06 września 2012
Wojciech Jóźwiak
Serial: Auto-promo Taraki 2
Kolonializm duchowowyzwoleńczy
◀ Niesamowita Słowiańszczyzna ◀ ► Uzupełnienia i prezentacje ►
C.d. czyli kontynuuję. Chrystianizacja krajów słowiańskich (oraz Filipin, Meksyku, Peru, Cziroków, Kwakiutlów, Ibów itp.) była aktem duchowego kolonializmu i trafnie to rozpoznał pierwszy Zorian Dołęga Chodakowski gorzko stwierdzając : „staliśmy się sobie samym cudzymi”. Ale podobne zjawiska kolonialne lub „kolonioidalne” dzieją się w naszym duchowo-wyzwoleńczym sektorze. Szukający duchowego wyzwolenia popadają w podporządkowanie, przy którym narzuca się słowo: kolonialne. Kolonializm, ten zwykły, „laicki” czy „cywilny”, polega na tym, że jeden naród lub państwo podporządkowuje sobie jakiś drugi, i właśnie ta asymetria, nierównoprawność obu są tym, o co tu chodzi. Różnica rang – można by dodać. Kłopot jest taki, że szukanie duchowego rozwoju lub duchowego wyzwolenia już na starcie wrzuca poszukujących w najostrzejszą różnicę rang. Jako szukający, „głodny” i w potrzebie masz rangę niską, a mistrz, do którego przychodzisz – wysoką. Nawet gdyby tak nie było, to sama ta sytuacja, szukania mistrza, szukania drogi, oświecenia, rozwiązania życiowych problemów itd-itp. taką różnicę rang wytwarza. Tu więcej zależy od tej drugiej strony, od mistrzów, od ich dojrzałości, ich klasy... Niestety, wielu mistrzów poucza uczniów dopiero gdy ci okażą się dostatecznie pokorni.
Ironizuję. Więc poważniej i bez zakładania z góry złej woli „mistrzów”: sam trening rozwojowy ma to do siebie, że wymaga, żeby ćwiczący przyjął to, co zaleca mu prowadzący. W najgłupszym procesie, np. w ćwiczeniu skłonu w przód w hathajodze, który trzeba robić z nogami prostymi w kolanach, nie ma miejsca na negocjacje: „a może ja jednak trochę ugnę? Czy tak nie byłoby jednak lepiej?” Kiedy już o jodze mowa, to zauważmy też, że nie ma tam miejsca na własną twórczość, np. na odkrywanie własnych asan. Zupełnie tak, jak przy nauce języka nie ma miejsca na wynajdowanie własnych słów lub odmian. W innych przypadkach zwyczajnie szkoda czasu na wymyślanie specjalnych form, odpowiednich dla tego oto ucznia. Więc są całkiem rozsądne powody do tego, żeby uczeń był uczniem i nie przejmował prowadzenia. Gdzie więc wada, gdzie pułapka? - W tym, że mistrzowie łatwo (jedni bezwiednie, inni celowo) rozciągają stosunek zależności na całość swojej relacji z uczniem, to po pierwsze, a po drugie, przeciągają ten stosunek zależności w czasie, nie dając uczniom okazji, żeby ci, jak rzemieślnicy-praktykanci w dawnych cechach, mogli się „wyzwolić”.
Gdy na tę uczniowsko-mistrzowską różnicę nałoży się różnica języków, narodowości, krajów, kultur, wychowania – wychodzi jako wynik duchowowyzwoleńczy kolonializm.
David Thomson, od którego warsztatów zaczynałem kiedyś moją szamanistyczną praktykę, tym właśnie mnie kupił, że na początku wyszedł poza tamten schemat duchowokolonialny: zauważył latające w górze bociany i przywołał je jako zwierzęta mocy i strażników świata do kręgu. Chociaż w tradycji, w której działał, bocianów nie ma, bo nie ma ich w Północnej Ameryce. (A u nas są i są ważne.)
Dodam, że nie każdy to potrafił. Inny z nauczycieli, z którym „coś robiłem” i od którego wyniosłem masę przekazu i inspiracji, był najdalszy od podobnych gestów honorujących lokalność. Prócz tego na jego warsztatach jak najbardziej obowiązywała radykalna różnica między mistrzem a uczniami.
Różnica języków, narodowości, krajów. Zaglądający do Polski szamańscy, buddyjscy, jogiczni przekaziciele mogą nawet nie wiedzieć, że trafiają do ludzi, którzy noszą w sobie ukąszenie kolonialne. (Porównaj z ukąszeniem heglowskim!) Czym ono jest? Ano wdrukowanym poczuciem niższości i gorszości: że oto ja, my, nic ważnego istotnego uczynić ani pomyśleć nie jesteśmy w stanie, bo wszystko, co ważne nowe wielkie autentyczne przyjść może tylko z zewnątrz. Dlatego to, co z zewnątrz (z „zagranicy”, z „zachodu”, ale nie tylko...) jest z góry wartościowane wyżej, a to co własne, niżej.
