Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 stycznia 2010

Wojciech Jóźwiak

Obłęd i wylewanie połowy wody
O genetycznych defektach człowieka i jego kultury

Kategoria: Pytania i granice
Tematy/tagi: agresjaantropologiaapokalipsaekologiaHeideggerneoszamanizm

Co do "Medytacji o obłędzie" Mirosława Miniszewskiego: cała ta medytacja pozostałaby słuszna, nawet gdyby NIE było żadnych oznak ani gdyby Autor nie miał żadnych przeczuć, że ten (nasz) technologicznie urządzony świat zmierza do zagłady. Intuicje nadciągającej zagłady najdobitniej zostały wyrażone przez żydowskich apokaliptyków z około 100 r ne (były uzasadnione klęską powstania ok. 70 r ne), ale przecież jako takie okazały się fałszywe, ponieważ żadna światowa katastrofa wtedy nie nastąpiła, nawet lokalnie na Bliskim Wschodzie. Świadkowie Jehowy od 100 lat bredzą o końcach świata i jakoś nic. Bywały wyrażane poglądy katastroficzne, które okazały się w jakimś stopniu słuszne, np. Witkacego. Ale po jego apokalipsie (a) żyjemy, (b) świat wcale się nie naprawił. Chociaż Witkacy iście "katastroficznie" zginął, a jego świat, tak jak mu wróżył, przepadł.

Wydaje się, że OBŁĘD nie wziął się znikąd, a jego początki leżą głębiej: wcale nie, jak (podobno) chciał Martin Heidegger, w technologii lub w "amerykańskim stylu życia". Początek jest w tym, że gatunek Homo sapiens ma genetyczne defekty w konstrukcji. Owszem, nasz gatunek ma swoje znane pozytywy: rozum, świadomość, mowa, kultura, ale do tego dochodzą (1) struktury stadnej dominacji, wcale nie przezwyciężone, przejęte od przodków z rzędu Primates, co więcej, wzmożone!, gł. u samców, i diabelnie prymitywne, w stylu "kto tu mi k..." - i ci, którzy mają ten gen dominacji silniejszy, zdobywają władzę niejako z definicji i właśnie oni (wraz ze swoją mentalnością, swoim "duchem") podejmują strategiczne decyzje. Po drugie, działa (2) agresja międzygrupowa, czyli wojna, genetycznie wybitnie uzasadniona. (Pisałem o tym niedawno w blogu: "Wojna o kobiety", patrz też przypis:[1]) Trzeci defekt to (3) "grzebactwo". Jest na to zjawisko fachowy termin biologów-etologów (niestety, nie umiałem go sobie przypomnieć ani odszukać) - chodzi o gatunki zwierząt, które w pewien sposób "rozgrzebują" swoje środowisko: świnie ryją glebę, słonie kopią doły i obalają drzewa, bobry zatapiają doliny rzeczek. Człowiek jest genetycznym grzebaczem, wystarczy zobaczyć, co robią dzieci wpuszczone w piasek: zaraz zaczynają coś grzebać, ryć, a właściwie - budować ("Budować, mieszkać, myśleć"). Z tego widać, że być może myśl samego Heideggera jest u źródeł skażona ekspresją tego genu!

Różne etyki i etosy usiłowały naprawiać i poprawiać "błędy" genetyczne Homo sapiens (nie tylko i niekoniecznie te, które wyżej wymieniłem), głosząc i perswadując np. że grzechem jest kazirodztwo (ciekawe, że nie ma tego grzechu w dekalogu), okrucieństwo[2] (czerpanie satysfakcji z tego, że komuś zadało się ból, nie wymieniam tego defektu, bo w skali makro ma mniejsze znaczenie niż tamte trzy; w dekalogu - ciekawe - też go nie ma; okrucieństwo wydaje mi się być przy tym gorzej rozpoznane przez filozofów nawet niż ludobójstwo), czy nierespektowanie cudzej własności. Jedyny ślad, że ktoś potępiał grzebactwo znalazłem we wzmiance, gdzie chyba Daisetz Teitaro Suzuki pisał o pewnym klasztorze Zen w Japonii, gdzie był zwyczaj wylewania połowy kubka z powrotem do strumienia.

