zdjęcie Autora

03 października 2012

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Niebieski misio

Kategoria: Twórczość

« Bulgotanie winogronowego soku Jaskinia »

Wspomniałam w którymś z odcinków, że przekonania o tym, że coś co jest bardzo oczekiwane, po spełnieniu nie zawsze daje radość nauczył mnie niebieski misio.

         Tuż po wojnie podarowano mi zagraniczną zabawkę. Jechałyśmy z mamą przygodnym otwartym wojskowym łazikiem (w Warszawie po Powstaniu jeszcze nie było komunikacji) i odmroziłam sobie policzki. Bolesne zabiegi i wszechobecny smród maści tranowej miała mi zrekompensować ta zabawka.

Misio był niebieski, a w jego pluszowym, miękkim futerku błyszczały iskierki światła. Miał oczy jak prawdziwe, z poruszającymi się źrenicami, czarny figlarny nosek i wysunięty języczek z filcu. Przechylony do przodu lub do tyłu rozkosznie mruczał.

         Była to pierwsza zabawka, jaką dostałam, nie licząc brzydkiej, domowej roboty szmacianej lalki-murzynki, zniszczonej już zupełnie, z trocinami wysypującymi się z brzuszka pękniętego na szwie. Lalki tej nie cierpiałam, bo była czarna jak diabeł. Męczyłam więc ją jak mogłam, biłam ją, deptałam, rzucałam o ścianę. Czasem tylko, gdy zrobiło mi się żal czarnogłowego pęczka szmat, otulałam lalkę troskliwie jak matka, przykrywałam szmatkami i kładłam spać, ale robiłam to bez żadnego, serdecznego uczucia, z poczucia obowiązku.

Ale niebieski misio to coś zupełnie innego. To nie nędzna diablica ze spłowiałych szmatek! Misio był taki, że od razu można było go pokochać. Całą drogę powrotną przyciskałam misia do siebie i myślałam, jak to będzie wspaniale, kiedy zabiorę go wieczorem ze sobą do łóżeczka. Misio na pewno będzie chciał obejrzeć moją jaskinię (napiszę o niej innym razem), zaraz gdy tylko przyjedziemy i pójdziemy spać, zaprowadzę go tam i wszystko mu pokażę.

         Ale wszystko to były mrzonki. Młodsza siostra od razu, jeszcze na progu, wyrwała mi misia i matka nie pozwoliła jej go odebrać.

         — Ona jest młodsza i musisz zawsze jej ustępować, bo jesteś starsza i mądrzejsza — powiedziała. Daj jej pobawić się przez chwilę, przecież misio jest twój i będziesz go miała jeszcze długo.

         — Ja go tylko potrzymam — przekonywała siostra.

         Nie był to jeszcze koniec przykrości. Leżałam w łóżku z przyłożonymi do buzi kompresami z ohydnie śmierdzącej maści tranowej. Leżałam sama, bo siostra nie oddała już  misia. Poczucie doznanej niesprawiedliwości zaostrzało jeszcze dolegliwości. Mama najpierw powiedziała, żebym poczekała, aż misio się znudzi siostrze; potem, że ponieważ siostra tak chce, powinnam być dobrą dziewczynką i oddać misia.

         — Mówisz, że chcesz być dobra, żeby zasłużyć na niebo, możesz więc teraz właśnie to okazać — powiedziała. I dodała jeszcze: — Wiem, że bardzo chciałaś mieć tego misia, ale nagroda w niebie spotyka tylko tych ludzi, którzy stają się dobrzy dzięki wyrzeczeniom i cierpieniom.

         Zredukowałam swoje pragnienie. Nie chciałam już mieć misia na własność, ale tylko dlatego, żeby móc go choć chwilę potrzymać, szczególnie wtedy, gdy czekało mnie odrywanie opatrunków od bolącej twarzy. Ale siostra była głucha na wszystkie prośby i perswazje, ja zaś nigdy nie próbowałam odebrać jej misia siłą, nie przyszło mi to do głowy, ponieważ bicie słabszego jest pierwszym krokiem do piekła. Mama zawsze mówiła: „Nawet jeśli ktoś cię uderzy, nie wolno oddawać. Pan Bóg przykazał: jeżeli ktoś uderzy cię w jeden policzek, nadstaw drugi”. To już wydawało mi się przesadą, ale nie śmiałam kwestionować wyroków boskich.

         Tak więc, aby żyć w zgodzie z sumieniem, próbowałam siostrę przekupić. Oddawałam jej po kryjomu wszystkie swoje słodycze i jabłka. W końcu, po jakimś czasie, siostra pod wpływem perswazji matki, uległa. Zgodziła się dać potrzymać misia malutką minutkę.

         — Tylko, broń Boże, żebyś go nie pocałowała! — wołała, a rodzice śmiali się z jej zachłanności, dziecinnego sprytu i niepowtarzalnej, przeuroczej wymowy : broń Boże .

         Dotrzymałam umowy. Potrzymałam misia przez chwilę i przynaglana przez siostrę niecierpliwym : „Już minutka minęła!” — oddałam go nie pocałowawszy. Odtąd najważniejszym moim pragnieniem stało się pocałowanie misia, ale siostra mimo cukierków, jabłek i perswazji nigdy się na to nie zgodziła, a mnie nie wpadło jakoś do głowy, że mogę to zrobić wbrew jej woli.

         Przekonałam się, że pragnąć czegoś mało wcale nie jest łatwiej niż wiele, wręcz przeciwnie, jeżeli chce się czegoś bardzo ważnego tylko najmniejszą odrobinkę, nie ma szans ani żadnego sposobu, aby to otrzymać. Już lepiej pragnąć od razu wszystkiego, jak siostra; wtedy w samej naturze tego żądania musi tkwić pewna oczywistość, która sprawia, że bywa ono z miejsca zaspokojone.

         Misia dostałam po czterech latach, gdy chodziłam już do szkoły. Siostra znudziła się nim i za podarowany zeszyt oraz kredki pozwoliła mi wziąć go na zawsze. Ja, która przez cały ten czas, marzyłam o tym, żeby wziąć misia na ręce, przytulić go, pocałować i porozmawiać z nim, schwyciłam go natychmiast i pobiegłam do swojego ulubionego kąta w rogu schodów. Pocałowałam misia kilka razy, objęłam go i już chciałam opowiedzieć mu o swojej jaskini, kiedy z przerażeniem poczułam, że nie daje mi to żadnej radości. Z uwagą, nie dowierzając jeszcze, obejrzałam misia. Niebieski plusz dawno już spłowiał, kolor miał raczej brudnoszary, a gdzieniegdzie włoski wytarły się, odsłaniając ciemny splot tkaniny. Jedna za źrenic w porysowanym oku była nieruchoma. Misio nie był już taki wielki, jak ja sama. Poza tym miał urwaną jedną nogę i nie mruczał.

         Był mój, całkowicie, nieodwołalnie mój — ale to już nie był ten sam misio — i z płaczem zrzuciłam go ze schodów.

         Jednak nie pozwoliłam mamie wyrzucić go na śmietnik. Zawsze tkwił gdzieś schowany za innymi zabawkami. Zaglądałam w kąt od czasu do czasu w płonnej nadziei, że znowu go pokocham.

Wyrzuciłam go, gdy dostaliśmy z mężem mieszkanie i na tle zabawek moich dzieci wyglądał zbyt żałośnie.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Bulgotanie winogronowego soku Jaskinia »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)