Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

27 czerwca 2010

Jarosław Markiewicz

Pareidolia
- czyli o chmurach, Duchu św. i sterownikach energii

Kategoria: Twarda Ścieżka

Leżę na łące w górach, jakieś 1200 metrów nad poziomem morza, jest ciepło, bardzo ciepło, ale wieje też wietrzyk i niesie wspaniałe, wonne, wilgotne powietrze.

Leżę na plecach i patrzę w niebo, chociaż prawdę mówiąc mam tylko półotwarte oczy i niebo samo wpada mi do oczu.

Niebo bez chmur - w tej pozycji medytacyjnej - potrafi być wręcz niebezpieczne dla umysłu.

Kiedyś, aż do zmierzchu, patrzyłem w niebo tak długo, aż zaczęło mi się wydawać, że widzę jedne gwiazdy bliżej inne dalej, straciłem poczucie bliskiej przestrzeni, byłem w trójwymiarowej poświacie nieba, straciłem poczucie ciała, nie wiedziałem gdzie jestem, byłem tym, co widziałem. I nagle wszystko się obróciło - i patrzyłem z góry w dół nieba, ziemię miałem za plecami, zachwyt i przerażenie gwałtownie przywracały przytomność. - No, ale poleciałeś, pomyślałem, to było doświadczenie wspaniałe ale i pełne niewypowiedzianej trwogi idącej od trzewi.

Patrzenie w niebo praktykowałem od dziecka, sprawiało to niebywałą frajdę, ale rodzice tępili tą moją namiętność, chorowałem na płuca i wydawało się im, że mogę sobie zaszkodzić. A ja po kilku minutach znikałem jak we śnie, śniłem na jawie i zarazem wiedziałem co się dzieje.

O wiele przyjemniejsze było jednak bujanie w obłokach.

Przepływające chmury, kiedy bez napięcia przez kilka minut patrzymy w niebo, wyzwalają inny stan umysłu, zaczynamy widzieć żaglowce i smoki, pojawiają się anioły na gryfach, pegazy pasą się na białych łąkach. Oczywiście wciąż wiemy, że są to przepływające chmury. Ale w pewnej chwili przestajemy o tym wiedzieć.

Raymond Moody pisze, że generał George Patton w czasie walk we Francji miał zdumiewającą wizję swoich przodków, leżał okopany, przykryty ostrzałem karabinów maszynowych, chmury na niebie ułożyły się tak, że zobaczył twarz swojego ojca czy dziadka, ta twarz była żywa, kiedy Patton chował się w okopie, twarz stawała się niezadowolona i mroczna, kiedy Patton podnosił głowę, na niebie pojawiał się uśmiech.

Patton zrozumiał, jego ojciec czy dziadek wychowywał go na żołnierza, dzielnego żołnierza - Patton poderwał się, za nim poszli jego żołnierze, wrogowie widząc rzeczy niebywałe - przestali strzelać. Pattonowi weszło to w krew, do końca swojej kariery wojskowej konsultował każde posunięcie strategiczne ze swoimi pareidolicznymi wizjami - i cieszył się pasmem zwycięstw. Podobno mu później woda sodowa uderzyła do głowy. Ale trudno się dziwić.

Grecy, spośród wielu technik wróżebnych, wysoko cenili pareidolię, wróżenie z chmur.

Raymond Moody mówi, że tak powszechne zjawisko, jakim jest widzenie twarzy w chmurach, może służyć za przykład złudzenia optycznego znanego już od czasów greckich jako pareidolia. Zaliczane jest do złudzeń, ponieważ występuje w tym wypadku bodziec zewnętrzny - chmura - ulotny przedmiot wzbogacony wskutek interpretacji prowadzi do powstania mającego znaczenie obrazu na niebie. Jeśli wpatrując się w chmury wskażę powszechnie znaną twarz, stojąca obok mnie osoba najprawdopodobniej zobaczy ten sam obraz. Szczególną, wyróżniającą pareidolię cechą jest to, że złudzenia nie znikają, kiedy patrzymy na nie.

