Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 listopada 2005

Wojciech Jóźwiak

Tusklandia i Kaczystan
Po wyborach 23.X.2005, o dwóch połowach podzielonej Polski

Po-pruska Tusklandia i po-carsko-galicyjski Kaczystan • Zapomnieć o "prawicy" i "lewicy" - teraz podział idzie w poprzek! • Kto Tusklandii da polityczną samoświadomość? • Regionalizm dla Tusklandii



Sprawdziłem w Google'ach: słowa Tusklandia lub Tuskland wystąpiły w internecie 4 razy, hasło Kaczystan było dużo bardziej popularne, wyszukiwarka odnotowała je aż 72 razy. Ciekawe: wszystkie źródła to blogi lub fora, widać że obie te jakże trafne nazwy na połówki podzielonej Polski jeszcze nie dotarły do języka oficjalnego. (Tak przynajmniej było 2 listopada 2005.) -Landia brzmi zachodnio, -stan kieruje myśl ku wnętrzu Azji. 23 października zwyciężył Kaczystan, czyli Polska stara, wiejska, klerykalna i po podstawówce, przegrała zaś Tusklandia, drugie pół Polski, to młode wiekiem, miejskie, wolnomyślne i z wyższym wykształceniem. Polaryzacja? Tak, i to większa niż ktokolwiek wiedział wcześniej. Polska okazała się podzielona nie tylko co do wyborów politycznych, ale także terytorialnie. I to jest najciekawsze. "Gazeta Wyborcza" opublikowała mapę głosowań na Tuska i na Kaczyńskiego z dokładnością do powiatów, "Polityka" podobną mapę z dokładnością do gmin. Studiując te mapy miałem wrażenie takie jak przed niespełna rokiem, kiedy wybory Juszczenko contra Janukowycz podzieliły Ukrainę. Zachód był wtedy za Juszczenką, wschód za Janukowyczem. Linia podziału obu preferencji ze zdumiewającą dokładnością pokrywała się z dawną wschodnią granicą Rzeczypospolitej. Tam gdzie 350 (aż!) lat temu urządzano sejmiki, wygrywał Juszczenko. Gdzie państwowe struktury na po-tatarskich ziemiach od razu tworzone były przez czynowników z Moskwy, tam brał górę Janukowycz. Dlaczego tak się działo, jaki historyczny proces sprawił, że coś różniło wciąż świadomość ludzi mimo minięcia prawie czterech wieków - nie wyjaśnił nikt, a przynajmniej ja takiego tekstu nie znalazłem. Teraz też żaden historyk ani socjolog nie wyjaśnił tajemnicy polskiego podziału, a może nie zdążył? - Zobaczymy.

Linia dzieląca Kaczystan na wschodzie od Tusklandii na zachodzie z grubsza odtwarza dawny pruski zabór. Sięga tak daleko, jak państwo Wilhelmów i Bismarcka. Dziwne, ale za Tuskiem głosowano także na Ziemiach Zachodnich, zamieszkanych przez przesiedleńców (a raczej ich potomstwo) z carskich i galicyjskich Kresów. Więc proces, który sprawił, że pruska granica dzieli dziś Tusklandię od Kaczystanu, musiał być wieloczynnikowy i wielokanałowy. Warto, by jego zagadka została rozwiązana, gdyż od odpowiedzi na nią wiele zależy dla naszej politycznej świadomości i przyszłości.

