Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 sierpnia 2004

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Wielka podróż po wizje

Wielka podróż po wizje
Warsztaty w sierpniu 2004 w Pniewie czyli: Wielka podróż po wizje


  < poprzedni    1    (2)  

Zobacz zdjęcia Zdjęcia

Czas: 2-10 sierpnia 2004, osiem dób od poniedziałku do następnego wtorku. Miejsce: tradycyjnie u Pani Małgosi pod Pniewem koło Piły. Uczestnicy: dziesięcioro wraz ze mną jako prowadzącym: Danusia, Marcin, Maja, Piotr, Ola, Ania, Małgosia, Wojtek i Igor. Maja, Ania i Małgosia to "stare bywalczynie", które na moich warsztatach bywały już kilkakrotnie wcześniej. Pozostałe osoby dotychczas znałem tylko z e-maili.

1 dzień

Zjeżdżamy się. Obchodzę teren. Po poprzednich warsztatach stoi szkielet sauny z gałęzi, wystarczy zadaszyć i ocieplić. W sąsiednich kępach sosen nadal leży mnóstwo suchych gałęzi - nie trzeba będzie używać kupionego drewna. Niedaleko hałda kamieni świeżo zwiezionych z pola, w dobrych dla nas rozmiarach. Stoi stos kijów na pokrycie grobów. Wszystko jest przygotowane.

Krótko po 18-tej rozpalamy ogień na "polu grobowym", ognisko ułożone według Sancheza: jeden gruby sosnowy pień służy jako "poduszka dla Praojca Ognia" czyli jako podpórka dla patyków, które układa się na nim prostopadle do niego. Bębnię, witam duchy z czterech kierunków. Krótko opowiadam, o czym będą te warsztaty: że chcę je zadedykować osiąganiu wizyjnego stanu umysłu czyli poszukiwaniu wizji, i do tego będą służyć różne techniki.

Przygotowania do wywiadów i prezentacji. Każdy z uczestników ma jedną osobę, z którą będzie robił wywiad, i drugą, która z nim zrobi wywiad i przedstawi go pozostałym. Zaczynamy też praktykę przygotowująca do świadomego śnienia: każdy ma przywiązać do lewego nadgarstka jakiś charakterystyczny przedmiot, który gdy zobaczy, to ma podnieść obie dłonie do oczu, zapytać na głos "Czy ja śnię?" - i odpowiedzieć zgodnie z prawdą.

Pogoda cały dzień grozi deszczem, wilgoć w powietrzu, wiatr z północy, ciemne chmury idą. Kiedy byłem na wstępnym spacerze, padało.

Po kolacji przedstawiamy się, a raczej "rzecznicy" przedstawiają swoich "klientów".

2 dzień

Rano pada równo. Wiatr z północy. Niskie chmury. Raz mżawka, raz rzęsiście.

O 8-mej joga. Niektórzy "wyjogowani" i porozciągani, aż przyjemnie patrzeć jak robią asany.

Po śniadaniu rozgrzewka głosowa, prowadzą Maja i Ania, polega to głównie na nuceniu "mmm" na różne tony i sposoby. Potem robię podróż przy bębnie; w stodole, bo deszcz. Nie podsuwam (nie sugeruję mówiąc) żadnych wizji, mają się pojawić same. Plan jest taki, żeby wychodząc od tych początkowych wizji iść dalej w kolejnych sesjach bębnienia, wizje te rozbudowując i kontynuując. Każdy sam programuje własne wizje - w ogóle nie zamierzam kierować wrażeniami uczestników. Co zobaczyli, w kolejności leżenia w kręgu:

Ania: ptak, który macha skrzydłami w rytm jej oddechu. Zwierzęta z wielkimi zębami - mors, słoń, tygrys itd. Zdanie się pojawiło: "patyk powinno się owijać bluszczem".

Ola: przejście przez wodę: nurkuje do podwodnej jaskini. Tam komin, którym porusza się w górę. Orzeł niosący w dziobie koszyk z dzieckiem.

Danusia: tylko wrażenia z ciała.

Małgosia: przez wodę, trzy delfiny, schody w głąb wody. Wilk, potem starzec, z którym rozmawia i je kaszę łyżkami. Starzec zamienia się w drzewo, w nim drzwi, dalej średniowiecze. Ale to jest wewnątrz kulki, którą ktoś obraca w dłoniach i ta kulka to jej cały świat.

Ja: wielki ogień, wokół niego w kręgu różne istoty, dalej brama ze skał.

Wojtek: na dłoni trzyma słonia.

Marcin: labirynt dróg i paw jako przewodnik.

