Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

22 lutego 2015

Aleksandra O-J

Reżyser. Czarodziejka. Wychowawczyni młodego pokolenia
Wspomnienie o Izabeli Melińskiej, założycielce teatru "Kacperek"

Kategoria: Wspomnienia
Tematy/tagi: historiateatr

Zapamiętałam Izabellę Melińską jako osobę niezwykłej kultury i godności, szafarkę Tajemnic. Była kobietą wiedzącą więcej. Wymykającą się schematycznemu zaszufladkowaniu. Założycielką upaństwowionego teatru „Kacperek”, która nie znosiła socjalistycznych władz. Skarbnicą kresowych historii.

Lwowianka. Polka, nieodrodna spadkobierczyni szlacheckiej kultury kresowej, która niemalże w przededniu rozpętania zawieruchy wojennej – wyszła za mąż za Ukraińca... Była idealistką zbuntowaną wobec zastanych przed wojną społecznych podziałów. Dziewczyna z dobrego domu, po elitarnej szkole Towarzystwa Gospodarczego Wykształcenia Kobiet, podjęła się jako instruktorka tworzenia kół gospodyń wiejskich w przedwojennym województwie stanisławowskim. Aż do wybuchu wojny jej terenem działania była Huculszczyzna. Praca i poznawanie bogatej kultury Hucułów sprawiało jej wiele satysfakcji... Małżeństwo jednak się rozpadło... Z powodu swej polskości Izabela skazana została w czerwcu 1941 r. na obóz pracy. Na kilka długich lat została pozbawioną wszelkich praw więźniarką obozu pracy SS Wolfen Kreis Bieterfeld[1], jednego z zapomnianych podobozów Buchenwaldu. Przeżyła sortując w fabryce Wolfen lotnicze filmy szpiegowskie AGFY. Do głodowych stawek dorabiała nielegalnie –naprawiając lalki. To obozowe zajęcie uczyniła podstawą własnej teatralnej profesji w powojennej Polsce.

Od Niemek pracujących w obozie za naprawę pierwszej uszkodzonej lalki, marionetki, kukiełki typu Casperle, otrzymała chleb. Następnie apteczkę. Otrzymała też z czasem zaszczytne miano „Kunstlerin”. Dzięki uzyskiwanym za nielegalną robotę „honorariom” mogła złagodzić dotkliwy głód, jak mawiała „w najgorszym okresie pomogły mi... lalki”. Obóz został wyzwolony przez Amerykanów w roku 1945, jednak powrót do rodzinnego Lwowa nie wchodził już dla niej w rachubę. W Wojewódzkim Domu Kultury w Katowicach tworzono właśnie teatr lalek ”Czar”. Zgłosiła się do niego i dostała pracę. Zaczynała od pracy w pracowni lalkarskiej, gdzie „rzeźbiła trochę i komponowała lalki”[2]. Aktorskiego fachu uczyła się od podstaw, solidnie, od nauczycieli najwyższej miary z Aleksandrem Zelwerowiczem na czele. Była osobowością inteligentną, błyskotliwą, niewygodną władzy. Otrzymała tzw. „wilczy bilet” z nakazem zniknięcia ze Śląska. Władze wysyłały ją do Rzeszowa, wybrała Jarosław. Tam właśnie, w Jarosławiu, starym, długie wieki prywatnym szlacheckim mieście, przekazywała otoczeniu skarby wiedzy i kultury przedwojennego Lwowa, gdzie ją wychowano. Osoba świetnie wykształcona, wychowana przez profesora lwowskiej politechniki, władająca biegle niemieckim, łaciną, greką, ku zdumieniu towarzystwa niezrozumiale trafnie i niepokornie „przepowiadała wróżąc z ręki”.

