktu, z którego dałoby się zdjąć ten zamek tak jak zasługiwał, a gdy już za miastem próbowałem wejść w tym celu na dach szopy przy stacji paliw, pracownicy spędzili mnie przerażeni, że ktoś im pewnie idzie wysadzić zbiorniki w powietrze.

Zamek należał do Rakoczych - tych samych, z których jeden wespół ze Szwedem spustoszył Polskę, a drugi pół wieku później stanął na czele powstania przeciw Habsburgom i był już bliski sukcesu wyzwolenia kraju. Było to w kilka lat po tym, jak dzięki pomocy Sobieskiego władcy z Wiednia dokonali rekonkwisty na Turkach, wypierając muzułmanów za Dunaj. Jak widać Węgrzy i wraz z nimi Słowacy, Rusini i Rumuni wcale się nie czuli wyzwoleni, tylko na nowo ujarzmieni, a może nawet Turek był im milszy od Niemca, bo do powstania Rakoczego poszli solidarnie. Zajrzał na ten zamek Sándor Petőfi, węgierski Mickiewicz (ale o pokolenie młodszy i w boju młodo - 26 lat ledwie, jako adiutant Bema - padły), o czym troskliwie przypomina tablica w obu językach.

Turul na mukaczewskim zamku jest monumentalny i świeżutki, posadzono go ledwie wiosną tego (2009) roku. Ptaszysko siedzi na kolumnie, ale tak ustawione, że znikąd nie można mu się przyjrzeć: od zamku widać plecy, od dołu za wysoko. Żeby pokazać, kto mimo ukraińsko-węgierskiej przyjaźni i tolerancji tu rządzi, nad turulem powiewa jeszcze wyższa flaga niebiesko-żółta, narodowy prapor Ukrainy.

Tu na Zakarpaciu wszędzie wiszą obie flagi: zgodnie ukraińska i węgierska, jakby tu było jakieś kondominium niby kiedyś brytyjsko-egipskie nad Sudanem. Gdyby tak u nas we Wrocławiu lub Ełku powiewały obok polskiej niemiecka?

Zamkowe wzgórze z bliska robi wrażenie: wysokie na chyba sto metrów, zamek pnie się trzema piętrami, gdyby padła niższa forteca, był schron wyżej. Na dziedzińcu studnia z wielkim kołowrotem, szyb sięga nieskończenie w dół, ku wulkanicznym korzeniom tej góry. Czy ktoś kiedykolwiek ten zamek zdobył, czy chociaż próbował?


drubiesz_31.jpg
"Sabo Zoltan Andrijowicz" - nagrobek jest przykładem tutejszego pomieszania kultur. Grób z katolickim krzyżem, napis cyrylicą, imię i nazwisko węgierskie i pisane z węgierską inwersją: najpierw nazwisko, imię drugie, do tego dodane typowo rosyjskie otczestwo, ale w brzmieniu ukraińskim!


drubiesz_10.jpg
drubiesz_12.jpg
Gdzieś tam w dali są Bieszczady.


Berehowo, ghost city

Nazwę Berehowo wynalazł jakiś czechosłowacki urzędnik, wcześniej nikt tak tego miasteczka nie nazywał, mieniło się Beregszász i Słowianie najwyżej po swojemu pisali to cyrylicą. Nazwa pozornie od słowiańskiego "brzegu", ale naprawdę od niemieckiego "Berg" czyli góra, a "szász" bo Sasi tu byli, lecz od dawien dawna ich nie ma. I miasto i okoliczne wioski są rdzennie węgierskie, a od macierzy odcięte za sprawą pechowo idącej kolei. W mieście słychać głównie węgierski, ale każdy (prawie) zna rosyjski, zwłaszcza starsi, bo mniejszość węgierską za Sowietów w szkołach uczono języka imperium, a nie lokalnego dialektu. Ignacy opowiada, że jednak ukrainizacja postępuje, rosyjski jest uczony coraz niestaranniej, co ze stratą, bo rosyjski jak nie patrzeć międzynarodowy, a ukraińskiego w świecie nikt nie zna.

