zdjęcie Autora

10 lipca 2013

Nes W. Kruk

Pielgrzymka: duchowa wędrówka w poszukiwaniu wizji
(Pierożki, 25-30.V.2013)

Kategoria: Nowy szamanizm

I. Pielgrzymka do Katedry Sosnowego Lasu



Przyjechaliśmy do chaty ok. północy, więc sen nas ominął. Poświęciliśmy te kilka godzin na ostatnie przygotowania, poga-duchy wprowadzająco-objaśniające w temacie: „tradycyjny Vision Quest a inne praktyki wizyjne w różnych kulturach”. Żubr pochwalił się również nową chorągwią. Bania pod znakiem Białego Żubra - to będzie wydarzenie!


Jesteśmy pełni obaw, wyobrażeń tego, co nas czeka. Chcemy dojść do siedliska wilka i tam rozbić obóz. Intencje były, owszem, jako pewne drogowskazy, nic więcej. Nauczony doświadczeniem zakładam, że prawdziwy cel podróży może być inny. Jak to w inicjacji, gdy przekracza się próg, wchodząc w nieznane, mając tylko wyobrażenie, obawy i pragnienia...

Jak natrętną muchę odganiam myśli: „Po co ci to? Po co wydajesz pieniądze, tracisz czas, jedziesz przez pół Polski, męczysz się, wystawiasz na niewygody i ból? Dla jakiejś ulotnej wizji, snu?”.


Ekwipunek, nie licząc śpiwora, ważył ok. 3 kg. Niby niedużo, ale w drodze powrotnej masa materii rośnie odwrotnie proporcjonalnie do długości drogi, jaka jeszcze została do przejścia. W takim tripie ma się wręcz wrażenie, że celem jest samo jądro Ziemi.



1. mapa 2. zeszyt i przybory do pisania 3. dokument tożsamości 4. instrumenty 5. sznurek i rzemień 6. pasek 7. futhark 8. kompas 9. puszka z ziołami 10. dwa noże i osełka 11. bandaż elastyczny 12. dwie igły i nici 13. opatrunki 14. przybory do rozpalania ognia 15. dwie pary skarpet 16. plecak 17. lornetka 18. dwa worki foliowe
Oprócz tego: latarka 1-ledowa na karabinku, fajka, śpiwór z tygrysem.

Mapa okazała się średnio przydatna. „Park Krajobrazowy Puszczy Knyszyńskiej”, mapa topograficzna turystyczno-krajoznawcza 1:100000, wydanie pierwsze, Wojskowe Zakłady Kartograficzne. Od czasu wydania, tj od 1991 r. zdążyli pozmieniać krajobraz lasów. Doszły nowe autostrady leśne, nowe wyci(rzy)nki, stare pozarastały. Bez kompasu byłoby ciężko dojść do celu, idąc drogą pierwszy raz. Zeszytu w drodze użyłem tylko raz, by zapisać notatkę na marginesie:

Ktoś kiedyś pierwszy
Wydrążył dziurki
I flet zrobił z rurki”


Nie licząc napotkanej tabliczki z informacją, że „nieproszeni goście będą pożarci”. Informację postanowiłem zapisać. Warto wiedzieć takie rzeczy. Poza tym zeszyt okazał się zbędnym balastem w podróży. Dowód tożsamości również nie był tym razem potrzebny. Mundurowych, co to wszystko chcą wiedzieć - „po co, z kim i dokąd” - nie spotkaliśmy. Instrumenty wziąłem w miarę lekkie - harmonijka, flet i drumla. Wystarczyłby jeden. W zasadzie wystarczy śpiew. Rzemień przydał się do przytroczenia śpiwora do plecaka. Na pasku lornetka (nieduża i lekka, lepsza byłaby

luneta) - niezbędne wyposażenie kruka półwędrownego - oraz nóż. Drugi nóż składany, mniejszy. Futhark wziąłem z zamiarem utylizacji. To jeden z dwóch. Oba wyciąłem z jednej gałęzi. Tamten, lustrzany, spłonął w piecu przed równonocą. Uruz wyskoczyło z paleniska i ocalało. Puszka z ziołami w charakterze ofiary. Bandaż elastyczny profilaktycznie. Od czasu pielgrzymki na Ukrainę kolana czasem dają o sobie znać. Bandaż pomaga. Maści przeciwbólowych nie stosuję. Opatrunki również profilaktycznie. Igła i nici tak jak sznurek - „a może się przyda – na pewno nie zaszkodzi”. Przybory do rozpalania ognia również okazały się zbędne tym razem. W drodze ognia nie było. Poza fajką. Za to skarpety sprawdziły się. Suche stopy to dobra rzecz. Worki foliowe też się przydały - jeden do ubrań, drugi do śpiwora.

Prowiantu, z uwagi na post, nie wzięliśmy. Wody również nie brałem. Żubr wziął butelkę.


Ubranie. Pogoda sprzyjała doznaniom ekstremalnym. Buty robocze, przywiezione z UK, sprawdziły się w charakterze profesjonalnego obuwia trekkingowego. Dopiero pod koniec drogi miałem sucho w gębie i mokro w butach. Ale pod koniec - to, w zasadzie, wszystko było mokre. Wiatrówka po raz kolejny okazała się dobra na wiatr, na deszcz średnio. Chusty typu „arafatka” dobrze chronią przed upałem i chłodem. Odpowiednio zawiązana spełnia też funkcję ogona do przeganiania komarów.

Ubranie:
1. koszula rytualna
2. wiatrówka
3. trzy podkoszulki - biały,
pomarańczowy i zielony
4. koszula zielona
5. spodnie rytualne
6. bluza
7. trzy chusty
8. sweter i czapka
9. buty


Wyruszyliśmy o świcie, tj. ok. 4:20, 25-go maja. Do pełni zostały dwie godziny z hakiem, więc zdążyliśmy dojść do lasu. Żubr, jak to żubr, szedł milczący, równym tempem. Kruk co rusz zagadywał, pogwizdywał. Jeszcze miał dużo energii. Minęliśmy pole porośnięte aronią. Równe rzędy krzewów aż po horyzont. Akurat zajechał właściciel. Wymieniliśmy pozdrowienia.

- Dokąd prowadzi was bóg? – zapytał.

- Do lasu – odpowiedziałem zdziwiony, że prowadzi nas bóg.

W zasadzie nie powinienem być zdziwiony. Dzień wcześniej oglądałem „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese. Żubr przypomniał scenę, w której Jezus, niczym rasowy szaman, na pustyni wyznaczył krąg, ścierając się ze swoimi wizjami. Poszedł porozmawiać z Bogiem w miejsce, gdzie nie ma ludzi. To miało sens.