To jest mały ślad, ale jakiś jest. Powinniśmy umieć rozpoznawać skutki naszych obyczajów, również tych "dobrych", jak budowanie domów, żeby je potem ogrzewać gazem z Syberii (co sam robię). Ale gdybym, ja i sąsiedzi, z gazu przeszedł na ekologiczne palenie drewnem, to by się krajobraz znowu zrobił łysy, taki jaki był w czasach rolniczych, bo popyt na drewno itd.

Do trzech wymienionych (choć jest ich więcej...) ludzkich defektów genetycznych, dopisać należy defekt czwarty, który nie dotyczy samych genów. Nazwać go można "maltuzjańskim" (od znanego, głównie z powodu licznych jego krytyk, angielskiego ekonomisty Thomasa Malthusa), a kilka lat temu przypomniał go amerykański archeolog i ekolog Steven LeBlanc, autor książki "Walki bez końca czyli fałszywy mit miłującego pokój szlachetnego dzikusa" (Constant Battles. The Myth of the Peaceful, Noble Savage).[3] Oto życiem ludzkiego gatunku rządzi następujący cykl: odkrycie nowej technologii powiększającej dostęp do zasobów środowiska -> przyrost dostępnych zasobów -> liczebny i organizacyjny rozrost populacji -> wyczerpanie zasobów, skutkiem czego głód, nędza i załamanie porządku -> nowe odkrycie itd. W dzisiejszych czasach technologie udostępniające nowe zasoby nadążają wprawdzie za przyrostem ludności, wyprzedzają go nawet, ale jak długo tak będzie? Przy pewnej liczbie miliardów ludzi wszystkie zasoby planety zostaną wyczerpane. I pytanie, czy chcielibyśmy, by nasi potomkowie żyli w takim świecie?

Katastrofizm może być jak "dobry" jako środek na to, żeby niektórym ludziom otworzyć oczy, ale to co możemy zrobić, to właśnie drobiazgowo prześledzić błędy, jakie popełniamy jako ludzie społeczni. Te błędy są trudne do naprawy, bo mamy przeciw sobie własną technikę, własną genetykę i nawet gorzej, bo matematykę. (Np. to że ochrona życia każdego człowieka jest szlachetna, ale powoduje działania, które podwyższają przyrost populacji. Znowu warstwy oświecone byłyby skłonne mieć dzieci mniej, ale co z tego, kiedy "rasy" nie dość wyedukowane tym się nie przejmą i będą dalej tryumfalnie się rozmnażać. Żeby temu jakoś zapobiec, należałoby zaprowadzić jakiś światowy zamordyzm, no ale co wtedy z wolnością. Itd. itp.) Trzeba przyjąć do wiadomości, że (1) świat jest zły, a tylko gdzieniegdzie ma małe wysepki nadające się do jakiego takiego życia; dalej: że (2) nam, naszym przodkom i naszym potomkom udało się zaistnieć z naszym rozumem i świadomością - fuksem (rozum jako uboczny skutek wyewoluowania wielkiego mózgu dla celów nie myślowych tylko chłodniczych, patrz K. Fiałkowski, T. Bielicki, "Homo przypadkiem sapiens", PWN 2008); i nikt tego świata dla nas nie przygotował ani nas z naszymi genami nie przygotował na posiadanie świadomości; (3) jesteśmy po Heideggerowsku "wrzuceni" (w świat) nie tylko jako jednostki i jako narody, ale i jako cały gatunek; (4) złość tego świata polega także na tym, że sami mamy wbudowane mechanizmy, które się obracają przeciw nam. Jesteśmy jak saper, który stoi na bombie na sprężynie, którą jak zwolni, to zdetonuje i zginie.

