Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

28 września 2008

Wojciech Jóźwiak

Plejadianie Barbary Marciniak
O kosmitach i gnostyckiej strukturze ich mitu, o channellingu i odwiecznym współistnieniu ludzi i duchów

Kategoria: New Age
Tematy/tagi: alieni, UFOchannellingduchyezoterykagnozaJoão de DeusJung

Barbara Marciniak jest Amerykanką o polskim nazwisku. Nie znalazłem nigdzie jej danych osobowych, nie podaje daty urodzenia; na zdjęciach zamieszczanych w internecie jako aktualne wygląda na przystojną pięćdziesięciolatkę. Barbara Marciniak nawiązała kontakt z pozaziemską cywilizacją mającą siedzibę w gromadzie gwiazd Plejadach i pozostaje - jak sama twierdzi - w kontakcie z nią już dwudziestu lat. Jak to się zaczęło? W maj 1988 roku pojechała na wycieczkę do Egiptu i Grecji. Będąc w Delfach, w ruinach wyroczni w świątyni Apollona, poczuła nagle, że (cytuję) "uderzona zostałam tym, co teraz nazywam pamięcią komórek ciała". Przysiadła na kamiennym murku i tak spędziła kilka godzin, mając poczucie podobne do tego, kiedy się wraca do dawnego domu. Następnego dnia usiadła w pozycji medytacyjnej na łóżku w hotelu i przywołała w wyobraźni obrazy z odwiedzonej niedawno Komnaty Królewskiej w Wielkiej Piramidzie. Po kilku minutach zaczęła przemawiać nie swoim głosem do magnetofonu. Ten głos wkrótce przedstawił się jako Plejadianie. Tak zaczął się jej channelling. Później, kiedy poznała astrologię, okazało się, że w tym dniu, 18 maja, Słońce było w koniunkcji z grupą gwiazd - Plejadami w gwiazdozbiorze Byka.

Spisane nagrania z jej channellingów złożyły się na jej pierwszą książkę, "Zwiastuni świtu", wydaną w 1992 r. i niedługo w polskim tłumaczeniu w 1997. Wydawczyni tej książki, Tera Thomas, opisuje swoje pomieszanie, kiedy po przepisaniu pewnej liczby nagrań usiłowała powiązać je w książkę. Twierdzi, że udało się jej to tylko dzięki pomocy samych Plejadian! Mimo to w tekście "Zwiastunów świtu" pełno jest powtórzeń, przypomnień i wracania w kółko do tych samych haseł. Nie ułatwia to lektury, chociaż może być dowodem, że tekst ów nie został ułożony zwyczajną pracą umysłu, jak zwykle pisane są książki. W sumie Marciniak wykonała cztery książki z przekazami od Plejadian, prócz tamtej pierwszej, jeszcze "Ziemia zwiastunów świtu", "Świetlana Rodzina" i najnowsza "Ścieżka mocy" (po polsku wydana w 2008 r. przez wydawnictwo Illuminatio).

Zanim streszczę rewelacje Marciniak, powiem co o nich myślę. Marciniakizm zainteresował mnie jako przykład nowoczesnego mitu i zarazem przykład "łagodnej apokalipsy", zjawiska bardzo charakterystycznego dla naszych czasów, o czym napiszę dalej. Do kontaktów z cywilizacjami Obcych i do całej ufologii stosunek mam wątpiący, ale chociaż uważam, że 99 lub więcej procent widzeń, kontaktów, uprowadzeń i przekazów to błąd, majaczenia lub świadome fałszerstwo, to jednak dopuszczam ewentualność, że na tysiąc albo i milion fałszywych alarmów zdarza się jedna wiadomość, za którą faktycznie stoi obecność inteligencji innej niż ludzka. Nie jestem więc z góry najeżony do fenomenu ufo i podobnych. Tak samo, jak (np.) większość jasnowidzów uważam albo za osoby naiwne i ulegające myśleniu życzeniowemu, albo za naciągaczy, a mimo to dopuszczam, że - rzadko - zdarza się faktyczny dar widzenia rzeczy przyszłych. Wreszcie ciekaw jestem takich i podobnych przekazów, ponieważ niekiedy w dziwacznym opakowaniu podawane są w nich cenne treści, przykładem enneagram, którego historię odkrycia Oscar Ichazo opakował w niewiarygodną i z pewnością zmyśloną historię o "magicznej podróży na wschód" i "tajemniczym klasztorze w Himalajach", a mimo to sam produkt, gdy zdjąć zeń to opakowanie, czyli enneagram, okazuje się rzetelną teorią ludzkiego charakteru i źródłem sięgających daleko inspiracji. Więc i Marciniak czytywałem z podobną intencją: a nuż tam coś znajdę! Ale o tym na swoim miejscu.


