Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

24 kwietnia 2012

Milena Alicja Niedzielska

Królowa Niebios
Fragment książki "Sandomierz mityczny" - Rozdział III: Majowa królewna. Matka góra i ojciec niebo. Matka Boska Gromniczna. Wydawnictwo Armoryka 2012

Niniejszy tekst pochodzi z książki Grzegorza Niedzielskiego "Sandomierz mityczny", opublikowanej przez Wydawnictwo Armoryka, Sandomierz 2012, str. 98-120.
W Tarace za zgodą Wydawcy oryginału.


Majowa królewna

W obrzędach zielonoświątkowych i świętojańskich o których wcześniej pisałem, oprócz byka przystrojonego wieńcami z kwiatów i ogłaszanego poprzez zwycięską rywalizację „króla pasterzy”, którego można kojarzyć z dawnym, słowiańskim bogiem, późniejszym Zielonym Jerzym/Janem, pojawia się postać żeńska. W zachowanych do późna obrzędach Białostocczyzny i Białorusi zachował się zielonoświątkowy obrzęd chodzenia z królewną (na Białorusi z kustem - „krzakiem”, tj. dziewczyną przybraną w gałązki i kwiaty). Zwyczaj jest bardzo dawny, bo pojawia się już w zapisach z XII wieku, wyklinających „kłanianie się kustu”. Zapewne jest to odpowiednik Kostromy, w obrzędach wschodniosłowiańskich - żeńskiego bóstwa wiosny i płodności, personifikowanego przez młodą kobietę z gałązką drzewa w dłoni. Jej imię wiąże się z ros. koster’, kostra - „zewnętrzna tkanka roślin, używana jako przędza”, ale także kostier - „stos, ognisko”, co ma źródło w obrzędzie palenia wówczas ognisk dla zapewnienia urodzaju. Chodzenie z kustem, czyli przystrojoną w gałązki i kwiaty panną, kończyło się pochodem dziewcząt nad rzekę lub inny zbiornik wodny i wrzuceniem doń gałązek i kwiatów z kusta, co łączyło się z prośbą do rusałek o obfite opady deszczu i urodzaj. Witold Klinger opisując podobne zwyczaje na Podlasiu, pisze: „Na Podlasiu nadnarwiańskiem na Zielone Święta najpiękniejszą z całej wsi dziewczynę wybierają na „Królewnę”, 6 zaś lub 8 starszych dziewcząt na jej „marszałków”. „Królewnie” na głowę wkładają koronę z ruty, barwinka itd. i wiodą ją wraz z jej orszakiem granicami pól tej wioski z pieśnią: »Gdzie królewna chodzi, tam pszeniczka rodzi, gdzie królewna nie chodzi, tam pszeniczka nie rodzi«”. Zwyczaj słabiej zachował się na Kaszubach, gdzie dziewczynę wybieraną na królową zastąpił znany i z innych rejonów kraju „maik”, czyli zielone drzewo przybrane wstążkami i obrazkami wotywnymi, na którego czubku w niektórych okolicach sadzano ludzką kukłę, albo umieszczano złotą koronę. Jednak już na Pomorzu Zachodnim, w rejonie Stargardu Szczecińskiego, wybierano spośród wioskowych panien „królową maja”, uroczyście wyprowadzaną z domu na ogólnowioskową zabawę. Wybór „królowej pasterzy”, obok „króla pasterzy”, otrzymujących wspólnie, jako para wieńce i bukiety od wszystkich uczestników obchodów, według relacji Zygmunta Glogera był na Kujawach żywy nadzwyczaj długo, bo jeszcze u progu XX wieku.

Niezwykle ciekawym odniesieniem do wymienionych zwyczajów jest znany ze Serbii i Chorwacji zwyczaj chodzenia w święto Pięćdziesiątnicy (w prawosławiu - Trojcy) z dziewczyną zwaną kraljicą, czyli „królewną”. W pewnych rejonach jest ona również zwana ljelją. I w tym przypadku kraljica występuje razem z królem oraz orszakiem dziewcząt, ale tym razem uzbrojonych w szable. Obrzęd znany jest i z Rusi, jako laljik, święto panien, podczas którego dziewczynę - lalej sadzano na ławie, a zgromadzona młodzież tańczyła wokół niej w kręgu. Do podobnych zwyczajów odnosi się najwyraźniej zapis z Regulaminu dla Świętego Synodu: „w oznaczonym dniu świątecznym prowadzą kobietę bez nakrycia głowy imieniem Pjatnica, a wiodą ją w procesji wokół cerkwi i przy cerkwi cześć jej oddaje lud, z darami i nadzieją na jakąś korzyść”. Ta sama Pjatnica była jednak zaliczana na Ukrainie do rusałek i można ją uznać za pozostałość kultu słowiańskiej Mokoszy. Serbskie obrzędy zielonoświątkowe obejmowały palenie ognisk z kłód nad brzegiem wód, rzucanie w nurt rzeki miseczek z tykw oblepionych zapalonymi świeczkami, podobnie jak u nas na św. Jana czyniono z wiankami (zarówno wianek, jak i naczynie posiada symbolikę żeńską), oraz ekstatyczne tańce kobiet, zwanych rusaljami, które wprowadzały je w stan transowy, przy którym miały nawiązywać kontakt z duchami zmarłych przybywającymi na ucztę, a w efekcie powyższego - wieszczyć. Ekstazę kończyło polewanie ich wodą przez skrzyżowane ostrza szabel (dokładnie - jataganów). Rytuał istniejący kiedyś na całych, słowiańskich Bałkanach obecny był wcześniej i w Polsce, o czym można wnioskować z rachunków dworskich Zygmunta Starego, mówiących o wydatkach na chłopów - tancerzy z mieczami. Resztki zwyczaju zachowały się w tańcu góralskim, tzw. zbójnickim. Jak pisze Krzysztof Bracha, używane w takich zwyczajach przedmioty - miecze (szable, kije, włócznie) i naczynia (tykwy) posiadają symbolikę płodnościową, męską (miecz) i żeńską (naczynie). Wspominany przez Długosza w związku z Zielonymi Świątkami obrzęd Stada nawiązuje również do tańca w kole, Brückner bowiem sugerował, że „stado” oznaczało taniec w kole, u innych Słowian nazywany „kołem”. Długosz wspomina również w kontekście „stada” o gromadzeniu się ludzi z jednej wsi i wzajemnych walkach, niekiedy kończących się nawet śmiercią. Z innego przekazu wiadomo, że był to rodzaj igrzysk połączonych z obrzędowym tańcem, w którym dziewczęta uzbrojone w miecze i chłopcy zbrojni w miecze i kije okładali się wzajemnie w walce. Tłumaczy to dlaczego przekazy z Bałkanów wspominają o dziewczętach, a z Polski o chłopcach - w istocie w obrzędzie uczestniczyli pierwotnie jedni i drudzy. Prawdopodobnie do analogicznych obrzędów nawiązuje legenda o Amazonkach przekazana przez Kosmasa z Pragi, które zbudowały według jego relacji na skale gród Devin (od słowa „dziewy”). Młodzieńcy, na drugiej skale, leżącej na odległość dźwięku rogu, pomiędzy krzakami zbudowali z kolei gród Chwrasten (od „chruściny”). Toczyć mieli pomiędzy sobą walkę przerywaną czasem pokoju, w trakcie którego wspólnie ucztowali i pili, co zakończyło się ostatecznie porwaniem dziewcząt nocą, podczas biesiady i zawarciem „przymierza małżeńskiego”, po zabraniu z obu grodów „darów Cerery i Bachusa” i oddaniu pustych murów „lemnijskiemu Wulkanowi”. „Dary Cerery i Bachusa” to jedzenie, głównie zbożowe, roślinne oraz wino lub inny napój alkoholowy, co sugeruje obrzędową ucztę. „Lemnijski Wulkan”, czyli Hefajstos mający swoją kuźnie we wnętrzu góry Moschylos na wyspie Lemnos (skąd przydomek) przywodzi zaś na myśl Swaroga z którym porównywany był przez bizantyjskiego kronikarza Jana Malalasa słowiański bóg Swarog, opiekujący się według tego samego zapisu prawem małżeńskim (jego syn Dadźbog kojarzony z Heliosem sprzeciwiał się zdradzie małżeńskiej „Egipcjanki” naruszającej „zakon [tj. prawo] Swaroga ojcowskiego”). Powracamy więc do „przymierza małżeńskiego”, wspominanego przez Kosmasa jako zakończenie historii.