Życzyłem mu urodzaju, a on nam odwzajemnił błogosławieństwem, co wziąłem za jeden ze znaków przy drodze.

Do lasu weszliśmy za Nowym Ostrowem, kierując się na Sosnowik. Niebo było zachmurzone, w przeciwieństwie do mojego nastroju. Obawy i lęki zniknęły, gdy tylko wyszedłem z chaty. Tuż przed Sosnowikiem zaczął siąpić deszcz, a po chwili zupełnie się rozpadało. Zeszliśmy z drogi z zamiarem przeczekania deszczu. Zdjąłem część ubrań i schowałem do worka. Skóra na grzbiecie szybko schnie. Ubranie w taką pogodę schnie dłużej. Wyjąłem flet i zagrałem pierwszą melodię. Czekaliśmy z pół godziny, ale nie zanosiło się na poprawę pogody, więc już dobrze zmoknięci ruszyliśmy dalej. Okazało się, że tuż za zakrętem jest wioska, a w niej stodoła. Skorzystaliśmy z tego dobrodziejstwa i luksusu, chowając się w środku. Zdjęliśmy mokre ubrania i rozwiesiliśmy, by podeschło. Wcześniejsze zdjęcie części odzieży okazało się dobrym pomysłem. Teraz miałem coś suchego, co mogłem założyć.

Krótko po tym pojawił się gospodarz.

- A co pielgrzymi tutaj robią? – zapytał śpiewnym kresowym akcentem.

- Schowaliśmy się tylko przed deszczem. Zaraz ruszymy dalej – odpowiedzieliśmy zapobiegawczo. W stodole sucho, a deszcz grał.

- To chodźcie do domu, na herbatę, na kawę – zaczął nalegać.

- Nie, dziękujemy. Tu jest dobrze.

Nie chcąc robić sensacji, odmówiliśmy grzecznie. Raz że post, dwa, że idziemy w odludzie, więc to byłoby zejście z drogi dosłownie i w przenośni, gdybyśmy teraz poszli do domu, gdzie antena satelitarna z logo znanej stacji nastawiała ucho. Wioska mała, ledwie kilka domów, w środku lasu. Człowiek mieszka sam, więc się ucieszył, że będzie miał towarzystwo do pogadania, gdy na co dzień tylko pies i TV. No, ale cóż zrobić, jakoś udało nam się w końcu pozostać w stodole.

Gdy gospodarz poszedł do domu, weszliśmy do góry i zakopaliśmy się w sianie. Drzwi były otwarte i leżąc patrzyłem na drogę, którą przyszliśmy. Szybko zasnęliśmy. Zasypiałem trzęsąc się z zimna, ale zmęczenie drogą, wcześniejszą podróżą pociągiem i bezsenną nocą wzięło górę. Co jakiś czas się budziłem i słuchałem jednostajnego szumu deszczu. Spodziewałem się, że chyba utkniemy tu na noc, więc znów zapadałem w sen. Nie pamiętałem snów. Balansowałem na granicy. W zasadzie oba stany – snu i jawy zlewały się w jedno.

Późnym popołudniem przestało padać i ruszyliśmy dalej kierując się na Lipowy Most. Po obu stronach drogi sosny, niczym kolumny w katedrze. Trafiliśmy za to na drogę, która wyglądała jak autostrada – szeroka, utwardzona. To trasa transportu drewna. Masowa produkcja, wycinka drzew wręcz przemysłowa hodowla przypomniała mi Bory Tucholskie. Tuż przy „autostradzie” leżał jeleni róg. Żubr skwitował, że Kruk zawsze coś wypatrzy. Zastanowił mnie ten róg. Okazał się wręcz dopasowany do mojej lewej ręki (jestem leworęczny). Wyruszyliśmy do Wilka, a znalazłem Jelenia. Znowu zaskoczenie. Być może zrobię z tego widły do kamieni. Tym samym artefaktów do Bani mielibyśmy już cały komplet. Dalej minęliśmy wycinkę leśną. Przy drodze korzenie drzew, niczym góra bizonich czaszek na XIX-wiecznej fotografii, sprawiły, że poczułem autentyczną grozę.

Przy drodze znaleźliśmy niedużą drewnianą budę z okienkiem, stołem iławą. Nawet drzwi były zamykane na haczyk – to już zupełnie zbytki. Zaznaczyliśmy na mapie i ruszyliśmy dalej.

Zniosło nas na bagniste tereny. Mapy okazały się po części nieaktualne. Kruk chciał iść dalej, ale żubr stwierdził, że lepiej zawrócić i poszukać innej drogi. Tak też zrobiliśmy i niedługo potem minęliśmy Rezerwat Góra Pieszczana. W końcu dotarliśmy do Lipowego Mostu. Dzień się kończył. Po regeneracyjnym przystanku w Sosnowiku, mieliśmy przypływ energii, więc pomimo nocy - szliśmy dalej. Była pełnia, więc szło się całkiem dobrze przez las. Po Lipowym Moście doszliśmy do Borek. Mijając Borki, rzucił mi się obraz fikcyjnej rasy Borg z serialu „Star Trek” („Gwiezdna Wędrówka” - amerykański serial, który odbił się w masowej wyobraźni jako kultowy element popkultury). W serialu rasa ta miała charakter roju. Poszczególne jednostki nie miały własnej woli, były częścią roju.

Zacząłem się gubić, czy obrazy i zdarzenia z drogi wywoływały wizje, czy też wizje poprzedzały zdarzenia. Jakby wizje wewnątrz umysłu zlewały się w jedno z rzeczywistością wokół. Zacząłem wchodzić w ten stan transu, który sprawiał, że wizje nabierały wielopoziomowych odniesień i znaczeń. Czyli byliśmy na właściwym miejscu. Wolałem tego nie analizować, ale zwyczajnie chłonąć, bez różnicy, czy wizje przychodziły z zewnątrz, czy z wewnątrz. Na analizy ilościowe i jakościowe czas przyjdzie później. Być może minie kilka lat, zanim ta podróż na dobre zapuści korzenie w moim życiu. W Borkach minęliśmy dyskotekę. Kolejna abstrakcja dla mojego umysłu, który - podkręcony ekstremalnym stanem zmęczonego organizmu - zobaczył ludzi żyjących jak trutnie (nie obrażając nikogo, zwłaszcza trutni, jak mówią: „ciężka praca nie hańbi”), którzy raz w tygodniu muszą odreagować monotonię życia w sposób dla siebie jak najbardziej oczywisty – w hałasie, zgiełku, w oparach alkoholu i rozrywki, która pozwalała na chwilę puścić społeczne hamulce. Tak, obraz Borgów ciągnął się za mną jeszcze kilka kilometrów.