Gnoza Plejadian

Świat(opogląd) według Barbary Marciniak da się streścić mniej więcej tak:

Jest Bóg, nazywany przez jej Plejadian także Najwyższym Stwórcą, który "dawno temu" zaczął stwarzać świat po to aby poprzez to dzieło poznać samego siebie, a stwarzane istoty dowartościować czy też "doładować" dając im możliwość wejścia z sobą w kontakt. Pracę nad stwarzaniem świata, bo jest to trwający proces, powierzał kolejnym pośrednikom, podwykonawcom spośród stwarzanych przez siebie istot obdarzonych inteligencją i mocą. Świat ów nie jest (tylko) tą znaną nam naocznie banalną trójwymiarową przestrzenią i płynącym w jedną stronę czasem, ale ma wymiarów znacznie więcej i na tym polega jego złożoność i bogactwo. Wybiegając nieco naprzód w porządku wykładu można już powiedzieć, że nasze ludzkie ograniczenie do trzech wymiarów przestrzeni jest naszym defektem, a właściwie nie naturalną ułomnością, ale celowo nałożonym na nas ograniczeniem, a mówiąc wprost przypomina wtrącenie nas do trójwymiarowego więzienia. Ale to ma się zmienić, o czym zaraz.

Tak więc świat jest w swej całości, jako taki, totalnie zrobiony; każdy jego szczegół ma swoich osobowych i świadomych (s)twórców, którzy wszystko zaprojektowali i - szybciej lub wolniej z naszego punktu widzenia - sporządzili. W szczególności ludzkość jako rozumny (w pewnym stopniu...) gatunek także została zaprojektowana i zrobiona. Marciniak w swojej ontologii czy kosmogonii nie pozostawia w ogóle miejsca na naturę! Wszystko jest totalnie sztuczne. Co dziwnie jej nie przeszkadza głosić haseł powrotu do natury i potępiać nazbyt sztucznych przerostów ludzkiej cywilizacji - niejedyna sprzeczność w jej przekazie. Jak widzimy, w sporze między ewolucjonizmem a kreacjonizmem, Marciniak zdecydowanie i skrajnie staje po stronie kreacjonizmu. Świat taki, jakim go ona widzi, jest dosłowną realizacją Inteligentnego Projektu.

Owi stwórcy-podwykonawcy, chociaż sami zaprojektowani i sporządzeni, i to niekoniecznie przez Najwyższego Stwórcę, bo ów łańcuszek kreatorów bywał dłuższy, są jednak istotami potężnymi, kosmicznie inteligentnymi i majestatycznymi i widząc ich uznalibyśmy ich za bogów. Za których zresztą już kiedyś byli brani! I to nie jeden raz, gdyż na Ziemię przybywali wielokrotnie, co poznać można po tym, że jesteśmy na niej my - ich przecież wyroby.

W tym miejscu doktryna Marciniak idzie śladem emanacjonizmu, poglądu powstałego w starożytności, rozwiniętego przez Plotyna (który nie przypadkiem był Egipcjaninem, choć piszącym po grecku) i zastosowanego następnie w wielu bliskowschodnich wiarach, w tym przez gnostyków i w kabale, głoszącego, że Bóg Najwyższy nie stwarzał świata własnoręcznie, lecz wyłaniał z siebie kolejne swoje emanacje, aż do "fazy" demiurgów-archontów, faktycznych sporządzicieli widzialnego świata. A skoro pojawiają się u Marciniak figury w typie demiurgów, to uważny czytelnik spodziewa się, że z pewnością zaraz się okaże, iż niektórym z nich ich robota nie udała się, albo że niektórzy zbyt ostro "zaszaleli" na swoim odcinku stwórczych robót, a skoro tak, to zaraz nadejdą z pomocą odwody zbawicieli gotowych błędy tamtych wyrównać i boskie (pośrednio) dzieło naprawić. Taki jest schemat gnostyckiego myślenia. I tak jest! Zbawiciele faktycznie nadchodzą! I są nimi nie kto inny, jak właśnie ta rasa stacjonowana na Plejadach, nawiązująca łączność z Barbarą Marciniak i przekazująca zdumionej ludzkości swoje słowa jej aparatem głosowo-pisarsko-wydawniczym. (O wspomnianych złych demonicznych demiurgach-psujach będzie dalej. Marciniakizm jest doktryną o licznych rozgałęzieniach.)


Nie lekceważmy channellingu

Czym jest channelling? Wcześniej to coś nazywano mediumizmem. Jedno i drugie polega na tym, że osoba mówi lub pisze, lub inaczej przekazuje informację, która nie pochodzi od niej. Występuje więc jako pośrednik (czyli, z łaciny, medium) dla innych istot, przemawiających poprzez nią. W ludowych religiach afro-amerykańskich, jak haitańska wudu czy brazylijska candomble, przez media przemawiają opiekuńcze duchy (lub opiekuńcze bóstwa) zwane na Haiti loa, u Jorubów w Nigerii orisha, w brazylijskim stanie Bahia: orixa. Chyba na całym świecie znane są media, przez które przemawiają zmarli. Nowoczesne słowo channelling wzięło się z wyobrażenia, że poprzez medium otwiera się kanał łączności - channel po angielsku - z istotami "z innych wymiarów"; z kolei pojęcie "kanału"-channel zapożyczone zostało z radia i telewizji, gdzie są przecież kanały, a każdy ma swoją częstotliwość. Nic dziwnego też, że słowo "częstotliwość" jest jednym z częściej używanych w przekazach Barbary Marciniak.