Ja sam miałem kłopot z rozpoznaniem, który z tych języków słyszę, bo tutejsi jeśli mówią po rosyjsku to ze swoim akcentem, nie siląc się na moskiewską śpiewność, więc u wykonaniu Zakarpacjan rosyjski i ukraiński różnią się głównie paroma chrakterystycznymi słowami: jak słyszysz siczas, to rosyjski, a jeśli zaraz - to ukraiński. Zresztą Polak znający rosyjski nie ma tu żadnych problemów z rozmówieniem się. Gorzej z pismem, bo nie wiem jak innym, ale mnie cyrylica robi zaporę w oczach, zwłaszcza gdy po ukraińsku i archaizowane litery, co tu lubią.

Co to jest Berehowo? To jest ni miasto ni wieś. Od środka, o którym za chwilę, rozchodzą się ulice niby ośmiornice, wkrótce przechodzące w długie wsie-ulicówki. Niska zabudowa, wszystko w drzewach. Nawierzchnia - stara jeszcze austro-węgierska ciemna bazaltowa kostka. Gdzieś tu w okolicy muszą być kamieniołomy bazaltu. Prześladował mnie ten bazalt, bo różny jest od naszego granitu - granit pęka grzecznie wzdłuż swoich wrodzonych słojów, bazalt nie: ten kamień pęka jak szkło i widać na nim "przełom muszlowy" czyli każde uderzenie młota. Te ślady ludzi dawno temu męczących się (i męczonych) w kamieniołomach chodziły tu za mną, widoczne na kostce, na krawężnikach, na płytach. Kamień jak jakiś całun z Turynu.

Chodziliśmy po ulicach, późny ranek i cisza: słychać własne kroki i nic więcej. Miasteczko schowane za murami, za ogrodzeniami z płatów blachy, ślepe ściany, wysokie bramy wyglądające jakby nikt nigdy ich nie otwierał. Pod ścianami położono wąskie nierówne chodniki albo ludzie sami wydeptali ścieżki. Przeciskają się pod domami, bo tam, gdzie gdzieś indziej byłby trawnik, tu miał być - szlachetnie - ozdobny żywopłot, ale od stu lat krzewy rozrosły się, zajęły i jezdnię i przestrzeń dla pieszych. Drzewa urosły jak w lesie, nad jezdnią tworzą dach. Szczególnie wieczorem sprawia to niesamowite wrażenie, bo latarnie tu raczej się nie palą. Jak w jakimś ghost city, mieście z którego ludzie sobie poszli, zostawiając je zjawom.

To miasto duchów jest zdumiewająco bogate w starą secesyjną architekturę i wierzę, że kiedyś, przy lepszej koniunkturze jeszcze się na niej wypromuje. Co chwila odkrywałem "perełki", wille wśród drzew zbudowane pod okiem tutejszych Antoniów Gaudich. I chyba faktycznie na barcelońskim mistrzu się wzorujące. Ale w większości niezamieszkałe, opuszczone, trzymające się tylko siłą dobroci swojego wykonawstwa, nie bieżącą troską ludzi. Ignacy był czas jakiś temu świadkiem, jak na jednym z głównych tutejszych zabytków - dawnym kasynie - płonął dach. Teraz przykryto go znowu, ale już imitacją, kolorowa papa bitumiczna zamiast oryginalnej dachówki. A ile niszczeje.

Co się stało z właścicielami, mieszkańcami tych zabytków? Pewnie niektórym udało się wyjechać; jeśli byli Żydami, mogli nie zdążyć przed Oświęcimiem. Sowieci po swoim wejściu wyaresztowali i wywieźli stąd do łagrów i kopalń parę tysięcy ludzi, w domyśle tych zamożniejszych i aktywniejszych. Stoi tu ich pomnik - same węgierskie nazwiska, wróciła może połowa. Dziwny kraj, gdzie wojna oszczędziła domy, ale mimo to raziła ludzi. Domyślam się, że miasteczko nie doszło do siebie po tamtym szoku. Opuszczonych domów nie zasiedlili sąsiedzi, a może i mieszkańcy porzucali je, gdy w sowieckiej biedzie okazywały się zbyt drogie do utrzymania. Publiczna przestrzeń, dotąd wspólna, stała się obca i wroga, zajęta przez "onych", mówiących obcym językiem i bredzących - jeśli ktoś ich zrozumiał - o swoich idiotycznych utopiach. Mieszkańcy zatarasowali się w swoich domach, gdy mogli podwyższyli płoty, zaślepili wzierniki, nie strzygli bluszczu, gdy zarastał im okna. Na wysokości kostek u nóg w ogrodzeniach zostawili prześwity psom, by w porę zwąchały idących obcych.