Za Borkami ubawiła mnie wioska o wymownej nazwie „Kondycja”. Chwilę przed tym rozmyślałem nad swoją kondycją, która spadła znacznie przez zasiedzenie zimowe.

Most na rzece Supraśl trafiliśmy już w nocy. Akurat Księżyc w pełnej krasie rozświetlił łąkę. Zatrzymaliśmy się na chwilę. W zasadzie nie śpieszyliśmy się, nie mieliśmy terminów, więc takie obrazy pomieszane z wizjami zawsze były o czasie.

W końcu doszliśmy do asfaltówki. Dziwna to była droga, tzn. całkowicie asfaltowa jak należy, ale w stanie pielgrzymkowym; w nocy, w lesie, wchodząc na taką drogę, odniosłem wrażenie, jakbym wszedł do innej rzeczywistości. Tutaj żubr wspomniał, że w zeszłym roku, w okolicach Załuków były spore stogi siana. Stogi siana to kolejny luksus w warunkach leśno-pielgrzymkowych, więc zdecydowaliśmy się zboczyć z trasy i poszliśmy w prawo. Jak się później okazało, decyzja ta zaważyła o dalszej podróży.

Stogów siana nie było. Było już po północy i idąc przez mokrą łąkę mieliśmy przed sobą perspektywę nocy spędzonej na jednej z wieżyczek obserwacyjnych na skraju lasu, do tego spodnie znowu mokre. Gdy tak staliśmy na skraju lasu, szukając wieżyczki, nieoczekiwanie żubr dojrzał budynek, który wyrósł tuż przy nas. Krótki rekonesans i znowu trafiliśmy na hotel pielgrzymkowy - kolejną stodołę. Tym razem daleko od siedlisk ludzkich. Zdecydowaliśmy przenocować właśnie tam. Padłem wycieńczony. W zasadzie nie czułem głodu. Tym razem byłem w miarę suchy, więc zasnąłem od razu.


W nocy obudził mnie łopot skrzydeł. Jak poprzednio - budziłem się i zasypiałem. Rano było bardzo ciepło. Pozwoliłem sobie na tyle snu, na ile organizm potrzebował. Żubr wstał wcześniej i zaczął strugać łyżkę z kawałka drewna jaki znalazł. Po przebudzeniu poczułem mdłości. Mięśnie bolały mnie po wysiłku. Głód i pragnienie wzmagały zmęczenie i wprowadzały umysł w stan transowy bez wspomagaczy. Wygrzebałem się z legowiska i wyszedłem na zewnątrz. Rozłożyłem na części ubrania, które były jeszcze wilgotne. Dzień zapowiadał się słoneczny, w przeciwieństwie do poprzedniego. Skorzystałem z tego, wygrzewając pióra, leniwie, bez pośpiechu... Kręciło mi się w głowie i mdłości, co jakiś czas, wracały. Eksmitowałem jednego kleszcza. Po godzinie ruszyliśmy do lasu. Korzystając z mapy, kierowaliśmy się do celu, który sobie obraliśmy przed wyprawą - do rezerwatu, w którym żubr, rok wcześniej, słyszał śpiew wilków. Dzień zaczął się leniwie, ale nie wiedziałem, że będzie bardzo ciężki. Przekonałem się o tym bardzo szybko, gdy  byliśmy już w drodze. Byłem zmęczony. Nie mogłem się zatrzymać. Gdy tylko próbowałem odpocząć, wokół mnie pojawiała się chmara komarów, które tylko czekały, aż stanę w jednym miejscu. Żubr miał zmyślną moskitierę, ja tylko chustę w charakterze krowiego ogona. Chusta była kiepskim ogonem. Marzyłem o moskitierze.

Skusiłem się na trzy łyki wody. Co za ulga. Nie na długo jednak. Pół godziny później wymiotowałem, choć nie miałem czym. To dziwne, ale gdy tylko minęły konwulsje, mój umysł również się oczyścił.

Idąc w towarzystwie komarów rozmawiałem z żubrem o ekologii, o tym, że przedsiębiorstwa nie dbają o odpady, a tym bardziej ludzie, którzy nie myślą o tym, co się dzieje z tymi wszystkimi kolorowymi opakowaniami produktów – woreczkami, foliami, butelkami, pudełkami... Rozmyślałem o tym, jakby wyglądały śmietniska, gdyby firmy produkujące żywność i inne „dobra”, były zmuszone zadbać o utylizację opakowań. Człowiek opakowania nie chce, skoro je wyrzuca, a mimo to musi za nie płacić. Przedsiębiorstwa są zwolnione z odpowiedzialności. Nawet moda na ekoprodukty to nic więcej jak marketing. Dla konsumenta ważny jest produkt. Opakowanie trafia do kosza a potem na wysypisko. A co by było, gdyby te firmy produkujące różne cywilizacyjne cuda (czyt. śmieci) zmuszone były do stworzenia systemu recyklingu, albo przynajmniej do zadbania o to, by odpady wróciły do fabryk? Idę przez las - puszka po piwie. Zdjęcie i korporacja dostaje mandacik za zaśmiecanie lasu. Nie człowiek, który wyrzucił puszkę, ale firma, która ją wyprodukowała. Idę dalej - plastikowa butelka. Co to za napój gazowany? Aha, znowu mandacik, tym razem dla inne firmy. Dalej opakowanie po batoniku. I znowuż mandacik. Projektując rzeczywistość, zobaczyłem nagle drzewo rosnące w lesie niedaleko drogi. Drzewo rosło w samym kręgu utworzonym przez suche liście. Wizja drzewa była niesamowita. Może to moje zmęczone zmysły, może wyobraźnia podkręcona przez wycieńczony organizm. Krąg był idealny i wyróżniał się na tle ściółki leśnej. Wizja drzewa popchnęła wyobraźnię dalej. To właśnie tym różni się przyroda od ludzkiej technologii. Przyroda niemal w 100% wykorzystuje „odpady”, człowiek niemal w 100% robi dokładnie na odwrót. To takie proste. Drzewo zrzuca liście, które są mu niepotrzebne zimą, by te, rozkładając się zasiliły ziemię, z której drzewo czerpie potrzebne składniki. Koło się zamyka. Mając taki potencjał intelektualny, człowiek nie jest w stanie stworzyć systemu, który wzorowałby się na przyrodzie. Czy to nie dziwne? Nie, bo cywilizacją rządzi doraźny zysk.

Drzewo zostało w mojej wyobraźni, nazywając inteligencję ludzką po imieniu. Zatruwamy ziemię, powietrze, wodę. Wszystko to, co zaspokaja nasze potrzeby, staje się bezużyteczne. Za każdym razem, gdy kupuję batonik, gdy myję naczynia, piorę ubrania, gdy myję włosy, gdy jadę samochodem... To jest jak sieć. Czy można się z tego wyrwać? Ale jak, uciec od cywilizacji, w las, w dzicz? To nie sztuka uciec od problemu. Sztuką jest problem rozwiązać. Cofnąć się w rozwoju technologicznym, czy pchnąć go na nowe tory? Poczułem się jak Don Kichot walczący z olbrzymami, które okazały się bezdusznymi molochami.