Channelling mimo nowej nazwy jest zjawiskiem odwiecznym. Najpierw duchy "kanałowały się" poprzez szamanów, potem bogowie "kanałowali się" przez pytie i inne starożytne wieszcze media (nie przypadkiem pierwszy inicjacyjny channelling Marciniak miał miejsce w Delfach, jakby autorka chciała nawiązać do prastarej tradycji), a Jedyno-Bóg żydowski "kanałował się" przez proroków. Z kolei w demonicznych opętaniach ustami swych mediów chętnie przemawiają szatani.

Godne uwagi jest to dopasowywanie się hipotetycznych istot-nadawców do kulturowego kontekstu. Żeby mediumiczny przekaz nie został niezauważony, zlekceważony, a w dzisiejszych czasach uznany za chorobę psychiczną, nadawca (nie przesądzam w tym momencie jego realności ani bytowego statusu) musi podawać się za kogoś znanego i ważnego w kodzie kultury, do której należy medium i jego słuchacze. Dlatego w kulturach tradycyjnych nadawcy występują jako znane w danej społeczności duchy lub bóstwa, a wśród "klasycznych" dziewiętnastowiecznych spirytystów typowo podawały się za duchy zmarłych sławnych ludzi: jakiegoś Aleksandra, Napoleona czy Mickiewicza. Dziwi mnie jednak trochę, dlaczego z takim uporem wielu dzisiejszych duchów-nadawców podaje się od razu za boga albo za "syna bożego", albo dosłownie za Jezusa. Tak przedstawiła się przecież najwyżej chyba rozwinięta "osobowość" wśród channellingowych nadawców - mam na myśli tego "Jezusa", który Helenie Schucman podyktował w latach 1965-72 księgę "Kurs cudów". Ale i z własnych prywatnych kontaktów poznałem pewnego "syna bożego", dość ograniczonego umysłowo zresztą. (Nie ja byłem jego medium, broń boże.) Podawanie się za Jezusa wydaje mi się dla nadawców zwyczajnie złym interesem! Narażają się zarówno prawowiernym chrześcijanom, jak i racjonalistycznym sceptykom, a i zaczynają w tym momencie grać o zbyt wysoką stawkę, bo przecież przekaz od Jezusa "nie ma prawa" spaść gdzieś na niszowe i podejrzane pobocza...

Channelling (lub mediumizm) jest realnym zjawiskiem psychicznym, wcale nie tak rzadkim, jakby się wydawało racjonalistom; występuje chyba we wszystkich kulturach i epokach i zdaje się być zakorzeniony w naturalnych dyspozycjach ludzkiego umysłu i mózgu. Na korzyść jego realności świadczą też zjawiska podobne, choć nie tak dobitnie się przejawiające. W nich wszystkich to jest wspólne, że człowiek przekazuje (mówi, opowiada, pisze) pewne treści, których źródłem, autorem czy wytwórcą się sam nie czuje - które pochodzą spoza niego. Najpowszechniejszym, dosłownie codziennym zjawiskiem channellingo-podobnym są sny. Snów przecież nie wymyślamy, nie tworzymy - robią się one jakoś same. Ktoś, kto opowiada sen, uskutecznia przekaz bardzo bliski channellingowi. Przez słuchanie rytmicznego bicia bębna (co jest najstarszą i wciąż niezawodną techniką szamańską) dość łatwo jest przywołać wizje, które tak samo jak sny nie są wymyślane, nie są "robione" i które często podobnie jak sny dziwią swoimi paradoksami. Każdy kto to praktykował, z łatwością odróżnia wizje - nie będące "swojej roboty" - od celowo robionych wizualizacji; chociaż zręczny szaman po to właśnie robi wizualizacje, żeby mu one "ożyły" i zaczęły żyć jako wizje. Użyte przeze mnie słowo nie jest przypadkowe, bo właśnie to, co wymyślone, "robione" celowym wysiłkiem umysłu, wydaje się jakoś martwe, w przeciwieństwie do spontanicznych, ale pozaświadomościowych zjawisk umysłu, które sprawiają wrażenie - w swoim sensie - żywych.

