zdjęcie Autora

22 marca 2020

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Czytanie... (odcinków: 202)

O tak zwanych inwazyjnych gatunkach drzew

Kategoria: Ekologia

« O Poniemieckiem Karoliny Kuszyk Bodhidharma i cesarz Wu »

Mielec
"Koniec pierwszego etapu rewitalizacji parku leśnego" w Mielcu, hej.mielec.pl

Istnieje bardzo ciekawa i polecana przez Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska, więc jak domyślam się, wpływowa, publikacja pt. „Rośliny obcego pochodzenia w Polsce ze szczególnym uwzględnieniem gatunków inwazyjnych” dostępna dosłownie pod ręką, bo w internecie w pdf-ie. Autorzy: prof. dr hab. Barbara Tokarska-Guzik z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach z zespołem. Ta e-książeczka zawiera wykaz roślin obcych we florze Polski, tych dziko rosnących i co najmniej „zadomowionych”. Stanowią one już 23% ogółu naszych roślin. Bardzo dużo! Z nich niektóre są oznaczone na pomarańczowo jako „inwazyjne”. Wśród nich są drzewa, 8 gatunków, wyliczę:
Acer negundo czyli klon jesionolistny, z Ameryki Północnej
Ailanthus altissima: bożodrzew, ale ta nazwa jakaś niepoważna, lepiej mówić ajlant, ze wsch. Azji
Celtis occidentalis: wiązowiec zachodni, z Ameryki Pn.
Padus (albo: Prunus) serotina: czeremcha amerykańska, z Am. Pn.
Quercus rubra: dąb czerwony (tak!),z Am. Pn.
Robinia pseudoacacia: robinia (tak!), z Am. Pn.
oraz Juglans regia, czyli orzech włoski (tak!), z płd. Europy i płd. Azji.

W czym problem? W tym, że idea, że niektóre drzewa są „inwazyjne”, więc jakby podwójnie zagrażające (bo liczna i wpływowa część ludności Polski uważa drzewa hurtem za zagrażające), gdyż nie tylko śmiecą liśćmi, korzeniami wypuczają chodniki, zrzucają śmiercionośne gałęzie, wywracają się rwąc przewody i dziurawiąc dachy domów i samochodów, i znienacka stają na drodze kierowców, zabijając ich i ich żony-dzieci („drzewa to mordercy” podobno powiedział pewien sportowiec) – ale również dokonują inwazji. Jak obcy najeźdźcy, jacyś moskale lub hitlerowcy czy kosmici. Ciekawe jak dendrofobowie wyobrażają sobie tę inwazję? – Że te drzewa wszystko zarosną, nie zostawiając miejsca dla ludzi i ich budowli? Zatrują środowisko? Tlen zabiorą? Słońce zasłonią? Czy jeszcze gorzej?

W „ustach” zwolenników oczyszczenia kraju z drzew to słówko „inwazyjny”, „gatunek inwazyjny” stało się plugawą podkładką, pretekstem uzasadniającym kasowanie drzew z tych gatunków, na którą padła ta oficjalna, rządowa klątwa: inwazyjne. Oczywiście, te gatunki, którym nie przyklejono łatki inwazyjnych, jak dęby szypułkowe, lipy, sosny, wiązy itp. też są kasowane, tylko wycinacze muszą trochę bardziej się wysilić nad pretekstem – który i tak zawsze się znajdzie, bo nawet status pomnika przyrody można cofnąć. Polskie masowe oddrzewianie prawie zawsze ma mocne urzędowe papiery. Uznanie kilku gatunków za inwazyjne wybitnie upraszcza robotę wycinaczom. Prócz tego tworzy kampanię szczucia przeciw tym drzewom, wpajania społeczeństwu (a urzędnikom-urzędniczkom w referatach ochrony ochrony środowiska w pierwszej kolejności) negatywnego nastawieniu do tych drzew. Bo skoro one takie straszne.. takie inwazyjne... to nie wolno spocząć, póki z Ziemi Ojczystej ostatnie nie zniknie.

Co to znaczy, że rośliny, w tym drzewa, są inwazyjne? Mówiąc najprościej, są (a) obce, i (b) sprawnie rozmnażają się zajmując nowe miejsca w sposób, który „nam” się nie podoba. Brzmi to subiektywnie, prawda. Zastanawiałem się, czy można inwazyjność zdefiniować bardziej obiektywnie... ale chyba się nie da. Inwazyjność ma sens tylko w odniesieniu do ludzkich interesów i wyobrażeń. W omawianym tekście, s. 19, przytoczona jest definicja prof. Tokarskiej-Guzik: „nie-rodzime organizmy wywołujące lub charakteryzujące się potencjalnymi możliwościami wywołania szkód w środowisku, strat ekonomicznych lub stwarzające zagrożenie dla zdrowia ludzkiego”. Widać więc, że za słowem „inwazyjny” w tle kryje się niedomówione wezwanie, że te rośliny stanowią jakieś niebezpieczeństwo, więc nie powinno ich tu być, zatem należy je usunąć.