Do rezerwatu, który obraliśmy sobie za cel nie dotarliśmy. Zniosło nas znacznie i byliśmy już mocno zmęczeni, a mieliśmy przed sobą jeszcze drogę powrotną i to w stanie znacznego zużycia materiału. W zasadzie dzień drogi nie powinien być tak męczący, pomimo postu, ale był. Wyszliśmy w drogę, inspirując się tradycyjnym Vision Questem. Jak pisałem wcześniej, byłem gotów przyjąć tę podróż taką, jaka mnie czekała. Dużo myślałem o idei pielgrzymki. To było coś, co wpasowywało się całkowicie w Szamanizm Drogi. Po raz kolejny zrezygnowałem z obcych wzorców. Poznając wcześniej reguły inicjacji Vision Quest, miałem przebłyski, że to nie o to chodzi w tej podróży. Od kilku lat wciąż przewija się w mojej praktyce idea Szamanizmu Drogi, w którym ceremonia jest w ruchu, gdzie przestrzeń sacrum nie wydzielają mury, krąg, czy inna zamknięta przestrzeń. W takiej formie transformacji sakralnej droga jest tą przestrzenią, która płynie w czasie. I słowa osób, które spotkaliśmy, nawet gest zamykanej kłódki. Idzie się drogą i się jest. A wszystko, co się wydarza w takiej przestrzeni - nabiera znaczenia niczym elementy mszy. Kruk w drodze to obraz w ruchu. Gdy kruk siedzi na gałęzi, to obserwuje i nasłuchuje. Nie bierze udziału w akcie stworzenia. Gdy leci, to jakby tańczył i śpiewał.


Zatoczyliśmy krąg i wyszliśmy w Nowosiółkach. Tu jeszcze mogliśmy pójść w kierunku, który sobie upatrzyliśmy wcześniej, ale zdecydowaliśmy się pójść dalej, przystosowując się do zmian, jakie napotykaliśmy w trakcie pielgrzymki. Widziałem, że żubr jest trochę rozczarowany. Nie rozmawiałem z nim o idei Szamanizmu Drogi (choć właściwiej byłoby powiedzieć idea Świętej Drogi), więc miał zupełnie inne wyobrażenie Vision Questu niż ja. Bardzo często w praktyce rytualnej nie trzymam się utartych schematów. Czasem przysparza mi to problemów, bo bywa, że idę po omacku, ale to, co odnajduję na końcu drogi, często jest tym, czego się nie spodziewam. I jest o wiele bardziej transformujące i twórcze, niż gdybym trzymał się bezpiecznych szlaków turystycznych. Jak mawiał Skusikula - w trakcie ceremonii na Dobrej, flirtując sobie z rzeczywistością: „Suprise Me”. Kruk jest tricksterem i taką ma naturę.

W Nowosiółkach poprosiliśmy o wodę jednego z mieszkańców. Mnie woda smakowała ogromnie. Żubr kręcił nosem. Na moście, którego poprzedniej nocy oświetlał Księżyc, znowu wymiotowałem. Tym razem wypiłem pięć łyków wody i dalej już obyło się bez sensacji żołądkowych. Choć byłem wyczerpany i wciąż marzyłem o odpoczynku (komary bezlitośnie krzyczały „Dalej! Dalej!”,nie dając szansy nawet na jeden mały przystanek), czułem się lepiej. Wciąż miałem zjazd energetyczny i psychiczny, ale zdystansowałem się od własnej słabości. Był to stan, którego trudno mi było osiągnąć w technikach transowych, jakie przyszło mi stosować wcześniej. Nogi szły, ciało posuwało się naprzód, umysł był rozciągnięty między snem a jawą. Tym razem szliśmy najkrótszą drogą, jaką się dało. Mieliśmy jeszcze przed sobą kilkanaście kilometrów przez las i jeszcze sporo przez pola. Plecak wydawał się co najmniej dwa razy cięższy niż na początku. Wszystkie trudne warunki drogi skumulowały się, tworząc specyficzną scenografię ciała - ekstatyczną i bolesną zarazem.


Gdzieś w połowie drogi przez las wyciągnąłem futhark. Był to bliźniaczy futhark tego, który spłonął w równonoc wiosenną. Wówczas z pieca wyskoczyła runa Uruz (tur, żubr, bizon). Tym razem pozwoliłem sobie wylosować jedną runę, a pozostałe wrzuciłem do oczka wodnego przy drodze. Wylosowałem… Uruz. Z dwóch futharków, które zrobiłem kilka lat temu z jednej gałęzi (jeden z jednego końca, drugi - lustrzany - z drugiego) zostały dwie runy Uruz.

Po drodze rozmawialiśmy jeszcze o rodzinie, o herbach rodowych (w równonoc po raz pierwszy prowadziłem warsztaty z tworzenia herbu totemicznego i ten temat znów się pojawił), o rodzinnych opowieściach i historiach. Gdzieś w przeszłości jedni ludzi odebrali innym prawo do stanowienia własnego rodu i jego historii, czym odcięli ich od potężnego źródła mocy. Nawet dziś, gdy ktoś próbuje stworzyć swój własny herb (totem), z reguły jest lekceważony, bo przecież herb musi być zatwierdzony przez urzędnika, który stoi na straży tradycji, która jednym daje prawo wywyższać się nad innymi. Mój herb to sprawa mojej rodziny, a nie jakichś tam rejestrów i tytułów. Dlatego ucieszyłem się, że żubr podszedł do tej idei poważnie i sam zaczął kreować swój ród. Nie zdecydowałem jeszcze, czy tę technikę spisać czy przekazywać tylko ustnie. Wspominaliśmy bliskich i dalekich krewnych, których spotyka się tylko na pogrzebach albo weselach.


W Nowej Świdziałówce odnaleźliśmy trzecie źródło wody. Była to studnia ogólnie dostępna. Żubr wspomniał wcześniej, że wyruszył w poszukiwaniu Wody Życia. Ta woda też mu nie smakowała. Przy studni w końcu udało mi się na chwilę usiąść. Rozmyślałem o rozmowie na forum, na temat wody. Wspominaliśmy, że woda, która jest niezbędna do życia, również została zagarnięta przez tych, którzy karzą sobie płacić za nią, że zniknęły gdzieś te ujęcia w miastach, które pamiętam z dzieciństwa. I za ziemię trzeba płacić. I są miejsca, gdzie sprzedaje się bilety, by móc oddychać powietrzem.


