Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

13 stycznia 2007

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Pierwsze kroki szamana

Pierwsze kroki szamana
'Droga Szamana' Michaela Harnera po polsku

Kategoria: Nowy szamanizm
Tematy/tagi: ayahuascaHarner

  (1)    2    dalszy >  

Wydawnictwo Dolnośląskie wydało książkę "Droga szamana" ('The Way of the Shaman') Michaela Harnera. Książka jest ważna, ponieważ wielu właśnie od jej ukazania się w 1980 roku datuje początki ruchu zwanego neoszamanizmem, a więc szamanizmu współczesnego "białego" człowieka. To dobrze, że ta książka stała się dostępna po polsku, szkoda tylko, że tak późno - 27 lat po oryginale, całe pokolenie minęło i innym okiem patrzy się już na tę iście klasyczną pozycję.

Na tle mnóstwa książek napisanych na temat szamanizmu i ogólnie, obyczajów i praktyk ludzi zwanych pierwotnymi, książka Harnera wyróżnia się tym, że była pierwszą napisaną nie jako relacja z obcego egzotycznego świata, ale jako podręcznik zachęcający do naśladowania i do uczenia się, i jako podręcznik zawiera obszerne ćwiczenia, instrukcje i relacje tych, którzy podobne warsztaty prowadzone przez autora przeszli. Takich książek napisano więcej, ale chyba wszystkie już po Harnerze, który przetarł ścieżkę. Bez inspiracji Harnerem nie byłoby też dwóch podręczników naszego szamanizmu napisanych w Polsce, mam na myśli książkę Roberta Palusińskiego "Szamanizm w praktyce" (1999) i moją "Warsztaty szamańskie..." (2002). Michaela Harnera nie poznałem, ale pierwsze ćwiczenia, które w tej sztuce robiłem pod kierunkiem moich nauczycieli, podróże bębnowe do dolnych światów w poszukiwaniu zwierzęcia mocy, prowadzone były dokładnie według instrukcji z "Drogi szamana". Mam więc wobec jej Autora dług wdzięczności.

Szamanizm spopularyzowali głównie trzej autorzy: najpierw Mircea Eliade, który swoją książką "Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy" (1951, pol. przekład 1994) na długo ustalił pewien kanon myślenia o szamanach. Po nim Carlos Castaneda od roku 1968 snuł opowieści o swoich praktykach u Don Juana, które wkrótce okazały się literacką fikcją, a ich autor tricksterem-fantastą, co nie przeszkodziło do dziś wielu uważać go za swego mistrza. Trzeci był właśnie Harner i czytając jego książkę ma się wrażenie, że starannie wyciągnął wnioski z porażki Castanedy: jego opowieści wolne są od cudowności, instrukcje do "czarowniczych" praktyk proste i sprawdzone, a cały przekaz gęsto udokumentowany cytatami z prac antropologów całkiem jak w naukowej monografii.

Przy okazji, zauważmy spóźnianie się polskich przekładów: "Szamanizm..." Eliadego: 43 lata, "Nauki Don Juana" Castanedy 23 lata, i teraz "Droga szamana" Harnera, która musiała aż 27 lat czekać.

Wszyscy trzej autorzy kolejno narazili się naukowemu estebliszmentowi: Eliade (zm. 1986) był krytykowany za przemycanie swojej "osobistej religii" w przebraniu nauki; Castanedzie udowodniono oszustwo i cofnięto dyplom doktorski; Harner też znalazł się pod obstrzałem, odkąd zamiast uprawiać naukę, zajął się w swoim instytucie przeprowadzaniem ludzi przez imaginacyjne tunele i równoległe rzeczywistości.