Inwazje pewnych gatunków odbywają się przecież poza człowiekiem i poza jego niepokojem. Kiedy stopniał lodowiec, miliony km2 kwadratowych środkowej i północnej Europy zostały szybko zajęte przez drzewa siejące się z wiatrem: przez brzozę, topolę i sosnę. Niewątpliwie była to wielkoskalowa inwazja. Czy nas to teraz jakoś niepokoi? Wszystkie nasze rodzime drzewa, ba, wszystkie rośliny, mają za sobą, niedawną z punktu widzenia tempa wymiany ich pokoleń, inwazję z przyśródziemnomorskich ciasnych ostoi w północne polodowcowe bezkresy. Przechodząc od flory do fauny, a od drzew do ptaków: w latach 1950-tych w Polsce, a dalej na zachód i północ później, rozpowszechniła się sierpówka (lub synogarlica turecka, kto woli). Bylem dzieckiem, kiedy pytałem dorosłych, co to za ptak i nikt nie wiedział, bo był nowy. Takie szybkie zajęcie nowego terytorium to inwazja. Czy ktoś chciałby z tego powodu tępić te sympatyczne gołębie? Tylko dlatego, że ich wcześniej nie było?

Słowo inwazyjny ma ciekawą semantykę. Składa się z dwóch członów: (1) obce, i (2) nie poddające się kontroli. Przyjrzyjmy się tym znaczeniom, które wcale nie są oczywiste i raczej nie są „sprawozdawane” przez naukowców klasyfikujących rośliny.

„Obce” znaczy: te gatunki, które znalazły się na pewnym terytorium (tu: terytorium Polski) z przyczyny człowieka. Zawleczone celowo jako uprawa albo przypadkiem. Jeśli dają sobie radę bez uprawy, zostają sklasyfikowane jako metafit i wciągnięte do flory danego obszaru. Zwraca uwagę względność tego terytorium. W przypadku Polski zakłada się, że Polska jest dość mała i dość jednolita klimatycznie i ekologicznie. Gdyby wyliczać obce gatunki w Europie (lub w UE), to orzech włoski nie byłby obcy, bo jest rodzimy na Bałkanach, więc tylko by poszerzył zasięg w obrębie „naszego” terytorium. Gdyby obcość definiować wg województw, to u mnie na Mazowszu obce byłyby buk i świerk. W tle kryje się wyobrażenie, że w jakichś dawnych czasach przyroda pozostawała w stanie równowagi, każdemu klimatowi, glebie i wilgotności przypisany był pewien zespół florystyczny, z których każdy grzecznie trzymał się swojego naturalnego miejsca, jak przeznaczonej sobie grządce w rajskim ogrodzie botanicznym. Dla Polski sporządzono (podziwiam ogrom pracy botaników!) mapy „potencjalnej roślinności naturalnej”, czyli właśnie tego pra-raju, jakby uwolnionego od impaktu człowieka lub prosperującego w alternatywnej rzeczywistości. Są w Internecie: www.igipz.pan.pl/Roślinnosc-potencjalna-zgik.html , dla mojej okolicy zob. tu: roślinnosc_potencjalna/B3.png – kwadrat B3 obejmuje znaczną część Mazowsza. Milanówek leży na Querco-Pinetum, ale moja działka już poza, na którejś z odmian Tillio-Carpinetum, czyli na piaskowej części miasta powinny rosnąć dęby z sosnami, a u mnie lipa z grabem.

Te mapy są, gdy na sprawę popatrzeć z pewnym sarkazmem, przejawem czegoś, co można nazwać „rekonstrukcjonizmem”: przejawem wiary, że w pewnym okresie historii lub prahistorii istniał pewien stan idealny i wzorcowy, do którego w domyśle należy tęsknić, myślami wracać, mieć za punkt odniesienia, w końcu zaś – przywrócić. Ten sam rodzaj wiary, który kazał szukać idealnego kształtu granic Polski za Mieszka, a potem kazał najpierw Sazonowowi, a wkrótce i skutecznie Stalinowi, ten kształt granic zrealizować. W Europie mnóstwo jest wyznaczonych na tej zasadzie granic politycznych i etnicznych; osobny temat, tutaj nie rozwinę.

