Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 września 2009

Mirosław Miniszewski

Rumunia - ostatni kawałek prawdziwej Europy
Z wycieczki latem 2009

Kategoria: Podróże i regiony

Przestrzegano mnie przed wyjazdem do Rumuni. Moi rodzice wpadli w panikę, a niektórzy znajomi pukali sie w czoło twierdząc, że ten kraj to brud, smród, degeneracja i przestępczość na wielką skalę. Do tego niedźwiedzie: w rumuńskich Karpatach, gdzie się właśnie wybierałem, są ich tysiące i co roku zabijają dziesiątki osób. Tylko w ostatnim czasie rozszarpały dwóch amerykańskich i jednego niemieckiego turystę. Na wszelki wypadek wykupiłem więc ubezpieczenie, w tym obejmujące transport zwłok do kraju...

Tylko czternaście godzin jazdy samochodem dzieli Białystok od wrót świata, który zaskoczył mnie ilością pozytywnych wrażeń. Przekraczanie granicy węgiersko-rumuńskiej było niczym wstąpienie do jakiejś baśniowej krainy. Nagle inne światło, zapachy. W powietrzu unosił się rozpraszający światło pył i ludzie: ruchliwe tłumy dzieci, Cyganów, handlarzy itp. Kontrast ze sterylnymi i wyludnionymi węgierskimi wioskami w niemieckim stylu był ogromny.



rumuost_01.jpg
Martwe węgierskie miasteczko Tokaj - poniedziałek, godziny szczytu. Fot. Autor



Przez chwilę poczułem się jakbym wjechał do Indii. Pierwsze minuty, pierwsze rozmowy z ludźmi, pierwsza kawa i wszystkie stereotypy na temat Rumunii, które nosiłem mimo woli gdzieś w umyśle, nagłe się rozpadły. Przyuczano nas przez lata, że ten kraj to żebracy, wampiry i mroczne, okryte budzącą lęk mgłą Karpaty, pełne mrożących krew w żyłach historii. Niesprawiedliwy i błędny obraz Rumuni domaga się weryfikacji. Jest to bowiem bardzo ucywilizowane państwo z ludźmi o wielkiej kulturze i pod wieloma względami przewyższające Polskę. Ludzka życzliwość i osobista kultura, handel, dynamiczność i zwykła witalność - to obszary, w których jesteśmy daleko w tyle.

Łatwo jest pocieszać się myślą, że gdzieś jest gorzej niż u nas. Ale akurat Rumunia nie jest tym miejscem. Jeśli już, to raczej my, Polacy, ze swymi wiecznie skwaszonymi minami, przepełnieni agresją i nieżyczliwością, brakiem ogłady i uprzedzeniami w stosunku do innych jesteśmy tymi, którzy muszą się jeszcze wiele nauczyć. Nie da się opisać w kilku słowach tego kontrastu, jaki daje kontakt z przeciętnym Rumunem. Przede wszystkim uśmiech na widok obcego i pełna otwartych gestów postawa sprawiają, że podróżowanie po tym kraju to niekończąca się przygoda i zdziwienie, że jeszcze gdzieś na świecie ludzie żyją normalnie i gdzieś jest świat autentycznie przyjazny i pogodny.


rumuost_02.jpg
Romka z wnukiem w centrum Kluż Napoki. Fot. Radosław Oryszczyszyn


Przejawy życia i wolności

Przejechałem przez dziesiątki rumuńskich miasteczek i wsi, głównie w Karpatach. Pod wieloma względami architektura podobna po podlaskiej. Dużo drewnianych domków. Te wsie jednak to dla Polaka prawdziwy fenomen. Są one po pierwsze żywe. To życie przejawia się przede wszystkim całymi tabunami hasającej dziatwy. Ilość dzieci w tych wioskach oszałamia. W porównaniu z naszymi, wymierającymi wioskami, tamte są oazami żywotności.