drubiesz_14.jpg
Monumentalny gmach w centrum Berehowa, pamiątka świetności Węgier za Franca-Jozefa. Dziś używany wewnątrz, na zewnątrz obdarty i pokancerowany, zagnieżdżony przez jaskółki - przyczynia się do wrażenia "ghost-city", jakie pod wieczór sprawia to miasteczko.


drubiesz_15.jpg
drubiesz_16.jpg
Tenże gmach (dawne starostwo? - dziś wyższa szkoła) w innych ujęciach.


drubiesz_17.jpg
Berehowo jest pełne perełek secesji. Wyglądają, jakby ich projektant znał Antonio Gaudiego! Większość tych domów stoi pusta, często bliska zawału. Drzewa, które ocieniają ten okaz, to tulipanowce (z południa USA). Zwróć uwagę na bazaltową kostkę. Rynna wystająca z sąsiedniego dachu to kolejna tutejsza atrakcja: takie rynny leją wodą z góry na chodnik, ludziom na głowy! Szczęśliwie deszcz nie padał, jak byłem.


drubiesz_18.jpg
Dla miłośników botaniki: to naprawdę tulipanowiec. Na oko 20 m wysoki!


drubiesz_19.jpg
Chociaż zdjęcie pod światło nieudane, to widać to, co chciałem pokazać: bluszcz pod którym znika jedna z "perełek", roślinność dominująca ulicę, wąski przesmyk którym przeciskają się ludzie pod murami, ślepe ogrodzenia i bramy z litej blachy. Widać, że świat poza domem zbyt długo tu był wrogi.


drubiesz_20.jpg
Jeszcze jedna perełka..


drubiesz_21.jpg
I kolejna...


drubiesz_22.jpg
I kolejna. Zwracamy uwagę na pięknie zachowaną kostkę z bazaltu.


drubiesz_23.jpg
Dom w stylu - jakby - słynnego Casa Mila. Ulicą akurat przeciągały spychacze nader postsowieckie, więc taka metafora się przypadkiem zrobiła.


drubiesz_24.jpg
I jeszcze taki zabytek.


Przy centralnym placu w tym wiejskim, choć 20-tysięcznym Beregszasie stoi monumentalny gmach godny państwowej stolicy. Secesja z charakterystycznym wiedeńskim dachem. Domyślam się, że za Węgier było tu starostwo czyli siedziba władz komitatu. Bogacące się dynamicznie, będące ówczesnym gospodarczym tygrysem Europy, węgierskie (choć na śmierć pożenione z Austrią) państwo miało gest i fundusze, by prowincjonalnym miasteczkom fundować takie metropolitalne prezenty. Gmach przetrwał i mieści dziś wyższa szkołę, ale odpadły mu tynki, porosła flora, zagnieździły jaskółki, a nowym władzom starczyło pary by odkuć sowieckie godło, ale brakło by przyczepić jakiekolwiek nowe. Gdyby nie ten gmach, pewnie Berehowo nie zrobiłoby na mnie aż takiego wrażenia miasta wampirów. Filmowcy wszystkich krajów! Póki jeszcze Kijów nie przydzielił Berehowu (daleko stamtąd... Dalej niż z Pragi przed wojną...) funduszy na odbudowę, spieszcie się przyjeżdżać kręcić tu filmy o drakulach!

Ale żebym nie przesadził: ogólne wrażenie jest pozytywne. Na Zakarpaciu nie widać tego, czego obawiałem się najbardziej: nie ma post-sowieckich skażeń w krajobrazie ani w ludziach. Nie ma zon, pustych placów, kolczastych ogrodzeń, monstrualnego porzuconego industrialu ani fałszywych pomników. Pewnie Sowieci nie inwestowali w swoim stylu w tę peryferię imperium, co jej wyszło na dobre. Także po ludziach nie widać tknięcia sowieckim czadem. Jest widocznie biedniej niż na Węgrzech, w Słowacji czy u nas, ale czuje się życie czyli kapitalizm i dużo się buduje, a bogata dzielnica willowa na wzgórzach nad Użhorodem wygląda imponująco. Chociaż widać też niedawny kryzys i świeże domy, którym zabrakło ostatnich 10% funduszy, by je oddać do użytku.