Do Pierożek mieliśmy jeszcze kilka godzin drogi. Ostatni etap szliśmy w ciemności. Znowu zaczęło padać. Szliśmy przez pola, a mokra trawa już nie była utrudnieniem w drodze. Szliśmy, bo wiedzieliśmy, że musimy dotrzeć. Żubr swój stan skwitował krótko: „Jeśli się teraz potknę i przewrócę, to już nie wstanę”. Idąc przez wioskę, miałem wrażenie, że strasznie się wydłużyła. Do chaty dotarliśmy ok. północy. Zjedliśmy lekki posiłek, który składał się z płatków owsianych, lekkiego pieczywa typu „waza”. Rozgrzaliśmy się gorącą herbatą. Miałem wrażenie, że wciąż idę, że wciąż jestem w drodze. Może dlatego, że przeszliśmy ok. 60 km. A może podróż wciąż trwała.

Zrozumiałem, że celem podróży nie było siedlisko wilków. Celem podróży było miejsce, z którego wyszliśmy. Ruszyliśmy, by zatoczyć krąg, ale nie wróciliśmy do punktu wyjścia. Tak jak pory roku, które tworzą cykl, pulsując swoim rytmem, powtarzają się, ale nigdy nie są takie same. Nigdy nie ma dwóch takich samych wschodów i zachodów Słońca, a każda wiosna jest inna, choć potrafimy określić to, co czyni tę porę roku tak wyjątkową.

Zasnąłem.


II. Wiatr W Trawie



Tego dnia jedliśmy już normalny posiłek - kasza i ryż. Nie mieliśmy oparcia w tradycji. Robiliśmy coś po raz pierwszy. Być może następnym razem pociągnąłbym post do końca całego cyklu podróży. Vision Quest był pewnym wzorem, początkowym punktem odniesienia, ale już pierwszego dnia dostaliśmy mnóstwo znaków, że idziemy nową, a zarazem starą drogą. Żyjemy w kraju, w którym zdecydowana większość ludzi jest wyznania katolickiego. Już samo to pozwoliło nam zrozumieć naturę pielgrzymki jako, swego rodzaju, modlitwy, mszy, ofiary i intencjonalnego działania magicznego w jednym. Rzecz jasna pielgrzymka nie jest podróżą stricte chrześcijańską. Pielgrzymują ludzie w różnych kulturach już od czasów starożytnych. Czułem się tak, jakbym odkrył na nowo moc pielgrzymki. Wiele aspektów podróży mnie zaskoczyło, np. cel podróży. Zwykle pielgrzym wie, do jakiego sanktuarium zmierza. Naszą intencją nie była ani prośba, ani dziękczynienie. Szliśmy w nieznane i chyba to stanowiło o wyjątkowości tej świętej podróży, niczym skusikulowe „Suprise Me”. Dlatego, mimo wszystko, był to Vision Quest, choć nie wpisywał się w wyobrażenie, jakie zwykle mamy na temat „wyprawy po wizję”. Zarówno sama droga, jak i każdy jej element, stanowiły całość ceremonii inicjacyjnej, którą przeszliśmy intencjonalnie. Nie mieliśmy jednolitej i jasnej intencji. To znaczy  intencja była – nienazwana. Intencją było przekroczenie progu i pójście dalej. Pozwoliliśmy się prowadzić i to było tym potężnym kopniakiem, który wyrzucił nas na drugą stronę w nieznane. Weszliśmy w nową przestrzeń. Nie znałem jej wcześniej, choć Szamanizm Drogi praktykuję i rozwijam od lat uzupełniając go o nowe elementy, techniki, ceremonie. Droga była ucieleśnieniem mojego życia - szedłem dla samej drogi, a nie dla jakiegoś swojego wyobrażenia celu. Dzięki temu doświadczałem całego procesu, nie odwracając uwagi w kierunku własnych wyobrażeń tego, co jest na końcu. To droga mnie transformowała. Dlatego tak łatwo było mi zaakceptować to, że cel okazał się inny, niż przypuszczałem. Żubr gryzł się z myślami „czy to już koniec?”. Miałem przeczucie, że dla niego to tylko koniec pewnego etapu podróży, że teraz potrzebuje odpoczynku (żubr nigdy się nie śpieszy) i potem dalej ruszy w swoją drogę. Zajął się swoimi sprawami, przywracając do życia Białą Chatę, transformując jej energię (kuchnia nabrała harmonii) a ja ruszyłem w drugą podróż.


Chata stoi na rozstaju dróg. Drogi krzyżują się, wyznaczając cztery kierunki (ściśle mówiąc, jest też piąta droga, ale tę zostawiłem sobie na inną podróż). Odniosłem wrażenie, że każda z nich jest częścią całej podróży. Podróż do Puszczy Knyszyńskiej była pierwszym etapem. Drugi etap wyznaczyła droga w kierunku niewielkiego lasu, w którym po raz pierwszy trafiłem na ślady żubra. To tam dwa lata wcześniej powitaliśmy Słońce o świcie po ceremonii wiosennej, która zamknęła roczny cykl rytuałów. Tam spoczęły kawałki lustra Roberta Siekluckiego (trzy odłamki powędrowały w świat w postaci artefaktów). Lubię ten las. Zawsze czuję, jakbym wchodził do wnętrza Ziemi, gdy w nim przebywam. Ta podróż była krótka w porównaniu do wcześniejszej. Była też pewnym dopełnieniem. W Czarcim Kręgu rany się zabliźniły. Chodząc samotnie, między drzewami, oddałem ziemi to, co było dla mnie już zbędne. Zostawiłem przeszłość. Zwolniłem tempo. Zżubrzyłem się i odetchnąłem z ulgą. Wizja, która przyszła do mnie w trakcie tego etapu podróży, to morze traw, które falowały na wietrze. Jak miliardy ludzi, niby podobne źdźbła, a jednak każde inne, kołyszące się w swoim tańcu.