Na styk z channellingiem stoją przypadki pozaświadomej twórczości. Ian Wilson w książce z 1989 roku pt. "Superself. The hidden powers within ourselves" (Nadjaźń - ukryte moce w nas), szczęśliwie szybko w 1990 r przetłumaczonej na polski, za to pod idiotycznym tytułem "Ukryty władca" - podejrzewam, że wydawca przeinaczył dwa środkowe słowa z tytułu oryginalnego; czyżby więcej nie przeczytał? - przytacza przygodę angielskiego poety Samuela Coleridge'a (1772 - 1834), który przebudziwszy się pewnego dnia stwierdził, że ma w głowie gotowy poemat (o Kubilaj-Chanie), który powinien natychmiast przenieść na papier. Nie zdążył jednak przepisać go z wewnętrznej wizji, ponieważ niespodziewany gość mu przeszkodził i wiersz zniknął. Jak pisze Wilson: "Choć Coleridge żył jeszcze trzydzieści sześć lat, nigdy nie ukończył poematu o Kubijalu. Człowiek z Porlock (ów gość-natręt poety, WJ) pozbawił poezję angielską trzech czwartych utworu, który nawet w swej obecnej postaci jest jedną z jej najwybitniejszych kreacji."

Stanisław Lem, skrajny niedowiarek gdy chodzi o wszelkie cudowności, w swojej autobiografii wyjawił, że zwykle zaczynając pisać powieść, nie wiedział, jak się ona rozwinie i skończy. W przypadku swego głównego dzieła, "Solaris", nie wiedział nawet, że centralnym motywem będzie inteligentny ocean z tamtej planety. Jego powieści powstawały w znacznej części poza jego świadomym zamysłem, przychodziły "spoza" - co wydaje się być w ogóle cechą rozpoznawczą natchnionej twórczości. Poetyckie improwizacje Mickiewicza zostały przez świadków opisane tak, że natychmiast kojarzą się z szamańskim transem. Co zgadza się znów ze starożytnym poglądem, iż prawdziwa poezja nie jest dziełem ludzi, lecz bogów, którzy zsyłają ją swoim ludzkim wyrazicielom.


Channelling a ewolucja człowieka

Kusi hipoteza, iż channelling jest zjawiskiem odwiecznym, które od początku towarzyszyło ludzkiej inteligencji i było doświadczeniem gatunkowo właściwym dla Homo sapiens. Być może wręcz w tej postaci po raz pierwszy zaistniała ludzka rozumność. Za tym przypuszczeniem przemawia ta okoliczność, że aby zaszedł channelling lub podobne mu jakiekolwiek słyszenie głosów i widzenie wizji, przegroda między świadomością a nieświadomą warstwą umysłu musi być nieszczelna. Z punktu zaś widzenia konstruktora, którym była ewolucja, łatwiej jest zbudować coś nieszczelnego (co jednak mimo swej niedoskonałości jakoś działa) niż coś ściśle szczelnego. Podobnie przecież ewolucja najpierw zbudowała serce mające nieszczelną przegrodę pomiędzy dwiema komorami (tak jest u gadów), a dopiero znacznie później uszczelniła tę przegrodę u ssaków i ptaków. Podobny przykład: my ludzie krztusimy się, gdyż nie możemy jednocześnie pić i oddychać mając niezupełna przegrodę między jamą nosową i gardłem i zazdrościmy delfinom, bobrom i krokodylom, którym ewolucja tę część ciała uszczelniła. Można więc sądzić, że podczas ewolucji inteligencji wcześniej powstały takie jej warianty, w których treść snów lub pracy wyobraźni przeciekała do obrazów świata postrzeganego zmysłowo, później zaś dopiero warianty, które dziś nazwalibyśmy chętnie "normalnymi", w których to co śnione lub wyobrażane nie miesza się z widzeniem realnego świata.

Widzenie świata "takim jaki on jest" nie jest wcale czymś prostym, odruchowym i łatwym ewolucyjnie lub inaczej do zbudowania. Przeciwnie, wiemy, że wszelkie dane zmysłowe są wielorako zniekształcane, przetwarzane i na powrót przez mózg składane i rekonstruowane: że aż dziwi, iż proces ten na końcu daje aż tak wierne złudzenie obcowania ze światem takim jaki jest. Nasze widzenie świata nie jest jak jakiś stół solidnie i niewywrotnie wsparty na czterech nogach, lecz raczej przypomina kij utrzymywany w pionie na jednym końcu na dłoni żonglera. Jest to więc stan, jak się zdaje, nader niestabilny i małe zakłócenie, o ile nie skontrowane w porę, wywraca go skutecznie. Nasz aparat poznawczy musi nieustannie mnóstwo się napracować, abyśmy spokojnie oglądali świat, mając jego obraz za statyczny i stabilny, i "taki jaki jest naprawdę". Powyższe spostrzeżenie czyni prawdopodobnym to, że najpierw rozwinął się umysł niedoskonały, nawiedzany przez wizje, głosy i zjawy, potem zaś dopiero umysł trzeźwy i racjonalny. Zdolność channellerów, czyli pospolicie mediów, byłaby więc zabytkiem wcześniejszej fazy ewolucji.

