15 stycznia 2014
Wojciech Jóźwiak
Czeremisi idą magiczny realizm niosą
O filmie „Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków”
O czym? O filmie „Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków”. Wyjaśnienia konieczne. Etnonim (czyli nazwa narodu) Maryjczycy jest słabo przyswojony u nas, ale „Czeremisi” brzmi już znajomiej. Sąsiedzi-Tatarzy zwali ich Çirmeş, od czego poszło rosyjskie i nasze Czeremis, Czeremisi. Widocznie wraz z Tatarami na nas chadzali. Drugie konieczne wyjaśnienie. Ludność północno-wschodniej Europy składa się z trzech warstw pochodzących z kolejnych kolonizacji, które nałożyły się na siebie. Najstarsza jest ludność ugrofińska. Być może ludy mówiące językami ugrofińskimi są w ogóle tam pierwsze bezwzględnie, przed nimi nie było nikogo, bo pierwsi przyszli tam z południa kiedy stopniał lodowiec. Być może pierwsi byli również u nas; o tym świadczyłyby nazwy rzek, np. Wisła, porównaj z fińskim vesi (woda), węgierskim víz. Na Ugrofinów nałożyli się, już w historycznych czasach, Turcy (w szerszym sensie tego słowa), wśród nich, w interesującym nas regionie nad Wołgą: Tatarzy, Baszkirzy i Czuwasze. Jako trzecia warstwa przyszli Słowianie czyli Rosjanie, ale uczynili to całkiem niedawno, bo dopiero odkąd w 1552 Iwan Groźny zajął Kazań.
Prócz „naszych” Mari nadwołżańskimi Ugrofinami są Udmurtowie, Mordwini i Komi. Kiedyś tych plemion było więcej, wśród nich Mera i Murom (rdzeń MR oznacza „ludzi”), którzy się całkiem zruszczyli, trudno inaczej, skoro na ich terytorium założona była Moskwa – nazwa tego miasta, jak mnóstwo innych tamże, też ugrofińska.

Z: Celestial Wives of the Meadow Mari Scores Top Prize at New Horizons IFF
Trzecie konieczne wyjaśnienie, skąd w tytule filmu Maryjczycy są „łąkowi”? – Bo ich ojczyznę przecina Wołga, dolina rzeki jest asymetryczna od siły Coriolisa, prawy brzeg jest jak zwykle w Rosji wysoki, a lewy niski i przez to Mari dzielą się na tych prawobrzeżnych wyżynnych i lewobrzeżnych „łąkowych”, a może nawet „błotnych”. Łąkowi mają swoją republikę w ramach Federacji Rosyjskiej, Mari-Eł ze stolicą w mieście Joszkar-Oła.
Maryjczycy zachowali swoją tradycyjną rodzimą religię! Są więc autentycznymi poganami, chyba jedynymi i ostatnimi w Europie. Poganami, czy raczej rodzimowiercami, pozostali też Nieńcy, ale oni już w Azji. O religii Maryjczyków pisał Wojciech Górecki (autor znany raczej z opisywania Kaukazu) – dawno, w 2001 roku: „Dzieci Boga Kugu Jumo”. Film też zaczyna się od pogańskiej czy może nawet szamańskiej sceny: oto dziewczyna klęka przed brzozą, na której wiszą zawiązane szaliki, na śniegu rozkłada chustę, na niej chleb, z trudem na wietrze zapala woskową świece, wznosi oczy – i prosi bóstwo rezydujące w brzozie o uleczenie i przywrócenie urody.
Ta scena jest dobrym wstępem do filmu, który składa się z 23 (albo 26, taka liczbę też czytałem, a sam nie liczyłem) scen lub etiud, których bohaterkami są kobiety, wszystkie mające imiona na literę „O” (nie dowiedziałem się, dlaczego), które w swoich kłopotach bądź odwołują się do sił i rytuałów nie z tego świata (a może właśnie „bardzo z tego”) albo na takie siły napotykają. Mari Eł, kraj Łąkowych Maryjczyków, jawi się w tym filmie jako magiczna ziemia, gdzie nieboszczycy przechadzają się wśród żywych, leją kisielem na nagie dziewczęta, czterdziestego dnia po śmierci odwiedzają swoje wdowy; wywołani przez zręcznego czarownika idą – jako zombi – kogoś zabić, a napomniani przez innego czarownika wracają do ziemi skąd wyszli, wciągając za sobą swojego zaklinacza. Ta ostatnia scena jest mistrzowska: zombi stoi przed drzwiami na klatce schodowej w bloku w mieście Joszkar-Oła, za chwile wejdzie wykonać wyrok na młodej śpiewaczce, kiedy z drzwi naprzeciwko wychodzi oficer w wyjściowym mundurze i „rasowej” rosyjskiej urzędowej okrągłej czapce; coś go „tka” w tamtej zakapturzonej postaci, odwraca zombi i uderzywszy żywego trupa czymś co wygląda jak pęk kluczy, nakazuje mu pójść skąd przyszedł. Kamera daje zbliżenie – i oto widzimy, że ten niby pęk kluczy jest wiązką szamańskich talizmanów na sznurkach, a policjant okazał się być szamanem-nekromantą i to potężniejszym od tamtego, który zombiego wysłał. Więcej filmu nie opowiadam, żeby nie psuć smaku.