Kolejny powód do zdziwienia dla Polaka to ilość i jakość infrastruktury gastronomicznej. W zwykłym miasteczku, dajmy na to wielkości Krynek, jest przeciętnie kilkanaście, a czasami i więcej, restauracji czynnych od świtu do nocy. Nie są to jakieś speluny, ale normalne lokale. Oprócz nich, w każdej, nawet najmniejszej, składającej się z kilku domostw miejscowości, są kawiarnie, często nawet po kilka. Dobrej, prawdziwej kawy można się w nich napić od świtu. Co ciekawe nie jest to zaplecze turystyczne. W tych kawiarenkach i restauracyjkach siedzą babcie w chustach i dziadkowie w kapeluszach, Cyganie i młodzi ludzie. Widok staruszków pijących w świetle wschodzącego słońca espresso i śmiejących się na głos jest dla mieszkańca Północy czymś zaiste egzotycznym.


rumuost_03.jpg
Cygańskie wesele w Borşa. Fot. Radosław Oryszczyszyn

rumuost_04.jpg
Jazda konno to popularny środek transportu w górskich miejscowościach. Fot. Radosław Oryszczyszyn


O większych miastach, porównywalnych przestrzennie i demograficznie do naszych, nawet nie wspomnę, bo czuję się naprawdę zażenowany degeneracją mojej ojczyzny. Przede wszystkim oszałamia rozmiar i jakość kultury handlu. Ludzie sprzedają wszędzie. Ilość sklepów i sklepików, czynnych przeważnie całą dobę, wręcz wprawia w osłupienie. Handel uliczny i przydrożny kwitnie. Co kawałek można kupić świeże warzywa i owoce. Dotyczy to także niedostępnych, górskich przełęczy. Wszystko to sprawia, że Rumunia tętni życiem. Wylewa się ono zewsząd obficie i w nadmiarze. Ma się ochotę od razu wniknąć w ten różnokolorowy tłum i zapomnieć o sterylnych i martwiejących przestrzeniach miejskich północnej Europy.


rumuost_05.jpg
Stragan z warzywami. Fot. Radosław Oryszczyszyn

rumuost_06.jpg
Znakomite wiejskie sery sprzedawane w naturalnych warunkach. Polski sanepid natychmiastowo zalałby to wszystko wapnem palonym, bo to żywe i nie-sterylne. Fot. Autor



W Rumuni wolno biwakować wszędzie. W centrum Kluż-Napoki, największym mieście Transylwanii, widzieliśmy obozowiska turystów z Zachodu rozbite w ścisłym centrum na skwerze, tuż obok wielkiego kościoła katedralnego węgierskiej wspólnoty katolików. Właśnie było jakieś święto i pełno ludzi w mieście, a oni spokojnie spali sobie w cieniu gotyckiej świątyni, opatuleni śpiworami, leżąc na karimatach. Już widzę oczami wyobraźni polskiego proboszcza w podobnej sytuacji... Oprócz tego można zajechać do dowolnego gospodarstwa i prosić o rozbicie namiotu - nikt nie odmówi gościny.



rumuost_07.jpg
Pierwszy biwak na górskiej przełęczy w drodze z Baia Mare do Sygietu Marmaroskiego, wys. ok 1300 m n.p.m. Fot. Radosław Oryszczyszyn


rumuost_08.jpg
Transport ściętego drewna. Z tyłu człowiek śpi sobie po ciężkiej pracy - podobna sytuacja w Polsce byłaby nielegalna. Fot. Radosław Oryszczyszyn