Ponieważ tego typu złudzenia wzrokowe wywoływane są przez czynnik zewnętrzny, mogą być pokazywane innym. Cała grupa ludzi może więc uzgodnić, co przedstawia dany obraz. Wyjaśnia to przyczynę niektórych złudzeń grupowych, w czasie których nagle duża ilość osób dostrzega twarz Chrystusa na murze kościoła, lub też Matkę Boską na ściance zbiornika ropy naftowej. (Przykład za Mood'ym.)

A jeśli już obraz taki zostanie dostrzeżony, praktycznie nie ma możliwości przekonania ludzi, że wzór ten naprawdę nie istniał tu od dawna. Ci, którzy dobrze znają dane miejsce, odnoszą wrażenie, jakby ta wizja pojawiła się nagle, znikąd. "Przejeżdżałem obok tego zbiornika na wodę niemal codziennie od dwudziestu lat", twierdziłby taki wizjoner. "Gdyby Matka Boska była tu wcześniej, z całą pewnością zauważyłbym ją. Wiem, że pojawiła się dopiero teraz".

Często gdy tylko rozejdzie się wieść o takim objawieniu, zaczynają masowo zjawiać się pielgrzymi. Ludzie odwiedzający miejsce objawienia zazwyczaj odnoszą się do niego z pełnym szacunkiem, niezależnie od tego, czy wierzą w łaskę boską. czy też nie. Choć sceptycy zapewne podchodzą z rezerwą.

Podobne twory wyobraźni dotyczą nie tylko tema­tyki religijnej. Na niektórych terenach pustyni egipskiej występują złoża sody i skamieniała roślinność, które wyglądają jak skalny las. Podróżni przejeżdżający przez tę okolicę opowiadają, że widzieli tam zwłoki zmumi­fikowanych gigantów lub olbrzymie żaglowce.

Pareidolia stanowi podstawę wróżb w wielu regionach i w różnych czasach. Ha­wajscy kahunowie czasami zadawali sobie pytania, a następnie wpatrywali się w chmury, oczekując, że ułożą się one we wzór, który będą mogli zinterpretować jako odpowiedź.

Kapnomancja, czyli wróżenie z dymu, jest nadal praktykowana u niektórych rdzennych miesz­kańców Ameryki Środkowej. W średniowiecznej Europie była zwyczajowo uprawiana przez matrony i dzie­wice. Także wróżenie z fusów od herbaty opiera się na nadawaniu znaczenia obrazom powstającym z rozkładu kawałków liści herbacianych.

Od czasu do czasu zdarzało się, że pareidolia sta­wała się przyczyną widzenia zjaw zmarłych bliskich.

Współcześnie wielu ludzi ma skłonności do przypisywania wizjom cech patologicznych. Wychodzą oni z założenia, że osoby, które mówią, że mają wizje, są schizofrenikami, bredzą lub wręcz - że są to socjopaci.

Ta postawa ulega zmianie, odkąd coraz wnikliwsze badania wskazują, że przeżycia wizjonerskie są zjawiskiem rozpowszechnionym w normalnych społecznościach. Całe rzesze miewały wizje i miewają - to co nazywamy światopoglądem, wręcz nieraz nazywanym po prostu wizją świata - ale ci, którym się to zdarzyło indywidualnie niechętnie przyznawali się z obawy, że mogą zostać uznani za nienormalnych.

Pareidoliczna indukcja daje wizję wyjątkowo bezpieczną, ustalanie znaczeń wizji świetnie opisał Szekspir w Hamlecie.

Okazuje się, że tzw. widzenie jest po prostu otwieraniem wizji, a jeśli ta wizja raz się otworzy, to... - już będzie się tak śniło przez resztę życia. A ja będę miał dojmujące wrażenie powtórnych narodzin.