Jest jednak równie prawdopodobne, że nieszczelność umysłów (nieszczelność pomiędzy nieświadomością a świadomością) nie była wcale wadą i wymagającym rychłego usunięcia przejściowym defektem, lecz przeciwnie, cenną zaletą i pożytecznym wynalazkiem ewolucji wzmagającym survival of the fittest. Możliwe bowiem, że pewne aspekty ludzkiej inteligencji na początku pojawiły właśnie pod postacią wizji i przemawiających głosów, jak również w swojej najbardziej rozwiniętej postaci objawień: objawień kompletnych istot, rozpoznawanych jako "nadprzyrodzone", które swoim widzicielom udzielały wskazówek i rad, wśród których (jak możemy sądzić) dostatecznie częste były przekazy ratujące życie lub zwiększające powodzenie, np. podczas polowań, wojen lub poszukiwań nowych terenów.

Wyobraźmy sobie pierwotną hordę łowców-zbieraczy, wśród której żyje osobnik, nazwijmy go Złamany Pazur, którego nawiedzają w wizjach postaci, które co jakiś czas mówią mu uroczyście i nieodparcie: "Złamany Pazurze, oto za tamtą górą przechodzi stado wypasionych mamutów. Powiedz swoim, by po nie poszli!". Albo: "Złamany Pazurze, powiedz swoim, żeby spakowali się na łodzie i popłynęli na wschód, gdyż to, co uważasz za ocean jest ledwie wąską cieśniną, poza którą są bezkresne łąki z takimi stadami zwierza, o jakich w życiu nie śniłeś!" Nie musimy tu przyjmować żadnych parapsychicznych zdolności u Pazura i jego pozaświadomych mentorów. Pazur mógł widzieć np. ptaki lecące na wschód, które nie czyniłyby tego, gdyby tam była sama woda, lub poczuć śladowy zapach mamutów spoza góry, ale nie dokonał świadomej analizy tych faktów, lecz zrobiła to za niego w nieświadomej części jego mózgu pewna jego "autonomiczna pseudo-osobowość", która przedstawiała mu gotowe wyniki dedukcji ukazując mu się pod postacią, powiedzmy, białowłosego majestatycznego starca. (Białowłosi starcy śnią się nam zresztą dotąd i czynią na nas po przebudzeniu wielkie wrażenie, choć rzadko się zdarza, żeby we współczesnym świecie mieli coś naprawdę istotnego do powiedzenia.)

Obecność w rodowo-plemiennych grupach osobników mających wizje, które (wizje) w dodatku co jakiś czas udzielały im wartościowych wskazówek, była czynnikiem zwiększającym szanse grup na przeżycie i rozrodczy sukces. Zatem ich geny kodujące zdolność do wizji propagowały się i doskonaliły.

Zauważmy, że hipoteza ta wydaje się lepszym ewolucyjno-genetycznym wyjaśnieniem zaistnienia i utrzymywania się religii, niż to, które podaje Richard Dawkins w książce "Bóg urojony". Dawkins tłumaczy, że religie i skłonność do "popadania" w nie są ubocznym skutkiem genetycznie kodowanego i utrwalonego mechanizmu, który sprawia, że dzieci bezwarunkowo wierzą w to, co im mówią starsi, zwłaszcza jeśli ci mówią im to szczególnym autorytarnym tonem. Ów zachowaniowy mechanizm czyli instynkt miał (według Dawkinsa) chronić młodzież przed niebezpieczeństwami, które miałyby śmiertelny skutek, gdyby przez każde pokolenie były wypróbowywane na własnej skórze. Dla pra-ludzi korzystniej było, gdy ich dzieci ślepo wierzyły w ostrzeżenia dorosłych takie jak: "trzymaj się z daleka od zwierzęcia z plamami na skórze!" - niż żeby co raz przekonywały się poniewczasie, że lampart jest niebezpieczny, kiedy już pożarł jedno z ich gromady. Ewolucja więc premiowała i przepuszczała do dalszego rozrodu osobniki, które miały genetyczny zapis "słuchaj się starszych". I do tego genetycznego mechanizmu (jak twierdzi Dawkins) przykleiły się przekazy, które nie zawierały żadnych ostrzeżeń przed realnym niebezpieczeństwami, a jedynie wskazania urojone, w rodzaju tych, że trzeba wykonywać szczególne gesty dłońmi i powtarzać określone formułki, żeby uniknąć niebezpieczeństw jakie czyhają na "duszę" po śmierci. Religia wg Dawkinsa, mówiąc zwięźle i dosadnie, załapała się na krzywy ryj.

Ale Dawkins, choć niewątpliwie mając rację, wyjaśnia tylko część zjawiska. Mechanizm ślepej dziecięcej wiary starszym wyjaśnia trwanie religijnych poglądów, skoro już te zostały jakoś wymyślone. Ale nie wyjaśnia wcale, dlaczego wymyślone (lub objawione) zostały. Model, który wyłożyłem wyżej, tłumaczy to. Bo jeśli założymy, że rady udzielane przez "autonomiczne pseudo-osobowości" działające w mózgach-umysłach przynajmniej niektórych jednostek, były w jakimś praktycznie ważnym procencie słuszne i cenne, to potrzebny był jeszcze jeden zachowaniowy ewolucyjnie utrwalony genetyczny mechanizm, aby ich rady skutecznie docierały do tych miejsc, gdzie ludzie, a więc jakiś plemienne zebrania, starszyzny i wodzowie podejmowali ważne decyzje. Konieczny był wrodzony instynkt-imperatyw o treści: "Słuchajcie zjaw! Wierzcie wizjom!"