Podawała dwa źródła swojej umiejętności: rumuńską Cygankę, która uczyła ją wróżyć w obozie i... Scotland Yard, który ponoć tą techniką potrafił się nie raz posłużyć (?!). Nie tłumaczyła tego, czego nie chciała tłumaczyć... Potrafiła rozmówców oczarować i ujarzmić, zmienić temat na pasujący do jej scenariusza. A ten zawsze był bardziej niż wróżby wciągający i uroczy. Najczęściej dotyczył Tematów Taraki - pra-słowiańszczyzny, legend, baśni, szamanów, opowieści z... Wed, starożytnej historii, poezji i filozofii, literatury, teatru...  Nigdy nie brakło jej sposobu na to, by zaciekawić nas nieznaną dotąd tematyką, niszową wiedzą, ciekawą opowieścią. Nie uważała za stosowne nikogo uczyć wróżyć. Z pewną goryczą mówiła mi o tej umiejętności: ”Myślisz, że to jest lekki dar. Bierzesz w obozie rękę oficera i mówisz mu z satysfakcją, że pojedzie na front wschodni. Dostaje przydział. Inni już nie podchodzą. Boją się. Ale mogą też zastrzelić za tamtą wróżbę. Wróżysz młodej narzeczonej i ze zdumieniem odkrywasz, iż będzie trzy razy żoną... Jeszcze mówisz, przepowiadasz. Pewnego dnia bierzesz za rękę twego dobroczyńcę, chcąc mu powróżyć z wdzięczności. Patrzysz i widzisz w jego dłoni , że jego życie jest pełne czynów co najmniej paskudnych... Milkniesz. Z biegiem lat widzę, że wciąż ciekawią mnie ludzie, lecz milczę częściej”.

Młodzież lgnęła do niej w niemym zachwycie, choć była osobą doświadczoną, schorowaną, a jednak zarażającą młodym duchem, dowcipną, uroczą, pełną entuzjazmu...

A ona zaczęła pracę w Domu Kultury jako instruktor teatralny. Wyszukiwała pośród jarosławskiej młodzieży osoby, które pragnęły realizować się artystycznie. Pełniła rolę animatora, rozpoczęła zabiegi wokół zrealizowania marzenia – stworzenia teatru lalek. Zapalała do współpracy wszystkich, którzy mogliby pomóc w wystawieniu sztuki teatralnej. Jej pomysł trafił na podatny grunt. Premiera pierwszego przedstawienia miała miejsce 6 stycznia 1953 r. Na Trzech Króli reżyserka przygotowała premierę sztuki „Hanusia i gąska” (bajka M. Kownackiej „O Hani i lisie”). Od imienia jednego z Trzech Króli, i jednocześnie imienia naprawianej w obozie, niemieckiej, do dziś w Niemczech popularnej lalki-marionetki Kasperle, powstała nazwa teatru[3].Ta nazwa, jak i oczywiście intensywna działalność artystyczna (ponad sto pięćdziesiąt przedstawień w ciągu 3 lat), przyniosły teatrowi „Kacperek” popularność.

Ze względu na wysoki poziom artystyczny, poleceniem władz teatr został przeniesiony do Rzeszowa. Było to początkiem profesjonalnego zawodu dla wielu młodych aktorów amatorów z Jarosławia. Jarosławska ekipa „Kacperka” musiała dojeżdżać do pracy do Rzeszowa. Wraz z nią dotychczasowy reżyser, Izabella Melińska. Teatr rozwijał się w stronę profesjonalizmu, choć nie miała wykształcenia teatralnego prowadząca go z nadania władz dyrektorka, pani Maria Siedmiograj[4]. Osoba Izabelli Melińskiej mająca ogromny wpływ na zespół teatralny, stawała się niewygodna. Chociaż po ukończeniu kursu reżyserów teatralnych w Jadwisinie Izabella Melińska miała uprawnienia do prowadzenia amatorskich zespołów teatralnych[5], w 1960 roku, cztery lata po upaństwowieniu „Kacperka”, założycielka, która tak wiele sił i pracy włożyła w zaistnienie tego teatru, otrzymała wymówienie. Oprócz poczucia krzywdy, które musiał budzić ten fakt, usunięcie z teatru postawiło ją w bardzo trudnej sytuacji materialnej. Znów poszukiwała pracy... Otrzymała ją w młodym robotniczym mieście - Stalowej Woli. Jej angaż w domu kultury w Stalowej Woli wspomina Robert Wiciński: ”Wniosła w naszą młodość magię teatru, sztukę pięknego żywego słowa. [6] Mama Iza prowadziła zajęcia niezwykle profesjonalnie: każda próba rozpoczynała się od ćwiczeń usprawniających przeponę i cały aparat głosowy, potem następowało ćwiczenie dykcji. Ustawiała aktorom głos, uczyła jak nim operować, modulować go bez niepotrzebnego obciążania strun głosowych. Przydzielała aktorom wiersze, zaś błędy wytykała niezwykle delikatnie, jakby zamiatała miotełką z róż[7].

