19-23 czerwca 1999, w okolicy miejscowości Szałstry na Warmii, na Polu Pyrka (teren będący własnością Ediego Pyrka). Były to pierwsze prowadzone przez mnie warsztaty, wszystko było w nich dzikie i nieoswojone, i jak je teraz wspominam, miały smak nowości i pierwszego razu. Razem ze mną było nas trzech; moi towarzysze mieli spore doświadczenie życiowe i "ezoteryczne". Jestem im wdzięczny; chociaż tak się złożyło, że obaj nie brali później udziału w następnych moich warsztatach. Warsztaty były "goło-terenowe", pod namiotami bez zaplecza w budynkach. Mimo krótkiego czasu i niesprzyjąjącej pogody (deszcz, chłód) wykonaliśmy wszystkie działania, które stały się standardem na następnych warsztatach: podróże przy bębnie, ćwiczenia z oddechem, głosem i wizualizacją, płukanie jelit, sauna indiańska, chodzenie po ogniu, zakopywanie się do ziemi. Ja sam wtedy zakopywałem się pierwszy raz.
Czas: 8-14 lipca 1999, miejsce to samo co poprzednio. Inaczej niż poprzednie, warsztaty te miały młodzieżowy charakter. Wzięli w nich udział moi synowie (wówczas 15 i 17 lat), pozostali uczestnicy byli niewiele starsi, około 20 lat. Zgodnie z moimi ówczesnymi założeniami, warsztaty były wyłącznie męskie; 7 osób razem ze mną. Pogoda dla odmiany była luksusowa, cały czas słonecznie i upalnie, za to problemem były owady: mieliśmy komplet krwiopijców, w każdą porze dnia inny gatunek atakował. Działania te same co poprzednio; prócz tego eksperymentowaliśmy z zawieszaniem się na drzewie; później zarzuciłem te próby. Zrobiliśmy aż trzy sesje szałasu potu, doskonaląc technikę.
Czas: kilka (ile?) dni wokół 2 lutego 2000, w schronisku Chata Socjologa na Otrycie w Bieszczadach. Uczestników było w szczycie (bo dochodzili) 22; sami mężczyźni - warsztaty były wyłącznie męskie z założenia. Wiek uczestników zróżnicowany: od 15 lat do 60 kilku. Warunki były skrajnie trudne: nad Bieszczadami przeszła była śnieżyca, szosy pozasypywane, ścieżka na Otryt (350 metrów powyżej doliny) nieprzetarta, śnieg w lesie na stoku miejscami bez gruntu: można było zapaść się z głową. Samo wejście na górę było już doświadczeniem inicjacyjnym. Aby zbudować szałas potu i zrobić miejsce na ścieżkę do chodzenia po ogniu, przekopaliśmy się przez półtora metra śniegu. Podziwiam siebie, że w tych warunkach znajdywałem kamienie (konieczne do sauny) pod śniegiem! Rytuał Święta Niedźwiedzia (2 lutego), tak właśnie świętowany, wydaje mi się jak najbardziej godny kontynuacji. [Więcej...]
Czas: 6 dni w końcu czerwca 2000. Miejsce: dolina potoku Hulskiego, na terenie dawnej (nie istniejącej) wsi Hulskie w Bieszczadach. Uczestników 8, sami mężczyźni, średnia wieku około 20 lat. Działania: płukanie jelit, podróże bębnowe, granie na bębnach, indiańska sauna i chodzenie po ogniu, a kilku z nas przeszło przez zakopanie się w ziemi. Warsztaty te były czysto terenowe, bez zaplecza w budynkach. Wtedy pierwszy raz miałem tipi. Pogoda dołująca: burze, ulewy, wszechobecna wilgoć, chłód, niż, niskie chmury - ale przetransformowaliśmy ją w pozytywną energię. Jak się później okazało, były to moje ostatnie (jak dotąd) warsztaty z założenia wyłącznie dla mężczyzn.
W Łasze nad Narwią w lipcu 2000; chodzenie po ogniu. Była to jednodniowa weekendowa impreza, tylko chodzenie po ogniu, bardzo udane. Minus: podczas przygotowań zraniłem się: chirurg, szycie etc.; na udany przebieg wydarzenia nie miało to wpływu.