Spośród nieskończoności zjawisk, które zdarzają się wokół mnie, wyodrębniam jedno - powiada wybitny badacz świadomości, Bettelheim - wybieram, na przykład, szklankę na stole (reszta pozostaje w cieniu). Jeśli percepcja tego typu tłumaczy się (na przykład, zauważyłem szklankę, ponieważ chcę wiedzieć czy mam tam herbatę, którą piję na okrągło), wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli spostrzegłem tę szklankę przypadkiem i więcej do niej nie wracam, wtedy również wszystko jest w porządku. Jeśli jednak po zauważeniu zjawiska bez żadnego specjalnego celu wracam do niego, wtedy jest właśnie bieda! Dlaczego do niej wróciła/eś, jeżeli jest bez znaczenia? Ach tak! A więc jednak coś dla ciebie znaczyła od momentu, w którym znów na nią spojrzałeś. Oto jak z powodu prostego faktu, że skoncentrowałeś się bez powodu o sekundę za długo na jakimś zjawisku, ta rzecz zaczyna wyróżniać się z całej reszty, wypełniać się sensem [...]. Jest coś w świadomości, co ją przekształca w pułapkę zastawioną na nią samą. (Bettelheim)

Tak ma się rzecz z dowolnym zjawiskiem, któremu poświęciliśmy nadmiar uwagi. Ale jeśli ten nadmiar zwróciliśmy w kierunku chmur, świadomość ja najpierw wpada w pułapkę, zaczyna być tego świadoma, nawet ją to przyjemnie bawi - a następnie "świadomość ja" zasypia, zaczyna się utożsamiać z inną jakąś świadomością.

Bardzo często ma tu miejsce konstatacja: aha, wreszcie urodziłem się, widoczne tamte narodziny z łona, o których zresztą wiem od innych, są tylko pierwszymi i najmniej istotnymi narodzinami.

Jakub Bohme mówił także o powtórnych narodzinach.

Nasza tradycja chrześcijańska znakomicie opracowała to doświadczenie - to są narodziny z ducha, który jest Jednością w Trójcy. Ale i w tej tradycji widać było do tej pory brak równowagi, Ojciec i Syn zajmowali do tej pory prawie cały czas antenowy, Duch był niby ciągle obecny, ale pojawiał się rzadko, stąd wyznawcy - w obliczu kryzysu - gremialnie zaczęli zwracać się do Ducha i do nieobecnej wprawdzie w Trójcy - Matki, bo Ona nagle okazała się napełniona Duchem.

Wpatrywanie się w niebo - jako ćwiczenie duchowe - zalecane jest przez tybetańską tradycję dzokczen, praktykują to Indianie w Meksyku, szamani Syberii, a jeśli spojrzymy na obrazy naszych świętych to w ¾ mają wzrok utkwiony w niebie - jeśli malarz solidnie wykonywał swoje zadanie, to zawsze malował tam obłoki.

Tak więc otwieranie wizji to jest po prostu uruchamianie innego, odmiennego stanu umysłu.

Grecy wykorzystywali to do wróżb. a co to jest wróżba? Jest to przewidzenie przyszłości bliższej czy dalszej, a tego nie da się zrobić w stanie świadomości "średniego ja"; teoretycznie rzecz biorąc odbywa się to tak: średnie ja, które żywi się wrażeniami, chętnie gapi się na chmury - po chwili otrzymuje "z nieba" niespodziewaną dawkę energii. Bez wątpienia jest to ta sama energia, którą Reich nazywał orgonem, ciało odczuwa ją - jest mu przyjemnie, błogo, może poczuć się lekkie, tutaj mogą się zdarzać lewitacje.

Ta dawka dodatkowej energii przenika ciało - wiedział o tym Mickiewicz w Dziadach i kahuni - przenika aż do naszego poziomu nieświadomego, do "niższego ja", a niższe ja może wysyłać energię "wyższemu ja" (wraz z wyobrażeniami średniego ja - to jest prawdziwa modlitwa).

Średnie ja ma TERAZ 3 minutowe, niższe - liczone w nanosekundach, a TERAZ wyższego ja może obejmować stulecia; z tego punktu widzenia jasnowidzenie jest całkowicie racjonalne i "normalne" - aczkolwiek czytając to, możemy się poczuć jak w krainie s-f, które chętnie mówi o światach równoległych, przenoszeniu się w czasie.