Maja: motyle. Ryś wyłania się z niej, najpierw jako pazur, który formuje się z jej paznokcia.

Igor: wilk, za którym idzie do prastarego lasu, tam na polanie niedźwiedź i zając zadają mu zagadkę. Stary Aborygen gra na didżeridu i chce go nauczyć grać.

Piotr: brama kierująca w dół, schodami, prowadzą koty.

Zadanie było, żeby każdy ze swojej wizji wydobył jeden wyraźny obraz, który będzie początkiem i wstępem przy następnych bębnowych podróżach - wyraźny wzór do wizualizacji. Na ten wzór lub wewnętrzny krajobraz ma się składać brama, dalsza droga w perspektywie i przewodnik - i ewentualnie jakiś punkt dojścia lub etapu i (także do wyboru) postać wewnętrznego mistrza.

Deszcz ustał. Pokryliśmy szałas prześcieradłami, folią, kocami i plandeką. Zebraliśmy i przygotowaliśmy drewno i kamienie. Ustawiliśmy stos z drewna poprzetykany kamieniami, do grzania kamieni - ekspertem tu jest Maja. Gotowe - tylko podpalić z czterech stron.

Zarządziłem pójście do sąsiedniego lasu z zadaniem uświadomienia sobie, znalezienia wewnętrznego przewodnika w postaci zwierzęcia, człowieka lub czego/kogokolwiek.

Wieczorem obrzęd szałasu potu. Udana. (Mieliśmy prawie tyle samo bębnów co ludzi. Zanim stos spłonie i kamienie się rozgrzeją, bębnimy.) Były cztery rundy, po każdej wietrzenie i jeśli ktoś musi, to może wyjść na zewnątrz. Po każdej przerwie ogniomistrze - teraz były nimi Maja i Małgosia - wnoszą świeże kamienie z ogniska.

W pierwszej rundzie zapraszaliśmy do kręgu ważne osoby, głównie przewodników, mistrzów i towarzyszy na duchowej ścieżce. Trwało to długo; niektórzy następnego dnia narzekali, że za długo i za gorąco.

Druga runda: krzyk.

Trzecia: milczenie. Wolno było wygłaszać uroczyste zdania i kilka osób je wygłosiło.

Czwarta: wygłaszanie intencji, żeby coś się spełniło, z laniem wody na kamienie.

Do domu po północy, niektórzy zostali przy ogniu i siedzieli do 2-giej w nocy.

3 dzień

Rano za oknem beznadzieja: pada. Ale do jogi o 8-mej, choć nadal wilgoć w powietrzu i chmury, przeszło. Joga. Śniadanie. Po śniadaniu na tyle nie padało, że zarządziłem spotkanie w kręgu przy ogniu na podwórzu. Wiatr z południa. Chwilami malutka mżawka.

Omawialiśmy doświadczenia z wczorajszej sauny.

Omawialiśmy wczorajsze wyjście do lasu po przewodnika. Zaskakująco dużo ludzie widzieli i zwrócili uwagę na masę szczegółów zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych. Potem robimy podróże przy bębnach w parach: jeden bębni, drugi podróżuje. Wchodzimy przez bramę w wizualizacji, która każdy przygotował wczoraj.

Potem obiad.

Potem ściąganie gałęzi i budowanie stosu: przygotowanie chodzenia po ogniu.

Potem krąg na dole, tzn. na polu grobowym. Przeczytałem połowę wizji Black Elka z książki Neihardta.

W trakcie ściągania gałęzi zrobiła się pogoda, a nawet upał.

Po kolacji zarządziłem naukę chodzenia czyli krok ogniowy. Potem chodzenie wężem z medytacją na "pustą rurę". W trakcie uświadomiłem sobie, że coś mnie dusi w klatce piersiowej i zrobiłem wszystkim terapię na blokady: poszedłem z nimi pod topole koło mostu, ustawiłem kołem z twarzami na zewnątrz. Podchodziłem do każdego pytając: gdzie czujesz przeszkody, blokady? Pokazywano różne miejsca. Kazałem wszystkim uderzać się w swoje miejsce albo je intensywnie masować, a na koniec podziękować czakramom.

O zmierzchu, który robi się parę minut po 21-szej, zeszliśmy na dół i zapalili ogień. Był ogromny, największy jak dotąd.

Oczekiwanie na wypalenie ognia i na samo przejście odbyło się bez (zwykłych w takich razach) obniżek nastroju i depresji grupy. W kulminacyjnym momencie wzeszedł Księżyc: śpiewy i okrzyki do Księżyca. Wcześniej też dużo bębnów, śpiewów i tańców.