4-8 października 2000 w Solcu koło Buska w województwie Świętokrzyskim. Uczestników 14. Warsztaty inne niż dotychczasowe, bo na terenie tamtejszego sanatorium, a wszystkie zajęcia obywały się pod dachem (nie w terenie). Głównym działaniem były sesje szamańskich podróży przy dźwięku bębna podczas których wnikaliśmy do przestrzeni kart tarota - było to więc połączenie szamańskiej techniki podróży bębnowych z techniką scrying - mentalnego wchodzenia w karty tarota, wypracowanej kiedyś przez magów z zakonu Golden Dawn. Uzupełniały to moje wykłady o kartach tarota. Warto powtórzyć i kontynuować! Kilkoro uczestników tych warsztatów dołączyło później do moich warsztatów czysto szamańskich.
W Łasze nad Narwią, w listopadzie 2000; szałas potu. Bardzo udany. Przy temperaturze bliskiej zera po wyjściu z sauny poszliśmy w nocy wykąpać się w Narwi.
Krótkie ale intensywne warsztaty w dniach 16-18 lutego 2001 w Rzepniku koło Krosna (Podkarpackie). Uczestników 8, w tym 3 kobiety. W ciągu trzech dni zrobiliśmy podróże przy bębnie, szałas potu i chodzenie po ogniu. Gospodarzami byli mieszkający tam Łukasz i Sara Łuczajowie. Mimo zaplecza w ich domu, działania były właściwie terenowe: prócz spania przebywaliśmy pod gołym niebem w lesie z dala od domu. Udane choć fizycznie trudne.
Pierwsze warsztaty w Pniewie koło Piły (u Pani Małgorzaty Kunat), gdzie od tamtej pory robię większość swoich działań. Początek 20 czerwca 2001. Uczestników 16, w tym 6 kobiet. Kilkoro z nich w przyszłości stanie się częstymi bywalcami - gdyż poczynając od tej imprezy, w trzecim roku prowadzenia przeze mnie warsztatów, zaczęła się formować grupa ludzi skupiona wokół nich i zaczęła zawiązywać się ciągłość. Warsztaty te cechowała pewna surowość formy, wykonywanie działań minimalnymi środkami, można powiedzieć: bez ozdobników. Podczas pierwszego obrzędu sauny przeszła burza. Kilkoro uczestników spisało swoje - nader dramatyczne - inicjacyjne przeżycia. Kiedy oglądam zdjęcia z tego wydarzenia, uderza mnie pewien rys zaskoczenia rysujący się na twarzach i w postaciach uczestników - tak jakby jeszcze nie wiedzieli, jak wewnętrznie się nastawić. Zestaw praktyk: jak zwykle; prócz tego, że nie robiłem płukania jelit.
Uczestników chyba 12. Z nowych elementów wprowadziłem budowanie kręgów z chorągiewek i ptaków, i przedstawianie uczestników. (Każdy uczestnik przedstawia innego: A przedstawia B, B przedstawia C itd., wcześniej jeden z drugim robią wywiady.) Działania: jak na poprzednich warsztatach.
Warsztaty zimowe, część działań była pod dachem. Pogoda łagodna, odwilż, dojazd łatwy. Gwiazdą imprezy był Leśmian, którego wiersze i baśnie czytaliśmy i przeżywaliśmy. Szałas potu wykonaliśmy z najbardziej doskonałego materiału: z witek leszczynowych. Ścieżka z żaru do chodzenia po ogniu wciąż "żyła" rozniecana i podtrzymywana silnym wiatrem. Wprowadziłem jako otwierające działanie podczas posiedzeń w kręgu, prócz dotychczasowego kadzidła i grzechotki, także chińskie kule-dzwonki.
20-25 czerwca 2002, tradycyjnie w Pniewie. 11 osób, w większości starzy bywalcy, tylko 2 nowe twarze, atmosfera rodzinna i jak między wtajemniczonymi. Wszystko bez pośpiechu, bez patrzenia na zegarek, czas sam dojrzewał. Do "grobów" wchodziliśmy przez saunę. Zrobiłem (bardzo udane) płukanie jelit. Przebojem tych warsztatów było okadzanie się mirrą.
2-8 sierpnia 2002. 17 uczestników (7 kobiet). Warsztaty długie i intensywne. Uczestnicy byli podzieleni na cztery "rodziny" zależnie od czterech stron świata i każda rodzina miała swojego totemicznego ptaka. (Ptaki czterech kierunków były po raz pierwszy we wrześniu poprzedniego roku.) Z nowych elementów wprowadziłem marsz transowy, medytację szkieletu, pracę z poezją (wiersz Leśmiana "Zielony dzban" o kobiecie pojącej rosą umarłych) oraz ćwiczenie wprowadzające do świadomego śnienia. W świadomy sen wprawdzie nikt nie wszedł, ale ćwiczenie to znakomicie budowało nastrój. Pogoda dopisała. Bardzo udane było chodzenie po ogniu. Do "grobów" wchodziliśmy przez saunę - później zrezygnowałem z łączenia obu działań.