Faktycznie tamten stan idealny, równowagi w przyrodzie, nigdy nie istniał i ma wartość tylko, jak uczciwie zaznaczają autorzy tych map, wartość potencjalną, tzn. że gdyby nagle gospodarka ludzka i wszystkie jej ślady (włączając obce gatunki) znikły i klimat wrócić do stanu przedprzemysłowego, to ekosystemy powinny odtworzyć się właśnie takie i właśnie w tych miejscach, jak to przedstawia ta mapa. Tamta zrównoważona przyroda nigdy nie istniała, ponieważ ledwie stopniał lodowiec i dawna tundra lub subglacjalna pustynia (z wydmami, dotąd są!) zarosła brzozą i sosną, to już weszli ludzie i jęli praktykować swoją gospodarkę ogniową, na razie jeszcze nie dla rolnictwa, ale żeby przez wypalanie utrzymać trawiaste polany, które lepiej dostarczały zwierzyny niż lite Querco-Pinetum, nie mówiąc o Tillio-Carpinetum. Nasze terytorium wraz z (prawie) całą Europą było przez tysiąclecia poddawane wielkiej antropopresji, tak, że te krajobrazy, które nam, zwłaszcza nieuświadomionym, wydają się naturalne, wcale takimi nie są, przeciwnie, przedstawiają obraz głębokich zniszczeń, które kiedyś człowiek danemu kawałkowi ziemi przyniósł. Pustynne wapienne krasowe skalne szczotki wysp i wybrzeży Chorwacji kiedyś były lasem. Lasem były malownicze wrzosowiska Szkocji i Walii. Duże części polskich lasów są nimi od całkiem niedawna, ponieważ gdy dawne puszcze, np. Piską, wycięto, jej obszar zajęły lotne piaski; podobnie było w dorzeczy Przemszy, z tamtego stanu pozostała Pustynia Błędowska. Antropogeniczne są hale w Tatrach i połoniny w Bieszczadach.

Obcych, tzn. ludzkiego pochodzenia, gatunków przybyło nam wraz z rolnictwem, a na wielką skalę zaczęło ich przybywać od początku wielkiej transkontynentalnej pan-wymiany flory i fauny (nie wiem, czy to zjawisko dostało jedną zwartą nazwę) czyli od odkrycia Ameryk i ruszenia handlu światowego. Do umiarowej strefy Europy zaczęły napływać gatunki z podobnych klimatów Ameryki Północnej i Azji. Wśród drzew uznanych za „inwazyjne”, większość jest północnoamerykańska.

Tu jeszcze trzeba zauważyć, że gatunków drzew w umiarkowanej Europie jest dziwnie mało w porównaniu zarówno z Azją i z Ameryką Pn. U nas naturalnie żyją dwa gatunki dębów, w USA kilkadziesiąt. Sosen mamy zaledwie jeden gatunek! (plus dwa tylko w Tatrach), podczas gdy w umiarkowanej Am. Pn. około stu. U nas nie było w naturze wielu rodzajów drzew (i innych roślin), które spokojnie rosnąć tu by mogły, gdyż klimat im odpowiada, co najlepiej widać po tym, jak dobrze rosną posadzone przez ludzi. Nie było cyprysów i cyprysików, tuj, cypryśników, orzechów ani orzeszników, ani skrzydłorzechów, chmielograbu ani wiązowca, ani robinii, ani glediczji ani katalp i platanów; nie było daglezji, choiny ani cedru, ani kryptomerii, a pięcioigielne sosny przetrwały ledwo w niewielkich ostojach. Przed epoką zlodowaceń te rodzaje żyły u nas, ale nie przetrwały, ponieważ w dolinach nad Morzem Śródziemnym, które służyły za jedyne ostoje-refugia było za mało miejsca, by pomieścić lasy tak złożone gatunkowo.

Piszę o tym, ponieważ tak jak arbitralnie przyjęto, że stan naturalny istniał w środkowej Europie, powiedzmy, 6 tysięcy lat temu, tak równie dobrze można by przyjąć, że ta naturalniejsza natura – i lepsza, bo dawniejsza! – istniała w pliocenie, przed nastaniem lądolodów, i wtedy tuje, daglezje, orzechy i dęby z sekcji Lobatae z obecnych „obcych” stawałyby się jak najbardziej „nasze”. Jak teraz istnieje ruch przywracania „naturalności” sprzed 6 tys. lat, tak równie dobrze mogę sobie wyobrazić alternatywny ruch przywracania naturalności sprzed zlodowaceń. Plioceński Park? Czemu nie?