Oczywiście, ciekawski racjonalista po obejrzeniu filmu będzie dociekał, co w nim jest „prawdą” – czy naprawdę do dziś w Mari Eł gotuje się w kotłach leśnym bogom ofiary z gęsi? Czy dziewczęta są „dojrzewane” przez swoje ciotki? (Na czym polega ta terapia, nie zdradzę.) Czy muszą trąbić w trombity z wierzbowej kory, żeby oznajmić światu, że oto dostały pierwszej miesiączki? Czy praktykowane jest Święto Kisielu, gdzie tą archaiczną potrawą karmieni są umarli i czego świadkami mogą być tylko dojrzałe kobiety, zdolne do menstruacji? I czy to święto wygląda TAK, jak w filmie pokazano? Czy uzdrowicielki pobierają swoją moc z wiatru, na wiatr wystawiając waginy? Jak (bardzo trochę...) znam Rosję, to nie – niestety lub stety. Jeszcze nie doczytałem się o tle powstawania tego filmu, ale wydaje mi się, że autorzy pozbierali dawne wiejskie gadki, zamplifikowali je – i zabawili się w grę-fikcję, co by było gdyby – gdyby treść tych gadek rozgrywała się współcześnie.
Wyszło dzieło wybitne w swoim gatunku: realizmu magicznego.
Kiedyś w Brazylii robiono takie filmy, pamiętam kultowe „Macunaima” i „Antonio das Mortes” z lat 1970-tych. Tam też wystarczyło odejść kawałek od szosy, żeby znaleźć czarowników i ich zaklęcia, mistyczne sekty i syreny pożerające ludzi. U nas coś podobnego robił Jan Jakub Kolski, przykładem jego film „Jańcio Wodnik”, z Franciszkiem Pieczką w głównej roli, który tak pogrążył się w medytacji, że ptak mu na głowie gniazdo uwił. Chodził też u nas z tego gatunku film „Madeinusa”, gdzie inne dziwy działy się w wiosce na peruwiańskiej wyżynie, gdzie w Wielki Piątek kiedy bóg umarł, wolno było z racji jego nieobecności robić wszystko, co normalnie zabronione.
Film „Niebiańskie żony” cenny jest z jeszcze innego powodu: jako dowód, że Rosjanie sięgają do źródła inspiracji, które długo lekceważyli: do swojego nie dość że wiejskiego, ale głębiej, przed-chrześcijańskiego i jeszcze głębiej – przed-słowiańskiego i przed-rosyjskiego kulturowego tła. Dalej jest już tylko wciąż mało spenetrowany świat syberyjskich szamanów. Zazdroszczę im tego. My w Europie tego nie mamy (chociaż niby i tam Europa, chociaż bardzo wschodnia). Chociaż... gdyby dobrze poszukać... Mój rodzony dziadek na wiosnę rytualnie orał boso, pomiędzy dojrzewającym zbożem nie wolno było chodzić, bo „coś strasznego” wyskoczy, a o sąsiedniej z moją wsią Kiernozi powiadano, że w tamtejszej studni na rynku jest środek świata.
Może
by warto nawiązać kontakt z kimś stamtąd – z Mari El – i
wymienić się naszymi i ich rytuałami? Np. naszym Świętem
Niedźwiedzia? Patrząc na herb
republiki, pewnie trafiłoby na podatny grunt.
Komentarze
Na wstępie polecam abyś zajrzał tu (wyjaśnienie zagadki litery "o"), a następnie obejrzał wywiad z reżyserem.
I polecam poprzedni film Fedorchenki "Milczące dusze", z którego zapamiętałem ceremonię przywiązywania kolorowych niteczek na włosach łonowych panny młodej, w dniu jej ślubu...