III. Powrót do Źródła



Tego dnia żubr wrócił do rodziny. Zostałem sam w chacie, która stała się moją samotnią, miejscem odosobnienia na ten czas. Było już dla mnie jasne, że każdą z dróg, przy której rozsiadła się Biała Chata, mam do przejścia jeden z czterech etapów podróży. Tego dnia zdecydowałem się pójść w stronę Harkawicz. Cztery lata wcześniej uczestniczyłem tam w ceremonii Szałasu Potów, prowadzonej przez Wojciecha Jóźwiaka. Była to jedna z silniejszych ceremonii, w jakich brałem udział. Przed ceremonią dostałem trzy znaki z różnych źródeł, które zwróciły moją uwagę na tę ceremonię. W swojej praktyce poznałem techniki, które wywodzą się z tradycyjnego szamanizmu. Co prawda tych, które narodziły się samoistnie w trakcie praktyki jest więcej, ale nigdy nie odrzucam tradycyjnych technik i ceremonii. Niektóre zaadaptowałem, inne stały się inspiracją do czegoś nowego, tworząc Ścieżkę Mocy – jasną i wyraźną niczym błyskawica. Mając Kruka za przewodnika zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Tamta ceremonia zainicjowała szereg zmian w moim życiu. Bez tej ceremonii nie byłoby Rytualnych Map, ani podróży na Ukrainę, jak i szeregu innych zdarzeń. W ramach praktyki ceremonii „Łowów”, które po raz drugi odbyły się w ostatnią równonoc wiosenną, nie udało mi się dotrzeć do Harkawicz. Zatrzymał mnie Żubr. Była to lekcja cierpliwości, to prawda, ale tym razem postanowiłem dokończyć to, co zacząłem w Harkawiczach.

Tym razem było słonecznie. Pamiętam zaspy sprzed dwóch miesięcy. Idąc drogą, spotkałem zająca, który też biegł sobie wolno, też drogą, ale w przeciwną stronę. Niemal chciałem mu powiedzieć „dzień dobry”, tak zabawnie to wyglądało. Dopiero jakieś 20 metrów przede mną zauważył mnie i czmychnął w las. Gdy doszedłem do miejsca, do którego dotarłem poprzednio, zaczął padać deszcz. Zaśmiałem się do siebie. Mając za sobą dwudniową zaprawę i zimowe zaspy ten deszcz nie mógł mnie tym razem zatrzymać. Droga była spacerowa, aż się chciało ściągnąć buty i gwizdać wesoło. Minąłem dom Marysi, nie zachodząc do środka. Mój cel był inny. Chciałem dojść do strumienia, który znalazłem cztery lata temu. Idąc główną drogą zszedłem w stronę lasku. Gdy wszedłem na pagórek, usłyszałem głośne warczenie albo odgłos, który był niepokojący. Jakiś zwierz był tuż przede mną, a ja miałem tylko nóż i… termos. Czekałem, mając nadzieję, że zwierz pójdzie swoją drogą i mnie nie zwietrzy. Często chodząc po lasach zdarza mi się, że zwierzęta mnie nie zauważają (jak ten zając, którego spotkałem chwilę wcześniej), bo chodząc po lasach mam w zwyczaju zatrzymywać się w jakimś miejscu i siedzieć lub stać w milczeniu. Tak było i tym razem. Nie chciałem robić hałasu, bo nie wiedziałem z kim/czym mam do czynienia. Zwierz sobie poszedł i ruszyłem dalej. Mając w pamięci tylko ogólny zarys miejsca, które odwiedziłem w ramach Dnia Niedźwiedzia, ruszyłem skrajem lasu. Przedzierając się przez zarośla nieoczekiwanie zobaczyłem przed sobą ciemną postać zwierza. Kilka metrów przede mną stał dzik, obok niego drugi - w polu. To dziwne, że podszedłem tak blisko, bo nie byłem znowu tak cicho. W ułamku sekundy dziki wyrwały zaskoczone -  jeden w las, drugi w pole. Nie wiedziałem jak się zachowają. Mimo wszystko dzik może być niebezpieczny, a ja miałem właśnie przed sobą dwa - sądząc po zachowaniu -mocno zdenerwowane. Ten, który uciekł w pole, zatrzymał się po kilku metrach i zaczął głośno kwiczeć. Drugiego nie widziałem, ale też zachowywał się głośno. Nie wiem, kto bardziej się wystraszył, ja czy dziki. Wolałem tego nie sprawdzać. Czym prędzej zacząłem się wycofywać. Przez kilka minut jeszcze nasłuchiwałem, czy ruszyły w moją stronę. Słyszałem jeszcze tego w lesie, jakby szedł i mnie obserwował. W końcu odetchnąłem z ulgą. Spotkanie skończyło się tylko ZASKOCZENIEM. Wycofałem się, obierając inną drogę. W pamięci miałem dwa dziki odwrócone do siebie tyłem niczym wzór herbu.

Do strumienia trafiłem już bez przygód, nie licząc mokrych butów. Rzeka nosi nazwę „Usnarka”. Zakończenia nie będę opisywał, gdyż jest w nim element zbyt osobisty, który i tak nic nie powie ewentualnemu czytelnikowi tej relacji.

Żubr dwa miesiące wcześniej dał mi lekcję cierpliwości. Trzeba było czterech lat i kilku prób, by w końcu zakończyć ten etap podróży. Drogę powrotną do chaty przeszedłem boso. Pretekstem były mokre buty, które stały się balastem. Dobrze było czuć ziemię pod stopami. Po raz pierwszy eksperymentowałem z bosą wędrówką przez las w Beskidzie, trzy lata temu. Tam przeszedłem całą drogę, od świtu do zmierzchu. Tu tylko drogę powrotną do chaty. Zimna i mokra trawa lizała stopy. Coś w tym jest, że gumowe podeszwy izolują. Kiedyś ludzie chodzili boso. Nasze stopy są do tego przystosowane. Zapomnieliśmy o tym. Gdy chodzę boso - ludzi to zazwyczaj szokuje. Są zdziwieni. A przecież stopami dotykam ziemi.


IV. Ziemia



Ostatnia, czwarta droga była mi nieznana. Nigdy nią nie szedłem. Uzbrojony w wojskową mapę, nóż, termos i lornetkę ruszyłem w nieznane. Za wzgórzem doszedłem do mokradeł. Przed mokradłami był kawałek ziemi otoczony drzewami. Prawdopodobnie minie jeszcze kilka lat, zanim w końcu będę mógł zapuścić korzenie, budując swoje własne siedlisko, ale to miejsce jest właśnie takim kawałkiem ziemi, którym mógłbym się zaopiekować. Dobrze tam jest. Cicho. Z dala od ruchliwych asfaltowych dróg. Mam nadzieję, że kiedyś jakaś ziemia zechce przyjąć mnie na służbę. Taka ziemia jak tamta.

Przy mokradłach usiadłem na kamieniu i wsłuchałem się w śpiew… no właśnie - nie wiem do dziś, czy to wiatr grał w trawie, czy jakieś dziwne stworzenia, których nie znam. Zakładam, że wiatr. Siedząc na kamieniu, wchodząc w trans (właściwie odkąd zacząłem podróż w sobotę cały czas trwałem w tym dziwnym stanie wizyjnym), siedziałem pośród pól, łąk, mokradeł, sam. Byłem sam, ale nie samotny. Zdarza mi się odczuwać samotność w tłumie. Gdy jestem sam, w takim miejscu jak tamto, nigdy tego nie czuję. To tak, jakby moje ego rozpływało się w tej przestrzeni i zatracało granice. Czas inaczej płynie. Nie spieszę się. I czas się nie śpieszy.