Mieć jasno rozpoznane, że właśnie tak jest, tak się rzeczy mają, to zupełnie konieczny początek wszelkich poczynań, zarówno co do poznania jak i działania. Wiedzieć jak jest, bez popadania ani w katastrofizm ani w złudnie optymistyczne "jakoś-tam-będzie". Powinniśmy też umieć widzieć na tym tle, na tle wielkich zagrożeń gatunkowych i ewolucyjnych, również nasze małe, lokalne i chwilowe kłopoty, jak ten, że banda dominujących prymitywnych samców okrada nas w majestacie prawa i policji; że jesteśmy coraz bardziej inwigilowani, ubezwłasnowolniani, infantylizowani; że jedna nacja lub religia z chęcią "coś by zrobiły", żeby drugiej nie było; że większość ludzi wyznaje i to często fanatycznie, poglądy ewidentnie błędne i w szerszej perspektywie szkodliwe; że robi się coraz ciaśniej, itd.

Pozostaje do rozważenia sprawa praktyki. Jestem przywiązany do myśli, że mieć jakieś "odpowiednie" poglądy, mieć "dobre rozeznanie", to jeszcze - naprawdę - niewiele. "Odpowiednie poglądy" zalecać może tylko ktoś, kto umysł widzi gdzieś osobno, za szklaną szybą, spoglądający z izolacji na świat. Ale tak nie jest. Szamańskie (lub tylko "neo-" lub nawet "pseudo-szamańskie") ćwiczenia unaoczniają co innego: że umysł (twój, mój, jej, jego) do bólu należy do świata. Filozofia wypracowuje pojęcia. Czy można idąc za tym, co robi filozofia, przejść do praktyki z umysłem? Czy można praktykować filozofię?[4] Czy można, i jeśli tak, to jak?, praktykować to, o czym tu mowa? Może to być owo "wylewanie połowy wody".

Wojciech Jóźwiak



przypisy, uzupełnienia

*[1] Wojna o kobiety

Pierwotna wojna była przede wszystkim wojną o kobiety. Kto zetknął się z socjobiologią i jej stylem rozumowania, ten wie, że chodzi tu o szerszy proces. Mianowicie wojna o kobiety - czyli porywanie kobiet obcoplemieńcom, branie branek - była tym rodzajem wojny, który najskuteczniej wzmacniał wojenne geny (geny skłaniające do wojny) czyli zwiększał ich liczbę w populacji. Powiedzmy, że w pewnej ludzkiej populacji istnieje pewien zestaw genów skłaniających do wojny i drugi zestaw ich nie-wojennych alleli. Jaki czynnik, jakie zachowanie spowoduje, że genów wojennych będzie przybywać, czyli mężczyźni mający je pozostawią więcej potomstwa niż mężczyźni mający geny nie-wojenne? Wąskim gardłem genów przenoszonych przez mężczyzn jest ograniczenie liczby kobiet, z którymi mężczyzna może mieć dziecko. Dla mężczyzn kobiet do zapłodnienia zawsze jest za mało. I teraz pojawia się zestaw genów, które zwiększają liczbę zapładnianych kobiet. Jak? - Skłaniają swoich mężczyzn-nosicieli i wykonawców do porywania kobiet innym mężczyznom. Ale w tym jest zagwozdka, bo mężczyźni żyją w kooperujących grupach i podprowadzanie sobie kobiet rozłożyłoby grupę. (Mnóstwo seksualnych zachowań człowieka musiało wyewoluować tak, żeby nie zakłócać kooperacji grupy! Z ukryciem jajeczkowania włącznie.) Dlatego rozwiązaniem było podbieranie kobiet obcym, czyli mężczyznom z nie swojego plemienia, sąsiadom. Taki zestaw genów, żeby być skuteczny, musiał jednocześnie promować agresję i waleczność, i wykształcać skłonność do wojennego zapału, a z drugiej strony promować solidarność i braterstwo broni. Ci u których ten zestaw genów dobrze funkcjonował, zabierali więcej kobiet sąsiadom i robili to częściej; skutkiem tego prócz potomstwa z kobietami z własnego plemienia mieli synów z brankami, a więc skuteczniej rozpowszechniali swoje geny.