Wywiad z Fiedorczenką zaliczyłem dopiero teraz i potwierdził to, co zgadłem o "prawdziwości" przedstawionych wierzeń, obrzędów i obyczajów Maryjczyków (jakoś nazwa Czeremisi mi bardziej pasuje) -- że to jest inscenizacja przeszłości we współczesnych "dekoracjach". Ale ofiary bogom w lesie składają do dziś.
"Milczące dusze" -- znajdę, zobaczę. Narobiłeś mi apetytu.
Ale masz rację, przed Wołgą były trzy fale etniczne: Finowie, Bałtowie, Słowianie, i za Wołgą trzy: Finowie, Turcy, Słowianie.
W językach ugrofińskich wykryto jeszcze jedną warstwę: aryjską lub irańską, co oznacza że przed Bałtami, Turkami, Słowianami Ugrofinowie byli w kontakcie ze stepowymi Arjami.
Jeszcze w zeszłym roku znalazłem w internecie wielce interesujące opowiadanie należące do tego gatunku
Jeszcze w zeszłym roku znalazłem w internecie wielce interesujące opowiadanie należące do tego gatunku
Inna sprawa, to mnogość informacji starożytnych o plemionach fińskich, choćby o Estiach.
Znamy ich nazwy, obyczaje, wierzenia, mimo tak peryferyjnej lokalizacji.
Zaś o Słowianach cisza.
Wyskoczyli gdzieś dopiero w VI wieku, ale nie nasi, tylko bałkańscy.
Stary problem.
Święty naród i cepelia.
Wojtek Jóźwiak w swym (będącym rozwinięciem obecnego artykułu) blogowym wpisie, do którego link znajduje się wyżej w komentarzu nr 7 porusza ciekawy problem. Tym zagadnieniem jest mitologizowanie jakiegoś narodu, czy grupy etnicznej, robienie "świętego ludu zamieszkującego uświęconą ziemię". Tu cytat:
Myślałem też, czy „Żony” nie są przejawem początków robienia z Maryjczyków świętego ludu, a z ich kraju Mari-Eł świętej ziemi? Pominę Żydów z ich pierwszą świętą ziemią, bo są z innej bajki. Święty lud i takąż ziemię mamy u nas, bo na takich byli kreowani Górale tatrzańscy z ich Podhalem. Kreowano ich w XIX wieku i później na sanktuarium rdzennej PolskościOtóż Górale podhalańscy to nie jedyny taki przypadek z rodzimego podwórka. Środowiska kresowe podobnie mitologizowały tereny Wileńszczyzny i ludzi ją zasiedlających budując obraz raju utraconego. Kilkanaście lat temu ten starannie pielęgnowany mit został ugodzony wspaniałym serialem w reżyserii Izabeli Cywińskiej pt. Boża Podszewka opartym na powieści Teresy Lubkiewicz - Urbanowicz.
Wojtek Jóźwiak w swym (będącym rozwinięciem obecnego artykułu) blogowym wpisie, do którego link znajduje się wyżej w komentarzu nr 7 porusza ciekawy problem. Tym zagadnieniem jest mitologizowanie jakiegoś narodu, czy grupy etnicznej, robienie "świętego ludu zamieszkującego uświęconą ziemię". Tu cytat:
Myślałem też, czy „Żony” nie są przejawem początków robienia z Maryjczyków świętego ludu, a z ich kraju Mari-Eł świętej ziemi? Pominę Żydów z ich pierwszą świętą ziemią, bo są z innej bajki. Święty lud i takąż ziemię mamy u nas, bo na takich byli kreowani Górale tatrzańscy z ich Podhalem. Kreowano ich w XIX wieku i później na sanktuarium rdzennej PolskościOtóż Górale podhalańscy to nie jedyny taki przypadek z rodzimego podwórka. Środowiska kresowe podobnie mitologizowały tereny Wileńszczyzny i ludzi ją zasiedlających budując obraz raju utraconego. Kilkanaście lat temu ten starannie pielęgnowany mit został ugodzony wspaniałym serialem w reżyserii Izabeli Cywińskiej pt. Boża Podszewka opartym na powieści Teresy Lubkiewicz - Urbanowicz.