Dopiero ten instynkt wyjaśnia powstanie, propagowanie i uporczywe aż do dzisiejszych czasów utrzymywanie się religii. Religie nie były zmyśleniem, a u ich początków nie było snucie niezobowiązujących opowieści przez nudzących się przy swych ogniskach w długie wieczory jaskiniowców; nie były (jak zapewne uważa Dawkins) "rozrywkową literaturą", przez omyłkę przez naiwne dzieci wziętą za prawdę, której należy wierzyć tak samo jak ostrzeżeniom przez lampartami. Religie wyrosły z pierwotnych channellingów.

Ten instynkt wciąż działa. Wciąż mamy czynny ten zakodowany w naszych mózgach i zapewne w genach imperatyw, żeby słuchać zjaw. Za czym niekoniecznie i nie od razu musi iść darzenie ich zaufaniem. Nie, ten instynkt czyni coś mniejszego i dyskretniejszego: każde zwracać baczną uwagę na zjawy. Całkiem podobnie, jak inne instynkty z naszego biologicznego wyposażenia każą nam zwracać baczną uwagę na skarżące się głosy dzieci, na coś posuwającego się wijącym ruchem w liściach, czy - jeśli się jest mężczyzną - na widok pary okrągłych piersi z sutkami w środku. Tak samo jak tamte bodźce, również zjawy, wizje, objawienia, ludzie przemawiający uroczyście nie-swoim głosem lub choćby wiadomości, że coś takiego gdzieś oto się dzieje, stawiają nas na baczność. Taką zresztą widzę przyczynę dla której wziąłem się za czytanie książek Barbary Marciniak - bo gdyby były zapowiadane jako zwykła fikcyjna literatura, nigdy bym ich nie wziął do ręki.


Media, szamani, prorocy

Channeller może występować jako medium (w węższym i ściślejszym sensie tego słowa), jako szaman lub jako prorok. Zależy to od relacji między jego świadomym umysłem a przekazem. Medium nie ma świadomości przekazu. W jego przypadku albo jest tak, że traci przytomność, rwie mu się film, a kiedy wraca do zwykłego stanu świadomości, to nie wie, co głos przekazu przez niego mówił ani jakie gesty czy czynności wykonywał. Druga ewentualność jest taka, że medium jest przytomne bez przerw, ale przekaz odbywa się poza jego przytomnością, niejako z boku, kiedy np. ręka medium bez udziału jego świadomości pisze jakiś teksty.

Szaman przeciwnie, nie traci świadomości ani przekaz nie idzie kanałem jego ciała. Szaman jest obserwatorem przekazu, który dzieje się na zewnątrz niego, tzn. na zewnątrz jego świadomego "ja". Przekaz w jego przypadku przyjmuje postać wizji, widzianych bądź w przestrzeni wewnętrznej, bądź w TEJ, zwykłej zewnętrznej przestrzeni. W tym drugim - chyba rzadszym - przypadku technicznie mówimy o objawieniach. Tu jeszcze można dodać, że zdarza się, że objawienia widziane i słyszane są przez więcej niż jedną osobę. Szaman nie tylko obserwuje przekaz, ale bywa, że z objawiającymi mu się postaciami walczy, albo idzie za nimi, naśladuje je, jest przez nie pouczany i poddawany próbom, inicjacjom itd. - lista rzeczy, które przydarzają się szamanom jest długa.

Prorok (inaczej niż medium a podobnie jak szaman) jest świadom przekazu, ale wizje i objawienia w jego przypadku nie są konieczne (wtedy zaklasyfikowalibyśmy go jako szamana), za to podobnie jak medium przemawia treścią przekazu, nadaje przekaz przez siebie - przez swoją świadomość - ale inaczej niż medium, jest tego przekazu świadomy. Co także przyjmuje różne stopnie: - słyszy wewnętrzne głosy nakazujące mu lub podpowiadające mu co ma mówić; - to co ma mówić pojawia się nagle jakby nie od niego, chociaż jest natychmiast przezeń podchwytywane i można powiedzieć, twórczo opracowywane, w mgnieniu oka lub przeciwnie, powoli i stopniowo; - ma świadomość, że siła, którą czuje wewnątrz siebie lub przy sobie ("niech moc będzie z tobą...") będzie go wspomagać i choćby niezauważalnie inspirować. Joao de Deus, genialny (podobno) uzdrowiciel i parapsychiczny chirurg z Brazylii, zaczynał swoją praktykę jako medium ścisłe, tzn. takie, któremu rwie się film i działa nie jako własna osoba, lecz z relacji wynika, że stopniowo stał się prorokiem - tyle że "prorokiem" nie nauczającym, lecz przeprowadzającym leczące operacje. Z opisów wynika, że Joao de Deus do dawna nie wchodzi w trans podczas swych operacji, lecz działając świadomie, nadal postępuje tak, jakby jego dłońmi kierowały "niewidzialne siły". Podobnie jak "niewidzialne siły" kierowały nauczaniem Mahometa lub improwizowanymi wierszami Mickiewicza.