rys. Michael Harner
Michael Harner z grzechotką około 1980 r.,
fragment ilustracji z książki,
rys. Barbara Olsen
Harner jest znany z dwóch książek, które napisał: druga to "Hallucinogens and Shamanism", oraz jako szef założonej w 1985 r. fundacji Foundation for Shamanic Studies. Ciekawe, że o ile Castaneda panicznie unikał wszelkich zdjęć, o tyle Harner znany jest głównie z jednego swojego zdjęcia zdobiącego jego internetową witrynę: budzący zaufanie pan około 50-60 lat wpatrzony w wielki bęben. Niedawno pojawiło się drugie jego zdjęcie, przedstawiające go wyraźnie starszym. Nie znalazłem informacji kiedy się urodził - zapewne około 1930 roku. [27 kwietnia 1929 - patrz Wikipedia angielska, hasło o M.H. - przypis WJ ze stycznia 2008.] W roku 1957 odbył swoją pierwsza podróż badawczą do Indian Ekwadoru, rok 1961 zaś podaje jako początek swej własnej szamańskiej drogi. Pisząc "Drogę szamana" miałby więc około pięćdziesiątki. Wskazówki te wydają mi się ważne, ponieważ omawiana książka jest wyraźnie upozowana na dzieło ponadczasowe, na istną "biblię" neo-szamanizmu, warto więc mieć pojęcie, jakie osobiste doświadczenia Autora mogły za nią stać - tym bardziej, że w książce Harner te właśnie osobiste doświadczenia dawkuje nader skąpo. O ile więc twórczość Castanedy była mistyfikacją, to Harner zarówno swoją książkę, jak i siebie samego upozowuje na ikonę.

Znamy powiedzenie Alfreda Hitchcocka, że na początku powinno być trzęsienie ziemi, a potem w filmie napięcie powinno rosnąć. Książka Harnera zaczyna się wprawdzie od "trzęsienia ziemi" czyli od jego ayahuaskowych inicjacji (w tle których odbywa się - a jakże! - faktyczne trzęsienie ziemi...), ale potem już cały przekaz łagodnieje, a szamanizm okazuje się pożyteczny i przyjazny. Miejsce przygód w dżungli zajmują opisy "podróży" bębnowych, które - nie łudźmy się - bywają równie nudne jak wysłuchiwanie cudzych snów, a miejsce osobistych przeżyć - cytaty z literatury etnologicznej. Kolejne opisy ćwiczeń i zajęć są coraz bardziej techniczne i znaczna część tekstu jest "takim sobie" podręcznikiem. Nie wydaje mi się, żeby taki układ był przypadkiem, przeciwnie, sadzę że jest w nim ścisły zamysł Autora, który przez to daje czytelnikom do zrozumienia, że wszystkie jego niesamowite przygody z szamanami, z prawie-śmiercią od ayahuaski, z inicjacją pod kurtyną wodospadu, z tymi psami, którym Indianie obwiązywali pyski żeby szczekaniem nie zakłóciły ayahuaskowego seansu - że to wszystko "nie uszkodziło" go i nie uczyniło jakimś diabolicznym guru, lecz przeciwnie, wciąż pozostaje godnym zaufania szefem porządnej firmy, tyle że sprzedającej akurat nie odkurzacze, a sesje bębnienia.

Wizja, którą miał Harner "pod ayahuaską" należy do najbardziej znanych, bo inne - innych autorów - jednak wydano w mniejszych nakładach. W tej wizji zobaczył bestię podobną do krokodyla, z paszczy której wylewała się grzmiąca kaskada wody. Znamienne, i uważam to za ważny element harnerowskiego przekazu, iż pisze on, że kiedy następnego dnia przyszedł do siebie, to popłynął łodzią do sąsiadów-misjonarzy, którzy kiedy im opowiedział swe wizje, odczytali mu fragment z Biblii, z Objawienia św. Jana, zawierający dość podobny opis bestii i grzmiącej wody. Intencja Autora jest tu przejrzysta: oto dowodzi on swoją opowieścią, iż źródło jego szamańskich przekazów, owe "dzikie" wizje od ayahuaski, które przeciętny obywatel mógłby niesłusznie kojarzyć i z dzikością "prymitywów" i z narkotykami, w istocie są zgodne z nauką Biblii! Tym bardziej, że po angielsku odpowiednia jej księga nazywana bywa zachęcająco "The Book of Revelation", Księgą Objawienia, a nie jak po polsku groźnie "Apokalipsą". Więc już na początku Harner dostaje dla swoich szamańskich nauk imprimatur od misjonarzy.