16-22 września 2002. Nie zanotowałem liczby uczestników: kilkanaście osób. Zapamiętałem te warsztaty głównie z powodu głębszych niż zwykle związków, które zaczęły się wtedy zawiązywać między ludźmi. Głębokie doświadczenia w saunie: silnie dało się odczuć jej oczyszczające i uwalniające dla psychiki działanie. Ciągiem dalszych tych warsztatów były zorganizowane w październiku pod Olsztynem przez Maję Florczykowską warsztaty gry na didżeridu, prowadził Jurek Fiedoruk.
12-16 czerwca 2003, podczas pełni Księżyca. Pod hasłem: "Słuchanie ciszy, wpatrywanie się w ciemność". 18 osób, w tym 10 "starych bywalców" bądź takich, którzy wkrótce takimi się stali. Impreza elitarna, a większość działań przeprowadzona perfekcyjnie. Tym razem zakopywanie do ziemi przeprowadziłem w "rodzinach" - w podgrupach, rozproszonych w terenie. Było wrażenie niedosytu: 4 doby okazały się trochę zbyt krótkim czasem.
9-15 września, podczas pełni. Temat był zaplanowany "Przyjazne postaci z przestrzeni wewnętrznej", w praktyce skupiliśmy się na postaci Przewodnika. Była największa grupa na dotychczasowych warsztatach: 24 osoby; z małą przewagą kobiet. Wprowadziłem kilka nowych działań i pomysłów, m.i. indywidualne małe (parugodzinne) odosobnienia przy własnych ogniskach podczas których rozmawiano z ogniem. Nowością też były tańce prowadzone przez Joasię Łukaszewicz w stylu (metodą) Dance-Alive. Pogoda nie sprzyjała: niż, chłód, wilgoć i deszcz zmusiły mnie do zmian w programie zajęć. Warsztaty oceniam jako pełne nowych idei; dla mnie były też udaną próbą prowadzenia tak dużej grupy.
Odbyły się 19-22 lutego 2004 w zimowej scenerii w miejscowości na Podlasiu przy granicy białoruskiej. Uczestników 8. Wizualizowaliśmy treść kart tarota przy dźwięku bębna; także karty traktowaliśmy jako bramy prowadzące do przestrzeni wewnętrznej.
10-13 czerwca. Uczestników 7. Zrobiliśmy szałas potu, zakopanie się w grobach i drugi szałas potu, jako obrzęd oczyszczający przed wejściem do grobów. W grobach spędziliśmy dwie kolejne noce. Z nowych praktyk były ćwiczenia bębnowe w parach: jedna osoba bębni, druga podróżuje, potem zmiana.
2-7 lipca. Uczestniczyło 12 osób, prócz mnie same kobiety, gdyż z zapowiedzianych mężczyzn żaden nie przyjechał. Zrobiliśmy dwa razy szałas potu, dwa razy zakopywanie się do grobów, marsz transowy, gry integracyjne, wizualizacyjne podróże przy bębnie, ćwiczenia z głosem i oddechem. Byliśmy dobrze zaopatrzeni w szamańskie bębny: 6 na 12 osób (plus konga). Bardzo udane było przejście przez ogień - rekordzistka przeszła 9 razy przez ścieżkę z żaru! Nowym ćwiczeniem było wpatrywanie się w niebo, tzn. użycie widoku nieba jako przedmiotu monotonizującego kanał wzrokowy, przy jednoczesnej monotonizacji słuchu przez bęben. (Zwykle wzrok monotonizuje się przez zawiązanie oczu.) Ćwiczenia te okazały się udane, obiecujące i warte kontynuacji. Pogoda dopisała: choć było - jak na początek lata - chłodno, to deszcze omijały nas i nie dokuczało ani słońce ani upał, a ziemia w grobach była dostatecznie wilgotna. [Więcej zobacz: Kobiety i Ryby (Asia Green Star)]
2-10 sierpnia 2004. Uczestników 10 wraz ze mną; 5 kobiet i 5 mężczyzn. Cztery osoby to "starzy bywalcy". Wystarczająca liczba bębnów, aby prowadzić działania w parach: jeden bębni, drugi medytuje. Tradycyjne działania: podróże przy bębnie, szałas potu, marsz transowy, chodzenie po ogniu, zakopywanie do ziemi posłużyły tym razem jako wstęp do głównego punktu programu, ćwiczeń "Bęben i Tlen" - czyli pracy z bębnem w parach i podróży bębnowej wzmacnianej oddechem. Jeden dzień spędziliśmy na odosobnieniach przy indywidualnych ogniskach, w milczeniu i bez kontaktu ze sobą. Jeden dzień zaczęliśmy od marszu transowego i marszu uwagi o świcie. Czytaliśmy teksty Czarnego Łosia (Black Elk'a) i Aldousa Huxleya. Trzecią saunę zakończyliśmy tańcem. Wiele działo się przy okazji głównych ćwiczeń - wiele było pracy własnej uczestników. [Więcej...; zdjęcia...].