Najdobitniejszym przejawem żywotności i wolności Rumunów jest chyba to, że lokalny bimber, wysokiej jakości palinkę na śliwkach, można kupić jawnie na rynku albo przy drodze. Jest to oczywiście zabronione, jak w całej Unii. W większych miastach babcie handlujące na rynku trochę się z tym kryją, ale nie za bardzo, bowiem w Satu Mare, przed samym wyjazdem kupiliśmy parę litrów tego wybornego trunku od pewnej kobiety, podczas kiedy kilka metrów od nas stało trzech policjantów, którzy na widok naszej nielegalnej transakcji tylko się uśmiechnęli, a sprzedawczyni konfidencjonalnie przyłożyła palec do ust mówiąc: "psss... policja". Doświadczyłem wtedy dogłębnego poczucia, że między państwowością i prawem a zwykłym życiem jest naturalna przepaść. Jedno płynie równolegle do drugiego, ale nie mają one ze sobą nic wspólnego. To, że mogę się jawnie, chociaż nielegalnie, napić śliwkowego bimbru jest dla mnie jakimś testem na wolność. Nie znaczy to oczywiście, że pochwalam publiczne pijaństwo. Co ciekawe, na rumuńskich ulicach nie widziałem pijanych i zataczających się ludzi. Chociaż wszędzie wszyscy pija piwo i wino, to nie spotyka się charakterystycznych dla polskich ulic grup rozwydrzonych facetów zakłócających porządek publiczny.


Multi kulti

Wielokulturowość to hasło nam wszystkim dobrze znane. Od lat jest to także sztandarowa maksyma propagandy promującej na przykład Podlasie, gdzie mieszkam. Dopiero będąc na pograniczu rumuńsko-ukraińskim mogłem sie przekonać, jak kiedyś mogła wyglądać wielokulturowość polskiego pogranicza, z której dzisiaj zostały już tylko hasła na promocyjnych ulotkach.

W Sygiecie Marmaroskim jest mała synagoga; ukryta w uroczym zaułku. Okazało się, że jest czynna i można ją zwiedzać. Na tyłach spotkaliśmy starszego pana, na oko zdrowo po osiemdziesiątce; jak się potem okazało byłego więźnia Auschwitz, inżyniera i historyka. Zgodził się oprowadzić nas po świątyni. Sama w sobie nie stanowi żadnej rewelacji. W zdumienie wprawił mnie jednak nasz przewodnik. Zapytał, w jakim języku życzymy sobie aby prowadził swoja prezentację. Spytany, w jakich może, wyliczył: "po angielsku, niemiecku, francusku, węgiersku, włosku, rumuńsku, ukraińsku, rosyjsku, jidysz i hebrajsku". W większości tych języków do dzisiaj podobno można swobodnie porozumiewać się na całym północnym pograniczu Rumunii. Słyszałem anegdotkę, jak to kiedyś przyjechali w tamte tereny Amerykanie i zapytali ludzi w restauracji, czy mówią obcymi językami. Oni odparli, że nie, że oni żadnych obcych języków nie znają. Zapytani o to, jakie więc znają, odpowiedzieli, że tylko tutejsze: rumuński, węgierski, ukraiński, jidysz, niemiecki, francuski i rosyjski.

W jednym z miast zaczepiła mnie Cyganka z dzieckiem na ręku, prosząc o datek. Powiedziałem: I'm sorry, I don't speak Romanian. Na to ona, z uśmiechem i przepiękną angielszczyzną, rzekła: Oh, English! I apologize! It's no problem if you haven't a change. Have a nice day. Nie miałem wyboru - ma takie dictum dostała dziesięć lei (10 zł).

Napełniło mnie to wszystko jednak smutkiem, bo wiem, że kiedyś i tak u nas było i że zostało to zniszczone. Wielkim ubóstwem naszej ojczyzny jest to, że obecnie stanowi ona jedyny praktycznie jednolity etnicznie i językowo kraj Europy. Między prawdziwym bogactwem wielokulturowego pogranicza a propagandowym "multi kulti" wpychanym nam na siłę władze samorządowe, jest różnica ilościowa i jakościowa. Są przecież jeszcze na w Polsce, którzy pamiętają, jak to kiedyś było na polskim pograniczu...


rumuost_09.jpg
Ulica w Sygiecie Marmaroskim. Fot. Radosław Oryszczyszyn

rumuost_10.jpg
Niepełnosprawny Rom na Rynku w Sygiecie Marmaroskim woła do nas Drum Bun - "szerokiej drogi". Fot. Radosław Oryszczyszyn.