Pora na drugi człon definicji: gatunki niepoddające się kontroli. Lepszym ich przykładem niż drzewa, są niektóre byliny, szczególnie amerykańskie gatunki nawłoci (Solidago) i azjatyckie rdestowce. Nawłoć faktycznie zmieniła nasz krajobraz. Jeszcze w latach 1970-tych, jeśli dobrze pamiętam, jej nie było, i aż trudno sobie wyobrazić, czym wówczas zarastały porzucone pola. Chyba ostem głównie. Teraz nie zarosną niczym innym jak nawłocią. Ale czy nawłoć atakuje środowiska naturalne, naturalne w jakimś nawet umownym sensie? Nawłoć sieje się na ugorach, na porzuceniskach. Źle rośnie i zanika pod koronami drzew. Nie przetrwywa konkurencji wyższych od niej krzewów, na sukcesjach przerastają ją choćby głogi. Nie wyrośnie na oranych polach. Z ludzkich użytków zagraża chyba tylko łąkom i pastwiskom, jeśli z rzadka koszone lub wypasane. Oczywiście, łany nawłoci straszą monotonią i powodują, że mikrofauna (owady i inne) zostaje zubożona, a z ptaków chyba żaden nasz nie żeruje na jej nasionach. Tylko pszczoły mają z tej rośliny pożytek. Przypomnę, że ta inwazyjna nawłoć wkroczyła do Europy jako atrakcyjna roślina ozdobna z powodu egzotycznego wyglądu, wysokości dwa metry i bujnych żółtosiarczystych kwiatostanów. Tuwim pisał, a Niemen śpiewał: „Mimozami jesień się zaczyna” – właśnie o nawłociach, które z ostentacyjną przesadą ówczesne firmy ogrodnicze nazwały obłudnie „mimozą”. Jednak widzę pożyteczna rolę nawłoci w ekosystemie i to nawet w polu widzenia z mojego okna. Łany tej rośliny służą za schronienie za dnia sarnom. Także bażantom, a pewnie i dzikom. Tam ich nie widzą ani ludzie, ani drapieżniki. Nawłoć pozwala przetrwać tym zwierzętom nawet w miejscach gęsto zaludnionych, wewnątrz osiedli.

Rdestowce: fakt, z nimi nie ma żartów. Rosną bujnie i tą swoją wybuchową energią zdobyły sobie podziw tych, którzy je sadzili. (Teraz już sadzić nie wolno, urzędowy zakaz.) Jest coś fascynującego w tej roślinie, która od zera, od gruntu, w którym przezimowuje w kłączach, w ciągu dwóch majowych tygodni wyrasta trzy metry w górę. Pędy zrazu miękkie i pełne wody, szybko twardnieją i drewnieją; puste w środku przypominają bambus, chociaż daleko im do bambusowej twardości. (Właściwie, dlaczego ta chińsko-japońska roślina naśladuje bambus, który z tego samego regionu i siedliska? Czyżby przechwytywała morficzne pola Sheldrake'a, formujące bambusy?) Rdestowce są trudne do usunięcia, siedzą w ziemi w kłączach, które rozrastają się i wypuszczają pędy nawet z głębokości 2 metrów. Omawiana praca wymienia główny grzech tych roślin, oto:

W Polsce do gatunków powodujących bezpośrednie straty ekonomiczne należą gatunki z rodzaju rdestowiec Reynoutria, znane z dużej siły wzrostu pędów wyrastających z kłączy w okresie wiosennym. Pędy te mogą przerastać nawierzchnie wyłożone kostką brukową, a nawet pokryte asfaltem. Ze względu na trudności w usuwaniu kłączy, wynikające z głębokości (do 2 m), na jaką wrastają, w Wielkiej Brytanii przeznaczone do sprzedaży działki, na których występują rdestowce, są tańsze od gruntów wolnych od tych roślin, co wynika z kosztownych zabiegów związanych z ich usuwaniem.

Podkreślenie moje. Z innego punktu widzenia, rdestowce mogą wydać się herosami dzielnie walczącymi z pokładami betonu i asfaltu, którymi Antropos zalewa Matkę Gaję. Od prawie trzydziestu lat, odkąd mieszkam w obecnym miejscu, obserwuję kępę rdestowca wegetującą w polu. Zapewne pojawiła się tam kiedyś, ponieważ kawałek kłącza został przywleczony z obornikiem lub kompostem. Z jednej strony ta kępa ma pole orane, na które nie wchodzi; linii orki nie udało się jej przekroczyć. Z drugiej strony ma teren trawiasty, dawniej łąkę na siano, teraz od ok. 10 lat porzuconą, odkąd dawnym korytem rzeki, która płynęła dalej, poprowadzono autostradę A2 na nasypie. Ten kawałek łąki powoli zarasta, głównie głogiem, ale rdestowiec z jakichś powodów nie śmie wejść w darń rodzimej trawy. Co mu przeszkadza? Czy ktoś z botaników to badał? Przypuszczam, że nasze trawy wydzielają w glebę jakieś toksyny zatrzymujące wzrost rdestowców. Ciekawe są ilustracje zamieszczone w „Roślinach obcego pochodzenia...”. Jedna z nich (Fot. 124) przedstawia „Wycinkę rdestowców nad potokiem Wapienica w Beskidzie Śląskim”. Tylko ze na zdjęciu jawnie widać, że ten „potok” jest sztucznym świeżym równym wykopem, rowem, a nie naturalną rzeką. Co się stało? Domyślam się, że kilka lat wcześniej tamten „potok” skasowano zamieniając go w przekop, a koparka meliorantów rozwlekła kłącza rdestowca, który skądś się przyplątał, być może z poprzedniego placu budowy. Podobnie pod fotografią nr 87 czytamy:

