zdjęcie Autora

21 stycznia 2012

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Auto-promo Taraki 2 (odcinków: 151)

Niedźwiedź i Pełnia

Kategoria: Projekt Taraka

« Postęp w tarotowej Wyroczni Taraki Niedźwiedź i Pełnia, ale bardziej o Niedźwiedziu »
* Doroczny tradycyjny Dzień Niedźwiedzia 2012 połączony z comiesięcznym tradycyjnym Szałasem Potu w Pełnię w Brodkach na Mazowszu, 4-8 lutego 2012 prowadzi Wojciech Jóźwiak

Od 17 maja zeszłego roku (2011) praktykujemy ceremonię szałasu potu podczas pełni. Większość spotkań była w Brodkach, Powiat Siedlecki, u Marcina Hładkiego. Chcę, żeby odtąd tak było zawsze; dlatego każdą ceremonię kończę wyrażeniem intencji, żeby ta praktyka była trwała, czyli żeby w każdą pełnię ktoś z naszego kręgu w jakimś miejscu tę praktykę wykonywał. Oczywiście będę się cieszył, jeśli ta praktyka będzie się rozszerzać i coraz więcej osób w coraz więcej miejscach będzie to robić. (Na razie prócz nas w Brodkach robi to Janek Szeliga w swojej okolicy na Podkarpaciu.)

Dotąd było 9 pełniowych szałasów i widzę po sobie, że żyję ich rytmem: przed dwa tygodnie jadę na energii szałasu, a około nowiu (dziś, gdy to piszę, zbliża się nów) przestawiam się na przygotowania do następnej pełni. Te przygotowania odbieram jak podróż: tylko nie jest to podróż w jakimś kierunku zewnętrznym, tylko podróż do wewnątrz. Właściwie niewiele się dzieje widocznego, prócz tego, że intensywniej pojawiają się pytania: kim jestem? Co TU robię i po co? Czego chcę i dokąd zmierzam? Czy nie tracę czasu na coś, co nie jest mi potrzebne, mnie ani nikomu? W pewnym momencie pojawia się impuls i troska podobne do tego, co dzieje się przy prawdziwych podróżach lub innych zwrotnych momentach: zaczynam się troszczyć, żeby mieć załatwione wszystko, co było do załatwienia, domknięte co miałem domknąć. Żebym mógł mijający księżycowy miesiąc („synodyczny”, fachowo mówiąc) jakby zamknąć na klucz, jak opuszczane mieszkanie, i wyjść – dokądś. (Na zewnątrz, w świat, w nieznane. Tu mi brakuje dobrego zwięzłego słówka. Było w staropolszczyźnie: „wen” - dawno zanikło.) Niekiedy przed Szałasem czuję reise-fieber jak przed prawdziwą podróżą.

Szałas jest praktyką wewnętrznej odnowy. Trochę żałuję, że nie brałem udziału w „prawdziwym” (oryginalnym?) szałasie potu, prowadzonym przez medicine-man'a od Indian Prerii, koniecznie tam, w krajobrazie Prerii. Szałasem potu „zaraziłem się” od Davida Thomsona i Mattie Davis-Wolfe, było to w latach 90-tych, kiedy przyjeżdżali do Polski ze swoimi warsztatami. Jednak był to szałas przerobiony przez umysł Białych, chociaż fascynatów indiańszczyzny. Brałem też szałasy prowadzone przez Alinę Michalik, z linii przekazu Słonecznego Niedźwiedzia; i niedawno przez Oswaldo Bola Silvę. I jeszcze przez kogoś, i przez kogoś. Łatwiej przekazuje się, przechodzi od osoby do osoby i od jednego robienia do drugiego, to co w tej praktyce najtwardsze (jak Twarda Ścieżka): czyli to, że ma być szałas odpowiednio ocieplony i uszczelniony, mają być kamienie wygrzane w ogniu i wnoszone do środka, upał w środku, siedzenie w ciemności, pot spływający po ciele, cztery rundy wnoszenia kamieni, lanie wody na kamienie, żeby zrobiło się było gorąco aż nie do wytrzymania. Zaklęcia, gdy wchodzisz i wychodzisz. Wychodzenie na czworakach na nocny (i często zimowy) chłód, który jest przyjemny.

Oporniej przechodzi (od osoby do osoby, od robienia do robienia) to, co subtelniejsze i należy nie do materialnych czynności, tylko do słów, opowieści, pieśni i wyobrażeń. O ile twarda strona szałasu potu jest, właściwie, od dawna ustalona, to ze słowami i wyobrażeniami nieustannie eksperymentuję – eksperymentujemy.