Przedstawienia, sukcesy teatru i... usunięcie z pracy przez socjalistyczne władze. Nie pasowała do politycznej linii partii. Nadal poszukiwała swojego miejsca. Z jej opowiadań wiem, że w latach 60-tych prowadziła pracę wychowawczą z młodzieżą w Lesku i Sanoku. „Zdemoralizowała” tam młodzież socjalistyczną, zapalając synów ludu do zorganizowania ćwiczeń szermierki na wzór przedwojenny... Straciła pracę. Ratunkiem pozostał dla niej dobry sprawdzony Jarosław. Wróciła więc do jarosławskiego domu kultury. Nadal prowadziła tu amatorskie zespoły teatralne. Dobrze jest robić to, co się kocha.

Coraz mocniej angażuje się w życie miasta, pełno jej tam, gdzie dzieją się rzeczy niezwykłe i ratowana jest kultura miasta. Bierze udział w wykopaliskach na terenie Opactwa SS. Benedyktynek, jest świadkiem odkrycia w jednym z grobów złotej buławy hetmańskiej (w trakcie pierwszych powojennych wykopalisk archeologicznych nastąpiło odnalezienie grobu hetmana Chodkiewicza!), która zostaje skradziona... Nagrywana jest na ten temat audycja radiowa, którą, tradycyjnie - porywa wiatr... Jednak dzięki współpracy jarosławian wiele daje się uratować - ratowana jest historyczna architektura miasta - świadka historii, o której młodzieży opowiada nie oficjalna szkoła, lecz ludzie tacy jak Pani Izabela Melińska.

Wychowawczyni, która nie pracowała w szkole, lecz kochała młodzież, nie oddając łatwo pola młodym miłośnikom ostrych filozoficznych dysput. Cierń w oku zarówno władz, jak religijnych fanatyków, uroczy postrach wszelkiej maści pół- oraz ćwierćinteligentów. Wieczna opozycjonistka, która pensję i emeryturę pobierała, nie będąc w posiadaniu dowodu osobistego...

(Nazwisko Melińska nie było nazwiskiem jej ukraińskiego męża, lecz prawdopodobnie zmienionym nazwiskiem z aktu urodzenia - panieńskim matki, Malińskiej, córki powstańca z powstania styczniowego). Wśród swoich, w Jarosławiu, obdarzano ją sympatią i szacunkiem, kryto przed inwigilacją władz. Choć nie każdemu była wygodna... Wokół niej często zdarzały się niewygodne nauce historie.

Ot, taka choćby...

Na półce meblościanki w pokoiku Pani Izy od lat 60. stała czaszka... która zastępowała poprzednią, zdobytą w wykopaliskach. Niestety, gdy gospodyni wychodziła, coś w mieszkaniu wywoływało hałas, uderzenia, dziwne odgłosy... czaszka straszyła... Pani Iza udała się z problemem do światłych dominikanów, którzy zadali pytanie, na którym polu bitewnym owo trofeum zdobyła... Pochowali nieszczęsną czaszkę u siebie w klasztorze, dając „spokojniejszą” w zamian... Na zdjęciu widoczna jest czaszka niemowlęca, dar zakonnika... Ta nie straszyła nigdy... Ale zawsze miałam wobec niej respekt, takie „memento mori” na półeczce...

Odwiedzając Izabelę, gość spotykał się z rzeczywistością fizyczną dość zdumiewającą. Wejście do wynajmowanego mieszkanka gospodyni znajdowało się na tyłach starego, zniszczonego domu. Przed gankiem prowadzącym do pani Melińskiej kilka metrów kwadratowych zajmował ogródek, do którego wiodła półkolista bramka porośnięta nasturcjami.

Ogródkiem zajmowała się pani Iza. Kwitły tu róże, orliki, dzwonki, rezeda, maciejki i kilka innych roślin ozdobnych tworzących z wielkim smakiem urządzoną kompozycję łączącą sztukę ogrodniczą z uroczą obfitością natury. Maleńki ogródek przypominał dzieła impresjonistów, pełne słońca i plam barwnych zestawianych w wyszukany sposób.