„Priorytetowo powinny być traktowane [sci. niszczone, WJ] te gatunki obce, które zagrażają lub potencjalnie stwarzają zagrożenie dla rodzimej różnorodności biologicznej i funkcjonowania ekosystemów”. Rdestowiec ostrokończysty Reynoutria japonica opanowuje doliny rzeczne w południowej Polsce, tworząc zwarte, jednogatunkowe płaty. Na zdjęciu nad rzeką Białą w rejonie Czechowic-Dziedzic.

I znów widać na tamtym zdjęciu, że ta „rzeka Biała” to niedawny sztuczny wykopek, kanał, który rzeką kiedyś zapewne był, ale po wizycie fachowców z koparkami być przestał. Inne zdjęcie pokazuje rdestowce porastające nasyp kolejowy. Inne kolonizują las łęgowy – tu trzeba by było znać historię tego lasu, jaka antropogeniczna działalność miała tam miejsce przed wejściem rejnutrii, gdyż lasy łęgowe nie są u nas w większości ani chronione, ani nawet klasyfikowane jako lasy, tylko na różne sposoby plądrowane, np. przy sypaniu wałów lub przy ogałacaniu dolin dla spływu wody. Ekspansywność rdestowców sprzecza się z tym, że w klimacie Polski nie wydają one nasion: kwitną późno (są miododajne, więc pszczelarze mieli udział w ich rozpowszechnieniu), przed chłodami, od których się warzą, z wysiewem nie zdążają. Więc co je tak rozpowszechnia, zwłaszcza wzdłuż rzek? Chyba tylko grzebactwo człowieka, szczególnie instytucji od robót ziemno-rzecznych. Inwazyjny rdestowiec idzie w ślad niszczenia krajobrazu przez ludzi i ich urzędy. Już całkiem retorycznie zapytam: na kogo tu się gniewać, oburzać? Na roślinę?


Przykłady tamtych bylin przytoczyłem, ponieważ ich inwazyjność jest bardziej widoczna, spektakularna, a po drugie dlatego, że naszego myślenia o bylinach nie obciąża sentyment, jaki mamy do drzew – tzn. niektórzy i nieliczni z nas mają, bo chyba większość Narodu Polskiego drzew nienawidzi. Ale to też sentyment, tylko negatywny. O bylinach myślimy raczej bez skrupułów. Wyciąć, skasować – nie ma sprawy, przecież podlegają w całości naszej woli. Przy drzewach jednak niektórzy z nas mają opory, że „może ich szkoda”.

Czy drzewa z listy „gatunków inwazyjnych” pod jakimiś względami zachowują się podobnie jak nawłoć lub rdestowiec? Tak. Wszystkie, jak nawłoć (ale inaczej niż rdestowiec) łatwo się rozsiewają. I chyba głównie z tego powodu stały się „inwazyjne”. Klon jesionolistny (negundo), czeremcha amer. i robinia ponadto śpieszą się z sianiem: tzn. nasiona produkują już całkiem młode, kilkuletnie drzewka. Jednak większość drzew czeka z wysiewem, aż bardziej wyrosną. Te gatunki,, które stały się u nas „inwazyjne”, maja w większości szczególną strategię przeżyciową: inwestują w szybką produkcję nasion, w szybkie rozsiewanie się i szybkie zaczynanie od początku. W amerykańskiej lub azjatyckiej naturze specjalizowały się w kolonizowaniu nowo otwartych kawałków ziemi: namulisk po powodziach, osuwisk, oberwanych zboczy, wiatrołomów. W naszej florze (uboższej znacznie w gatunki) chyba niewiele jest takich specjalistów, chociaż sosna i brzoza specjalizowały się w kolonizowaniu pogorzelisk. W skrajnej postaci widać to u klonu negundo: typowo rośnie szybko, ale krzywo, nie dba o pień, rozdziela się na konary już przy ziemi, przechyla się i paczy, w czym jest genetyczna mądrość tej rośliny, która ewoluowała na niepewnych brzegach rzecznych, gdzie genom nie kalkulowało się wkładać energii w prosty i ładny pień, który i tak rzeczne oberwisko przewróciło po dziesięciu lub trzydziestu latach. Ogrodników-parkowników te pijane pnie obrażają.