Od 20 lat maluję chmury i maluję te chmury w miarę dokładnie w tym sensie, że dbam o to, żeby pod pędzlem znikła farba i jak widzę, że chmury pojawiły się - to po prostu zatrzymuję je i jakby pierwszym kryterium jest to, że one się lekko poruszają, tak jakby płynęły.

I w momencie, kiedy ktoś patrzy się na obraz ulega temu samemu złudzeniu, któremu i ja ulegam. Bo to jest dalszy ciąg tego procesu pareidolii.

Jak już było wyżej - ten proces uruchamia się też, kiedy zapalam trochę zbyt wilgotne i dymiące kadzidło. Ale malując obraz, jestem w znacznie lepszej sytuacji niż wtedy, kiedy obserwuję dym z kadzidła, bo mogę te chmury delikatnie modelować, wydobywać je z szarości czy jakiegokolwiek innego tła.

Po chwili widzę, że "malowanie mnie porwało"; dochodzić może do tego, że co godzinę wyłaniam się, idę do kuchni po herbatę - wracam - i jestem zaskoczony, mogę mieć wręcz paranoiczne uczucie, że to nie ja to malowałem... Więc kto?

W procesie pareidolii, umysł wcześniej czy później zaczyna rozpoznawać siebie.

Świadomość człowieka, który wchodzi w dorosłe życie składa się z tego, co odrzucone (ale co działa wbrew jego świadomej woli) i z tego, co przyjęte, uznane są swoje, kulturowe, narodowe, pokoleniowe, klasowe, naukowe, religijne, partyjne etc.

Zarówno to, co zostało odrzucone, jak i to co zostało przyjęte - działa w nas na zasadzie sterowników energii. Oczywiście sterowniki nie rządzą energią kosmiczną czy boską, bez której życie jest niemożliwe - natomiast rządzą naszym otwieraniem się na przyjmowanie, tamowanie, blokowanie tej energii życia.

Te systemy sterowników (ponieważ są "nieżyciowe") są nieustannie przez nas naruszane, prowadzi to do poczucia grzechu. Stosunkowo łatwo to odkryć, kiedy dzieje się to na terytorium tego, co zostało przyjęte i może być "grzechem świadomym". Bardzo trudno to odkryć, kiedy popełniamy "grzech" na terytorium odrzuconym, podświadomym - a ten obszar zarządza najsilniejszymi sterownikami energii. W związku z tym te "grzechy" jesteśmy w stanie postrzegać już tylko jako symptomy choroby fizycznej lub dolegliwości psychiczne, a także jako zły los, ciężką sytuację rodzinną lub materialną.

W Ewangelii św. Marka spotykamy zagadkowe słowa Jezusa:


Uważajcie na to, czego słuchacie. Taką samą miarą jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, pozbawią go i tego, co ma.


Słowa te stają się jasne jeśli odniesiemy je do przepływu boskiej energii życia. Ten, przez kogo ta energia przepływa, może jej dostać ile będzie chciał. Temu, kto ten przepływ zatamował, zostanie odebrane i ta nędzna resztka, którą miał. Na to też zwraca uwagę Gurdżijew.

Pierwszą i najważniejszą sprawą jest zatem oczyszczanie sterowników energii, możemy to także nazywać oczyszczaniem z grzechów.

Ale żeby ten proces zacząć, trzeba dysponować pewną nadwyżką energetyczną, którą postrzegamy jako chęć zmiany. Coś musimy zmienić w swoim życiu - bo jest bez sensu, pełne cierpienia, ścigają nas nieszczęścia, źle się nam wiedzie. Ale musimy mieć energię, żeby zacząć to robić.

Wpatrywanie się w niebo może nam tej wiecznie odnawialnej energii dostarczyć.