Po koncercie poszedłem dalej. Skręciłem w prawo i doszedłem do wzniesienia, z którego rozpościerał się widok na okolicę. Na górze trafiłem na dzikie wysypiska śmieci - gruz, opony (żubr chciał przywieźć opony od ciągnika, a tu prawie pod domem), szkła, pojemniki po oleju, części samochodowe, stosy plastikowych butelek. To nie wyrosło na wzgórzu. Wśród dzikiego tymianku ślad, który pozostawił człowiek. Mogę psioczyć na tych bezmyślnych ludzi, chcących zaoszczędzić na śmieciach, ale przecież sam jestem częścią tego samego systemu. Co stanie się z klawiaturą, gdy już odmówi posłuszeństwa? Gdzie trafi butelka po oleju, opakowanie po smacznych ciasteczkach? Czy jestem kimś lepszym tylko dlatego, że „moje” śmieci trafią na większą górę, która jest niby pod kontrolą? I jak długo jeszcze będę uczestniczył w tym procederze? Nie znajduję usprawiedliwienia.


Ostatnia część podróży zakończyła się o zachodzie Słońca. Nie zabrakło komarów. Czekał mnie jeszcze długi powrót do domu. Czy ta podróż, ta pielgrzymka do Ziemi Świętej sprawiła, że znalazłem odpowiedzi na pytania, które zadałem lub których nie zadałem? Czy odnalazłem wizję? Z pewnością. To, co odkryłem po drugiej stronie lustra, tak jak przypuszczałem, okazało się być czym innym niż się spodziewałem.


Zakończenie i Początek



Pielgrzymka jest formą Vision Questu, modlitwy. Choć droga od dawna jest dla mnie przestrzenią sacrum, to na nowo zacząłem odkrywać wartość pielgrzymki. Piesza wędrówka nabiera szczególnego sensu w stechnicyzowanym świecie, którego nie potrafimy wyobrazić sobie bez samochodu. Nie mamy czasu na nic, nawet na świadome doświadczanie własnego życia. Ludzie chodzą dla sportu, dla kondycji, ale nie dla samej drogi. A przecież nasze ciała nie są przystosowane do siedzenia, ale do chodzenia. Odmienny stan świadomości, jakiego doświadczyłem w trakcie tej intencjonalnej wędrówki, wprowadził mnie w przestrzeń, gdzie sacrum spotkało się z profanum, gdzie komary były tak samo ważne jak pytania zadawane Nienazwanemu. Obserwując symbole i wizje odkryłem, że to moje strukturalne „Ja” nadaje moc i znaczenie konkretnym symbolom, zdarzeniom, zjawiskom itd., a wzory, które rozpoznawałem w rzeczywistości, kształtowały moje „Ja”. Ego jest tu swego rodzaju filtrem (filtr tworzą takie zjawiska psychiczne, jak: lęki, pragnienia, wspomnienia, uwarunkowania itd.) przepuszczającym te z bodźców zewnętrznych i wewnętrznych, które percepcja towarzysząca świadomości, często nazywanej odmienną, wybiera, umacnia i uświęca. Jeśli założę, że istnieje jakaś „wyższa świadomość”, której percepcja skierowana na zewnątrz i do wewnątrz jest większa, przekraczająca percepcję ego, nieważne - zewnętrzna czy wewnętrzna, rodzi się we mnie pytanie: jak oddzielić sygnały wysyłane przez „wyższą świadomość” od tych, które wychwytuje i przepuszcza ego? Jeśli pod wyższą świadomość podczepię Jaźń, wówczas mogę założyć, że Jaźń „wie” o błędzie percepcji ego i wysyła takie sygnały, które ego przepuszcza. Jaźń wykorzystuje filtrujący mechanizm ego. Jeśli Jaźń charakteryzuje percepcja nie zmącona filtrem ego, wówczas może być świadome natury ego. Problem znika zupełnie, jeśli zsyłającym wizje jest bóg wszechmogący, wszechwiedzący itd.

Jeśli jednak nie będę podpierał się boską (większe ego) wszechwiedzą, odpowiedzią na pytanie jest: zaufanie i poznanie siebie.


Będę dalej rozwijał to, czego się nauczyłem w trakcie tej podróży. Wędruję od wielu już lat, ale dopiero ta pielgrzymka pozwoliła mi zainicjować i zrozumieć konkretną praktykę duchową. Mam nadzieję, że spotkam towarzyszy podróży, którzy zechcą przejść ze mną niejedną podróż. Będę im opowiadał o tym, czego się nauczyłem. Pielgrzymka to silna praktyka transformująca wnętrze wędrowca, scalająca go z rzeczywistością, pozwalająca odnaleźć swoje miejsce w ciągłym ruchu. Cieszę się, że nauczyłem się tej praktyki i że będę mógł ją rozwijać i przekazywać dalej, jako jeden z podstawowych elementów żywej duchowości. Tej duchowości, która nie jest oderwana od rzeczywistości, ale wręcz jest jej żywiołem, elementem, pierwiastkiem, tak jak życie. Życie to ciągła zmiana, transformacja, taniec. Droga bez końca i początku. Spiralna Ścieżka.


Otrzymałem i przyjąłem cztery wizje: Wizję Drzewa, Wiatru, Wody i Ziemi. Te cztery wizje zaśpiewały pieśni o ruchu, zmianie, drodze i rytmie.

Drzewo pokazało mi, jak zmieniać rzeczywistość, nie robiąc szkody sobie i innym, jak czerpać energię z własnego wnętrza, z centrum kręgu, który wyznacza granice poznania, otwierając się jednocześnie na to, co na zewnątrz.

Wiatr powiedział mi, że poprzez ruch - podobne staje się odmiennym i na odwrót, że wszystko jest w ruchu i nic nie jest odosobnione.

Woda doprowadziła mnie do źródła, które oczyszcza poprzez transformację.

Ziemia dała mi drogę.