Obrzędy zielonoświątkowe, co zauważa Bracha, ukazują związek ognia (ogniska ale i płomienia niebios - błyskawicy) i wody, życiodajnych oraz oczyszczających żywiołów, czyli powielają schemat mityczny obchodów św. Jana. Karol Potkański interpretując zwyczaje stada, również wskazywał na symboliczny wymiar pierwszego, wiosennego grzmotu przynoszącego w maju życiodajne deszcze dające żyzność gleby i obfitość traw na pastwiskach. W wierzeniach wschodnich Słowian można w tym kontekście wskazać na wiązaną ze św. Mikołajem bądź św. Jerzym - Melanię (Malan’ja), której imię kojarzy się wprost z rosyjskim molon’ja - „błyskawica”. W bajkach ludowych cesarzowa Malan’ica i cesarz Ogień palą stada cesarza Zmiulana, co jak podaje Uspieński za Toporowem i Ivanowem, jest wskazówką, że Malan’ja jest w istocie małżonką boga gromu lub jego żeńskim odpowiednikiem, boginią uraniczną, władającą gromem. Czyżby dlatego wojownicze dziewczęta z orszaku ljeli wyposażone były w szable?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, powróćmy teraz w pobliże Sandomierza. Wspominałem już o trójcy bóstw, jaką według Powieści rzeczy istej czcił okoliczny lud na Łysej Górze, a „które zwano Lada, Boda, Leli”. Warto tutaj zauważyć, że imię podane w Powieści rzeczy istej - Leli jest niezwykle podobne do chorwackiej i serbskiej królowej Ljelji z obrzędów Zielonych Świąt - Trojcy oraz wzmiankowanej przez Długosza jako bogini Dzidzileli. Jednak według Benedykta Chmielowskiego, autora Nowych Aten, będących pierwszą polskią encyklopedią: „Łysa Góra, vulgo Świętokrzyska w Sędomierskim Województwie, na której o mil 10 pod czas pogody widać Kościół i Klasztor. Był tam niegdy Polaków Asylum Forteca i Antemurał, jako z kamieni wielkich i murów trzech olim górę tę otaczających łatwo wnosić. Tam bogata mieszkając Pani, a tryumfując z Nieprzyjaciół, udała się za Dianę Boginię, od pospólstwa odbierając cultum, za to a DEO deorum piorunem zabita, według Kronik tamecznych.”

Mowa więc jest w przypadku Łysej Góry nie tylko o trójcy bóstw ale i władczyni, czczonej jako bogini Diana. Opowieść można by potraktować sceptycznie, gdyby nie to, że podobne legendy znane są z innych miejsc, wiążąc się z przekazami o zamkach na szczytach gór. Wspominałem już o grodzie Devin, władanym przez czeskie „Amazonki”. Otóż, według Dalimila i Pulkawy, oraz podążającym za nimi Długoszem, Devinem miała po zamążpójściu wcześniejszej jego pani, Libuszy władać Vlasta, prowadząc walki z Przemysłem. Dalimil wymienia z imienia sześć jej podwładnych. Rzecz to szczególna, bo właśnie 6 lub 8 dziewcząt towarzyszyło na Podlasiu „Królewnie” w Zielone Świątki. Według innego podania, Libuszą (lub Valaszką) zwana była władczyni zamku w Kłodzku, księżniczka, wieszczka i niezwyciężona wojowniczka, szczególnie łuczniczka, jako że potrafiła strzałą z łuku dosięgnąć z zamku lipy rosnącej w oddalonym o milę Żeleźnie. Jej łuk i pasmo złotych włosów miało być przechowywane w kościele św. Piotra i Pawła, na miejscu owej starej lipy i zarazem dawnej pogańskiej świątyni. Na Orawie istnieje natomiast opowieść o Babiej Górze, najwyższym szczycie Beskidów Zachodnich, jako miejscu zamieszkanym dawniej przez wdowę-olbrzymkę ze swoją córką. I tam miał się jakoby wznosić ich zamek. Inne legendy łączą góry z historycznymi już królowymi. Dla przykładu, wyniosłe wzgórze nad Ropą w Kunowej niedaleko Liwocza miało mieścić zamek królowej Jadwigi. Po zamku nie ma żadnych śladów ani zapisów kronikarskich, prawdopodobnie nigdy go tam nie było, natomiast królowa Jadwiga zastąpiła najprawdopodobniej wcześniejszą, legendarną postać władczyni lub bogini. Podobnych legend istnieją w ludowych przekazach dziesiątki, istnieje więc regularna zależność między postacią uranicznej bogini - królowej i górskim szczytem/wzniesieniem. Zależność taka ma bardzo dawne korzenie, bo kult gór zamieszkiwanych czy personifikujących boginie znany był już w kulturze minojskiej na Krecie. Wznoszono tam na szczytach wzniesień sanktuaria górskie, okolone jedynie prostym murem, którymi opiekowali się kapłani lub kapłanki Bogini Urodzaju. Towarzyszył jej młodzieńczy bóg symbolizowany przez słup kultowy, a sanktuaria ozdabiano byczymi rogami. Kapłanki wykonywały przywołujący boginię, rytualny, ekstatyczny taniec w kręgu, co czynione było wiosenną porą, wśród kwiatów i zielonych roślin. Mamy tutaj do czynienia ze starożytnym odpowiednikiem obrzędów zielonoświątkowych, znanych z Serbii i Chorwacji, a kiedyś - całej Słowiańszczyzny.