Nie od rzeczy będzie więc wspomnieć, że określone obrazy mogą być bardzo pomocne w procesach psychoterapii - ale nie tylko - w tym co nazywamy rozwojem świadomości - są więc niektóre obrazy lecznicze, no ale skoro kultura masowa już dawno przyjęła do wiadomości, że istnieje lecznicza muzyka...

No, ale czy np. obrazy Van Gogha mogą leczyć? Czy raczej ka-leczyć? Znam kilka "słoneczników", które tchną autentyczną siłą. A co do słynnego "krzesła" - to już inna sprawa.

Bohaterowie Kosmosu Gombrowicza także - są pochwyceni przez proces pareidolii - próbują połączyć wszystkie ślady, które im rzucają się w oczy, a nie są dostrzegane przez innych. Postępowanie detektywa jest dla Gombrowicza symbolem tego, co stale robi każda jednostka, w akcie poznawczym, wobec rzeczywistości. Bohaterowie interpretują rzeczywistość wykorzys­tując różne odpryski i marginalne dane w charakterze materiału dowodowego.

Każda jednostka, począwszy od momentu, w którym osiąga świadomość siebie samej, próbuje wprowadzić porządek (Kos­mos) do otaczającego ją Chaosu, próbuje rozsupłać splątany kłębek złożony z milionów wrażeń, przez które jest atakowana każdego dnia.

W ten sposób przejście od Chaosu do Kosmosu jest przypisane naszej własnej naturze (ontologicznie jesteśmy detektywami): "urodzeni z chaosu, nie możemy nigdy z nim się zetknąć - zaledwie spojrzymy, a już pod naszym spojrzeniem rodzi się porządek... i kształt..."

Kłopot polega na tym, że rzeczywistość (ale co to jest właściwie rzeczywistość?), po podsunięciu człowiekowi pewnych "sugestii", naśladuje swoje własne sugestie. Cesare Segre trafnie porównał ten proces do "czarnej magii".

W Pracowni Przestrzeni Umysłu prowadzimy praktykę i badania tej magii świadomości, praktyka jest badaniem, badanie jest praktyką - bowiem najtrudniej jest świadomości ja gruntownie, głęboko przyjąć swoje własne doświadczenie, zawierzyć mu. Dlatego potrzebne są wstępy i podstępy, aby uwolnić świadomość ja od trosk i lęków, a zwłaszcza lęków.

Były epoki, które pilnie pracowały w swoich Pracowniach Przestrzeni Umysłu, ich produkty znamy jako utopie, czyli projekty urządzenia od początku wyspy Utopii. W naszej epoce wąskich specjalizacji literatura s-f pracuje w czasoprzestrzeni utrwalonej jako "Umysł", a kiedy wkracza w czasoprzestrzeń utrwaloną jako "Społeczeństwo" wtedy mówimy, że bywa utopijna.

Jeśli w czasoprzestrzeni utrwalonej jako "Umysł" nie pojawi się Nadzieja - praca jest niemożliwa.

Jeśli pojawi się Wiara - praca postępuje bardzo szybko lub jest zablokowana, jeśli Wiara (przeświadczenie) jest błędna.

Jeśli pojawi się Miłość - praca postępuje błyskawicznie i nigdy się nie blokuje.

Już kiedy kończyłem to pisać, Julita Grodek przysłała mi mailem rozdział z tłumaczonej przez siebie książki Ram Das "Ziarna na młyn - poziomy rzeczywistości". Są tutaj znakomicie przedstawione przejścia na "następne" poziomy świadomości, które obecne są w praktyce patrzenia w niebo, malowaniu i odbieraniu pareidolicznych obrazów.

Wyobraźcie sobie, że macie tuż koło oczu mały przełącznik i możecie zmieniać kanały - pisze Ram Das. Nie należy, oczywiście, mylić tych kanałów z czakramami. Włączcie zatem kanał pierwszy i rozejrzyjcie się po pokoju, a zobaczycie kobiety i mężczyzn. Ujrzycie, że niektórzy są wysocy, inni zaś niscy...