drubiesz_07.jpg
Tu jest wyraźnie cieplejsza strefa: przed cerkwią rosną cedry - po naszej północnej stronie Karpat niemożliwe.


drubiesz_08.jpg
Ciepła strefa! W murze na skarpie nad rzeką Uż wyrosła figa. Pierzaste liście obok, to ajlantus, w Polsce rzadki i marny, tu bujny i rozsadza fundamenty.


drubiesz_25.jpg
Wieś Kidiosz koło Berehowa. Tu jest już strefa żółtych lub białych domków krytych czerwoną dachówką: zaczynają się Bałkany! Uwaga: droga jest równa tylko na zdjęciu. Naprawdę więcej niż 70 na godz. nie pojedziesz.


Figi, cedry i katalpy

Wsie i wiejski krajobraz pod Berehowem należą wyraźnie do południa: czerwone dachówkowe dachy, winnice i brzoskwiniowe sadki, południowa sjesta. Zaczyna się ta strefa krajobrazu, którą znam z wewnętrznej Chorwacji - Slunj, Karlovac - czy z Bułgarii. Wieczorem grają cykady. Rośnie wiele drzew, którym u nas za zimno: przed cerkwią w Użhorodzie znalazłem duże cedry, w Polsce przecież niemożliwe. Typowe są katalpy i ajlanty, oba gatunki kłopotliwe, bo lubią się wysiewać na dachach, a i niżej korzeniami rozsadzają mury i chodniki. W Użhorodzie na murze nad rzeką wypatrzyłem wsiany tam figowiec, a drzewa figowe z dojrzewającymi owocami widziałem dalej na południe, w Bene. Jedna z secesyjnych willi w Berehowie stała w cieniu tulipanowców - wielkich, ponad 20 metrów mieć mogły. Platany też są i owocujące kasztany jadalne, chociaż te nieduże. Jednego drzewa, z rodziny motylkowatych (jak robinia lub glediczja), nie umiałem dobrze rozpoznać, być może była to Sophora japonica.

Po okolicy Berehowa jeździliśmy z Saszą Woroszyłowem, miejscowym dziennikarzem. Ignacy zaprowadził nas do winiarza w wiosce Bene, którego znał ze swoich wcześniejszych wypraw. György Parászka okazał się - jak prawie wszyscy tamtejsi - rodowitym Węgrem, śniadym Madziarem wąsatym jak z obrazka, przy tym jowiszowcem i gadułą, dumnym ze swoich 3 hektarów winnicy i kolekcji chyba dwustu odmian winogron. Prowadził nas miedzy krzewami, pokazując (i każąc skubać) zielone, różowe, czerwone i czarne, małe i duże, okrągłe i podłużne, winiarskie i deserowe, na rodzynki i z pestkami, stąd, z Węgier, z Gruzji, z Francji, z Chile, z Brazylii i nie pamiętam skąd. Zwiedziliśmy jego piwnicę z beczkami - chyba powinna się nazywać właśnie "winnicą", bo gdzie tam piwo? - którą jego pradziadowi wykuli w skale jeńcy włoscy z Pierwszej Wojny, do tej pory z wdzięcznością w Bene wspominani. Ja niestety jako trzymający kierownicę nie degustowałem - dopiero z butelek w Polsce po powrocie. Warto by ktoś z naszych handlowców zainteresował się zakarpackimi winami, bo w sklepach u nas ich dotąd nie ma.


drubiesz_26.jpg
Wieś Bene. Arcy-węgierski kościółek kryty gontem.


drubiesz_27.jpg
Györgi Parászka w swojej piwnicy (winnicy?!) opowiada mnie (z prawej) i Ignacemu (z lewej) o tajemnicach winiarstwa. Foto. Aleksander Woroszyłow.


drubiesz_28.jpg
György Parászka z dumą prezentuje jedną z odmian winogron ze swojej kolekcji. Ma ich około dwustu (odmian) na 3 ha winnicy. Foto. Aleksander Woroszyłow.


drubiesz_29.jpg
Winorodne wulkaniczne wzgórza nad Bene. Na miejscu obecnej płaskiej równiny musiało tu - niedawno! - być morze i klifami podcinać te wzgórza.


drubiesz_30.jpg
Ranek ostatniego dnia, stoję na przejeździe, 5 km dalej granica Węgier i Unii. Jednak u nas już nie ma takich autobusów...