Tu pojawia się pewien nowy wątek. Przypuszczam mianowicie, że do nazwania niektórych drzew inwazyjnymi przyczyniła się nasza estetyka. Zostały uznane za inwazyjne czyli zalecane do wytępienia, ponieważ rażą nasze wyobrażenia o „ładnych drzewach”. Czeremcha amer. i klon negundo krzywo rosną, pnie im się gną i chylą. Po czeremchami, które lubią wyrosnąć gęsto, jest ciemno, liście gęste i pod tymi drzewami robi się pustka. Pod robiniami przeciwnie, te pozostawiają zbyt wiele światła pod sobą, a że wzbogacają glebę w azot (jak ludzie!) to pod nimi wysiewa się całkiem nie-leśne poszycie: pokrzywa, glistnik, czyli „brzydkie” ogrodowe chwasty. Opadające gałązki robinii są cierniste, ludzie nie lubią, jak są kłuci. Dąb czerwony rośnie szybko, więc też lubi się krzywić, pochylać – widoczna jest inna strategia przeżyciowa niż u dębów rodzimych. Jego duże i sztywne liście (czerwieniejące jesienią, stąd nazwa) z jakichś powodów nie są dobrze recyklowane przez europejskie mikroorganizmy, więc zalegają grubą ściółką, przez którą nie przebijają się trawy czy byliny, więc znów u niektórych widzów powstaje wrażenie „śmietnika”. Ajlanty chętnie wysiewają się na wysypiskach i gruzach, więc znów to skojarzenie ze śmieciami tę roślinę pogrąża w oczach. Estetyczne, „ładnościowe” wyobrażenia o drzewach – to jest to, co powinien przebadać jakiś fito-socjo-etnolog; brakuje takiej wiedzy, a właśnie takie nieuświadamiane wyobrażenia, przekodowane na urzędową terminologię, mogą decydować o losie drzewostanów.

Robinii opinię psuje podobna właściwość, jak rdestowcom: robinia sprawnie odrasta z korzeni. (Z rodzimych drzew podobną właściwość ma osika.) Jeśli ktoś chce „oczyścić” teren spod tych drzew, aby potem tam posadzić np. sosny lub urządzić trawnik, to ma kłopot, ponieważ robinia przez lata się nie podda i będzie wypuszczać wciąż nowe pędy z ziemi. Tu zapewne jest przyczyna negatywnego stosunku leśników do niej – ale to właśnie dlatego, że oni by chcieli, żeby drzewa grzecznie podporządkowywały się ich „uprawom leśnym”.

Obce i spontanicznie wysiewające się gatunki drzew nie inwadują w środowiska naturalne, czy „w miarę naturalne”. Wchodzą na miejsca naruszone lub gospodarczo porzucone przez ludzi. Nie wyrosną na uprawianych polach ani łąkach. Jeśli wsieją się w dojrzały i zrównoważony las, pozostaną w nim jakąś mniejszością, małą domieszką. O co więc idzie gra, o który i jak wielki obszar w Polsce? O niewielki: ugory, „porzuceniska”, pobocza dróg, opuszczone działki, porzucone budowy, wykopy którymi puszczane są rzeki, hałdy, wysypiska, obszary przemieszanego i porzuconego gruntu, jak niedaleko mnie po budowie autostrady, lasy „uprawiane” przez jakieś doraźne naruszające akcje czy „zabiegi”. To nie Juglans regia i Acer negundo dokonują złowieszczej inwazji: dokonujemy jej my, ludzie z naszą gospodarką. Mam wrażenie, że cała instytucja gatunków inwazyjnych jest w gruncie rzeczy obłudnym przekierowaniem uwagi, by „gonić nie tego złodzieja”.

Zamiast wołać o tępienie gatunków, należałoby raczej odpowiednio wykształcić, uświadomić i wychować wydziały ochrony środowiska, leśników, „wodników” (czyli tych od prostowania rzek) i innych utrzymywaczy krajobrazu, których działalność jest teraz często dokładnie przeciwna względem deklarowanych zadań i celów.

