31 lipca 2013
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna Sezon drugi
Wieczne nauczanie czyli drętwa mowa przez lufcik do ludu chińskiego — Mój głos w dyskusji o przodkach
◀ Osa na zebrze czyli letnie znaleziska ◀ ► Jak psujemy sobie humory na co dzień ►
Zgadzam się w pełni z Wojtkiem Jóźwiakiem, że wpływy przodków na nasze życie są negatywne i pozytywne, a także bywają obojętne w sensie skutków, np. uporczywe wybieranie tych samych zawodów.
Jest jeszcze inny aspekt wpływu przodków na nasze życie. Te pokolenia najbliższe nam, ojcowie i matki, czasem dziadkowie przejawiają wpływ stosunkowo silny, wynikający z dziedziczonych genów, rodzinnego etosu i z przykładu. Ci z dalszych pokoleń pozornie – jeśli nie są przedmiotami jakiejś rodzinnej legendy – wpływu takiego nie mają. Dziwimy się więc bardzo, kiedy odkrywamy, że robimy coś tak samo jak oni, mimo, że dopiero niedawno coś o nich usłyszeliśmy albo przeczytaliśmy.
Moje pokolenie, dzieci wychowanych w najciemniejszych kątach lat powojennych takich przodków było w zasadzie pozbawione.
Przede wszystkim posiadanie przodków, zwłaszcza z jakimiś tradycjami lub koneksjami zagranicznymi było podejrzane. Najbardziej pozytywną rzeczą było nie posiadanie ich w ogóle, bowiem jeśli się ich posiadało (coś o nich wiedziało) trzeba było się tą wiedzą dzielić z odpowiednimi władzami i poddać ich ocenie prawomyślność owych przodków. W najlepszej sytuacji byli więc wychowankowie Domów Dziecka, wojenne sieroty, nie wiedzące nic nie tylko o dziadkach i pradziadkach, a także o rodzicach. Potem, w kolejności pozytywnie ocenianych były osoby posiadające przodków robotników, chłopów (małorolnych). Podejrzani byli rzemieślnicy, wolne zawody, inteligencja pracująca (pozostali inteligenci także twórcy w domyśle byli niepracującymi, więc się do tego nie przyznawano). Najgorzej mieli posiadacze ziemscy: mniej posiadający zwani kułakami, bardziej obszarnikami oraz arystokracja. Jeśli więc miało się kogoś takiego wśród rodziców czy dziadków, to nie należało się do nich przyznawać (jeśli można było tego uniknąć), ale biada, gdy coś wychodziło na jaw.
Wszystkie dzieci z roczników wojennych podlegały tej ocenie i były wystarczająco duże, żeby ją rozumieć. Na przykład ja, mająca ojca i dziadka oraz rodzinę zaliczającą się do inteligencji (pracującej oczywiście!) podlegałam pewnym sankcjom za pochodzenie, na przykład pewne rodzaje zajęć pozaszkolnych były dla mnie niedostępne. Chodziło o to, żeby nie powielać stylu życia przodków, a więc na przykład (jak u mnie) z racji pochodzenia inteligenckiego nie mogłam uczęszczać na zajęcia z malarstwa, do udziału w których poszukiwano namiętnie dzieci o pochodzeniu robotniczym (a w ostateczności i chłopskim).
Ciekawy aspekt tych podziałów polegał na tym, ze brano pod uwagę wyłącznie zawód i pozycję ojca, a nie matki. Ja więc, będąca córką wychowanki sierocińca, kobiety bez wykształcenia (zawód: przy mężu) nie mogłam ciągnąć z tej pozycji żadnych profitów, które byłyby należne w wypadku, gdyby dotyczyły one ojca.
Te podziały jeszcze obowiązywały w czasie, gdy zdawałam egzaminy wstępne na studia, więc ojciec mojej koleżanki porzucił świetną pracę eksperta w Instytucie Lotnictwa i zatrudnił się na jakiś czas jako robotnik niewykwalifikowany w fabryce samochodów. Otrzymał stosowne zaświadczenie dla uczelni, gdzie zdawała córka i do jej mizerniutkich wyników egzaminu wstępnego doliczono nieco punktów.
Co do dziadków, nawet najbardziej kochający ich rodzice unikali aranżowania spotkań z wnukami (poza czysto okolicznościowymi) ponieważ dziadkowie mogli namącić małym w głowach i nie daj Boże któreś coś by chlapnęło w szkole, np. że tata latami leczył się z gruźlicy w Szwajcarii, a tata miał odpowiedzialną pracę i jak by zaczęto badać z kim on w tej Szwajcarii miał kontakty (a w sanatorium miał kolegów Anglików i Francuzów oraz Niemców, co lekkomyślnie uwieczniono na wspólnych fotografiach), sam jeden Bóg wie, kim ci ludzie w czasie wojny i obecnie byli!
To wszystko spowodowało, że przodkowie byli jedną wielką tajemnicą. Nasza wiedza o nich pochodziła z podsłuchanych rozmów czy zasłyszanych przypadkiem plotek. To spowodowało, że gdy przystąpiłam do pisania historii swojej rodziny, odkrywszy, że niedługo nikogo nie będzie, kto cokolwiek by o niej wiedział, natknęłam się na wiele sprzeczności między tym, co wiedziałam o przodkach i tym, co wiedziała o nich moja, zaledwie dwa i pół roku młodsza siostra.