Oryginalny szałas potu – takie mam przynajmniej wrażenie na podstawie tych fragmentów wiadomości, które dostawałem – ma sens określany słowem healing, jednym z tych angielskich słów (a jakie odpowiednie jest po lakocku lub czarnostopsku?!), które opornie się tłumaczą na nasze. Niby healing, to heal to uzdrawianie, ale brzmi w nim pokrewne słowo whole: cały. Jak powiada Online Etymology Dictionary: from PIE *kailo- "whole, uninjured, of good omen" – z praindoeuropejskiego rdzenia *kailo- cały, nieuszkodzony, będący dobrym wróżebnym znakiem. Co z tym rdzeniem stało się w polskim? Jest? Jest: dał słowo „cały”. No ale uzdrowiciela nie nazwiemy calicielem. Ani uzdrawiania całowaniem. Słowo heal brzmi łagodnie, samo dźwiękiem leczy rany jak balsam. Nasze słowa uzdrawianie, uzdrawiacz fonicznie drażnią! (Ciekawe, czy ja pierwszy to zauważam?...) Bo „zdrowy”, to dawniej su-draw, czyli „dobrze biegający”, więc w tym słowie nie ma ukojnej kołysanki, tylko klepnięcie-pchnięcie: no zuchu, nie leżeć, nie płakać nad sobą, na nogi, zrywaj się i biegaj! Ba-bach!

No i jest w naszym terminie „uzdrawianie” to natrętne skojarzenie z leczeniem, z tym, co robi się w przychodniach i szpitalach, jakby szałas potu miał być jakąś konkurencją dla medyków. I drugie skojarzenie, równie natrętne, z robieniem cudów.

Tymczasem w tym healing (nieustannie jestem ciekaw, jakie słowo na to mają różni i oryginalni Indianie) jest idea nie tylko indywidualnego wyzdrowienia, powrotu do zdrowia, ale i powtórnego scalenia świata, porozrywanego, podzielonego skutkiem niszczących przejść. W ramach szałasopotowego uzdrawiania jego indiańscy uczestnicy wracają do świata przodków, przywracają i scalają-ocalają świat przodków. Tworzą małą – a w istocie wielką – wyspę dawnego świata, świata-taki-jaki-powienien-być. (Tak piszę, ale właściwie skąd mogę o tym wiedzieć, jak tam jest?...) - Tylko co ma być naszym światem przodków?

Mówione podczas szałasu słowa, wydawane okrzyki, śpiewane pieśni, wyrażane intencje, opowiadane opowieści – wszystko to jest u nas niegotowe. Wszystko to jest „jednym wielkim” wyzwaniem: bo powinno być wypracowane dopiero.

Dobrym początkiem jest to, że w słowiańskich nazwach „łaźnia” i „bania” najwyraźniej zeszklił się dawny obraz naszej łaźni i bani: ślad, że było to coś bardzo podobnego do indiańskiego sweatlodge, inipi.

W naszych szałasach potu, także tych na pełnię, obserwuję pewien (mały) „przechył”: że w jakiejś części staje się miejscem do załatwiania sobie osobistych potrzeb, do robienia sobie takiej małej osobistej życzeniowej magii. Jak przy toastach i składaniu życzeń przy choince: życzę ci, żeby ci się tak a tak wiodło... Z różnicą, że pod choinką jeden życzy drugiemu, a w szałasie potu każdy życzy sobie. Nie mówię, żeby nie, ale można by spróbować zrobić tak, żeby ta czynność nie zdominowała całej szałasopotowej praktyki. Pomyślę nad tym, co by można zmienić - i innych uczestników zachęcam do podobnego pomyślenia.

Napiszę o tym więcej.

O Dniu Niedźwiedzia też.

Auto-promo Taraki 2: wstęp na końcu

Starsze teksty z tego cyklu w blogu Auto-promo.


« Postęp w tarotowej Wyroczni Taraki Niedźwiedź i Pełnia, ale bardziej o Niedźwiedziu »

komentarze

[foto]

1. Dzień Niedzwiedzia i szałas potów • autor: Jan Szeliga2012-01-22 21:40:14

Mam duży sentyment do Dnia Niedzwiedzia, bo to właśnie w tym czasie, dokładnie 10 lat temu, na warsztatach w Zawadce Rymanowskiej zaczęła się moja fascynacja twardą ścieżką i jej praktykami.
Z tego co pamiętam, to szałas potu był wtedy moją pierwszą i zarazem bardzo ekstremalną praktyką ze zbioru praktyk "twardej ścieżki" Było wtedy dużo śniegu i do tego wszystkiego był jeszcze mróz ok -10 stopni.
Tak więc miałem solidny "chrzest bojowy" :)
Od tego czasu szałas potu jest jedną z moich najbardziej ulubionych praktyk.

Idea copełniowych szałasów przyjęła się też u nas na Podkarpaciu. Do tej pory odbyło się 5 takich szałasów.
Relację z nich można zobaczyć tu:LINK

Co do "healingowego" działania szałasu potów, to jest ono moim zdaniem jak najbardziej realne i to na płaszczyźnie fizycznej jak i duchowej.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)