Zarówno media ścisłe, jak i szamani i prorocy mogą mieć swojego własnego, szczególnego przekaziciela lub opiekuna, to znaczy: to coś, co przez nich dokonuje przekazu, może być w jakimś stopniu spersonalizowane i przyjmuje wtedy postać lub pozór ducha owładającego (takimi są loa w wudu), szamańskiego ducha-przewodnika lub prorockiego bóstwa-wysyłającego-z-misją ("pośliciela"?)

Kiedy w przekaz zaangażowanych jest więcej osób, powyższe role, tak po stronie ludzi jak i duchów, mnożą się i komplikują. W przekazie Johna Dee, Edward Kelley był medium (o ile nie oszukiwał, co zapewne niekiedy mu się zdarzało), przemawiające przezeń enochiańsko-języczne anioły były dla niego jego duchami owładającymi, ale sam Dee był w tym procesie szamanem, a anioły - z jego punktu widzenia - duchami przewodnikami. Oczywiście ze strony duchów, występować może wiele tych istot, tak było u Dee, tak jest u Marciniak.

Według powyższej klasyfikacji Barbara Marciniak, jeśli oczywiście wierzyć temu, co pisze i mówi, jest medium w wersji łagodnej, czyli tego drugiego rodzaju, u którego przekaz idzie "obok", nie tłumiąc świadomości medium, nie rwąc mu filmu.


Zagadka duchów

Wcześniej wyłożyłem pogląd na - najogólniej mówiąc - źródła channellingowych przekazów, w myśl którego są one wyodrębnionymi "psychoidami" w mózgach i umysłach przekazicieli, czyli używając psychiatrycznego określenia, przypadkami osobowości mnogiej , rozszczepionej - przynajmniej na dwoje. (Tu konieczna uwaga: J.W. Suliga w swoich lekcjach o egregorach, używa terminu "osobowość mnoga" w sensie innym niż przyjęty w psychiatrii. Osobowością mnogą nazywa on zbiorową osobowość wykazywaną przez mnogość, kolektyw istot: ludzi lub istot niecielesnych.) Przedstawiona poprzednio przeze mnie koncepcja nie zakłada żadnych "cudów", żadnych odstępstw od racjonalistycznego, pozytywistycznego czy wręcz materialistycznego pojmowania świata. Pierwotni channellerzy lub wizjonerzy byliby w myśl tej koncepcji jednostkami, które wydelegowały część swojego umysłu do zajmowania się rzeczami, które wykraczają poza ich świadome zarówno zdolności jak i zainteresowania, a ich źródła przekazu byłyby ich wewnętrznymi doświadczeniami psychicznymi i tyle. Czyli: nic dziwnego.

Powstaje jednak zagadka, czy owe wydelegowane odszczepione pseudo-osobowości, używające wydzielonych części mózgów swych nosicieli, nie posiadły zdolności niedostępnych umysłom zwykłych ludzi? Umiejętności powszechnie przypisywanych wszelkim duchom, takim jak jasnowidzenie, telepatia, wgląd w czyjeś myśli, rozumienie ("znajomość języka") zwierząt? - by wymienić najbardziej znane. I czy były one tylko "pseudo" - pseudoosobowościami, czy może zaistniały lub istnieją dotąd faktycznie, chociaż w sposób odmienny niż ludzie i inne istoty obdarzone własnymi, solidnymi ciałami? Czy tworzą jakiś zespół, pozostając ze sobą w kontakcie lub może będąc nie tyle gromadą istot luźno z ciałami powiązanych, co raczej jakąś siecią ponad-psychiczną?

Kusi mnie hipoteza, że Ziemię zamieszkują dwa gatunki inteligentnych istot: ludzie i duchy. Być może jest tak, że duchom ludzie ze swymi mózgami i umysłami są konieczni, ponieważ są dla nich niezbędnym środowiskiem, bez którego tamci istnieć nie mogą. Może być tak, że oba te gatunki, cielesny i pozacielesny, ewoluowały obok siebie; niewykluczone też, że duchy wyodrębniły się na jakimś etapie ewolucji gatunku Homo; albo, przeciwnie, umysły naszego gatunku stały się dogodną niszą dla duchów lub duchoidów, które na Ziemi bytowały dawniej osobno. Może my przechwyciliśmy duchy symbiotycznie, jak pewne grzyby przechwyciły glony stając się porostami? Na te pytania nie podejmuję się odpowiadać, bo za mało wiemy nie tyle o duchach, co o umyśle: czym jest i w jaki sposób powstaje w materii i jak w niej jest zagnieżdżony.