Po minięciu ganku i małego holu, gość zapraszany był zwykle do stołu w pokoju, który był przez Panią Izę wynajmowany, i urządzony z godnym scenografa smakiem. Wnętrze pokoju wprowadzało w szczególny, uroczysty i nieco tajemniczy nastrój. Urocze szczegóły otaczające gościa, zachęcały do podziwu dla sztuki, budziły respekt. Wnętrze ozdabiały wykonane węglem rysunki Wiktora Zina i przedwojenne obrazy, szafa gdańska, kredens z porcelaną. Misternej roboty lampa, aniołek putto, kilimy, stare książki i skrzynka pełna korali z ustawioną na nich czaszką dopełniały całości obrazu. Odwiedzający mógł odnieść wrażenie, że oto niedługo rozpocznie się tu misterium dla osób wtajemniczonych z kręgu znawców teatru, starożytnych historii, wielkich filozofów, pytań nieobojętnych, porywających ideałów. Tu właśnie mogłam zobaczyć, czym zajmują się pracownicy muzeów ze wschodniej Polski. Pani Iza uratowała przed spaleniem piękne XVII-wieczne biblie ze spalonej w Sieniawie cerkwii... 

Sztuka podejmowania gości wiązała się z nabytymi przez nią w wyższych sferach umiejętnościami. Gospodyni przygotowywała dla gości stawiającą na nogi mocną herbatę z konfiturami lub kawę, której aromat wyczuć można było z daleka, u wejścia do jaru, w którego zakolu stał jej dom. Nie znam przepisów... nie zapytałam...

Częstując niezwykłym napojem lub ciastem, zabawiała gości ucztą duchową, strawą poetycką, przedwojennymi szlacheckimi naukami co do prowadzenia domu. Z zaproszeniem na poczęstunek wiąże się zabawna historia. Pani Iza zapraszając koleżankę z pracy na krupnik, martwiła się czy aby będzie on gościowi smakował. Ludziom pogrążonym w przyziemnej rzeczywistości nazwa krupnik zwykła kojarzyć się z zupą z kaszy. Koleżanka zapewniała więc zapraszającą ją Izabelę, że każdy rodzaj kaszy będzie przez nią mile widziany. Po dłuższej rozmowie okazywało się , że dowcipna gospodyni wcale nie zapraszała gościa na obiad, lecz na kieliszeczek alkoholu, krupniku.[8]

W latach 70. uczestniczyła w życiu kulturalnym nowego robotniczego osiedla w Jarosławiu - prowadziła imprezy okolicznościowe, andrzejki, pokazy slajdów, organizowała przedstawienia, przekazując młodszemu pokoleniu świadectwo kultury dawnych dziejów...

Znana była z tego, że podsyłano jej uczniów, przygotowywała ich do występów w prestiżowych konkursach, pracowała z osobami, którym trzeba było postawić głos, poprawić dykcję, intonację, słowem - sceniczną ekspresję. Pomagała wybrać repertuar, postać na scenie odtwarzaną, dbała o swoich uczniów, pokazując ich postępy znajomym z teatru.

Jej przedsięwzięcia - czy indywidualne, czy zespołowe występy przez nią przygotowane, kończyły się sukcesami, stąd warto było z nią współpracować. Ostatnim jej przedstawieniem była „Pastorałka” Schillera wystawiona przy nowo powstającej parafii. Jednak przez grona religijne Pani Iza nie mogła być doceniona, gdyż nie znosiła fanatyków i skutecznie umiała się przed nimi bronić. Mawiała „uważaj na ludzi jednej książki - są niebezpieczni”. A ona, co ciekawe, wyczuła kiedy umrze, przyprowadzałam jej spowiednika na niespodziewaną prośbę, może dwa tygodnie przed jej nagłą śmiercią... Kochała ludzi i wzruszyła się, iż z proboszcza cerkwi unickiej taki był człowiek dobry. Pogrzebano ją 22 lata temu.