To nie koniec historii. Geny wykazały swój zwykły statystyczny spryt: na obecność męskich genów wojny odpowiedzią były geny kodujące zachowania kobiet. Pojawił się gen "syndromu sztokholmskiego", czyli zjawisko może jeszcze bardziej znane w przypadku Patrycji Hearst, która to córka magnata prasowego, porwana przez terrorystów, przyłączyła się do nich i sama prowadziła bandę podczas napadów na banki. Sięgając do literatury, porwana i zapłodniona przez Azję Tuhajbejowicza Zosia Boska (H. Sienkiewicz, "Pan Wołodyjowski") musiała posiadać geny, które po pewnym czasie nie pozwalały jej próbować uciekać ani buntować się przeciw swojemu położeniu - z tego zwykłego genetycznego statystycznego powodu, że dzieci spłodzone w buntowniczych kobietach nie przeżywały i nie promowały dalej ich buntowniczych genów. Kobieta, która buntowała się przeciw roli ciężarnej branki nie przeżywała lub roniła podczas ucieczki, a nawet jeśli pozostała w obcym plemieniu, to jako "obca", "dzika" i wiarołomna nie mogła liczyć na tak wielkie zasoby ojca swojego dziecka, jak kobieta potulna, chętna do współpracy z porywaczem, a nawet, kiedy jej po paru dniach przeszedł szok i oburzenie, gotowa się w nim zakochać.

Wojenne geny ludzi są podobnymi genami-pasożytami na gatunku, jak geny lwów, nakazujące im zabijać młodociane dzieci lwic, nad którymi zdobyły dominację. W stadach lwów co jakiś czas dochodzi do przewrotu: obce samce (po walce) wypędzają samce dotychczasowe. Po tym czynie dokonują drugiego "herodowego": zabijają dzieci swoim nowoobjętym samicom. Czym sprawiają, że samice dostają rui i zachodzą w ciążę, rodząc ich potomstwo z ich genami. Gen "herodowy", chociaż jawnie szkodliwy dla gatunku (jak każdy gen kanibaliczny), miał jednak przewagę na genami "nieherodowymi": geny herodowe były rozmnażane, lwiątka z genami nieherodowymi były zabijane i ich geny nie miały czym się "odpłacić".

Żeby ludzki gen wojenny krzewił się wyżej opisaną drogą, wcale nie trzeba było, żeby wszystkie wojny były wojnami o kobiety. Wystarczało, żeby dzieci branek były znaczącą częścią wszystkich rodzących się dzieci. Także zabijanie kobiet po gwałcie, jeśli sporadyczne, nie zakłócało omówionego mechanizmu. Zabijanie kobiet, wydaje się, miało miejsce dopiero wtedy, kiedy pojedynczy żołnierz nie miał środka ni sposobu, by brankę zawieźć do domu - czyli dopiero wtedy, kiedy został wcielony do masowej, "nowoczesnej" - a właściwie neolitycznej lub jeszcze późniejszej armii. Trzeba postawić się w położeniu młodego wojownika biorącego sobie brankę - oczywiste jest, że zdobywszy ją z narażeniem życia, chciał cieszyć się seksem z nią dłużej. Dopiero w czasach, kiedy wojownicy stali się mięsem armatnim, niewolnikami dowódców i rządu, wybrnywali z genetycznego konfliktu mordując zgwałcone kobiety. Też zresztą nie zawsze, nie wszystkie itd. Z pewnością wielu Niemców rocznik 1945 ma rosyjskich ojców.