Zastanawiała mnie zawsze dziwna jadowitość dyskusji o tym, „czy u nas (w Polsce) ktoś może być lub zostać prawdziwym szamanem?” Dyskusje takie odbywały się w Tarace i gdzie indziej, ich szczyt był paręnaście lat temu. Niekiedy jak czkawka odzywają się i teraz, chociaż sama kwestia była wyjaśniana mnóstwo razy. Jadowitość ta najwyraźniej brała się właśnie z tego kolonialnego ukąszenia: „My jako ci podrzędni nie mamy nawet co marzyć, co pisnąć, żeby posiąść te upragnione szamańskie moce”. Przewrotne kolonialne myślenie, rasizm na odwrót, bo za boga-kolonizatora uważa „plemieńców”: Indian, Sybirców, Aborygenów, w kolonializmie zwykłym kolonizowanych z całą pogardą.
Jaki byłby, według mnie, ideał rozważanego kontaktu i przekazu? Kontakt, który zakłada równość i partnerstwo. Gdyby porównać z dawną polityką, to taki, jak przyłączenie się Związku Pruskiego do Królestwa Polskiego (1454) lub jeszcze bardziej, kolejne unie Polski i Litwy, np. Horodelska (1413). Wyobraźmy sobie taki scenariusz: oto u nas zawiązuje się pewna „silna grupa” studiujących pewien kierunek duchowego rozwoju, i ta grupa wchodzi w kontakt i porozumienie z nauczycielami z zewnątrz, którzy jednak (to ważne!) respektują lokalną specyfikę, autonomię i podmiotowość tego ruchu.
Odpowiednikiem (w dawnej polityce) takiego rozwoju rzeczy było respektowanie przez Polskę odrębności Prus zw. „Królewskimi” i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przeciwieństwem był podbój Prusów przez Krzyżaków, lub, było, sponiewieranie miejscowej religii przez importowane kolonialne chrześcijańskie kościoły – słowiańską czy bałtyjską mam na myśli, ale podobnie było z innymi.
◀ Niesamowita Słowiańszczyzna ◀ ► Uzupełnienia i prezentacje ►
Komentarze
Więc nie wiem, czy to jest temat "kompleksu kolonialnego", ale w każdym razie skaza w percepcji i mentalności dotyczącej ról w relacjach oraz autorytarności w zachowaniach.
Na początku są, jak mówisz, "skazy w percepcji ról w relacjach oraz autorytarności w zachowaniach" - a w pewnym momencie z tego robi się duchowy kolonializm.
(Zjawisko to ma wiele więcej "smaczków" niż zdążyłem napisać; np. to, że przekaz, chociaż kolonialnie autorytatywny, może i tak nie trafić. Podobno Zachodziarze do tej pory nie chwytają buddyzmu - uporczywie podstawiają pod niego swój wdrukowany gnostycyzm.)
Sile uwodzenia i okazji do uwiedzenia - konkretnych osób czy grup przez konkretne osoby w danej sytuacji.
Dosłownie: uwodzenia i uwiedzenia. Nawet jeśli to się dzieje w obrębie jednostronnych fantazji stymulowanych ideami i formą przekazu.
I siłą rzeczy przez takowy cynizm, ciężko mi myśleć w kategoriach aż tak dużych grup typu Zachodziarze. Raczej twierdziłbym, że rozbija się to o podgrupki kilkunasto-kikudziesięcio osobowe i ewentualne ich klonowanie czy pączkowanie np. przez wpisaną/zbudowaną agresywną strategię rozwojową i(lub) wsparcie z zewnątrz (polityka, twarze ze świecznika, zastrzyki finansowe).
Będę podglądał więc, co tu wymyślisz. Oczywiście jeśli będziesz rozwijał ten wątek kolonialny.
Na koniec - warto wspomnieć, że niektórzy guru nawiazywali do tej teorii. Np. słynny U.G. Krishnamurti twierdził jakoby ruchy, które jego ciało wykonywało spontanicznie na skutek oświecenia "przypominały w dużej mierze Tai Chi". Jego konkluzja na temat powstania Tai Chi był analogiczna do bernerowej o jodze - najpierw była dowolność i improwizacja, potem powstały style i religie. Zostawiam bez komentarza, jako przyczynek do Twojego, Wojtku, tekstu
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