Samo przejście przez ogień jednak dość niewyraźne. Nie czuło się wyzwolenia energii, jak to bywało kiedy indziej.

Powrót około północy.

Czyste niebo, Księżyc, niskie mgły, gęsto od rosy.

4 dzień

Od rana żarówa! Joga: intensywna, dobra. Po śniadaniu zabieramy się do kopania grobów.

Godz. 14: groby w większości wykopane, chociaż niektórzy jeszcze kończą. Gorąco, z południa wysokie kumulusy. Po południu się wypogodziło.

Po obiedzie bębnienie w parach. Zrobiłem losy w kształcie gwiazdek, kółek itd. I tak przydzieliłem pary. Byłem w parze z Piotrem.

Przed wejściem do grobów zrobiłem jeszcze - już po zachodzie Słońca - medytację szkieletową. Wcześniej podyktowałem program grobowy, czyli to, co trzeba zrobić po zakopaniu do grobu. A więc rozmawiasz z Pramatką Ziemią. Mówisz jej, kim jesteś, z czym przychodzisz, za co dziękujesz i o co prosisz. Prośby są dwojakie: najpierw w sprawach życiowych, tu może być wiele punktów, a po drugie prosisz o wizje. Potem przystępujesz do autosterowanej (samoprogramowanej) podróży szamańskiej - podobnej do tej przy bębnie. W niej mają być elementy: brama, przewodnik, kierunek (droga, krajobraz), cel (ewentualnie) i sceny powtórzone z poprzednich wizji. Trzecią częścią programu jest wejście w świadomy sen, 'lucid dream', a w tym celu kilkakrotnie przećwicz "czy ja śnię?" z podnoszeniem dłoni do oczu, zarówno w realu (chociaż pod ziemią nic nie widać) jak i w wizualizacji.

W grobie przemawiałem do Pramatki Ziemi. Próbowałem wizualizować, ale energia wsiąkała w ziemię.

Z ciekawszych wrażeń (miałem ich więcej) przeżyłem walkę z samym sobą. Przywidziało mi się, że jakiś człowiek wpadł złośliwie do mojego grobu i ja z nim walczę. Ocknąłem się ściskając sam siebie, jakbym walczył sam z sobą.

5 dzień

Wstałem z grobu o 5-tej rano. Dosypiałem w domu: tam sen barwny, długi i prawie 'lucid', ale zbyt prywatny w treści, by go tu cytować.

Joga jak zwykle o 8-mej. Po śniadaniu długie opowieści w kręgu przy patyku do mówienia o wczorajszych wizjach najpierw bębnowych potem grobowych.

Upał. Słońce.

Potem przygotowywanie sauny.

Po kolacji dawałem instrukcje do następnego dnia, który ma być milczącym odosobnieniem, aż do zachodu Słońca, a podczas posiłków mamy nie kontaktować się wzrokiem.

Bardzo udana sauna. Zanim kamienie dojrzały w ogniu, dziewczęta tańczyły improwizowany taniec żurawi - pięknie!

W pierwszej części wspominaliśmy i zapraszaliśmy swoich zmarłych i przodków. Potem przerwa: wnosimy 4 lub 5 dodatkowych kamieni - lejemy na nie wodę z intencjami.

Potem bardzo przyjemnie przy ogniu. Dość ciepła noc.

Poszedłem do grobu. Uszczelnił mnie Piotr, który się tym razem nie zakopywał.

Odmówiłem przemowę do Pramatki Ziemi i zaraz wszedłem w stan "zero" - jak rok temu na warsztatach Sancheza: trwanie bez treści. W końcu zasnąłem jak kamień.

6 dzień

Obudziłem się znów około 5-tej. Słońce wstawało. Dospałem pod ulubionym dębem przy zagłębionej kotlinie. Sny. Siedzę w kotlinie pod iwą i dębami. Palę ogień ("Praojcze Ogniu..."). Czytam Kolankiewicza o Dziadach i bóstwach prapolskich. Biję w bęben. Myślę o przodkach, o dawnej religii i o mojej życiowej drodze.

Przed południem wypadek z krwią: kiedy myślałem o zmarłych-przodkach, sięgnąłem prawą ręką po niedaleką suchą gałąź, by ją złamać i włożyć do ogniska. Gałąź okazała się z głogu, Chwytając i łamiąc wbiłem sobie cierń, który trafił w naczynie krwionośne w kciuku. Zauważyłem skaleczenie po tym, że jakieś chłodne krople kapią mi na nogę. Miałem łydkę cała zachlapaną krwią. U Homera było, że nieboszczykowie przychodzą do krwi...