Matka góra i ojciec niebo

Jeżeli powrócimy teraz do samego Sandomierza, należałoby zastanowić się, z jakim miejscem wiązał się tutejszy kult bogini. Obrzędy zielonoświątkowe oprócz męskich bogów Boda i Łady, jak na Łysej Górze, czy też Jessy, Łady i Nyji według innych zapisów, przywołują również Lelę, czyli długoszową Dzidzilelę. Imię Dzidzileli jest zastanawiające i tajemnicze, bo wyjaśnienie że jest ona „Kołyszącą (czyli lelającą) Dzieci” budzi wątpliwość i może stanowić zbytnie zawężenie jej miana w związku ze sprawowaną funkcją, czyli darzeniem obfitością potomstwa, co sugeruje Długosz. Związek obrzędów zielonoświątkowych z wodami, przede wszystkim deszczem sprawia, że drugi człon należałoby łączyć z praindoeuropejskim *lei/*loi/*li - oznaczającym najpierw w ogólny sposób „wprawianie w ruch kołyszący”, później połączonego szczególnie z ruchem wód. Z identycznego źródła pochodzi leję, lać, w staropolszczyźnie - lić, o znaczeniu „wypuszczać ciecz, powodować przemieszczanie się cieczy”. Stąd lać, lić oraz licie, odnoszone zarówno do „ulewy”, jak i „prądu rzeki”. Podobnie w języku łacińskim lyo i greckim ly’ein, znaczącym „rozluźniać, rozpuszczać, uwalniać”, liquor - „płyn, woda”, liquo - „topić (tj. upłynniać), liguidis - „płynny”. Drugi człon imienia bogini najwyraźniej związane jest z ruchem wód, deszczem lub wezbranymi falami rzeki. Pierwszy człon imienia, jeśli porównać Dzidzilelę ze znaną z folkloru Dodolą, Dudulą, Didiulą, może posiadać związek z czasownikiem „dudnić” odnoszonym do odgłosu gromu. Takie wytłumaczenie jest jednak nieco z drugiej ręki, wprawdzie dobrze wyjaśnia miano Dodoli, ale nie Dzidzileli. Dzidzi- pochodzić może od rdzenia *di-n- „dzień, jasność, jasna pora, czas jasności“, wywodzącego się od *dei - „jaśnieć, bóg“, reduplikującego się do postaci *dei-dei (sanskryckie didi, dideti, didite). W bezpośrednim tłumaczeniu imię Dzidzileli kodować może tym sposobem szeroki zakres znaczeń, m.in. „Boginię/Panią Wód”, „Niebiańskie Wody” itp., związaną poza tym z niebiosami, bo od rdzenia *dei- tworzone były imiona bóstw uranicznych - litewskiego Diewasa, wedyjskiego Djausa, greckiego Dzeusa, rzymskiej Diany, irańskiej Daeny/Din itp. Odpowiada w ten sposób wschodniosłowiańskiej Mokoszy oraz irańskiej Anahicie, bogini wód, pani niebios oraz płodności, której imię wywodzi się według Wnuk-Lisowskiej od „nap- , nabh- być wilgotnym, aw. napta - wilgotny, śr. pers. nam, namb - wilgoć, n.pers. nam - wilgoć, enebh - wilgoć, st.ind. nambhas - mgła, niebo, aw. nabah- niebo, scs. nebes - niebo, a-nah - wylewać na...” A przecież, o czym już pisałem wcześniej, obrzędy zielonoświątkowe związane były ze sprowadzaniem obfitości deszczu dla zapewnienia urodzaju. Dlatego chodzono z „Królewną” i odprawiano obrzędy nad rzekami. W mocniej schrystianizowanych wierzeniach, wcześniejszą boginię i późniejsza „Królewnę” zastąpiła jednak Matka Boska - Maryja. W identyczny sposób, jak w jednych regionach Polski obchodzono w Zielone Świątki granice pól i wsi z „Królewną”, śpiewając „Gdzie królewna chodzi, tam pszeniczka rodzi”, w drugich czyniono z obrazem Matki Boskiej. Cel był identyczny - zapewnienie deszczu, urodzaju pól i zapobieżenie gradobiciu. Dawna bogini niebios i niebiańskich wód - deszczu, „królowa niebios”, została połączona z Matka Boską, której dodano ten sam przydomek Królowej Niebios. Przy chrystianizacji Słowian istniał więc już gotowy wzorzec do nałożenia na miejscowe zwyczaje. W takim przypadku powinniśmy jednak przyjrzeć się dokładniej kościołowi Najświętszej Marii Panny na Wzgórzu Katedralnym w Sandomierzu.



Rys.39 Sandomierska katedra Narodzenia Najświętszej Marii Panny na XIX-wiecznym sztychu i fotografii sprzed I wojny światowej

Jak twierdzi ks. Buliński: „Około roku 1120, Bolesław Krzywousty zapragnął wznieść w Sandomierzu okazalszą świątynie, jako w stolicy ziemi sandomierskiej, i w tym celu polecił rzeczony [tj. św. Mikołaja] kościół rozebrać, a inny na jego miejsce pod tytułem Najświętszej Maryi Panny zbudować, i parafiję z niego przenieść do nowo wystawionego kościoła na przyległej górze pod tytułem świętego Piotra.” Jak łatwo zauważyć, katedra NMP na sandomierskim Wzgórzu Katedralnym nie pochodzi z czasów chrystianizacji. Do jej wzniesienia przyczynił się dopiero Bolesław Krzywousty. Powstała w tym samym czasie również druga świątynia - kościół pod wezwaniem św. Piotra. Układ świątyń na trzech głównych wzgórzach Sandomierza zaczął tym sposobem przypominać znany z Gniezna, gdzie na Górze Lecha, na dwóch sąsiadujących ze sobą w jej obrębie wzniesieniach, zbudowano świątynię (późniejszą archikatedrę) pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny oraz kościół św. Jerzego (na początku kaplicę grodową). Pod archikatedrą znaleziono w czasie badań archeologicznych ślady dwóch palenisk, ceramikę i kości zwierzęce, a pod kościołem św. Jerzego usypisko z kamieni, rodzaj kurhanu. To ostatnie, według Leszka P. Słupeckiego, mogło być rodzajem pogańskiego ołtarza w postaci kopca z kamieni, u ludów germańskich zwanego m.in. harug/hearg.