Serial ten momentami zbliża się do konwencji realizmu magicznego, wszak można w nim spotkać scenę z wioskowym guślarzem odczyniającym urok rzucony na krowę, ale w większej części bliżej mu do zdecydowanego twardego naturalizmu. W jednej z recenzji można przeczytać, że:
Symbolem kresowiaków stali się Bohatyrowicze z "Nad Niemnem", tymczasem w powieści Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz i serialu Izabelli Cywińskiej żadnych Bohatyrowiczów, obnoszących się ze swoją polskością i patriotyzmem nie ma. Cywińska brutalnie zrywa z tamtą literacką tradycją, odmitologizowuje kresy, przedstawiając Wileńszczyznę bez melancholii i sentymentalizmu, bez wielkich narodowych uniesień, wzniosłych postaw. Ukazuje bohaterów przeciętnych, zwyczajnych w swoim codziennym trudzie, wcale nie myślących o tym, że są na tych terenach "ostoją polskości" i "przedmurzem chrześcijaństwa". Rodzina Jurewiczów jest niemal schłopiała, a ich "dworek" w niczym nie przypomina okazałego dworku z powieści Orzeszkowej: od chłopskiej chaty odróżnia się chyba tylko dwoma kolumienkami. Ten świat ukazuje reżyserka biologicznie, wręcz naturalistycznie, poprzez prymitywne, brutalne odruchy - pijących, jedzących kiełbasę rękoma, po których spływa tłuszcz, żyjących instynktami. Wielką rolę w ich życiu stanowi popęd seksualny. To ludzie temperamentni, kłócący się i nienawidzący, zdradzający, ale i pełni rodzinnej miłości, pazerni, ale i litościwi na krzywdę. Swojscy, prawdziwi aż do bólu, mający w sobie coś z bohaterów Orzeszkowej, i z Gombrowicza zarazem. Nie ucukrowani, nie sprowadzeni do roli symboli.Serial spotkał się z bardzo wrogą reakcją środowisk kresowych, które wprost zawyły z oburzenia. Oto ktoś ośmielił się naruszyć mit i pokazać ludzi, których głównym zmartwieniem są sprawy przyziemne: nakarmić bydło, rozrzucić gnój, zebrać plony, zarżnąć wieprza, bo "kaban już jak stodoła, ledwo na nogi staje". Neolit, po prostu neolit.
Serial ten momentami zbliża się do konwencji realizmu magicznego, wszak można w nim spotkać scenę z wioskowym guślarzem odczyniającym urok rzucony na krowę, ale w większej części bliżej mu do zdecydowanego twardego naturalizmu. W jednej z recenzji można przeczytać, że:
Symbolem kresowiaków stali się Bohatyrowicze z "Nad Niemnem", tymczasem w powieści Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz i serialu Izabelli Cywińskiej żadnych Bohatyrowiczów, obnoszących się ze swoją polskością i patriotyzmem nie ma. Cywińska brutalnie zrywa z tamtą literacką tradycją, odmitologizowuje kresy, przedstawiając Wileńszczyznę bez melancholii i sentymentalizmu, bez wielkich narodowych uniesień, wzniosłych postaw. Ukazuje bohaterów przeciętnych, zwyczajnych w swoim codziennym trudzie, wcale nie myślących o tym, że są na tych terenach "ostoją polskości" i "przedmurzem chrześcijaństwa". Rodzina Jurewiczów jest niemal schłopiała, a ich "dworek" w niczym nie przypomina okazałego dworku z powieści Orzeszkowej: od chłopskiej chaty odróżnia się chyba tylko dwoma kolumienkami. Ten świat ukazuje reżyserka biologicznie, wręcz naturalistycznie, poprzez prymitywne, brutalne odruchy - pijących, jedzących kiełbasę rękoma, po których spływa tłuszcz, żyjących instynktami. Wielką rolę w ich życiu stanowi popęd seksualny. To ludzie temperamentni, kłócący się i nienawidzący, zdradzający, ale i pełni rodzinnej miłości, pazerni, ale i litościwi na krzywdę. Swojscy, prawdziwi aż do bólu, mający w sobie coś z bohaterów Orzeszkowej, i z Gombrowicza zarazem. Nie ucukrowani, nie sprowadzeni do roli symboli.Serial spotkał się z bardzo wrogą reakcją środowisk kresowych, które wprost zawyły z oburzenia. Oto ktoś ośmielił się naruszyć mit i pokazać ludzi, których głównym zmartwieniem są sprawy przyziemne: nakarmić bydło, rozrzucić gnój, zebrać plony, zarżnąć wieprza, bo "kaban już jak stodoła, ledwo na nogi staje". Neolit, po prostu neolit.
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