Wieczorem doczekaliśmy do zachodzenia Słońca. Kiedy było już dość nisko wymaszerowałem na dół na pole grobowe, inni poszli wkrótce tam za mną. Tam ogień; kiedy zaszło Słońce zacząłem przywoływać bębniąc istoty z czterech kierunków. Opowiadanie o doświadczeniach minionego dnia i poprzedniej nocy zajęło nam do 23-ciej. Małgosia z pomocą koleżanek sporządziła "szamana" z gałęzi brzozy i czaszki dzika i ta instalacja stała obok nas.

Około północy do jeziora pojechaliśmy samochodami, kąpiel w ciemnościach.

7 dzień

Nie joga, tylko tai-czi prowadzone przez Dankę. Śniadanie. Po nim na pole grobowe zasypać groby.

Ćwiczenia na zaprzyjaźnienie się z ziemią: tarzanie, turlanie, uderzanie różnymi częściami ciała o ziemię, chodzenie na czterech, porykiwanie, trącanie się biodrami, układanie się na jedną kupę.

Ćwiczenia z piłkami.

Myślenie przy bębnie. Najpierw na temat: "Moje imię - i nazwisko - mój stosunek do niego, siła w nim zawarta". Potem rozmawialiśmy o tym w kręgu z kijem do mówienia. Drugi temat: "Moje obawy, kiedy jechałem tu, i co z nich wynikło".

Obiad. Po obiedzie:

Ćwiczenia z bębnem w parach. Pary losowane.

Najpierw tylko leżymy i bęben służy do czyszczenia umysłu.

W drugiej, właściwej części: Bębniony robi trzy rzeczy i czwartą ewentualnie dodatkową:

(1) słucha bębna, tak żeby usłyszeć (i nie zgubić) każde uderzenie, każdą jedyną chwilę;

(2) wizualizuje jako świetlistą formę wzór, który był na losie (kółko, karo, gwiazda, trzy kółka, spiralny wiatraczek);

(3) oddycha świadomie, pogłębiając oddech; oraz ewentualnie

(4) odbiera wrażenia z ciała.

Bębniący robi dwie rzeczy:

(1) Kanał bębnienia traktuje jak przemowę do bębnionego, to znaczy bębni tak, jakby do niego mówił: pięknie, łagodnie i czule. (Bębni tak jak ptak który potrafi tylko śpiewać.)

(2) W myślach dopieszcza i ukołysuje bębnionego.

Byłem w parze z Mają. Wyszło znakomicie!

To było to, co dotąd, trochę na wyrost, nazywałem "Bęben i Tlen". Medytację tę odczułem jako przekroczenie granicy, bo tak daleko na moich warsztatach nigdy dotąd nie byłem. W splocie słonecznym pojawił się ścisk holotropowy od hiperwentylacji, ale nie chciałem tego pogłębiać, dalej się hiperwentylować, ale delikatniejszym oddechem to rozpuszczałem.

Wtedy pojawiła się wizja, że oto jest mój nowy przewodnik wewnętrzny. Nazywa się Owczarz. Co nawiązuje do baśni Antoniny Domańskiej o chłopcu, którego właśnie owczarz szkolił do dziwnego rzemiosła - dmuchania w chmury. I że powinienem jak on ubrać się w dwie spięte skóry owcze. Zacząłem w tej wizji robić ćwiczenia pod jego kierunkiem: unosić się w powietrzu mając splot słoneczny nad kamieniem, trzymając się czubkami stóp ziemi, a od ziemi odpychając się niewidzialnymi sprężynami (nićmi) wychodzącymi ze splotu. Gdy potem o tym mówiłem, Maja powiedziała, że wtedy miała wizję człowieka unoszącego się w powietrzu nad skałą - "Ja przecież to widziałam!"

Także zaprojektowałem taniec na następny dzień: po wyjściu z sauny ja i Maja bębnimy, inni oddychając wprawią się w rytm bębna - stale ten sam, "Harnerowski", 210-220 uderzeń na minutę.

Po kolacji wydałem instrukcje do jutrzejszego marszu.

Przeczytałem do końca wizje Black Elka.

Wcześnie spać. Ciepła noc.