Geologiczny przekrój przez cztery państwa

O ósmej rano wreszcie wypuszczają mnie z granicy. I tak miałem dobrze, bo kolejka w bramce "EU" była dużo krótsza niż ta druga. Asfalt od razu gładszy, równina naokoło taka sama, wioski tym różne, że wystrzyżone kosiarkami. Pod Vásárosnamény mijam Cisę, która wielkości i pozoru Narwi pod Ostrołęką. Przed Kisvárdą teren nabrzmiewa, jałowe pagórki, akacjowe laski - widać to jest ta wyżyna, którą wyminęła Cisa, kierując się na północ aż pod Czop i Zahoń (Záhony) mimo odrzucających ją na południe delt z karpackich dopływów. Zataczając łuk wewnątrz karpackiej kotliny Cisa jest żywą ilustracją działania siły Coriolisa, która na północnej półkuli skręca nurt rzek w prawo i sprawia, że prawe brzegi są wysokie, a lewe płaskie. (Wisła w Warszawie ma akurat na odwrót... ale to inna historia.) W Kisvárdzie - szczęśliwie - łatwo znajduję drogę na Sárospatak - to słynne miasteczko ze średniowiecznym zamkiem, gdzie przechowywano pierwszą polską Biblię Królowej Zofii. Jeszcze raz Cisa, wcale nie większa. Płasko jak na naszych Żuławach. Wyobrażam sobie te równiny, wtedy pewnie jeszcze bardziej równe bo bez drzew, kiedy konie paśli na nich pierwsi Madziarowie, ciesząc się - około 896 roku - nową siedzibą. Ale już od zachodniego skraju nadciągają wzgórza zachodniego masywu Karpat, dziwnie dla polskiego oka najeżone i zaostrzone, od razu widać, że nie łagodna mokra beskidzka fliszowa sedymentacja i erozja je uczyniły, tylko wulkaniczny gniew Ziemi. Madziarowie na swych kucach musieli spoglądać ku tym najeżonym górom z otuchą, że osłonią ich przed zewnętrznym wrogiem niby zbroja ciało, ale i z niepokojem, bo nie oni tam mieszkali, tylko krnąbrni Słowianie, których jednych trzeba było przekupywać, drugich straszyć i w ogóle sam z nimi kłopot, aż po ponad tysiącu lat, w 1918 roku - o niewdzięczni! wiarołomni! - odcięli się granicą tnąc Sátoraljaújhely od Nowego Mesta, pomiędzy jednym takim wygasłym wulkanem a drugim.

Dawne Węgry, do których wciąż wracaliśmy, ja z Ignacym gawędząc po drodze, czyli Korona św. Stefana, wydały mi się, kiedy tak rozglądałem się po nich z nadcisańskiej równiny, krajem pustym w środku. Korona św. Istvana miała faktycznie mocną, twardą skorupę - wał Karpat od północy i wschodu, przedgórza Alp na zachodzie, ścianę Velebitu na południowym zachodzie. Ale środek miała pusty: równiny nad Cisą były romantycznie nostalgiczne i choć czyniły Węgrom komunię z ich pasterskim koczowniczym archaikiem, to ludzi nie karmiły, miast ani rozwiniętszej cywilizacji nie podtrzymywały. Węgry, jak mi się zdaje, nie miały swojego matecznika, nie miały rdzenia, w którym siedziałby chłop-vajśja zaparty w ziemi, mnożący się i karmiący sąsiednie miasta i pałace. Kiedy w 13 wieku uciekli przed Mongołami Kumanowie, władcy Węgier osadzili ich w centrum swojego kraju, pod obecnym Budapesztem, od czego ten kraj do dziś nazywany Kiskunság, czyli Mała Kumania. Mogli tak uczynić, bo środek ich państwa wciąż był niezaludniony. Mijam kilometrowe pola świeżo orane po żniwach. Ziemia w grubych skibach, barwy mało różnej od asfaltu. Tyle że ten czarnoziem rodzi dopiero od niewiele ponad stu lat, bo potrzebuje wałów, rowów, melioracji, głębokiej orki i ciężkiego sprzętu. Dawny chłop z pługiem lub wcześniej z sochą nie dawał mu rady. A pasterz nie wykarmiał państwa. Być może w tej geografii leży przyczyna słabości Węgier, które w historii wciąż zapadały się - właśnie jak owoc z twardą skorupą lecz w środku pusty. W końcu skorupa, czyli mniejszości narodowe zamieszkujące Karpaty, korzystając z klęski Węgier wraz z Austrią i Niemcami w Pierwszej Wojnie, zbuntowały się i odłupały się z tą skorupą, przez co obecne Węgry nie mają żadnych geograficznie uzasadnionych granic. Ale już są w Unii, gdzie granice niepotrzebne.