Kiedy Harner pisał książkę, niewielu Białych w ogóle słyszało o ayahuasce, a brała ów enteogen i doświadczyła jego działania jakaś garstka. "Turystyka halucynogenna" do Amazonii rozkręciła się dopiero później, do czego zapewne Harner się swoją opowieścią przyczynił. Po latach i po napływie kolejnych relacji i doświadczeń widać jednak, że Harner wtedy około 1960 roku sam był typowym halucynogenowym turystą. Z jego opowieści nie wynika, żeby ze "swoimi" Indianami z narodów Conibo i Jivaro nawiązał jakieś bliższe, serdeczniejsze więzi. W opowieści pojawia się stary Conibo, który pierwszy mówi Autorowi, iż ten "z pewnością zostanie szamańskim mistrzem" i inne ważne informacje. Ale Harner nawet nie podaje nam, jak ów "bosonogi szaman" miał na imię! Albo nie wiedział, będąc przypadkowym gościem, albo nie zapamiętał, albo uznał za nieważne dla zauroczonego czytelnika - nie wiem, co większy obciach...

Harner nie wspomina też, żeby po pierwszym wzięciu ayahuaski nastąpiły następne; nie wspomina o żadnym dłuższym treningu pod okiem doświadczonego przewodnika, przynajmniej w tej książce. Raz wziął, zobaczył coś, co się okazało być w zgodzie z Biblią (tamtego smoka) i z nauką (stwory które przemawiały jakby były molekułami DNA) - i porzucił te doświadczenia. Znów nasuwa się pytanie: dlaczego? Znawcy enteogenów (którzy zostali nimi być może pod wpływem lektury Harnera!) zgodnie twierdzą, że jedno wzięcie, choć często bywa tym najbardziej dramatycznym i pełnym kosmicznych wizji, oczywiście nie wystarcza. Konieczne jest zintegrowanie stanu, który wtedy się przed osobą chwilowo otwiera. Na miejscu jest tu porównanie z treningiem zen, gdzie należy pilnie praktykując dojść do momentu, w którym na powrót "góra jest górą a rzeka rzeką". Ayahuaskowi curanderos biorą się za uzdrawianie ludzi mając za sobą raczej sto "podróży" niż pierwszą...

Aż strach wypowiadać takie twierdzenie, ale Michael Harner jaki jawi się spoza "Drogi szamana" wydaje się być "niedooświeconym", kimś, kto zobaczył Świat Wiedzy, przeraził się go, ale impuls idący stamtąd był tak mocny, że postanowił samemu stworzyć coś na podobieństwo... I stworzył. - Uważam, że należy mu to wybaczyć jako pionierowi.

Że halucynogeny (czy jak wolimy, enteogeny) nader często częstują swoich "braczy" wizją śmierci, doświadczeniem umierania, to wiadomo. Nie bez powodu sama ayahuaska tak się nazywa, co w miejscowym języku znaczy "pnącze umarłych". Nie jest więc dziwne, że przy pierwszym braniu Harner był przeświadczony, że umiera. Nie słychać jednak, żeby ayahuaską ktoś się faktycznie śmiertelnie zatruł. Nie słyszałem też nic o stosowaniu odtrutek i nikt prócz Harnera nie donosił, żeby prowadzący ceremonię mieli przygotowane te odtrutki i ratowali nimi poszkodowanych. Jego zawarta w książce opowieść o zatruciu i odratowaniu wygląda raczej na konfabulację, nie dziwną wziąwszy pod uwagę, w jakiej sytuacji znalazł się młody i pewnie zestresowany podróżnik. Brakuje mi też w jego relacjach choćby wzmianki o komunikowaniu się z Indianami. Czy wszyscy wraz z Autorem biegle znali hiszpański? Bo wiadomo, że do dziś wśród tubylców różnie z tym bywa. Czy Harner nauczył się po konibsku i hiwarsku? Wątpię, takim wyczynem pochwaliłby się. Bo przecież nie mogło być jak w przygodowych filmach, że jego mentorzy mówili po angielsku! Powstaje więc problem, czego właściwie Harner dowiedział się od tych Indian, co z tamtych wycieczek wyniósł, i czy szamanizm który stworzył, nie był kompensacją jego niepowodzeń na drodze naukowca-etnologa? Potwierdzałaby to zaledwie krótka wzmianka o późniejszych wycieczkach do Ekwadoru, tak jakby następne staże w Amazonii niewiele już nowego wniosły, a i kolejni tubylczy nauczyciele nie byli warci upamiętnienia.