Zjawisko channellingu można opisać i zrozumieć nie zakładając wcale istnienia duchów, jednak zastanawia uporczywość, z jaką w kanałowych przekazach pojawiają się doniesienia z tamtej strony mówiące o mnogościach lub społecznościach pozacielesnych lub pozaziemskich istot. Pod tym względem przekaz "Plejadian" Barbary Marciniak jest typowy.


Testy na prawdziwość

Ale czy przekaz Barbary Marciniak jest prawdziwy? Przed dalszym zgłębianiem go warto spróbować na to odpowiedzieć. Jego ewentualna prawdziwość (lub nie) ma dwa piętra. Pierwsze, to czy faktycznie autorami jej przekazu są wysoce rozwinięte istoty pozaziemskie - czy z Plejad czy skądinąd, to już rzecz mniejsza. Drugie, to czy jest to w ogóle channelling - czy raczej jego udawanie (a symulować channelling jest równie łatwo jak symulować orgazm, kobiecie) lub literacka fikcja podawana za autentyk?

Na pierwsze pytanie, tzn. czy to głos kosmitów, można z dużą pewnością powiedzieć: nie. Nie jest. Dlaczego? Bo jeśli założymy, że to inteligentne i wysoko rozwinięte istoty chcą w ten sposób nawiązać kontakt z ludźmi, to obrany przez nich sposób kontaktu jest żałośnie nieskuteczny. Po prostu mało kto im wierzy. Skoro są tak mądrzy jak twierdzą, to musieli przewidzieć, że jeśli zostaną rozgłoszeni w postaci książek zawierających ufologiczne pocieszenia, to ich słowa trafią tylko do garstki ludzi z ufologiczno-ezoterycznej niszy, której realny wpływ na sprawy planety Ziemi jest równy zeru, społeczności lekceważonej i umieszczanej niemal na progu szpitala dla wariatów.

Ja mam dla nich - dla istot w rodzaju Plejadian lub raczej dla ich ewentualnych naśladowców - gotową radę: żeby zyskać wiarygodność, powinni przemówić przez wiele takich Barbara Marciniak mediów, nieznających się nawzajem i najlepiej mieszkających w odległych krajach, z różnymi językami i kulturami. Ponadto każdy z tych przekazów powinien zawierać wspólny jednakowy znak rozpoznawczy, najlepiej bezsensowny, co chroniłoby go przez zbyt szybką interpretacją i ludzkimi zniekształceniami. Taki jak - dobry przykład - "annagramma" w dziełku-baśni Junga "Septem sermones ad mortuos", który to tekst ma wszelkie znamiona faktycznego channellingu - nie wnikam, od kogo. Przypomnę: tamte "kazania do umarłych" kończyły się słowami:

ANAGRAMMA: NAHTRIHECCUNDE GAHINNEVERAHTUNIN ZEHGESSURKLACH ZUNNUS.

Jung do końca życia nie zdradził co one mogły znaczyć. Wyglądają na anagramy (poprzestawiane litery) ze słów niemieckich. Czy ktoś je rozszyfrował, nie wiem, ale to można sprawdzić, słowa te w Googlach odnotowane są 504 razy.

No więc coś tym rodzaju, gdyby było dodane do jakiejś serii channellingowych przekazów, uwiarygodniałoby je. Ale skoro przekaz Marciniak jest jaki jest, to znaczy, że Plejadian bądź nie ma (co najpewniejsze i większość czytelników to wie bez dalszych analiz), bądź są głupie, co z kolei oznacza, że nie są tym za kogo się podają, skąd ten sam wniosek, iż ich - jako rozwiniętej cywilizacji - nie ma. Ich głupota zgadza się z tym, co wiadomo o niektórych przynajmniej rodzajach ziemskich duchów, które jeśli nie są stale takie, to przynajmniej w niektórych przejawieniach występują jako istoty o dziwacznej inteligencji, zarazem przebiegłe i tępe.

I drugie pytanie: czy treść książek Marciniak jest faktycznym channellingiem, czy raczej jego świadomą podróbką? To sprawdzić trudno. Jednak "poważne" channellingi zawierają zwykle coś zaskakującego, nieoczekiwanego, budzącego zdziwienie swoją innością. Zawierają coś, o czym chętnie powiedzielibyśmy, że może pochodzić od duchów lub (pomniejszych) bóstw, albo od niezwykłych, natchnionych twórców. Coś takiego, co ma dobra poezja lub "wielkie" sny. Niestety, w czytanych książkach Marciniak nie zauważyłem tego. Nie ma tam nic ponadto, co pilny czytelnik science-fiction mógłby wyprodukować jako swój fanfik. Więc jeśli to channelling (co jest całkiem prawdopodobne), to raczej mało wybitny. Wybitność dzieła Marciniak polega na czymś innym: na utrafieniu w masowe spirytualne tęsknoty, podobnie jak zwykła (fikcyjna) literatura utrafiająca w tęsknoty mas nie musi wcale być najwybitniejszą ani szczególnie wyrafinowaną literaturą.

Wojciech Jóźwiak


(Pisane 26-29 stycznia 2008, ostatecznie 28 września 08)




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)