Spiczaste góry na Sárospatakiem coraz większe. To miasteczko ma nazwę pół-słowiańską, bo patak to nasz potok. Istnieje przesąd, podtrzymywany przez szkolną geografię, jakoby Karpaty były "łańcuchem" gór, więc tworem liniowym, strefowym i podłużnym. To nieprawda, co widać zwłaszcza gdy się jest w środku tego górotworu. Podłużną strefą jest tylko zewnętrze tych gór, czyli Beskidy razem z ich przedłużeniem w Rumunii. Wnętrze Karpat jest inne i składa się z dwóch osobnych bloków. Tylko drugi z nich jest dobrze opisany, nazwany i uświadomiony: to Wyżyna Siedmiogrodu-Transylwanii zamknięta od wschodu tamtejszą kontynuacją Beskidów, od południa Górami Fogaraskimi, od zachodu górami Bihor lub Munţii Apuseni. Zwarty masyw, wypiętrzony na brzegach, zaklęsły w środku. Zapewne jest to kraton - czyli dawna sztywna wyspa, wklinowana pomiędzy większe płyty litosfery.


drubiesz_33.jpg
Zachodni blok Karpat. Widoczna struktura koncentrycznych fal. Czerwone kropki zaznaczają Zakopane (w środku), Kraków (na północy), Budapeszt (na południu) i "mój" Sárospatak - na wschodzie kręgu. Grafika wzięta z Google Maps.


Pierwszy z karpackich segmentów pozostaje wciąż nieznany i nienazwany jako całość i osobna struktura. Na tradycyjnych mapach z kolorowymi poziomicami nie wyróżnia się. Rzuca się w oczy dopiero na zdjęciach satelitarnych. (Mam nadzieję, że Google wybaczą mi zacytowanie ich zdjęcia na rysunku.) Jego składowe pasma układają się w coś na kształt kręgów fal na wodzie, w którą wrzucono kamień. Aż się prosi, aby tę formację utworzył meteoryt, który wbiłby się tu w ziemię i poruszył na kształt fal jej skorupę. Ale nic o takim nie wiadomo... Okiem tego górzystego cyklonu są Tatry. Jedność i symetria tego tworu wskazuje, że uformował ją jakiś jednolity proces. Jaki? Tego do dziś nie znalazłem; geologia, jak i wiele innych nauk w swoich szczegółach okazuje się być wiedzą tajemną. W każdym razie to nie mające nawet jednej nazwy (jest sztuczna nazwa "Góry Tokajsko-Slańskie") pasmo wulkanicznych wzgórz, które jest skrajnym obramowaniem zachodnio-karpackiego masywu - idzie z północy na południe, po czym skręca gdzieś koło Tokaju zaginając się znów równoleżnikowo i tworząc Góry Mátra. Pasmo to kontrastowo odcina się od nadcisańskich płaszczyzn i prowadzi wzdłuż siebie szlaki idące ze środka Węgier na północ, do Polski. Po paru próbach, bo drogowskazy w miasteczku się gubią, znajduję szosę do Sátoraljaújhely.

Na oba te masywy, wschodni-transylwański i zachodni z centrum w Tatrach, działały i pewnie nadal działają siły wypychające je do góry. Pomiędzy nimi jest luka, która się zapada - gdzie siły litosfery wciągają ląd do wnętrza Ziemi. Być może jest to ciężka tafla dawnego dna oceanu. Ta luka-zapadlina jest wciąż pracowicie zapełniana przez nanoszące osad rzeki. To, co gromadzone przez wodę, nie ma wyboru: może się układać tylko horyzontalnie jak woda. Dlatego równiny nad Cisą są tak równe, że nawet mazowieckie oko jest nimi zdziwione, że tak płasko na ziemi w ogóle może być. Podobne zaskoczenie płaskością krajobrazu miałem w zachodniej Syberii, ale tam podobne procesy idą na ile razy większą azjatycką skalę. Ignacy kiedy się dowiedział, że kotlina węgierska się pogrąża, skomentował to: nie dość że Węgry zostały rozebrane w Trianon, to jeszcze się zapadają! Pewnie Vargę ("Gulasz z turula") też by ta wiadomość ucieszyła.