Kliknijmy na kanał drugi a znajdziemy się w królestwie psychologii. ... Patrzymy teraz na szczęśliwych, smutnych, ukierunkowanych na osiąganie, niespokojnych neurotyków, maniaków depresyjnych, entuzjastów, duchowych poszukiwaczy. Gorliwiec, w depresji, serdeczny, szczęśliwy, smutny, szczęściarz - cała gama psychologicznych atrybutów. Dla wielu z was jest to rzeczywistość, w której żyjecie. Jest to zarazem obraz was samych - kim jesteście, jaką macie osobowość. Poświęcacie czas na jej analizę, dopieszczanie, skopanie, dostarczacie pokarmu poczuciu winy, wstydowi i bezwartościowości. Zdarza się, że ktoś przychodzi, ale wy nawet nie zwracacie uwagi na ciało, tak bardzo jesteście zajęci psychologizowaniem i osobowością. Kiedy kogoś spotkacie, powiecie: "Nasze osobowości ze sobą współgrają". Jedyna rzeczywistość. Nie zwraca się uwagi na ciało. Nie patrzy się do góry, ani w dół, wszystko jest psychologią. To właśnie poziom osobowości.

Kolej na następny kanał. Klik. Teraz świat dzieli się na dwanaście kategorii wraz z wariacjami na ich temat. Oto Lew, oto Ryby. "Wiem, że jesteś Strzelcem. Poznałem to po twoim chodzie." Rozpoczęliście teraz astrologiczną fiksację, nową grę rozróżniania pomiędzy jednostkami....

Co powiecie na kolejną zmianę? Klik, kanał czwarty. Teraz, patrząc w oczy drugiej osoby widzicie kogoś, kto wam się przygląda. "Jesteś tam? Tu jestem. Niesamowite! Jak się tam dostałeś?" Widzicie teraz inną istotę, która jest wam podobna; kolejne istnienie, złapane w opakowania indywidualnych różnic, ciała, osobowości, astrologii. I spotykając oczy, te zwierciadła duszy, mówicie: "Jak to jest - być tam?"

Zwrócicie być może uwagę, że spotykając ludzi, spotykacie ich na wszystkich tych różnorodnych poziomach. Załóżmy, że jesteście dziewczyną, która przeżywa rzeczywistość na poziomie osobowości, lecz macie jednocześnie tak piękną, z kulturowego punktu widzenia, formę, że każdy, kto was spotyka, widzi tylko wasze ciało. Moglibyście powiedzieć: "Dlaczego nikt mnie nie chce ze względu na moją osobowość?" Ponieważ jesteście tak silnym stymulatorem na poziomie pierwszym, nikt nie potrafi przejść na kanał drugi. Wy możecie siedzieć sobie na kanale czwartym, a tam jest tylko dusza wewnątrz tego śmiecia, ale większość ludzi jest zajęta głównie postrzeganiem was na kanale osobowości, ciała, astrologii. Zdarza się wam jednak przejść ulicą i popatrzeć w czyjeś oczy, a stamtąd ktoś wam odpowiada. Nie podchodzi, nie próbuje was uwieść, zmienić, kupić, skatalogować w swej kolekcji, pokrzepić, osądzić, czy coś w tym stylu. Ktoś po prostu jest. "Jesteś tu. Ja tu jestem. Aleśmy się spotkali!" Spotkały się dwie istoty wewnątrz opakowań różnic indywidualnych. W tej chwili owe różnice nie wydają się już tak solidne. Są niczym koszule, marynarki czy swetry. "Wspaniała jest ta osobowość, którą nosisz. Gdzie ją dostałeś?" "Kupiłem ją na terapii Gestalt. Nazywa się pierwotny krzyk." Wciąż jest to jednak oddzielenie. Ciągle jesteście od siebie oddzieleni. (Ram Das "Ziarna na młyn", tł. Julita Grodek)

A wystarczy jedno spojrzenie w chmury, żeby dotrzeć do następnego i dalszych poziomów

naszej świadomości czy duszy, która nie ma dna.


Jarosław Markiewicz



Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)