8-13 września 2004. Uczestników wraz ze mną 21. Grupa niejednolita jeśli chodzi o zaawansowanie, zainteresowania i nastawienie. Nowością były ćwiczenia ze śpiewu archaicznego (tradycja ukraińska i rosyjska) prowadzone przez Witolda Kozłowskiego. [Więcej zobacz: Czas Snu (Maria Łazar)]
Zjazd w Grzymku (koło Grodziska Mazowieckiego) na równonoc 2005 18-20 marca; nie były to warsztaty, ale zjazd z zajęciami przeważnie mówionymi. Działaniem szamańskim był szałas potu, współprowadzony przez Alinę Michalik. Także były medytacje przy bębnie i prowadzony przez Łukasza Łuczaja eksperyment z intuicyjnym rozpoznawaniem właściwości roślin leczniczych.
26-29 maja 2005 w Pniewie. Program: szałas potu pierwszego wieczoru, drugiego dnia kopanie grobów Sancheza i na noc wejście do ziemi, trzeciego wieczoru drugi szałas potu. Także praca z dźwiękiem bębna i oddechem, w tym w trójkach: jedna osoba leży w relaksie i podróżuje, druga bębni, trzecia pomaga leżącej oddychać. Groby kopaliśmy nie prostokątne, lecz owalne. Uczestników dziesięcioro, w tym 6 starych bywalców. Pogoda: nadzwyczaj upalnie! Zob. więcej: "Warsztaty z chrabąszczami"
28 czerwca - 3 lipca 2005 w Pniewie. Standard: szałas potu na początek i na koniec, w trakcie podróże przy bębnie, groby Sancheza, chodzenie po ogniu. Z działań nietypowych zarządziłem wycieczkę nad rzekę Pilawę i kąpiel tak jak staliśmy, w ubraniach. Uczestnicy pojętni i zdyscyplinowani; 18 osób z małą przewagą kobiet. Zob. więcej w relacji Pawła Brągoszewskiego "Gdy jeleń zanurkował w zbożu"
1-10 sierpnia 2005. 9 dób - najdłuższe warsztaty, jakie prowadziłem do tej pory. Ćwiczyliśmy nowe działania: pozycje ekstatyczne wg książki Belindy Gore i wizyjne użycie zwierciadeł według Raymonda Moody'ego. Uczestników 17, w tym prowadzący; 8 kobiet, 9 mężczyzn. Przeczytaj więcej: "Ekstatyczne pozycje i zwierciadlane wizje"
Impreza była krótka, dwie noce, 12-14 maja 06, liczę ją jednak i numeruję, ponieważ zbudowaliśmy "słowiański" szałas potu według nowego pomysłu. Więcej tu
(Poprzednio, 19 marca, odbyliśmy pierwszy raz szałas potu w tym samym miejscu, w śniegu i na mrozie - w scenerii w pełni zimowej.)
Głównym tematem były ćwiczenia z bębnem - inne działania były raczej wspomagające. Warsztaty były lekkie - nie było zakopywania, chodzenia po ogniu ani płukania jelit. Więcej tu»
Od czerwca 2006 do lipca 2008 nie prowadziłem własnych warsztatów z działaniem przez ciało.
Po trzech latach (tak!) przerwy, gdyż poprzednie porównywalne warsztaty były latem 2005 r., wznowiłem działania pod nową nazwą Twardej Ścieżki. Miejsce: Żelichowo koło Krzyża Wielkopolskiego, u Pawła Szozdy. Uczestników prócz mnie 10, trzy kobiety, siedmiu mężczyzn, dwoje starych bywalców. Centralną praktyką okazało się zakopanie, inaczej "grób Sancheza": większość z nas miała podobne doświadczenie głębokiego wyciszenia, wygaszenia myśli, przejścia na głębokie i normalnie milczące poziomy umysłu. Wielkim wynalazkiem okazała się czapka w łaźni! Pozwala ciału cieszyć się znacznie większym gorącem niż bez niej.