Rywalizacja Tuska z Kaczyńskim(i) wykazała drugą ważną rzecz: to, że pojęcia prawicy i lewicy stały się nieadekwatne do opisu tego, co dzieje się w Polsce i w polskich głowach. Tusk i jego skrzydło nie reprezentują mianowicie ani lewicy, ani prawicy, a także obóz braci Kaczyńskich nie jest ani prawicowy ani lewicowy. Lepiej w ogóle zapomnieć o "prawicy" i "lewicy" pod grozą nierozumienia, co tutaj się dzieje. Lewica to socjalizm, a socjalizm to dominacja zbiorowości reprezentowanej przez państwo, nad jednostką i jej wolnym wybieraniem. Prawica zaś to odwołanie się do tradycji i do organicznego kształtowania się stosunków, a to oznacza afirmację wolnego rynku. Prawica to konserwatyzm, a w ekonomii stare dobre czasy, do których odwołuje się konserwa, to epoka leseferyzmu, globalnego rynku i złotego pieniądza przed Pierwszą Wojną. Solidaryści Kaczyńskich nie są więc prawicą, ani liberałowie Tuska nie są lewicą. Prawicę od lewicy, przynajmniej u nas w Polsce, dzielą dwie kwestie. Jedna to stosunek do rynku, do ekonomicznej aktywności państwa i do roztaczania opieki. Te sprawy łączą się, bo im aktywniejsze państwo w gospodarce, tym bardziej skrępowany i nie-wolny rynek, tym większe podatki i więcej ludzi na utrzymaniu państwa, i rosnąca pokusa, by gospodarką sterować ręcznie i odgórnie. Pod tym względem lewica jest tradycyjnie za (za gospodarczą "państwówką" i za świadczeniami), prawica przeciw - za rynkiem i za prywatną własnością. Druga kwestia to stosunek do tradycji obyczajowej i (zwłaszcza w Polsce) religii. Tu lewica była tradycyjnie "postępowa" i antyklerykalna, prawica klerykalna i "zachowawcza". Ten podział właśnie okazał się fikcją. Zamiast niego uformowały się inne przeciwstawne opcje, które skrystalizowały się w wyborze Tusk albo Kaczyński. Skrzydło Kaczyńskich jest prawicowo kościelne, ale lewicowo etatystyczno-socjalne. Strona Tuska jest prawicowo rynkowa, ale lewicowo wolnomyślna. Ciekawe, że te dwa "wymiary" politycznej świadomości są tak silnie skorelowane ze sobą! Co poznajemy po tym, że opcje podwójnie lewe lub podwójnie prawe okazały się mniejszością lub wręcz marginesem. Opcja podwójnie lewicowa, to znaczy lewicowo antyklerykalna i lewicowo socjalna, reprezentowana przez m.i. SLD, a w wyborach prezydenckich przez Borowskiego, zbierała mniejszość około 10%, opcja zaś podwójnie prawicowa, czyli formacja Janusza Korwin-Mikkego, zaistniała jako ledwie jednoprocentowy margines. Co się stało z prawicą? Zaszedł zdumiewający proces zintegrowania przez polską prawicę socjalistycznych wartości! To, co wypromował i dzięki czemu wypromował się PiS, to połączenie narodowo-klerykalno-socjalistyczne i takie właśnie menu okazało się smakować większości narodu, czego nie zauważyła w porę Platforma, usiłując do ostatka stać ponad podziałami i kokietując katolików spóźnionym kościelnym ślubem swojego lidera.

Skutek mamy: Kaczystan klerykalny, nacjonalny, państwowo-opiekuńczy, tradycyjny, kolektywistyczny i nieufny otwarciu na świat, a przy tym dobrze świadomy siebie, istny byt dla siebie, używając terminu Hegla - a naprzeciw widzimy zdziwioną Tusklandię, która definiuje siebie raczej przez "nie". Przez nie dla kościelnej protekcji nad życiem publicznym, nie dla wysokich podatków i duszenia rynku, nie dla polskokatolickiej buty. (Znamienne, że za Tuskiem głosowali Ślązacy i Niemcy opolscy, luteranie cieszyńscy i Prawosławni białowiescy.)

Podział terytorialny na wschodni, po-carski i po-galicyjny Kaczystan i na zachodnią, po-niemiecką Tusklandię, jest wielostronnie ważny. Po pierwsze, jeszcze raz wyraźmy zdziwienie, że mimo wielkich migracji i repatriacji, mimo, zdawałoby się, przemieszania ludzi, a także mimo konsekwentnej w ciągu minionych 60 lat polityki integracji i centralizacji Polski, identycznie i z jednakowym zapałem prowadzonej przez komunistów, post-komunistów i post-solidarnościowców, różnice w politycznej świadomości pomiędzy strefami o odmiennej historii są aż tak uderzające! Po drugie, polaryzacja "pionowa", pomiędzy ludźmi różnych klas i zawodów, jest czymś zwykłym. Podobna polaryzacja pomiędzy regionami jest czymś mniej zwykłym, a może być początkiem pęknięć. Można sobie imaginować, że młodym, miejskim, wykształconym, wolnomyślnym, wolnorynkowym i pro-europejskim mieszkańcom Tusklandii, zamiast emigracji, opłacałoby się oderwać od ciążącego im niby dryfkotwa Kaczystanu. Secesja? - jak w Stanach w 1864 lub w Jugosławii w 1991? Ale te dwa przykłady pokazują, że po secesji przychodzą secesyjne wojny, pozostawmy więc ten wątek autorom SF.