Żyje w swoich uczniach. Dzieliła się swymi umiejętnościami za darmo, lubiła kontakt z młodzieżą, dawała jej możliwość uczestnictwa w życiu kulturalnym. Z moich wyliczeń wynika, że z tą samotnie żyjącą emerytką w latach siedemdziesiąt – dziewięćdziesiąt trzy, zetknęło się co najmniej czterdziestu uczniów, podlegających na co dzień zupełnie innej edukacji. Sytuacja trwającego przez wiele lat konfliktu społecznego, w którym tylko jedna partia była wygrana, powodowała często przygnębienie, ucieczkę dorosłych we własny świat, udanie się na wewnętrzną emigrację. Rodzice nieczęsto zajmowali się tym, co dokładnie przekazywała szkoła ich dzieciom i o sytuacji młodych w ich „teatrze szkolnym” mieli mgliste pojęcie. Pani Iza ratowała przychodzących do niej zbuntowanych młodych, zarażając ich patriotyzmem, miłością do nauki, prawdy, wszystkiego co piękne. Opowiadała w swym domku, na ulicy, w klubie, o tematach nieprawomyślnych takich, jak wywózki na Syberię, o odzyskiwaniu niepodległości po zaborach, postaci marszałka Piłsudskiego, Bitwie Warszawskiej, 17 września, istnieniu polskiego Lwowa, Monte Cassino, Powstaniu Warszawskim itp. Miała zwyczaj obdarowywać młodzież tomikami poezji. Leśmian, Asnyk, Tuwim, Pol, nie mówiąc o wieszczach - wszystkich potrafiła deklamować, niemal na zawołanie.

Przy nadarzającej się okazji prezentowała odpowiedni na daną okoliczność mit, obraz, legendę. Żyła sztuką, każde spotkania z młodymi było jej kreacją. Przygotowaną - w ubiorze (siateczka na włosach, dłoniach, korale itp.) talencie aktorskim, oraz poparte wiedzą. Jej wiedza z zakresu literatury, dramatu, poezji, doświadczenie sceniczne oraz umiejętność przygotowania aktorów, kostiumów czy scenografii stawiały ją w rzędzie najwyżej wykwalifikowanych praktyków teatralnych.

Mitotwórstwo jest darem, Bożą iskrą. Była nią obdarzona. Gdy przychodziłam do niej zgnębiona – leczyła, snując nad moją dłonią na temat mojego życia - legendę. Dziś wiem, że trafną. Czyniła tak nie tylko ze mną. Nawet gdy wyjechałam na studia, powracając do Jarosławia odwiedzałam ją i znajdowała dla mnie czas na wielogodzinne spotkania, nie okazując zmęczenia. Koledzy lub koleżanki, którzy potrzebowali mądrej porady i których kilkoro do niej przywiozłam, odbywali z nią długie rozmowy, które z wielkim zadowoleniem wspominali. Brakuje mi jej gawęd o przyrodzie, np. o... psach gończych, które głodzone nie gryzą, gdy spojrzeć im w punkt dokładnie między oczami (sprawdzone na buchenwaldzkich wściekłych wilczurach, ponoć coś wiedzą o tym dziwnym respekcie zwierząt mnisi w tybetańskich klasztorach), o wychodzeniu z ciała po ćwiczeniach jogi (lub przy okazji doświadczania niemieckiej „diety” obozowej), o przedwojennych lekcjach historii religii, zaczynanych nauczycielską sentencją ”gdy dotykasz murów Watykanu, krew płynie rzeką...” Słuchałam, słuchałam...

Czasem z trudem, lecz cierpliwie znosiła moja obecność. Jestem przekonana, że mówiła mi wiele, bo wiedziała, że o niej napiszę. Na zdjęciu autorka z Panią Izą, ze świetlistym „promykiem”

Tworzyła niezwykły, zaginiony klimat, przekazany w spadku widzom, uczniom, słuchaczom. Zostało po niej tak niewiele, a jednak pozostawiła po sobie cały świat...

Nie sposób więcej napisać. Pani Iza Melińska to Magia. Czar. Tajemnica.


[1] Zbigniew Wawszczak, U założycielki teatru Kacperek, "Nowiny" nr 105 (10318) artykuł prasowy ze zbiorów pani Ireny Rokoszyńskiej.

[2] Od Kacperka do Maski. 50 lat rzeszowskiego teatru lalek 1956-2006, pod red. J. Glazar, A.Kaszuby, Rzeszów 2006, s. 9.

[3] Tamże. 

[4] Tamże, s.12-14.

[5] Słownik biograficzny twórców oświaty i kultury XIX i XX wieku Polski południowo-wschodniej, red. A Meissner K. Szmyda, Rzeszów 2011, s. 274.

[6]  Robert Wiciński, Mama Iza, w: 60 lat naszego Domu Kultury, Stalowa Wola 2013

[7] Robert Wiciński, Mama Iza, w: 60 lat naszego Domu Kultury, Stalowa Wola 2013, s. 97.

[8] Rozmowa telefoniczna z Panią Natalią Iniewicz, dnia 16.09.2013 r.


Korekta przez: Radek Ziemic (2015-02-22)


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)