Wzgórza nad Sárospatakiem i Sátoraljaújhely suche, małymi drzewami porosłe, winnice wspinają się po same szczyty. Zaraz przejeżdżam (byłą) granicę HU-SK i dalej podziwiam te same tektoniczne pamiątki. Wschodnia Słowacja leży na dnie tej samej nacisańskiej luki, tyle że tu już węziej i widać drugi kraniec, czyli wzgórza Wschodnich Karpat, Wyhorlat gdzieś nad Michałowcami. Ziemia gnie się, faluje, równiny pozostają z tyłu. Vel'aty - Trebišov - Sečurov: usiłuję jechać inną drogą niż cztery dni temu, ale okazuje się, że drogowskazy na Svidník kierują właśnie przez ten Stropkov, który chciałem ominąć. Trudno, będę wracać po swoich śladach, wzdłuż Ondawy i zbiornika na tej rzece. Jeśli Ondawa (Ondav) jest jakby rewersem Sanu, to zalew na niej powtarza Solinę. Tutejsze góry są uderzająco podobne do naszego Beskidu Niskiego, co niczym dziwnym, bo to ten sam fliszowy górotwór, sztucznie inaczej nazwany przez słowackich geografów ("Wyżyna Ondawska") niż przez polskich. Powtarzające się pasma, jedno równo ległe przy drugim, swoimi równymi grzbietami świadczą, że kiedyś zostały przez wodę zrównane do cna, do płaskości, po czym jeszcze raz przez siły Ziemi litościwie dźwignięte. Po słowackiej stronie są wycięte głębiej, ostrzejsze niż po stronie polskiej - widać z powodu zapadania się Panonii rzeki tu intensywniej przerabiały skalną masę. Cały krajobraz od tego traci swój ognisty post-wulkaniczny nerw i jak każda praca wody staje się neptunowo mgliście senny i powtarzalny jak wzór na tkaninie. Strapkov, Svidník i pomniejsze wioski mijam nie wysiadając (co to państwo, które przejeżdża się w dwie godziny i to przy ciągłych ograniczeniach prędkości do 50/h.!). Sowieckie i szwabskie czołgi poustawiane jako pomniki, jeden włazi na drugiego, zapłodnić go chce? Droga w górę i w górę, i w końcu w dół - to już nasz Barwinek. Syf przy drodze...

Karpaty po polskiej stronie nie mają zakończenia, krawędzi - one się rozpłaszczają i gasną. Po naszej stronie krajobraz, choć miejscami równie szeroki jak węgiersko-słowacki, ma kilkakrotnie mniejszą amplitudę. Jak od tłumienia gaśnie dźwięk, tak nasze góry gasną, jakby tłumił je jakiś imperatyw idący z wnętrza ziemi. Jakby karpacka fala grzęzła w materii stawiającej opór, lepkiej, wytracającej energię. Jeszcze pod Miejscem Piastowym czy Kombornią widać dalekie beskidzkie kopki, ale już za Domaradzem gór nie widać: to nie są góry - to jakieś ledwie nierówności terenu, krzaczasta zasłona doliny nie pozwalająca patrzeć dalej. Jeszcze za Wisłą będą małe nabrzmienia terenu, jakieś odległe echa alpejskiej tektoniki, tego geologicznego szaleństwa które skręca Jug Europy. Jeszcze pod Opatowem kątem oka omiotę cienie Łysogór - jakie tam one góry... Dalej Mazowsze, a jakie jest, każdy widzi.


Wojciech Jóźwiak


[1] Dzisiaj Donieck. Dawna nazwa Juzowka od inwestora, Szkota nazwiskiem Hughes.

[2] Krzysztof Varga, Gulasz z turula, Wyd. Czarne, Wołowiec 2008



Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)