Miejsce: Komorzno-Rozalia koło Kluczborka - tzw. Rosalienhof, u Adama Ulbrycha. Uczestników ośmioro, w tym jedna kobieta. Jednym z wątków było uświadomienie sobie własnych wewnętrznych ruin, czyli spraw, w których pamięć dawnych i przerwanych przedsięwzięć przeważa nad teraźniejszością, i dostarczenie energii, która pozwoli ożywić te ruiny. Sprzyjało temu otoczenie: biwakowaliśmy na ruinach dawnego folwarku Rosalienhof.
Oba warsztaty w 2008 roku polegały na powrocie do surowych początków: uczestnicy spali w namiotach lub w tipi, wygody cywilizacji były sprowadzone do minimum, w małej grupie trzymaliśmy się razem, ceremoniały były minimalistycznie uproszczone.
Więcej: Warsztaty Twardej Ścieżki latem 2008 - w Żelichowie i w Komorznie
Tym razem zjechaliśmy się w samotnie położonym domu w środku lasu Puszczy Drawskiej. Uczestników 17-ścioro, plus wspaniali gospodarze. Ale w szałasie potu mieściliśmy się wszyscy, najwięcej 21 osób - była to jedna z największych łaźni, jakie dotąd pod moim przewodem zbudowano. Okolica okazała się mieć właściwości transportujące, czyli przenoszące w zmienione stany świadomości, a to dlatego, że monotonizowała wzrok. Tym, co monotonizowało i transportowało, były równe pionowe wysoko sięgające pnie białych brzóz i czerwonawych sosen. Pole widzenia uformowane pionowymi równoległymi powtarzającymi się w nieskończoność liniami - to działa! Atrakcją było jezioro (puste, czyste, rozległe), dokąd chodziliśmy codziennie, a dość długą drogę - ok. 25 minut - leśnymi transportującymi ścieżkami wykorzystywaliśmy na marsze transowe. Trzy razy robiliśmy pocenie się w Łaźni. Bardzo udane było Zakopywanie się - mocne wrażenie, po które nie trzeba było daleko chodzić, bo odpowiednie miejsce znalazło się tuz za naszymi namiotami. Mnóstwo pracy z bębnem, oddechem, z wizualizacjami. Pracowaliśmy też z poezją i mitycznymi opowieściami. Największe wrażenie zrobiły szamańskie legendy mandżurskie z książki J. Tulisowa. Poezję reprezentował poemat Jacka Dobrowolskiego "Raróg", który najpierw czytaliśmy surowymi głosami i następnie po przygotowaniu. Dwóch fragmentów z poematu nauczyliśmy się na pamięć i służyły nam jako mantry do wygłaszania w szałasie potu. Zacytuję: "Pierwszy piorun uderza, bije chwała rycerza: błysk błysk - świst świst - kysz kysz - czur czur - hur hur - tar tar - sam żar". Słowa "Sam Żar" zaczęły nam służyć za powitanie! I drugi fragment:
"Jasny mnie ogień dzień i noc pożera,
ciemna na brzeg wynosi mnie fala.
Ostre są gwiazdy, a potęga nieba
wszystko odsłania."
Ten wiersz był równie transportujący jak pnie drzew, bęben, siedzenie w kręgu, tipi, szałas potu, zakopywanie się, marsz transowy i degustowanie zapachów, co też robiliśmy któregoś wieczora.
Serdecznie dziękuję organizatorom: Ani Kuglin i Mateuszowi Osajdzie, oraz gospodarzom: Basi i Zbyszkowi Kowalskim.
Uczestników siedmioro, w tym ja i gospodyni Harkawicz Maria Dzierżanowska; pięciu mężczyzn, dwie kobiety; pięcioro było przynajmniej raz wcześniej na warsztatach Twardej Ścieżki. Z "twardych" działań były trzy sesje szałasu potu, zakopywanie do ziemi, marsze transowe dzienne i nocne. Wiele uwagi poświęciliśmy medytacjom z bębnem i pozycjom ekstatycznym wg Goodman i Gore. Pracowaliśmy z pieśniami i z tekstami Heraklita. Były ćwiczenia na uważność. Dobrze zadziałała atmosfera miejsca: cisza, brak ludzkiego i cywilizacyjnego natręctwa, a przy tym szczególna normalność emanująca z krajobrazu.
Wojciech Jóźwiak
od 17 września 2003, aktualizowane 14 lipca 2010
Autor, jego teksty
Aby pisać komentarze zaloguj się lub zarejestruj.
Drukuj