Rys. 40 Topografia i układ grodu wczesnośredniowiecznego Gniezna

Rys. 41 Topografia wczesnośredniowiecznego Sandomierza z kościołem NMP na Wzgórzu Katedralnym i św. Piotra na Wzgórzu Gostomianum, prawdopodobnie miejscu położenia pierwszego zamku, zniszczonego podczas najazdu tatarskiego
Zgadza się to z przekazem Długosza o Nyji: „Plutona nazywali Nyją, uważając go za boga podziemi i stróża oraz opiekuna dusz, gdy ciała opuszczą. Do niego modlili się o to, aby wprowadzeni byli po śmierci do lepszych siedzib w podziemiach. (Duszom) tym wybudowano w mieście Gnieźnie najważniejszą świątynię, do której pielgrzymowano ze wszystkich stron.” Najpierw więc na wzgórzu Lecha znajdowała się świątynia dusz przodków (i zapewne Nyji), a później na niej wzniesiono kościoły o patronatach Maryi oraz św. Jerzego. Ponieważ Nyji odpowiada wschodniosłowiański Weles, zastąpiony później przez św. Mikołaja, układ kościołów NMP i św. Jerzego w Sandomierzu tym bardziej odpowiada układowi świątyń w Gnieźnie. Układ jest zresztą zachowany nie tylko pod względem patronatu, ale również układu względem topografii miasta, co widać na załączonych wizerunkach - wysunięte na północ wzniesienie zawiera gród władcy z kaplicą, później przemianowaną na kościół pod wezwaniem św. Jerzego (Gniezno) lub św. Piotra (Sandomierz), południowe i bardziej znaczące, katedrę poświęconą NMP. W Gnieźnie, jeszcze bardziej na południe, ale bezpośrednio przy Górze Lecha wznosi się Wzgórze Panieńskie z najstarszym podgrodziem miasta, podobnie jak w Sandomierzu na najdalej wysuniętym na południe Wzgórzu Zamkowym, znajdowało się podgrodzie pierwszego, piastowskiego zamku, zniszczonego podczas najazdu tatarskiego w grudniu 1259 roku. Zniszczony zamek szybko odbudowano, jednak już na obecnym Wzgórzu Zamkowym, dającym lepsze możliwości obrony. W Poznaniu, trójczłonowy zespół grodowy na Ostrowie Tumskim obejmował dwa najstarsze kościoły z okresu chrystianizacji: 1. pod wezwaniem św. Piotra (później przemianowany na św. Piotra i Pawła; najstarsza polska katedra z 968 roku) wraz z siedzibą pierwszego biskupa Polski - Jordana; 2. pod wezwaniem NMP (z około 965 roku) w obrębie siedziby księcia oraz podgrodzie w południowej części (obecne Zagórze) z osadą św. Mikołaja. Powtarza się więc układ pary kościołów NMP - św. Piotra, jak w Sandomierzu, a podgrodziu patronuje św. Mikołaj. Także gród książęcy Pałuków w Łeknie, zbudowany ok. 1120 roku nosił początkowo wezwanie NMP i św. Piotra. W Gieczu, innym ważnym ośrodku piastowskim najstarsza świątynia nosiła wezwanie św. Mikołaja i Wniebowzięcia NMP. Na Wawelu w Krakowie prawdopodobnie najstarszą świątynią jest Rotunda NMP z przełomu X i XI wieku i nieistniejący już kościół pod wezwaniem św. Jerzego, o nieznanych początkach (najstarsza wzmianka mówi o jego ufortyfikowaniu w 1243 roku).

Rys. 42 Św. Piotr z „kluczami królestwa niebieskiego” (po lewej) i św. Paweł (po prawej) z sandomierskiej cerkwi św. Archanioła Michała.
O św. Jerzym, jako spadkobiercy postaci dawnego boga uranicznego (perunowego), towarzyszu św. Mikołaja we wspólnej opiece nad hodowanymi zwierzętami i pasterzami już wspominałem. Zastąpił on gromowych bogów, których imiona tworzono od rdzenia jar-, jak wschodniosłowiańskich Jaryłę/Jaruna, czy pomorskiego Jarowita. W późniejszym czasie imię Jarosław, utworzone od tego samego rdzenia było często nadawane męskim potomkom rodów panujących na Rusi Kijowskiej (jak Indra w Indiach, np. król Indrabhuti), podobnie jak Bolesław w Polsce. Wprowadzone z chrystianizacją obce imię Piotr od początku, w podobny sposób wiązało się z władzą, co miało początek w wyobrażeniu Rzymu jako „Stolicy Piotrowej”. Św. Piotr, według tradycyjnych przekazów mężczyzna o gwałtownym charakterze (podczas pojmania Jezusa usiłował go z mieczem w dłoni, zbrojnie osłaniać, obcinając ucho jednego z napastników), dzierżący „klucze królestwa niebieskiego” (Mt 16,18-19), występuje potem w wierzeniach ludowych Słowiańszczyzny jako postać ambiwalentna, nosząca jednak cechy boga niebios i burzy. W ludowej opowieści Jak German został świętym, Piotr prowokuje Boga do zesłania gradu na pole jęczmienia Germana, a bezpośrednim tego wykonawcą zostaje Św. Eliasz Jednak i sam Piotr może zająć rolę przypisywaną Eliaszowi: „Św. Piotr deszczami rządzi, grzmotami i jeździ na koniach w wozie, skry się sypią, to na obrazie widziałem starinnym, jak zacznie deszcz, to leje i leje.” Dla porównania: „Powiadają ludzie, że latem, kiedy się niebo zachmurzy, Święty Eliasz gotuje się na przejażdżkę - zaprzęga dwa siwe konie do złotej karocy. Pierwsze kroki koni powodują, że grzmi. Potem, kiedy konie się rozpędzą, rozlegają się grzmoty, biją pioruny, a wyznaczony przez Boga człowiek lub zwierzę pada rażony gromem. Czasami pada deszcz z gradem, który, jak powiadają, robią mniejsi bracia Boga - aniołowie.” Niebiańskim pojazdem była najprawdopodobniej konstelacja Wielkiego Wozu, na którym jeździli według ludowych wierzeń św. Jerzy i św. Eliasz. Z Węgier znane jest również określenie tej konstelacji jako „wozu Piotra”, chociaż św. Piotra (i św. Pawła) łączy się ponadto z jesiennym gwiazdozbiorem Perseusza, w średniowieczu zwanym często Bellerofontem (dosłownie - „zabójcą Bellerosa”; jego imię łączy się z alb. bullar - „wąż”, rum. bălaur - „smok”) i Wilkiem. Co warto zauważyć, pasterzem wilków był w pierwszym rzędzie właśnie św. Jerzy.