Co jeszcze: genetyczne zachowania człowieka silnie działają na umysł i uzyskują swoje literackie ekspresje. Dzieje się tak, ponieważ chętnie słuchamy o tym, co mamy w genach. Dlatego tak działają na nas opowieści np. o walce, o pościgu, o miłości zwłaszcza tej najtrudniejszej bo pierwszej - i wśród nich są opowieści o zbrojnym porywaniu kobiet. "Iliada". Mit o porwaniu Sabinek. "Trzech budrysów" Mickiewicza. Gdyby przetrząsnąć światowy dorobek, znajdzie się więcej.


*[2] Genetyczne okrucieństwo

Ewolucyjnie i genetycznie czyli w stylu socjobiologii, okrucieństwo można łatwo wytłumaczyć. (Chociaż w dalszym ciągu fantazjuję, bo gotowych tekstów o tym nie znam.) Okrucieństwo polega na tym, że w reakcji na oglądane czyjeś cierpienie i śmierć w mękach, lub tylko dręczenie, ranienie itd. bez skutku śmiertelnego, u osobników dręczących lub tylko świadkujących, występuje poczucie przyjemności wzmagając się aż do seksualnego podniecenia i takiejże satysfakcji. O dawnych publicznie wykonywanych ścięciach, gilotynowaniach i torturach opowiadano, że cieszyły się wielkim wzięciem u widzów, a wśród publiczności miały miejsce seksualne ekscesy. Seksualne podniecenie jako nagroda za cierpienie zadane przeciwnikowi, miało wielokrotne wzmocnienie genetyczne. Po pierwsze, jako motywacja do walki. Po drugie, jako motywacja do tego, żeby przez pilne obserwowanie męki i konania dobijanego wroga zyskać pewność, że już nie wstanie i nie pomści. Kto tego dopilnował, wygrywał i rozmnażał się. Po trzecie, seksualne podniecenie od mordu przygotowywało do gwałcenia pochwyconych kobiet wroga. Który z samców wcześniej się podniecił, ten sprawniej wstrzyknął brance swoje geny. Genetycznie kontrolowane zachowania człowieka zawsze (!) mają swoje "literackie przedłużenia", gdyż to do czego mamy genetycznie wmontowana skłonność, fascynuje nas gdy opowiadane. (Obliczanie cyfr liczby pi, genetycznie rzecz nieuzasadniona, w ogóle nas nie podnieca, inaczej niż bajania o seksie, władzy i żarciu.) Należałoby się przyjrzeć, jak często powtarzają się w literaturze szeroko rozumianej motywy okrucieństwa wraz z seksem. Nie dziwi, że w finale pobożnej powieści H. Sienkiewicza "Quo vadis" superman Ursus skręca łeb bykowi, do którego grzbietu przywleczona jest omdlała i naga Ligia. Natrętne symbole falliczne pozostawiam wnikliwości czytelnika, jak i to, w jakiej mierze tamta scena jest metaforą coitus'u. Ale przemoc, zabijanie, krew tryskająca i seks, to jest właśnie ten zestaw, który mamy genetycznie wmontowany. Jednym ciągiem doliczę tu dwuznaczność polskich czasowników urabianych od "pierdolić, -nąć", które po równo znaczą kopulację i agresję idącą do mordu. Czy te słówka są tylko polską specjalnością, chyba nie? - jakiś językoznawca mógłby sprawę zbadać, jak się z tym dzieje u różnych języków i kultur. Akurat to można sprawnie zbadać doświadczalnie.


* [3] O jego odkryciach i wnioskach przeczytasz w moim tekście w Tarace: "Opowieści fukujamiczne (3). Lekarstwo na chłód".


* [4] Kilka lat temu zadawałem sobie węższe pytanie: czy można praktykować Nietzschego? Odpowiedzi właściwie nie znalazłem. Czytaj tu: Czy Nietzsche może być praktykowany?


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)