Trzecia sprawa, że Tusklandii, czy będziemy ją rozumieć terytorialnie, czy tylko "pionowo", brakuje samoświadomości. Skoro Polska już jest podzielona, a na świadomość monopol ma strona kaczystańska, to dobrze by było, gdyby na równoważny zestaw wartości, i to pozytywnych wartości, a nie samych negacji, zdobyła się i strona tusklandzka.

Po czwarte, celem, jaki powinni sobie postawić polityczni wyraziciele Tusklandii, powinien być regionalizm, a więc program pod hasłem "jak najwięcej regionom": jak najwięcej uprawnień, decydowania o sobie i środków wyrażenia zbiorowej woli. Ponieważ budowanie ustroju liberalnego, wolnościowego w kilku regionach - na Pomorzu, w Wielkopolsce, na Śląsku czy na Warmii, jest możliwe. W skali całej Polski Polacy tego sobie nie życzą; w całości kraju, jak widać, Kaczystan Tusklandię przegłosuje.


Wojciech Jóźwiak
Milanówek, 2 listopada 2005



Sprostowanie po półtora roku

Wypada mi sprostować. Dałem się zwieść tamtemu podziałowi zachód-wschód. Pod czysto geograficzną różnicę zachodniej i wschodniej części Polski podłożyłem - przyznaję, lekkomyślnie i powodowany atrakcyjnym stereotypem - dalsze człony stereotypowej opozycji zachód-wschód. No bo zachód to oświecenie, postęp, wiedza, demokracja, wolność, zbiorowa samorządność i jednostkowa samodzielność, indywidualizm i etyczna autonomia, wolny rynek, bogactwo i sprawiedliwość. W przeciwieństwie, wschód jawi się równie stereotypowo jako miejsce ciemnoty, zacofania, niewiedzy, tyranii, zniewolenia, centralizmu, rabstwa, kolektywizmu, zależności sumień, reglamentacji towarów, biedy i niesprawiedliwości.

Od tego momentu łatwo poszło: nie mógł u mnie Tusk zdobyć większej sympatii niż odnosząc przewagę w zachodniej części Polski, a Kaczyński nie mógł bardziej podpaść niż zwyciężając w części wschodniej. Co dzisiaj dziwi mnie o tyle, że wspomniany stereotyp "zachodu" wpisuje się w popularną modernistyczną wizję świata, a ja przecież raczej do modernistów się nie zapisuję - ale jak widać siła memów-stereotypów jest wielka i potrafią one przyćmić jasność widzenia nawet... moją.

Jest faktem, że głos w większej części za Tuskiem i PO oddały raczej zachodnie prowincje Polski, wschodnie zaś poszły za Braćmi Kaczyńskimi, z czego nijak nie wynika, ani że to PO jest nosicielką wyliczonych wyżej zachodnich cnót, ani to, że zachodnią-poniemiecką część Polski zamieszkują miłośnicy tamtych modernistycznych wartości. Podobnie i na odwrót można powiedzieć o wschodzie, PiS'ie i jego wyborcach. Dlaczego doszło do takiego terytorialnego rozwarstwienia, nadal nie wiem - ale na pewno nie dlatego, że Warmii i Wielkopolsce bliżej do legendarnego Zachodu i lepiej się tam odbiera jego fluidy.

Drugim błędem w tamtym tekście było przypisanie PO liberalnego i racjonalizującego programu. Tymczasem PO spadłszy do opozycji pokazała, że jest zaledwie oportunistyczną partią władzy. Oportunizm oznacza wtórność, drugorzędność i chodzenie śladem przetartym przez aktywniejszych. Patrząc na mapy wyborów z 2005 roku można przekornie zapytać: czy oportunizm leży na zachodzie?

Tak czy inaczej, nie ma partii z którą bym sympatyzował, ani tym bardziej takiej, którą bym uważał za wyrażającą moje poglądy i interesy. Pocieszam się, że pewnie nie sam jestem w takim położeniu. Kolejne dziesięciolecie mielenia tych samych nudno powtarzających się "opcji" uważam za sygnał, że potrzeba jest czegoś innego, co jeszcze się z polskiej miazgi nie wyłoniło.

WJ. 18.03.2007





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)