Ludowe przekonania przypisują św. Piotrowi opiekę nad urodzajem zbóż. Dzięki „podpalaniu korzenia” przez św. Piotra dojrzewa zboże, włada on ponadto deszczami, gradem i wiatrami, w tym i takimi, które niszczą zbiory, posiada również silne związki z wodami (u Osetyńców, potomków sarmackich Alanów, Donbettyrem, czyli „Wodnym Piotrem” zwany jest dawny bóg wód, patron rybaków). Identycznie jak św. Eliasz, potrafi niszczyć pola gradem i powodować gnicie zbiorów (białoruskie przysłowie to samo przypisuje św. Ilji - Eliaszowi: sviatyj Ilja narobit hnilja). W opowieściach ludowych pojawia się zazwyczaj w parze z Jezusem, razem z nim wędrując po świecie, zaś w nadaniach wezwań świątyń, razem ze św. Pawłem, stanowiąc postać kontrastową, zazwyczaj gwałtowną, dopuszczającą się nawet oszustwa (na Litwie św. Piotr bywa porywaczem żony Auseklisa, boga Gwiazdy Porannej - „Młoda żonka Auseklisa / Zaginęła w Jana wieczór / Znaleźliśmy ją w dniu Piotra / Piotr jej nie chciał wydać” ). Można go w ten sposób zidentyfikować jako spadkobiercę postaci bóstwa „warunicznego” [podobny trójkąt miłosny, co między Piotrem, Auseklisem i jego żoną, zachodzi między Mitrą i Waruną a Urwaśi („Pożądanie”), córką Brahmy, na której widok trysnęło nasienie obu bogów. - przyp. Autora] gwałtownego i mrocznego, ale niebiańskiego (św. Piotr jest klucznikiem strzegącym bram niebios) przeciwstawnego bóstwu „mitrajskiemu”, solarnemu, sprawującemu opiekę nad prawem. Podobna sytuacja zachodziła w przypadku panteonu ludów zamieszkujących rejon Ałtaju. U Jakutów górny świat, czyli niebiosa podzielone są na wschodnie i zachodnie, władane przez bogów Urung Ajyy tojona (oraz dobre duchy ajyy) i Ułuu Suoron tojona (i złe, gwałtowne duchy niebios - abaasy; abaasami nazywano jednak również duchy podziemi i później mylono abaasy niebiańskie i abaasy chtoniczne). Dawny antagonizm pary bogów, uranicznego i solarnego, znalazł tutaj podstawę w biblijnym motywie trzykrotnego zaparcia się Jezusa („zdrady”, eksponowanej szczególnie w wierzeniach ludowych) przez św. Piotra. Obchody dnia pary świętych Piotra i Pawła pojawiają się później w ścisłej relacji z obrzędami świętojańskimi, ale nieco później, 29 czerwca. Bylinny heros Ilja Muromiec dla nadania swojemu wierzchowcowi niezwykłej mocy i siły pokonywania wrogów, kąpie go po trzykroć w rosie: „świętojańskiej” - 24 czerwca, „piotrowskiej” - 29 czerwca i na św. Eliasza - 20 lipca, co wskazuje na związki wszystkich trzech świętych (Jana Chrzciciela, Piotra Apostoła, Eliasza) z dawnym bóstwem niebios, wód i gromu.

Co szczególne, przy chrystianizacji państwa Mieszka I, jako pierwsza relikwia i podarunek dla biskupa Jordana lub Mieszka I, przywieziony miał zostać do Polski „miecz świętego Piotra”. Jan Długosz w dziele Vitae Episcoporum Posnaniensium pisał o nim: „Papież Stefan VII (Jan XIII) wysyłając Jordana Biskupa do zamieszkującego w Poznaniu Księcia Mieczysława, aby wstęp jego na Biskupstwo Poznańskie uczynić tym przyjemniejszym duchowieństwu i ludowi, dał mu miecz, którym według podania miał św. Piotr uciąć w ogrodzie oliwnym ucho Malchusowi, słudze Arcykapłana, czyli też inny użyty w to miejsce i pobłogosławiony, a to na pamiątkę tego sławnego czynu Apostoła. Tak przez ten miecz miał Kościół Poznański, pozyskać wiecznotrwały klejnot, którym by, jako od widzialnej Głowy Chrystusowego Kościoła i następcy św. Piotra ku jego czci, świętości jego imienia i tytułu udarowany i zaszczycony mógł się cieszyć. Miecz ten jeszcze po dziś dzień w wielkim zostaje poszanowaniu.” Faktycznie nie jest to właściwy miecz, ale tasak o rozszerzającej się ku końcowi głowni, znajdujący się obecnie w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu, dawniej kilka razy w roku pokazywany wiernym i cieszący się wielkim szacunkiem. Pomijam tu kwestię jego autentyczności, ważne jest bowiem to, że pierwszą relikwią, sprowadzoną według legendy dla władcy był miecz, symbol i ucieleśnienie gromowego bóstwa. Na Rusi kniaź Włodzimierz i jego drużyna klęli się przy uroczystym składaniu przysiąg na miecz oraz na Peruna, jednym z atrybutów Świętowita był „miecz niezwykłej wielkości (...) którego pochwę i rękojeść pysznej roboty srebro zalecało”, a Rujewit miał ich nawet siedem u pasa, a ósmy w dłoni. Podobny zwyczaj czczenia miecza, jako ucieleśnienia mocy nieznanego z imienia boga, zwanego przez Herodota Aresem, znany jest z przekazu o zwyczajach Scytów. W Grecji stara, attycka wersja wierzeń religijnych obejmowała przede wszystkim kult bogini góry (skały) oraz boga gromu/burzy, czyli matki góry i ojca niebo. Zgadza się to ze schematem pary kościołów NMP i św. Piotra w Sandomierzu (lub św. Jerzego jak w Gnieźnie). Istnieje zresztą ścisłe powiązanie między górą a piorunem i to nie tylko w postaci gromu uderzającego w jej wierzchołek, ale również w warstwie językowej - Fjörgyn, matka Thora i bogini ziemi, jest swoim teonimem związana z gromem, imię jej z etymologicznego punktu widzenia jest identyczne do miana Perkunasa. Skoro św. Piotr w jednoznaczny sposób wpisuje się w rolę dawnego boga niebios, gromu i niebiańskich wód - deszczu, opiekuna władcy (skąd w Sandomierzu kaplica zamkowa pod wezwaniem św. Piotra), czy można w towarzyszącej mu Maryi widzieć odpowiedniczkę towarzyszki św. Jerzego - Melanii (Malan’ja), „Błyskawicy”, z rosyjskiego molon’ja - „błyskawica”?