Prócz tego cała ta sprawa wymaga uważności i przyglądania się szczegółom. Nie wołam o to, żeby nic nie robić i pozwalać roślinom i innym członkom przyrody czynić wszystko, co im geny każą. Diabeł kryje się w szczegółach. Na styku człowiek-przyroda powstają problemy, które nie jest łatwo rozwiązać przy pomocy prostej reguły, w rodzaju „zakazać wszelkiego wycinania drzew” lub (przeciwnie) „pozwolić właścicielom gruntu na dowolne rozporządzanie tym, co nich rośnie”. Do tej kategorii pt. „patrz na szczegóły” należy wiadomość, od której zaczęła się dyskusja na FB, która skłoniła mnie do napisania tego tekstu. Oto portal hej.mielec.pl opublikował tryumfalne doniesienie: „Koniec pierwszego etapu rewitalizacji parku leśnego”, gdzie dalej czytamy:

Pierwszy i zarazem najtrudniejszy etap prac w Parku Leśnym przy ul. Kazimierza Wielkiego już za nami. Po usunięciu drzew, teraz czas na nasadzenia.
Najtrudniejsze za nami
W ramach prac pielęgnacyjnych, wykonawca usunął 635 drzew głównie martwych, chorych, zagrażających bezpieczeństwu ludzi i mienia. Usunięte zostały także tak zwane podrosty, drzewa o pniach mniejszej średnicy, wśród nich znalazły się przede wszystkim gatunki ekspansywne np. czeremcha amerykańska, dąb czerwony czy robinia akacjowa.
Obecnie na terenie parku trwają prace porządkowe polegające na frezowaniu karpin po usuniętych drzewach, usuwaniu resztek gałęzi, a także wywożeniu drewna do Zakładu Utylizacji Odpadów Komunalnych w Mielcu.

– Czyli jak w soczewce mamy tu komplet obecnej manii czyszczenia otoczenia z drzew. Skazane zostały „martwe”, „chore” i oczywiście te „zagrażające”. Oraz „ekspansywne” (dlaczego autor nie użył dosadniejszego słowa, inwazyjne?), czyli właśnie czeremcha amerykańska, dąb czerwony i robinia. Uderzające jest to zrównanie gatunków z inwazyjnej listy z „zagrażającymi”. Jakieś iście szatańskie nasienie, nieprawdaż? Do tego ta „utylizacja drewna”, o którą często w podobnych przypadkach głównie chodzi. Z drugiej strony, może być tak, że inwestor, czyli zapewne miasto Mielec, postanowiło zrekonstruować kawałek naturalnego lasu, żeby dzieciom i następnym pokoleniom móc pokazać, jak wygląda oryginalna polska małopolska przyroda. Nie wykluczam że tak było i jeśli to jest faktycznie rewilding, to trudno, amerykańskie dęby rubra etc., trzeba usunąć. Trudno mi jednak wierzyć, żeby faktycznie odbywała się tam rekonstrukcja pierwotnej flory – bo tamto paskudne słówko „rewitalizacja”, czyli jakby „przywrócenie życiu”, typowo oznacza coś przeciwnego. Rąbing. Jednak, jak napisałem, trzeba patrzeć w szczegóły.

Walka o (rzekomą) naturalność środowiska, w której lwom rzucone zostały robinie i dęby rubra, ma przecież w tle coś, o czym w publikacji „Roślinach obcego pochodzenia...” bodaj w żadnym miejscu się nie wspomina – to jest globalne ocieplenie sci. przegrzanie antropogeniczne. Nasze główne drzewo drewnodajne i w największej liczbie uprawiane w lasach, właściwie plantacjach, sosna Pinus silvestris (honoruję: faktycznie drzewo piękne i bardzo udane, również na tle innych sosen, chociaż niebezpiecznie ewolucyjnie igrające z ogniem, boć to pirofit!) jest u nas na granicy geograficznego zasięgu. Już przy obecnym poziomie ocieplenia, ok. 1,5 stopnia, zaczyna niebezpiecznie wysuwać się poza zasięg. To oznacza rosnąca wrażliwość tego drzewa na wszelkie patogeny. Jeszcze bardziej dotyczy to świerku, który do niedawna był „u siebie” (tj, w obszarze współgrającym z jego środowiskowymi upodobaniami) tylko w północno-wschodnim kresie Polski: Podlasie, Mazury, i w górach, ale tam też wyżej niż był masowo sadzony. Większość siedlisk teraz obsadzonych świerkiem, to miejsce dla buka i jodły; dotyczy to także Tatr, gdzie świerk rosnący na nieswoich miejscach został w ostatnich latach spustoszony, bardziej po słowackiej stronie, ale po naszej też. Ginięcie sosny i świerku, także brzozy, również jodły, tej z powodu nie ciepła, które lubi, ale suszy, będzie w miarę ocieplania i ucieczki wody narastać. Nasze lasy i udające las plantacje drzew – padną. Lepiej od sosen itd. zniosą to dęby, ale, wróżę, trzeba będzie przeprosić się z drzewami, które teraz są „obce”, a nawet „inwazyjne”. Może okazać się, że na piaskach gdzie od ciepła nie rośnie sosna, uda się tylko robinia. Podobnie obce dęby, np. bałkański cerris, mogą okazać się lepiej znosić nowy klimat, który bardziej niż Polskę z 1920 roku przypominać będzie obecną Bułgarię lub Azerbejdżan.