8 dzień

Budziłem się kilkakrotnie. Księżyc w okno. Potem wielka Wenus. O 4-tej zbudziła mnie komórka. Wychodzimy. Szaro, na wschodzie różowo. Księżyc i Wenus. W milczeniu rzędem do lasu, potem na początek alei przez las, gdzie jest start marszu transowego. Idę pierwszy, na skrzyżowaniu ustawiam chorągiewkę, potem skręcam w prawo i wychodzę na otwartą przestrzeń. W mgle przy ziemi pasą się sarny. Na niebie widać miejsce, gdzie Słońce szykuje się do skoku spod horyzontu. Kolejni ludzie wychodzą z lasu. Są wszyscy. Siedzimy na skraju lasu, czekając na Słońce. Jest! Widać, jak leci nad horyzontem, jak balon, wznosząc się powoli do góry - bo ruch w prawo jest wyraźniejszy i szybszy niż w górę.

Idziemy. Kolejne ćwiczenie (które zapowiedziałem wczoraj): zachwycanie się. Polega na tym, że stajesz przed upatrzonym przedmiotem i oddychasz co najmniej 10 oddechów pozwalając przedmiotowi "wejść w ciebie". Tak na pnie, na drzewa, pajęczyny, kwiaty, mech itd. Kojarzy mi się to z tym, co Huxley robił po meskalinie, tylko że tu nie ma meskaliny!

Świat realny staje się wizją.

Potem mistyczne wrażenie opada. Słońce jest wysoko. Zaczynamy rozmawiać. Idziemy "odwiedzić nasze żaby", przez mokrą łąkę wracamy do domu.

Czytam wszystkim Huxleya "Drzwi percepcji".

Robimy jogę.

Śniadanie.

Ćwiczenia bębnowe:

(1) W parach (losowanych na nowo) "płukanie umysłu bębnem". Leży się i nic, tylko słucha każdego uderzenia bębna.

(2) W parach medytacja na niebo. Skupianie się na "dyfraczkach" i "rozbłyskach". To jest czynność zastępująca zawiązywanie oczu, służy jako monotonizacja kanału wzrokowego. Większości ludzi to ćwiczenie - potem w dyskusji - nie podobało się. Ja miałem potężna wizję "bęben i tlen" z falą energii, przy odczuciach z ciała, podczas których napinałem się, drapałem i intonowałem "AAA". Czułem, jak otwiera mi się anahata i wrażenie to było całkiem czyste, bez żadnych chorobowych (co często bywa) domieszek. Na koniec wizja człowieka z dziura w klatce piersiowej, przez którą widać rozległy słoneczny krajobraz.

Po obiedzie długo spałem.

Przygotowaliśmy szałas potu.

Po kolacji, kiedy zachodziło Słońce i później (strasznie długi dzień!), czytałem dalej Black Elka o tym, jak zainscenizowano jego wizje. Rozmowy o snach i wizjach. W końcu ściemniło się i poszliśmy na dół do sauny.

Cztery części. Pierwsza: zapraszanie osób znaczących dla rozwoju duchowego. (Dobra temperatura, dużo potu, ale nie męczące.)

Druga: każdy mówi, co wynosi z tych warsztatów. Goręcej!

Trzecia: milczenie, choć można uroczyście coś wygłaszać. Jeszcze goręcej. Dziewczęta śpiewają cicho białoruskie pieśni. Nagle ścianki szałasu w ciemności znikają, robi się wielka, prawie nieskończona i choć ciemna, to świetlista przestrzeń. To próbka tego, co by mogło być, gdybyśmy mieli swoje pieśni saunowe...

Czwarta: lanie wody na kamienie z intencjami.

Wychodzimy.

Zarządziłem taniec przy bębnie. Ja i Maja bębnimy, wszyscy tańczą. W ciemnościach, pod Księżycem, jeszcze mokrzy po saunie. Niesamowite.

I jeszcze jeden punkt programu: inscenizujemy straszenie Ani przez wilki skradające się kręgiem.

Niektórzy zostali spać na polu.

9 dzień

Słonecznie, choć rano chmurno.

Zwinęliśmy saunę.

Zrobiliśmy porządki.

Śniadanie.

W kręgu przelewanie wody-energii, intonowanie samogłosek, wysyłanie orłów.

Pożegnanie.

Zrobiło się pusto.

(Pniewo, 2-10 sierpnia 2004. Koniec notatek o 13:30.)

Wojciech Jóźwiak



Zdjęcia Zdjęcia



  < poprzedni    1    (2)  

komentarze

1. Dziekuję ci Wojtku... • autor: Nierozpoznany#91382016-07-14 22:32:35

Dziekuję ci Wojtku za przypomnienie mi tego warsztatu.Była  to dla mnie  prawdziwa Wielka podróż po wizje ktora zaprowadziła mnie do znalezienia mojego serca.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)