Matka Boska Gromniczna

Z Maryją związanych jest w cyklu rocznym pięć głównych świąt: Oczyszczenie (2 luty), Zwiastowanie (25 marca), Wniebowzięcie - w terminologii ludowej Matki Boskiej Zielnej (15 sierpnia), Narodzenie - czyli Matki Boskiej Siewnej (8 września) i Niepokalane Poczęcie (8 grudnia). Jak pisze Zygmunt Gloger: „pierwsze w porządku kalendarzowym Oczyszczenie, najuroczyściej ze wszystkich obchodzone, nazywa się Matką Boską «Gromniczną»”. Ze świętem łączy się zwyczaj święcenia w kościele zapalonych świec woskowych, okręcanych pasmami lnu, zwanych „gromnicami”, z którymi obchodzono po powrocie dom (w niektórych okolicach również krowy w oborze) i które zapalone w czasie burzy miały chronić obejście od gromu, huraganu i pożaru. Moc gromnicy rozciągała się na pole, chroniła bowiem oziminę od wymarznięcia (w tym celu, według ludowych legend, Matka Boska chodziła w lutowe noce z gromnicą po polach i miedzach), plony od zniszczenia przez grad (podanie ludowe mówi, że gdy rozgniewany Bóg chciał zniszczyć całe zboże, Matka Boska chwyciła koniec kłosa, „tyle co dla kotka i pieska”, stąd teraz ludzie żyją na tej „psiej/kociej doli”), a zebrane snopy w stodole przed piorunem i myszami. Jej moc rozciągała się tym samym na cały okres wegetacji zbóż. Owinięcie gromnicy lnem dawało natomiast obfitość urodzaju tej włókienniczej rośliny. Przypisywano jej ponadto ochronę przed czarami i moc udzielania spokojnej śmierci konającym. Okolice dnia Matki Boskiej Gromnicznej, wypadającego 40 dni po Bożym Narodzeniu, to również czas urządzania polowań na wilki. I tutaj pojawia się związek z Matką Boską Gromniczną, była ona bowiem uważana za opiekunkę zwierząt domowych i zabłąkanych podróżników przed atakami wilków. Ochrona rozciągała się jednak najwyraźniej i w drugą stronę, istnieje bowiem legenda o uratowaniu przez Matkę Boską wilka, którego w lutową noc ścigali chłopi. Ukryła go pod płaszczem, chłopom zaś odrzekła, że ani wilka nie widziała, ani go nie wyda. Łączy ją to z postacią gromowładcy, bo św. Jerzy który go zastąpił, był pasterzem wilków (archaiczna forma kultu Zeusa z Arkadii zwie go Wilczym - Likajos).

Pierwszym, niezwykle ważnym aspektem wierzeń związanych ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej jaki można zauważyć w powyższym opisie, są związki ze światłem, ogniem, w tym - błyskawicą. Dlaczego jednak owa świetlistość łączona jest ze środkiem zimy, czasem panowania ciemności nocy? Luty, którego nazwa wywodzi się w języku polskim, ukraińskim i białoruskim od *leu-t-o-s w formie ljut? -„srogi, okrutny, dziki”, łączy się również z eufemistycznym określeniem wilka - „luty zwierz” (lutyj zwier) i lwa - „luty” (na Bałkanach i Rusi, ale i lit. li?tas - „srogi zwierz, lew”). Nazwa ta znana jest od XIV wieku (wcześniej - sieczeń, strąpacz, jacień) i obca pozostałym językom słowiańskim. Na Kaszubach za to jest zwany gromicznikiem, co łączy go ze świętem M.B. Gromnicznej, podobnie jak u Łotyszy, gdzie luty to sveču m?nesis, czyli „miesiąc świec”. Na Litwie miesiąc nosi zaś miano vasaris, czyli... wiosenny! Zapowiada bowiem wiosnę, a Słońce ma wówczas „obracać się na wiosenną stronę”. Identycznie u ugrofińskich Estów, jest on potocznie zwany küünlakuu - „lśniący miesiąc”, 2 lutego zaś „pęka serce mrozu”. Dlaczego? Ponownie dobrze zwrócić się tutaj do wierzeń ludów ałtajskich. Jak podaje Małgorzata Łabęcka-Koecherowa, Jakuci wyobrażają sobie zimę pod postacią białego byka o mroźnym oddechu. Gdy obchodzi ziemię, cała natura zamarza. Apogeum zimy następuje w końcu stycznia, a w wigilię ostatniego dnia miesiąca przylatuje z niebios orzeł lata. Wygrzebuje śnieg z gniazda i wydaje dźwięczny krzyk, który sprawia, że duch zimy o postaci byka zaczyna się rozpadać, tracąc najpierw rogi, potem głowę, a wreszcie i tułów.

Podobne przekonania odnośnie przełomu stycznia i lutego żywili Celtowie, świętujący 1 lutego Imbolc, początek wiosny, później zastąpiony przez chrześcijański Candlemas - Ofiarowanie Pańskie, czyli Matki Boskiej Gromnicznej, 2 lutego. Dawny Imbolc pozostał jednak jako święto św. Brygidy, wcześniejszej bogini Brigit, zwanej również „Ognistą Strzałą” (przydomek „ognista” jest nadawany u bałkańskich Słowian Maryi), co łączy się z niezwykłymi zjawiskami świetlnymi, które jej towarzyszyły, m.in. słupem ognia nad jej głową. W istocie Imbolc był również festiwalem światła, zwanym w Szkocji „ogniami Bride” tj. Brygit, łączącym się z wyraźnym wydłużeniem dnia, a sama święta kojarzona była z ogniem. Przywracała wzrok i panowała nad najdzikszymi zwierzętami oraz, co szczególnie ważne - potrafiła uciszać najgroźniejsze burze. Pozostawała ponadto nade wszystko patronką rolników, opiekując się zagrodą, polem i łąkami, do której zwracano się o błogosławieństwo plonów i stad. W przekonaniach irlandzkich, to właśnie św. Brygida pojawia się ze świecami, którymi oświetlała drogę Maryi podążającej do świątyni z małym Jezusem. Zakres wyobrażeń wiązanych ze św. Brygidą pokrywa się z naszymi rodzimymi, kojarzonymi z Matką Boską Gromniczną. U nas jednak nie rozdzielano świąt, przydzielając je dwojgu odrębnym postaciom, ale połączono w całość z kultem maryjnym.