Michael Harner pozostaje uczniem Eliadego, który jako chyba pierwszy upowszechnił pojęcie szamanizmu jako w miarę jednolitej formacji kulturowej rozciągającej się na ogromnych obszarach świata, szamanizmu jako "najstarszej religii" człowieka, która jako taka jest właściwie jego pierwotną i naturalną religią, i nawet nie religią, a faktycznym obcowaniem z bóstwami i duchami. We wstępnie Harner pisze wprost: "Metody szamańskie są do siebie zaskakująco podobne na całym świecie, nawet u ludów, których kultury pod wszystkimi innymi względami całkowicie się różnią, i które od dziesiątków tysięcy lat oddzielone są od siebie oceanami i lądami". Skoro tak jest, to tym samym w XX i XXI wieku szamanizm okazuje się być dziedziną wolną od współczesnego przekleństwa relatywizmu, bo jako wspólny wszystkim ludom dostatecznie nieskażonym przez cywilizację, musi być ugruntowany w genach Homo Sapiens i nie wymyślony, ale dany nam wprost przez Matkę Naturę. Cóż może być lepszego na tle post-nowoczesnej dowolności! (Ale właśnie ten punkt eliadyzmu-harneryzmu był najbardziej kontestowany przez etnologów, którzy jednak wśród pierwotnych kultur widzą więcej różnic i róznorodności - niż podobieństw, które by można skwitować wieloznacznym hasłem "szamanizm".)

Praktyczne wnioski wynikają wprost z tamtego założenia: skoro Miejscy Biali nie mają swojego szamanizmu, należy go przywrócić i powinny w nim się znaleźć praktyki szamańskie wzorowane na tych stosowanych we wszelkich regionach świata - bo przecież szamanizm "jest jeden". I tak Harner, który pierwsze szamańskie kroki stawiał w Amazonii, swój własny system stworzył wzorując się głównie na źródłach z ojczyzny - na praktykach Indian z Północnej Ameryki. Imaginacyjne podróże do podziemi mają pierwowzór u Indian Zuni, Bellacoola, Hopi, a odpowiedniki u Eskimosów, a także u "macierzystych" dla Harnera Conibów. Główna harnerowska praktyka, bębnienie, nie ma wyraźnych etnicznych pierwowzorów i na pewno nie pochodzi od Conibów ani Jivarów, bo Amazończycy nie używają bębnów. Wydaje się, że jest to przede wszystkim własna praktyka Harnera, co zresztą jej i jej autorowi niczego nie ujmuje. Zwierzę mocy jest adresatem praktyk u większości chyba ludów Północnej Ameryki. Ceremonia przywracania mocy z pomocą "łodzi duchów" pochodzi od Saliszów, jednego z ludów tzw. Północno-Zachodniego Wybrzeża (Ameryka Północna zdumiewa brakiem adekwatnych nazw swoich krain geograficznych i kulturowych). Od tychże Saliszów pochodzi testująca osobistą moc gra w kości. Wysysanie chorób lub przeszkód Harner wziął od swoich Ekwadorczyków, ale jest to praktyka znana jak się zdaje w całej tubylczej Ameryce. Także amerykański-indiański jest zwyczaj noszenia "leków" w woreczkach na szyi.