Zacofanie czy rozwój?

Już opuszczając gościnną, rozpaloną słońcem i pachnącą egzotycznymi zapachami Rumunię zastanawiałem się wraz z towarzyszem mojej podróży czy doświadczyliśmy faktycznie kontrastu cywilizacyjnego? Czy rzeczywiście jesteśmy zacofani w stosunku do tego kraju? Wiele może na to wskazywać. Już po powrocie doszedłem jednak do innego wniosku. To Rumuni są zacofani. Są żywymi skamielinami dawnej Europy. Nie zniszczył ich jeszcze bezduszny wir nowo-europejskiej modernizacji. Są tacy, jak my, Polacy, byliśmy kiedyś. Z opowieści wiem, że jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych panowała u nas większa życzliwość. Powszechny był autostop, biwakowanie "pod gruszą" u gospodarza itd. Istniały autentyczne relacje pomiędzy ludźmi. Tego, jaka mogła być Polska z początku XX wieku już się jednak nie dowiemy, to już odległa przeszłość. Wielojęzyczne i żywe pogranicza są u nas już tylko wspomnieniem. Można jedynie pojechać do tych "zacofanych" krajów środkowo-wschodniej Europy i tam uchwycić resztki czasu i świata, który na zawsze odchodzi w historię. W tym znaczeniu Polska jest zdegenerowana, podobnie zresztą jak wiele innych i lepiej rozwiniętych krajów Europy. Jesteśmy dowodem na to, że modernizacja w stylu, który wybraliśmy, bezlitośnie rujnuje kulturowy potencjał całych narodów. Biurokracja i technologia wypierają żywotność i ostatecznie uśmiercają, pozostawiając po sobie pustynię.

Podejrzewam, że za kilka lat, jak unijne zwyczaje i prawa zaleją Rumunię, śladu nie pozostanie po tym, czego jeszcze można tam w całej krasie doświadczyć. Dlatego każdy, kto chce jeszcze zobaczyć kawałek normalnego świata, gdzie życie toczy się własnym rytmem w zapachach autentycznej, niewysterylizowanej unijnym prawem egzystencji, gdzie ludzie posiadają naturalną otwartość, gdzie handel i ludzka zaradność nie zostały zakatrupione przez bezduszną biurokrację i korporacjonizm, ten powinien koniecznie i w miarę szybko pojechać do Rumunii. Szybko, bo już za kilka lat może być tam inaczej; bardziej unijnie; bardziej martwo, tak jak u nas.


rumuost_11.jpg
Góra Pietroşul 2303 m n.p.m. - najwyższy szczyt Gór Rodniańskich oraz całych Wewnętrznych Karpat Wschodnich. Fot. Autor

rumuost_12.jpg
Pietroşul - widok z namiotu. Fot. Autor

rumuost_13.jpg
Widok na Góry Marmaroskie. Fot. Autor

rumuost_14.jpg
Pozostałości kopalni złota i żelaza w Baia Spire - Góry Marmaroskie. Fot. Autor

rumuost_15.jpg
W Baia Spire górskie strumyki spływają wodą zabarwioną związkami żelaza z obfitych rud, z których od wieków słynie ten region, kiedyś bezlitiśnie eksploatowany przez Niemców i Węgrów, dzisiaj kopalnie są w większości zamknięte a pozostałe hałdy urobku to nie lada gratka dla amatorów geologii i zbieraczy minerałów. Fot. Autor

rumuost_16.jpg
W całej Rumunii można spotkać pomniki wilczycy karmiącej Romulusa i Remusa. Rumuni uważają się, skądinąd całkiem słusznie, za naród wywodzący się bezpośrednio od Rzymian zamieszkujących dawną Dację. Fot. Autor


Mirosław Miniszewski

Białystok 03.09.2009




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)