Imbolc pochodzi od terminu oznaczającego „poród” lub „karmienie piersią/laktację” i łączony był początkowo z narodzinami młodych zwierząt, w szczególności owiec, co wiązało się z okresem ich udoju. Był świętem oczyszczenia owiec, ich młodych i mleka, dla których ochrony zawieszano w oborach krzyże, zwane obecnie „krzyżami św. Brygidy”. Podobne krzyże, z okazji Matki Boskiej Gromnicznej wypalane były u nas dymem ze świecy na powałach domów i drzwiach budynków gospodarczych, dla ochrony przed ogniem, piorunem i innymi nieszczęściami (przypalano również włosy dzieci, „aby nie bały się piorunów” i zwierząt hodowlanych - „dla ochrony od złych duchów i chorób”). Św. Brygidę przedstawiano często jako pasterkę otoczoną stadem puszystych owieczek, co ma odniesienie do symboliki późniejszego, chrześcijańskiego już święta Ofiarowania Pańskiego, podczas którego Maryja miała symbolicznie ofiarować pierworodnego w świątyni w Jerozolimie. Tradycyjnie, według Księgi Kapłańskiej (Kpł 12, 8), czynić to należało 40 dni po narodzinach dziecka, ofiarowując w świątyni baranka lub parę synogarlic. Później, sam Jezus utożsamiany będzie ze składanym w ofierze w Wielkanoc barankiem. Imbolc wiązał się ponadto z rytualnym oczyszczeniem przez umycie rąk, nóg i głów, identycznie jak u Rzymian podczas przypadającej na połowę zimy ceremonii Februa, od której pochodzi nazwa lutego - Februarius. Znowu więc pojawia się, jak w przypadku Zielonych Świątek i Świętego Jana, związek ognia i wody. Można w tym miejscu nawiązać do legendy o upiornym baranku pojawiającym się w Sandomierzu przy Mariackim Stoku, czyli „Potoku Maryi”, jako pozostałości pamięci o dawnym rytuale ofiarnym z baranka. Zwyczaje analogiczne do rzymskich Februa zawiera prawosławne, styczniowe Święto Jordanu lub Chrztu Pańskiego, gdy zanurzana jest w wodzie płonąca świeca i krzyż, a następnie wierni obmywają uświęconą wodą twarze. Wody zaś podlegały władzy „wodnej i ziemnej Mateczki” czyli Mokoszy, której echo można odnaleźć w Sandomierzu, w postaci miejscowej nazwy rolniczego przedmieścia miasta - Mokoszyna. Podobną władzę nad wodami i zdolności oczyszczania posiadała Anahita „uważana za źródło życia, które oczyszcza nasienie wszystkich samców i łona wszystkich samic, a także mleko w piersiach wszystkich matek”. W folklorze północnorosyjskim Mokosza, podobnie jak Brigit pojawia się razem z owcami, których strzyżeniem się zajmuje oraz przędzie len (którego włókna pojawiają się w naszych obrzędach na gromnicach), „w wielki post obchodzi domy i niepokoi kobiety przędące, dozoruje też owiec, sama je strzyże; dla niej na noc obok nożyc kładą kosmyki wełny”. Pojawia się więc porą zimowo-wiosenną, właściwie na przedwiośniu, co znowu każe wiązać ją z boginią analogiczną do Brigit, Imbolc bowiem to cały cykl obrzędów oczyszczających, rozciągających się kiedyś od 1 lutego do 21 marca, zrównania dnia z nocą, który później został powiązany z okresem Wielkiego Postu, również czasem pokuty i oczyszczenia z grzechów. Stąd inne określenie Matki Boskiej Gromnicznej, jako Matki Boskiej Postnej.

Rys. 43 Matka Boska Brzemienna z sandomierskiej katedry NMP
Związki Anahity, Brigit (oraz święta Imbolc) i Matki Boskiej Gromnicznej z płodnością, dobrze wyrażają się w specyfice kultu sandomierskiej Najświętszej Marii Panny. Zwana jest ona bowiem Matką Boską Brzemienną, a zwracały się do niej kobiety pragnące zajść w ciążę. Kult obecnie zanikł, istnieje jednak wciąż w sandomierskiej katedrze obraz Matki Boskiej Brzemiennej. W kontekście powyższych informacji zwróćmy uwagę na Dianę z Łyśca. Prawdopodobnie zastąpiła ona w legendzie wcześniejszą boginię, Lelę-Dzidzilelę. Jeśli porównamy ją z rzymską Dianą, dziewiczą boginią wegetacji roślin i panią gór, to należy pamiętać, że była ona również uważana za patronkę porodów, czczoną przez kobiety które chciały zajść w ciążę lub będąc w niej, oczekiwały szczęśliwego porodu. Katullus zwał Dianę Luciną, która występowała poza tym jako rzymska bogini porodów, dziewica czczona przez kobiety pragnące zajść w ciążę i jako przydomek Junony. Lucina to dosłownie „niosąca światło, narodziny”, co znowu łączy się z Matką Boską Gromniczną, raz jako panią ognia/światła (gromnicy) a dwa - matką. Światło dnia niesie Gwiazda Zaranna łączona na Słowiańszczyźnie powszechnie z Matką Boską, a dzień pochodzi od rdzenia *di-n- „dzień, jasność, jasna pora, czas jasności“, wywodzącego się z *dei - „jaśnieć, bóg, niebo“, co łączy się zarówno z imieniem Diany, jak i pierwszym członem miana Dzidzileli. Co prawda, Lela z Łyśca pojawia się w kontekście obrzędów Zielonych Świąt, ale na Śląsku zachowało się przekonanie, że właściwe świece do odganiania burzy, zwane grzmotowymi, święci się podczas specjalnego nabożeństwa w czerwcu, a nie lutym. Gromniczki z obrzędów lutowych służą zaś do zapalania przy umierających i zmarłych. Łączy to świece grzmotowe z cyklem obrzędów związanych z wiłami, a obchodzonych na początku czerwca lub okolicach Zielonych Świątek „rusałczym tygodniem”. Co szczególne, okres obrzędów oczyszczających, związanych z Imbolc, ciągnął się aż do wiosennej równonocy, co u nas przekłada się dokładnie na 25 marca, gdy obchodzono święto Zwiastowania NMP. Ludwik Stomma wspomina dziwny zwyczaj nazywania tego święta w terminologii ludowej określeniem - Matki Boskiej Bolesnej, nie mający pokrycia w teologiczno-liturgicznym znaczeniu święta. Jednak do 25 marca, gdy następuje poród w postaci kiełków zbóż, kwiatów i trawy, według przekonań ludowych brzemienna jest ziemia z którą najwyraźniej utożsamiono Maryję. Nie jest to dziwne, ruska Pjatnica, spadkobierczyni Mokoszy, to przecież „wodna i ziemna mateczka”. „Bolesność” Matki Boskiej oznacza więc w tym przypadku bóle porodowe, a nie boleść po śmierci Jezusa. Gwiazdą Matki Boskiej Bolesnej nazywano Vegę w konstelacji Lutni, jedną z trzech głównych gwiazd Letniego Trójkąta. Lutnia, konstelacja w kształcie rombu, łączy się zaś ze starożytnym wyobrażeniem łona bogini. W ten oto sposób dochodzimy do bardziej precyzyjnego znaczenia drugiej po Altairze (Gwieździe św. Jana) gwiazdy Letniego Trójkąta. Trzecia - Deneb w Krzyżu Świętym (Łabędziu) kojarzona jest już z Chrystusem. Jest to znaczący układ, bowiem przedstawienia Deesis, o których wspominałem, składają się właśnie z Chrystusa, Maryi i Jana Chrzciciela.