Tak wyglądają bezpośrednie inspiracje neo-szamanizmu Harnera: jak widać pochodzą z paru punktów obu Ameryk. Prócz tego w swojej książce przytacza on przykłady istnienia podobnych praktyk głównie w Australii (tzn. u tubylców australijskich czyli Aborygenów), u Eskimosów, którzy też są przecież Amerykanami, i u południowo-afrykańskich Buszmenów. Jest kilka wzmianek o Syberii, do których wrócę osobno. Jak widać, mimo zapewnień o ogólnoświatowym zasięgu szamanizmu, Autor stosuje wyraźny wybór: tubylcza Ameryka Północna, w mniejszym stopniu Australia, plus wzmianki o Buszmenach. Zastanawia brak Polinezji, a więc i huny, a przede wszystkim murzyńskiej Afryki i wywodzących się stamtąd nowych amerykańskich "religii opętania"; tutaj Harner idzie śladem Eliadego, który grubą kreską odciął pierwotne kultury "szamańskie" od "nawiedzeniowych" kultur Afryki.

W książce Harnera i w jego praktycznym systemie brakuje Syberii, tej w pewnym sensie ojczyzny szamanizmu, jako że stamtąd pochodzi samo słowo szaman i wzorzec tej "sztuki", który dopiero później etnologowie przykładali do praktyk ludów z innych kontynentów. Przyczyny nietrudno się domyślić: Rosja była za żelazną kurtyną nie tylko wrogiego ustroju, ale także obcego języka, pisma i stylu życia. Doniesienia z Syberii, które cytuje, są ułamkowe i dawne, domyślamy się w nich realiów jeszcze przedrewolucyjnych. To jeszcze nie jest uchybieniem; ważniejsze, że Harner nie zna, nie czuje i nie bierze pod uwagę "ducha" syberyjskiego szamanizmu, jego charakterystycznego "gotyckiego", mrocznego i dramatycznego tonu, który mimo to przebija nawet z tych skąpych słów, które Autor przytacza. Nganasańska wizja "siedmiorga nagich mężczyzn i kobiet, którzy śpiewając szarpali (nie: "rozszarpywali" - Tłumaczko!) zębami swoje ciała" kontrastuje z całą wręcz pozostałą treścią książki! A to jest właśnie czysta Syberia! - poza życiem i śmiercią, poza logika i estetyką, poza ładem i cierpieniem, poza społeczeństwem, tak jak sami tutejsi kam i tadebja. Harner chociaż wykłada szamanizm, ani razu nie wspomina o dwóch rzeczach, bez których syberyjski szamanizm nie istnieje: o szamańskim transie czyli kamłaniu, i o szamańskiej inicjacji, która jest przejściem przez śmierć (i w ogóle temat inicjacja w jego książce właściwie się nie pojawia).

Wreszcie zauważmy, że od czasu książki Harnera repertuar działań stosowanych przez neo-szamanów powiększył się. Harner nie opisuje żadnych praktyk związanych z ogniem, ani te, które opisuje, nie odbywają się w kręgu wokół ognia; nie wspomina o chodzeniu po ogniu - fakt, że ten obyczaj upowszechnił się w Ameryce sporo później niż jego książka. Nie wspomina o szałasie potu, który w międzyczasie wszedł do neoszamańskiego standardu, mimo protestów samych Indian, że im Biali kradną ich świętość. Przybyła przywrócona przez Victora Sancheza mocna praktyka, jaką jest zakopywanie się do ziemi, czyli "grób wojownika". Przybyły transowe marsze, biegi i tańce w kręgu. W książce Sancheza dostępnej także po polsku, "Nauki Don Carlosa", znajdziemy dużo więcej praktycznych ćwiczeń niż u Harnera.

"Droga szamana" - tak, ale czytając tę książkę teraz, ma się wrażenie, że w istocie był to sam początek tej drogi. Ale od czegoś trzeba zacząć i pierwsze kroki, które pokazuje Harner, nie są złe.

Wojciech Jóźwiak
adres
13 stycznia 2007


dalej: Errata książki "Droga szamana" Michaela Harnera »



Książka omawiana:
Michael Harner. "Droga szamana" (The Way of the Shaman 1980)
Wrocław 2007, Wydawnictwo Dolnośląskie



  (1)    2    dalszy >  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)