W tym roku Dzień Niedźwiedzia obchodziliśmy kilka dni później, nie 2 lutego, tylko 7-go - ponieważ czekaliśmy na sobotę i dzień bliższy pełni Księżyca. Święto łączyło kilka wątków.
Po pierwsze, prehistoryczne Święto Niedźwiedzie, kiedy to jak wierzono, niedźwiedzie, istoty wcielające w sobie duszę i istotę Ziemi, śladem utajonych sił Pramatki Ziemi utajone w swoich jamach, w tym dniu bądź obracają się na drugi bok, znacząc tym przełamanie zimy, bądź wyłażą na czas jakiś ze swych kryjówek, sprawdzając, czy długo im jeszcze zimowego snu. Na cześć Niedźwiedzi śpiewaliśmy jak co roku "Szokam-szokam mes meszkutie".
Po drugie, ceremonia Łaźni, zwanej też Szałasem Potu, podczas której niby niedźwiedzie do swej jamy, wycofujemy się do szałasu z gorącymi kamieniami, przedstawiającego gorące wnętrze Pramatki Ziemi, aby doświadczyć ponownych narodzin i odrodzenia. Od "łażenia", czyli pełzania na czworakach, przez dawnych Słowian ta szałasowa łaźnia została nazwana właśnie łaźnią. Dawne ceremonialne łaźnie u Słowian i ich sąsiadów silnie związane były z rodzinną ciągłością pokoleń i ostatecznie z kultem przodków, podobnie jak ceremonie szałasu potu przetrwałe do dziś u Indian Prerii. To zapowiada trzeci wątek:
Po trzecie, Święto Zmarłych, służące ich Ogrzewaniu, czego niewątpliwie duchy zmarłych są teraz w środku zimy, stęsknione. Dla nas pobyt w Łaźni stał się okazją do wspominania zmarłych bliskich - przodków i przyjaciół.
Tu koniecznie wspomnę, że święta czyli kreowanie nie-zwyczajnego czasu i przestrzeni, muszą też kreować nie-zwyczajną wspólnotę, która jest wspólnotą żyjących teraz i tych, którzy żyli w przeszłości. Dlatego z konieczności święta są świętami umarłych. Dzieje się tak wszędzie tam, gdzie uznaje się i praktykuje kult przodków, który jest istotą wszystkich "poganizmów" czyli religii naturalnych więzi.
Po czwarte, był wątek Leśmiana, poety, który jak nikt przed nim i po nim widział i rozumiał wielostronne związki łączące żyjących i umarłych. Czytaliśmy wiersz Leśmiana "Dwaj Macieje" i jego klechdę "Podlasiak".
Dopisała Pogoda, bo chociaż przedtem była i potem wróciła roztopowa plucha, to na popołudnie, wieczór i noc w sobotę 7 lutego, i na początek następnego dnia niespodziewanie zrobiła się "oaza" Słońca, czystego nieba, jasnego Księżyca w nocy i wysuszającego przymrozku. Wenus też świeciła.
Było nas 16 osób.
Więcej - na zdjęciach.
Serdecznie dziękuję Uczestnikom
a szczególnie Marysi Dzierżanowskiej, naszej gospodyni.
Wojciech Jóźwiak
O tym zjeździe napisali także:
Dom i okolica
Czytam Leśmiana - "Podlasiak"
Prawie wszyscy
Obok rozebranej już Łaźni
Autor, jego teksty
Aby pisać komentarze zaloguj się lub zarejestruj.
Udostępnij:

Drukuj
wróć na górę