Diana - Lucina powróciła w czasach chrześcijańskich jako św. Łucja. W wierzeniach czeskich w dzień św. Łucji (13 grudnia) pojawia się jako ubrana w biel i niosąca w dłoni kądziel i nożyce Luca/Lucke odwiedzająca prządki i strasząca dzieci. Istnieje znaczące podobieństwo między Lucą a Mokoszą, co zauważył już Gieysztor. Podobne można zauważyć między św. Łucją a Brigit. Kult św. Łucji rozpowszechnił się głównie na terenach Włoch, Niemiec i Skandynawii. W zwyczajach szwedzkich uosabia ją młoda dziewczyna w koronie ze świec na głowie, otoczona grupą innych dziewcząt. Jednak podobny motyw znany jest z legendy irlandzkiej z okolic Galway, wiązanej ze świętami Brygidy i Najświętszej Marii Panny (1-2 luty). Podanie mówi, że Maryja będąc bardzo nieśmiałą nie wiedziała, jak w niezauważony sposób zbliżyć się w kościele do ołtarza. Wtedy: „Brygida odwróciła uwagę zebranych kładąc na swojej głowie bronę odwróconą do góry szpicami. W chwili, kiedy obie kobiety wkroczyły do kościoła, każdy szpic brony zamienił się w płonącą świecę i oczy wszystkich zwróciły się w kierunku korony ze świeczek, a NMP mogła niezauważona podejść do ołtarza. Jako dowód wdzięczności Maryja dała Brygidzie święto poprzedzające jej własne.” Na ziemiach Polski, obchody św. Łucji nie mają takiego znaczenia jak Matki Boskiej Gromnicznej, dzień ten, uważany za najkrótszy w roku wiąże się jednak ze szczególną aktywnością czarownic i wróżbami na przyszły rok. Jedynie obszar południowego pogranicza, gdzie w okresie późnego średniowiecza miało miejsce intensywne osadnictwo saskie, wyróżnia się pod tym względem. Za to obchody Matki Boskiej Gromnicznej, jak wspomina Gloger, są największym świętem maryjnym. Można więc uznać, że Słowianie pozostawali, przynajmniej w tym względzie, pod wpływem tradycji celtyckich lub celto-germańskich kultury przeworskiej. Innym do nich nawiązaniem może być obrzęd topienia lub rozrywania i rozrzucania po polu słomianej kukły Marzanny w czwartą niedzielę postu, czyli w związku z okresem obrzędów Imbolc. W Szkocji w wigilię święta Brigit, podpalano ubrany w kobiece szaty snop zboża, ułożony w kolebce (również ze zboża i siana) i otoczony świecami, dla zapewnienia urodzaju. Identyczny zwyczaj palenia na przedwiośniu słomianej figury zwanej More, dokładnego odpowiednika Marzanny, zachował się jednak w folklorze litewskim.



Rys. 44 Sandomierskie Łyse Góry: naprzeciw Salve Reginy, w oddali za domami (góra) i naprzeciw Żmigrodu, również za domami (dół)

Imię Łucji (od łac. lux - „światło”) i Diany (od ie. *di-n- „dzień, jasność, jasna pora, czas jasności“), posiada oddźwięk w nazwach miejsc związanych z kultem bogiń na Słowiańszczyźnie. Rzymska Diana była m. in. panią gór, a świętokrzyska Diana - Lela pojawia się właśnie na szczycie Łyśca, czyli Łysej Góry. Jest to nazwa niezwykle popularna, bo w rejonie bezpośredniego pobliża Sandomierza odnajdujemy jeszcze dwie Łyse Góry, jedną na południe od miasta, zaledwie kilkadziesiąt metrów (przy ul. Krętej) od wzniesienia Salve Regina, drugą na północy, naprzeciwko Żmigrodu, na granicy Przedmieścia Zawichojskiego i Mokoszyna. Łącznie jednak, na terenach właściwej Sandomierszczyzny jest ich aż sześć. Co ciekawe, Łysa Góra jest również w Kijowie, w Beskidach (pięć, w tym jedna po stronie czeskiej), Górach Kaczawskich, Sowich, na Pogórzu Bukowskim, Wiśnickim, w Pieninach (dwie), Karkonoszach, na Wyżynie Olkuskiej, Wale Żerkowskim, koło Błonia na Mazowszu, a także na Wysoczyźnie Mińskiej na Białorusi. Jak zauważa Eligia Gąssowska, nazwa Łyśca/Łysej Góry nawiązuje nie tylko do jej wyglądu (łysej - bezleśnej), ale i rdzenia łuk - łuczywo, oznaczającego „świecenie, jasność”. Warto rozwinąć tę uwagę, gdyż pochodzące od nich łucz oznacza „światło, promień, blask“, a łuczyć to rzucać, trafiać [kamieniem, strzałą], co w znaczący sposób nawiązuje do legendy o kłodzkiej, złotowłosej księżniczce - łuczniczce Libuszy z Zamkowej Góry zwanej też Valaszką. Według podań miała ona być siostrą krakowskiej królewny Wandy. Ta ostatnia, występuje podobnie w roli zwycięskiej władczyni (pokonała „tyrana lemańskiego”, niczym Diana z Łyśca Aleksandra Macedońskiego), związanej ponadto z blaskiem, jasnością „skoro tylko bowiem wojsko jego [tj. tyrana lemańskiego] ujrzało naprzeciw królowę, nagle rażone zostało jakby jakimś promieniem słońca”, co biorąc pod uwagę związki Brigit, Łucji, Matki Boskiej Gromnicznej czy Diany-Luciny ze światłem, zdaje się nie stanowi tylko poetyckiej przenośni. Łysiec, Łysa Góra znaczy najwyraźniej tyle samo, co Świetlista lub Jasna Góra, a przecież ta ostatnia jest najbardziej znaną, polską siedzibą - sanktuarium Matki Boskiej. W legendzie słoweńskiej o koźle Złotorogu pasącym się na zboczach Góry Triglav również pojawiają się znaczące postaci żeńskie, bele žene - „białe kobiety” mieszkające w Dolinie Jezerskiej u skały Komni. Chroniły ubogich wędrowców od lawin, deszczu i gradu. Należały do nich białe kozy, które pasł kozioł Złotoróg (siwa/biała koza była poświęcana u ludów ałtajskich bogini ziemi - Matce Ülgen). Najprawdopodobniej jest to rodzaj boginek-wił, a inna, popularna nazwa wzniesień, Babia Góra łączyć się może z ich postaciami, szczególnie, że „baba” to również określenie czarownicy, zielarki, „mądrej”. Babia Góra i Łysa Góra jest więc określeniem miejsca, gdzie odbywały się obrzędy związane ze słowiańską boginią, w których ważną rolę, jak wynika z przytaczanego wcześniej materiału folklorystycznego, odgrywały kobiety zwane wiłami, wchodzące w stany ekstatyczne i kontaktujący się z duchami przodków. Boginie były najprawdopodobniej dwie, wnosząc z orawskiej legendy o Babiej Górze, na której mieszkała wdowa-olbrzymka z córką, ruskich przekazów o św. Pjatnicy i św. Nedelji (matce i córce) czy wizerunku dwóch postaci kobiecych (z rogiem oraz pierścieniem) w górnej strefie słupa ze Zbrucza. Św. Brygida w irlandzkiej legendzie również występuje jako pomocnica-opiekunka Maryi. Najprawdopodobniej w przypadku polskiej kultury ludowej postać drugiej bogini przeszła na św. Agatę, mającą święto 5 lutego. Święcono podczas niego sól, która wrzucona w płomienie pożaru miała ułatwiać jego gaszenie (szczególnie gdy powstał od pioruna). Używano jej również do oczyszczania wody w studni.


Grzegorz Niedzielski


Wydawca Taraki dziękuje Pani Elżbiecie Sarwie z Wydawnictwa Armoryka za zgodę na e-przedruk tego tekstu.

Pominięto 80 przypisów bibliograficznych, które są w książce.


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)