A jednak;
— Po dziadkach i pradziadkach odziedziczyłam zawód – nauczycielstwo. Mimo, że rozmywał się on z każdym pokoleniem – każdy z mojej rodziny zaczynał od niego swoją karierę życiową, a jeśli już odszedł od tego zawodu – pierwszy odstąpił od niego mój ojciec – miał na swoim koncie liczne wykłady, kursy, publikacje itp. podpadające pod określenie nauczania. Także i ja kilka lat uczyłam dzieci w szkole podstawowej, a potem prowadziłam rozmaite kursy, pisałam instrukcje itp. Dominującym w rodzinie trendem było poszukiwanie sensu życia w pracy intelektualnej dla innych. Traktowano to jako posłannictwo, choć nieraz było ono traktowane jako przysłowiowa drętwa mowa przez lufcik do ludu chińskiego, nie rozumiana i niedoceniana.
— po dziadku odziedziczyłam pęd do pisania, podobnie jak nieumiejętność wykorzystania go i zrobienia kariery.
— Po kobietach z rodziny odziedziczyłam przymus podporządkowywania się silnej dominacji intelektualnej mężczyzn, aż posuniętej wręcz do ukrywania własnych zdolności i umiejętności. Mimo to wszystkie widziałyśmy luki w ich wizerunku, ale dla dobra zasad unikałyśmy wspominania i wypominania ich.
— Po rodzinie ojca – dziadku i jego matce oraz mojej matce odziedziczyłam intuicyjny ogląd świata, senne rozpoznawanie rzeczywistych problemów, elementy czegoś nazywanego prekognicją czy jasnowidzeniem (bynajmniej nie widziane jasno!). Także, mimo to, dość wysoki sceptycyzm.
— Po matce i rodzinie ojca odziedziczyłam choroby: nadciśnienie od lat dziecinnych, za wysoki poziom cholesterolu a za niski poziom cukru, także od lat dziecinnych.
I ogólne przesłanie – że człowiek żyje nie dla siebie, a dla innych.
To wszystko w sytuacji niewielkiego i rzadkiego kontaktu osobistego. Uznanie, że coś jest obciążeniem, a coś jest zyskiem z dziedzictwa rodzinnego nie jest proste – wszystko może być i takie i takie. Właściwie zależy to od aktualnych trendów społecznych. Na przykład obecnie branie na siebie odpowiedzialności za innych może być uznane za obciążenie i anachronizm – nie trzeba przecież się martwić o nie swoje sprawy, należy cieszyć się życiem bo ma się jedno. Rodzinny sceptycyzm może być uznawany za pozytywny, bo nie pozwala się zapędzić za daleko w wizje i złudzenia ale też jest obciążeniem, bo nie można zatopić się we wszechogarniającej miłości Boga, bliźnich, ukochanego, czy uwierzyć we wszechmocne i pomagające anioły. Dziedziczone tendencje do zawodów humanistycznych, pęd do pisania i nauczania jest obciążeniem, gdy nie odnosi się sukcesów, ale pozytywem, gdy taki sukces się pojawi.
Oceniając moje życie pod tym kątem muszę stwierdzić, że mniej było w nim z wychowania i wpływu aktualnych wówczas tendencji światopoglądowych, a więcej cech odziedziczonych – co wynika z ograniczonych kontaktów rodzinnych i małej ówczesnej mojej wiedzy o rodzinie.
I jeszcze ciekawostka: mój wnuk odziedziczył po swoim pradziadku, ojcu mojego męża, nawyk skręcania ucha w chwilach zamyślenia. Praktycznie nie znał go, chyba we wczesnym niemowlęctwie. U nikogo innego nie spotkałam tak specyficznego i charakterystycznego odruchu.
◀ Osa na zebrze czyli letnie znaleziska ◀ ► Jak psujemy sobie humory na co dzień ►
Komentarze
Ciekawe jest także analizowanie astrologicznych wzorców rodzinnych. W moim przypadku znalazłam liczne konfiguracje przekazywane z pokolenia na pokolenie takie jak nieharmonijne aspekty Plutona do Słońca lub przewijające się intensywnie konkretne znaki. Zajmuję się jednoczesnie genealogią i zgromadziłam już całkiem pokaźny zestaw horoskopów moich przodków z przybliżonymi godzinami urodzenia, jakie są podane w aktach metrykalnych. Powtarzalność bywa wręcz niesamowita! Co więcej astrologia pozwala dokładnie określić co "odziedziczyliśmy" po którym przodku. Więcej o tym co nazwałam astrogenealogią pisałam jakiś czas temu w artykule do Trygonu, który w okrojonej wersji zamieściłam tutaj: http://moonsetstory.blogspot.com/2012/12/astrogenealogia-czyli-rozmowa-z.html
Pozdrawiam serdecznie i życzę wielu równie udanych sezonów "Babci" :)
Marta
Zastanawiam się też jak odczytać w horoskopie cechy takie jak charakterystyczny kształt stóp, czy niechęć do wszelkich przedmiotów opasujących szyję.
Inaus, szukając odniesienia do "swobodnej szyi" w horoskopie, szczególnie przyjrzałabym się pozycji / aspektom Jowisza i Merkurego. Są w wielu interpretacjach kojarzone z czakrą gardła, z wyrażaniem siebie publicznie, z realizacją celów zbieżnych z naszymi talentami. W sumie, cały horoskop pokazuje nam "sprawy gardłowe" -:). A może jest tak, że kiedy się nad tym świadomie zastanawiamy to znak, że Coś do nas dotarło bardziej i szczegółowiej ....-:)... i dopomina się wyrażenia jasnym głosem i wsłuchania w zwrotne echo? Pozdrawiam.
Niechęć do postronków jak najbardziej, ale to wynika raczej z opozycji słońce-uran w 1-7 domu i z marsa w baranie-władcy horoskopu.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