Właściwie to już teraz powinni od nas fachowcy i decydenci jeździć do Baku (Azerbejdżan, gorące lata, półpustynia z rzadkimi atakami zimna zimą) lub do Amarillo (Teksas, preria, wielkie skoki temperatur i sucho), żeby pilnie obserwować, które gatunki drzew tam się udają. I te gatunki powinno się zawczasu propagować jako leśne i przydrożne. Drzewa mają długi rozbieg, teraz posadzone, widoczne rozmiary osiągną w połowie tego wieku, a „rębne” będą w r. 2100. Ludzie odpowiedzialni za nie powinni przewidywać.


Dalej zdjęcia własne z mojej okolicy:


Robinia kolonizująca rumowisko pozostałe po budowie autostrady


Robina odrastająca z korzeni po próbach wyrównania i rekultywacji.

Imponujący szpaler dębów czerwonych


Największy dąb uhonorowany tabliczką pomnik przyrody

Czytanie...: wstęp na końcu

Czytanie różnych książek i internetów, i uwagi o nich.


« O Poniemieckiem Karoliny Kuszyk Bodhidharma i cesarz Wu »

komentarze

[foto]

1. Oxytree • autor: Maciej Nabiałek2020-03-23 12:18:01

Odnośnie drzew, to już jakiś czas temu pojawiły się ciekawe mutanty, tak zwane szybko rosnące drzewa tlenowe Oxytree na stronie sporo można o tych drzewach poczytać 
[foto]

2. Oxytree? • autor: Wojciech Jóźwiak2020-03-23 13:00:45

To jest krzyżówka dwóch gatunków Paulowni. Drzewo ciekawe, kilkanaście gatunków ze wsch. Azji, z klimatu cieplejszego niż nasz, ale skoro się ociepla, to może rokować. Jedno z najszybciej rosnących drzew. Krzyżówka po to, żeby się sama nie rozmnażała z nasion, co daje dwa zyski: nie zachwaszcza terenu (co paulownie "gatunkowe" robią) i daje wytwórcom monopol na opatentowane sadzonki. Czyli Oxytree to jest drzewo, które celowo wyhodowano dla celów przemysłowych. Obserwować, bez ekscytacji. Może się kiedyś przydać.
Nawet przymierzałem się, żeby 1 sztukę posadzić u mnie, ale wolałem platan.
[foto]

3. Dodalem zdjęcia • autor: Wojciech Jóźwiak2020-03-23 16:48:51

Dodałem zdjęcia z mojej okolicy: robinia, dąb czerwony.
[foto]

4. O nawłoci • autor: Edward Kirejczyk2020-03-23 17:19:02

zdanie w zdanie prawdziwe. Od ukrywających się saren ze 13-14 km od Pałacu Kultury, po święty spokój z muchami, komarami i kleszczami. Tylko ten kolor, jak z katalogu farb z czasów PRL ...

5. Inwazyjność itp • autor: Mechlinski.pawel2020-04-01 03:32:30

Inwazyjność jest pojęciem często wiązanym także ze wskazaniem na niedostosowanie do istniejących łańcuchów troficznych. Dobrym przykładem są wspomniane słabo gnijące liście dębu czerwonego. Co prawda po czasie należy się spodziewać, że ekosystem się dostosuje do zmian i w tym kontekście gatunki "inwazyjne" rzeczywiście mogą się stać w przyszłości nową podstawą, nowych miejscowych sieci ekologicznych. Niemniej gdyby zaczęły nagle stanowić znaczny % biomasy w systemie (co praktycznie nie będzie miało miejsca) mogłyby "zagłodzić" nieprzystosowane do ich spożywania inne rodzime gatunki. Wydaje mi się, że właśnie ten argument, związany z ochroną gatunków rodzimych, jest najczęściej wysuwany przez instytucje opowiadające się za tępieniem gatunków inwazyjnych.
Co do Oxytree to sam zasadziłem jedną sztukę w ogrodzie tej jesieni. :-) Czekam aż się wiosna na dobre zacznie, żeby zobaczyć, czy przeżyła zimę i czy rzeczywiście rośnie tak szybko jak jest reklamowana. Ze zdjęć duża hybryda paulowni nie przypomina niczego co normalnie rośnie u nas.
[foto]

6. Paulownia • autor: Wojciech Jóźwiak2020-04-02 09:31:24

Paulownia to taka kapusta na kiju.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)