Nes W. Kruk

Sztum, 8 lipca 2013, Nów


Korekta przez: ()


komentarze

1. Poszukiwania • autor: Nierozpoznany#73942013-07-11 01:08:59

Twoja relacja z wyprawy jest OK.Przypomina mi własne czasy wypraw"bez nazwy" i celu.Wyprawy poszukiwawcze.Wyprawy w poszukiwaniu wszystkiego -bez oczekiwania niczego.W moich przyzwoleniach, było jednak ,dopuszczalne uszanowanie sytuacji miejsca.Honory sprawowane ,otwierały drogi ,pokornych-nie agresorów(mrówek)Uświęcanie lokalnych świętości otwierało kolejne -na drodze...do źródeł.
Nie wiem co wewnętrznie Ty doświadczyłeś ale nam dana była energia kreatywności wszystkiego.Powrót z wyprawy w omamie potrzebności wszystkiego i wszędzie.Istny spontan działań co krok i moce przyrody wszędzie.To jak bycie w oceanie kroplą wody.
Przyroda kochała nas ,jednocześnie dając kopa w tyłek-wynoście się .Oddając jej serce otrzymaliśmy serce z jej esencją.Jaką-jej...W każdej krainie jest inna.W wielu miejscach opowiada o czymś innym ale trzeba się jej oddać by ona mogła coś dodać-dać.W perspektywie czasu wszystko jest błogosławieństwem.Nawet komary tną we właściwych miejscach:).Wszystko jest wskaźnikiem stanu człowieka ,pory dnia,zapotrzebowania.Cierń mówi o potrzebie zatrzymania -analizy,strumień o przemijaniu(emocjach),zapach o analizie stanu,wiatr o czasie ,słońce o porach następnych,zwierzęta o związkach,zdarzenia o nas itd.Wszystko jest wskazówką, nawet myśl jest przysposobiona do stanu nas samych.Wejście w las oznacza zgodę na szepty i chronologię otoczenia.Przemierzanie przestrzeni wiąże się z nabywaniem cech otoczenia.Jest to warunek zgodnego przejścia.Jest się sługą a las nauczycielem -uczy jak przejść .Bądź pilnym uczniem a dostaniesz więcej.
Drzewa opowiedzą historię szumienia,trawy rośniena ,powietrze pachnienia,zwierzęta istnienia a wszystko -na i z Tobą.Gdy stajesz się lasem -on czuje tobą -wzbogacasz go a On jest twój jak Ty nim.Są władcy przestrzeni lasów ...i z nimi jest problem...Nie lubią nas i długo nie polubią.Dają oni jednak zgody na wejścia (emoc.) i przejścia w siną dal.Są też od nich mniejsi-tacy bardziej pomocni ale i dokuczliwi -prowadzący na manowce(dla jaj),są terz całkiem mali,którzy biorą wszystko podarowane by brać (?)ale nie wchodzą w rzadne relacje.Są i wielcy ,wpływający na los -ich wola pozostaje z nami.
Takie są moje odczucia lasu.Bo jestem z lasu.


2. dygresja • autor: Nierozpoznany#66342013-07-11 11:06:37

Kiedyś poznałem jednego z buddyjskich nauczycieli dharmy. Po prostu zachwycił mnie swoją ścieżką duchowego rozwoju (ups, znowu ten "rozwój duchowy").  Pracował gdzieś w jakimś biznesie i brzmiało to mniej więcej tak: w pewnym momencie zainteresował mnie rozwój duchowy. Rozejrzałem się wśród ofert na rynku i wybrałem najlepszą. Kropka. Dzisiaj jest bardzo popularnym i cenionym w sandze nauczycielem.  Wie wszystko o "ego" i kiedy unosi ono swój ohydny łeb. W zasadzie wie wszystko, a nawet wiele więcej. Na przykład taki Miłosz... No, coś tam czytał, wchodził w intymne relacje z jakimś Blakiem, ale w sumie nie doczytał... Zamiast we właściwy sposób pracować z pożądaniem, to wdał się w bliżej nieokreślone egzystencjalne żale i skończyło się tak, jak się skończyło.... Itp. Podziwiając  ten proces duchowego rozwoju, nie mogłem uniknąć smutnej refleksji nad jałowością swoich poczynań. Dwadzieścia lat zmitrężyłem w jakichś zbędnych bojach: odkrycia, zawody, wzloty, upadki, fanatyzmy, piekła, nieba... no po prostu kupa lat  przedziwnego lunaparku. W dodatku, z jakże ułomnie pojmowanym  smakiem przygody, radościami, smutkami, chorobami, zwątpieniami... - znowu ten lunapark. A ten koleś wybrał ofertę, zrobił nyndro i przeszedł do idealistycznej wersji pomnażania dochodu. Kropka. I słuchałem tej jego mądrości doświadczenia (zero brania w cudzysłów) i myślałem sobie tak: To jest mniej więcej tak, jakby samotny żeglarz, nawigujący według gwiazd, dobił któregoś dnia do brzegu i spotkał tam takiego chłoptasia w wyprasowanym mundurku, który mu oznajmia: za godzinę prom przeprawi się przez cieśninę. Proszę być obecnym w swojej kajucie, wraz z paszportem i resztą niezbędnych dokumentów. Życzymy miłej podróży!

3. Z całym szacunkiem... • autor: Nierozpoznany#65622013-07-28 09:47:09

Z całym szacunkiem dla autora, ale pojawiające się koncepcje typu cytuję "A co by było, gdyby te firmy produkujące różne cywilizacyjne cuda (czyt. śmieci) zmuszone byłyby do stworzenia systemu recyklingu, albo przynajmniej do zadbania o to, by odpady wróciły do fabryk? Idę przez las - puszka po piwie. Zdjęcie i korporacja dostaje mandacik za zaśmiecanie lasu. Nie człowiek, który wyrzucił puszkę, ale firma, która ją wyprodukowała. " Przymuszanie,regulowanie  i karanie? Czyli nowy system urzędniczy ? Który potrafi represjonować przy okazji i ludzi?  Czy firmy są czymś nagannym? Jakimś tworem w którym pracują androidy a nie ludzie? A tak w ogóle, co sprawia że śmieć uznajemy za brzydki a listek np. klonu - ładny?
[foto]

4. Przymuszanie,regulowanie  i karanie?... • autor: Nes W. Kruk2013-09-02 03:53:56

Przymuszanie,regulowanie  i karanie? Czyli nowy system urzędniczy ? Który potrafi represjonować przy okazji i ludzi?

W mojej wizji, o ile ją zrozumiałem, a zrozumiałem po swojemu, nie chodzi o represję, ale o odpowiedzialność i racjonalny recykling na wzór tego, który istnieje w naturze. "Nasz" przemysł nie korzysta z tego wzoru. Albo korzysta w minimalnym stopniu.

Jakimś tworem w którym pracują androidy a nie ludzie?


W zasadzie czasem odnoszę wrażenie, że w firmach ludzi traktuje się jak androidy.

A tak w ogóle, co sprawia że śmieć uznajemy za brzydki a listek np. klonu - ładny?

Ciekawe pytanie. Niemniej jednak chyba wolę iść drogą obsypaną liściami klonu niż... puszkami. Inne pytanie: co by było, gdyby w szkołach wycieczki na wysypiska śmieci powinny były tak samo praktykowane jak wycieczki do kina, muzeum czy mcdonalda?

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)