Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

03 czerwca 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Sąsiadki przychodziły do domów...

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: obyczaje

« Tragedia w klimacie zdumiewającej beztroski Wycieczki w głąb siebie (1) »

         W "Newsweeku" z okazji Dnia Matki ukazał się tekst Pauli Szewczyk „Mojej mamy i moje życia równoległe” poświęcony różnicom między pokoleniami PRL-owskich matek i obecnym ich córek. Tekst nie jest szczególnie interesujący ze względu na nieumiejętność odróżnienia przez autorkę zjawisk występujących w jej konkretnym środowisku, od zjawisk właściwych dla społeczeństwa całego kraju. Można przeczytać go tu:

http://opinie.newsweek.pl/dzien-matki-prl-idealne-matki-macierzynstwo-polek,artykuly,363883,1.html

         Mimo że autorce nie udało się zobiektywizować swojej i matki sytuacji, nie zasłużył na pełne pogardy uwagi na FB w rodzaju „Dawno nie czytałam takich bredni”. A poszło o pewien fragment wspomnień matki autorki, w których wypowiada się o wścibskich sąsiadkach. Brzmi on tak: „Zapytałam mamy, czy jako młoda kobieta czuła presję, by łączyć wychowanie dzieci z karierą, przy tym świetnie wyglądać, mieć czas na hobby i wyjścia do koleżanek. Powiedziała, że owszem, presję dało się wyczuć, ale przede wszystkim w kwestii porządku. Sąsiadki przychodziły do domów pod różnymi pretekstami, a tak naprawę sprawdzały, czy kurz na meblościance jest idealnie starty, zasłony wyprane i obiad ugotowany. Były i takie, które zaglądały w garnki, podobnie zachowywały się w odwiedzinach teściowe”

         Jeden z oburzonych dyskutantów napisał wręcz: „Co to kogo obchodzi, czy ja mam w domu kurz na meblościance, czy też obiad ugotowany. Dlatego nigdy nie przyjmuję osób nieumówionych z wyjątkiem mundurowych i kurierów”, dając tym świadectwo kompletnego niezrozumienia, o co chodziło z tymi sąsiadkami i w ogóle co ich obecność oznaczała.

         Problem nie wynikał z właściwości natury ludzkiej, czyli wścibstwa niektórych kobiet, jak zdaje się sądzić większość czytelników, a właściwie znakomicie został w tę ludzką (nie tylko kobiecą!) naturę wpasowany dzięki propagandzie pewnych ideologicznych założeń komunizmu. Otóż filozofia leżąca u podstaw tej ideologii zakładała, że pojedynczy człowiek nie do końca zdaje sobie sprawę ze swoich potrzeb. Potrzeby człowieka właściwie ocenić może jedynie kolektyw. Bo czy na przykład niepiśmienny obywatel zdaje sobie sprawę z konieczności nauczenia się czytania i pisania; czy ktoś, kto żyje przy lampie naftowej, kładąc się spać z kurami, docenia dobrodziejstwa powszechnej elektryfikacji kraju? Oczywiście że nie! (Nawet współczesna ja osobiście nie czułam potrzeby posiadania zmywarki, dopóki nie kupiono mi jej w prezencie). Oceny moich i społecznych potrzeb najlepiej dokonują inni, a właściwie ich zbiorowość, co stanowi tzw. mądrość ludu. Ze wsparciem kolektywu nawet kucharka może rządzić państwem — powiadano nawiązując bodajże do słów Lenina. „Jest niemożliwym egzystować w społeczeństwie i jednocześnie być wolnym od niego.” – pisał podobno gdzieś indziej. W świetle takich stwierdzeń niewpuszczanie do domu społecznej opinii było mocno naganne.

         Reprezentantem kolektywu jest władza pochodząca w komunizmie nie od Boga, a od społeczeństwa (teoretycznie oczywiście). Tak więc w b. ZSRR, Chinach i innych krajach tzw. demokracji ludowej (demoludów) – w jednych bardziej, w innych mniej – widoczna była zasada mówiąca, iż każdy członek społecznego kolektywu ma prawo i obowiązek śledzić swoje otoczenie, odnajdywać w nim nieprawidłowości i reagować na nie w imię postępu.

         Stąd też brały się osławione samokrytyki, składane na zebraniach partyjnych (i innych), gdzie doniesienia kolektywu były analizowane, dyskutowane, a zjawiska uznane za nieprawidłowe potępiane, dopóki osoba poddana krytyce nie zrozumiała stawianych jej zarzutów i nie zaakceptowała ich dobrowolnie, czego podsumowanie stanowiła samokrytyka.

         Szczególnie jaskrawo zjawisko to wystąpiło w Chinach, a przykłady z życia wzięte takich działań kolektywu znakomicie opisane zostały w wielu powieściach i autobiografiach wydawanych za granicą. Widoczne było także bardzo wyraźnie na terenie b. ZSRR, gdzie każda sklepowa miała władzę pouczania klientów o obowiązku wycierania nóg na wycieraczce, zasłaniania ust przy kaszlu oraz wielu innych powinnościach nieznanych przybyszom z innych krajów, jak np. zakaz opierania się o ladę i spluwania w innych miejscach, poza ustawionymi spluwaczkami.

         Kiedyś nie chciano wypuścić mojej wycieczki z wagonu sypialnego na stacji Odessa, ponieważ nie złożyliśmy w odpowiedniej wielkości kostkę pościeli i nie odnieśliśmy jej za pokwitowaniem konduktorce, tylko bezczelnie próbowaliśmy zostawić w wagonie spowodowany przez siebie indywidualistyczny bałagan — każda pościel złożona wg własnych zwyczajów: część od strony okna, część w nogach leżanek.

         Takie też było źródło postępowania personelu w hotelu w Dreźnie na terenie b. NRD opisane w 12 odcinku II sezonu Babci ezoterycznej „Enerdówek 2013”. http://www.taraka.pl/enerdowek_2013 , gdy żądano ode mnie, bym nalała kawy do białej filiżanki, a nie do przezroczystej, jakich używam w domu, przeznaczonej na herbatę, zastępując mi drogę w obawie, że wyjdę zanim nie zmienię swojego nieprawidłowego postępowania. Żądano ode mnie także odniesienia brudnych talerzy na wskazane miejsce, co było niemożliwe chociażby z tego względu, że posługując się dwoma kulami musiałam zejść z kilku stromych schodków i celem zabrania talerzy musiałabym mieć dodatkowe dwie ręce.

         Polska w tym ideologicznym otoczeniu była całkiem znośnym krajem, a wścibskie sąsiadki stanowiły niemiły, ale względnie nieszkodliwy przejaw. Mogły donieść wprawdzie temu i owemu to i tamto, zepsuć trochę opinię, ale poza terenem szkół, gdzie „trójki klasowe” miały nieco większe wpływy — na ogół poza uprzykrzaniem życia nikomu nie mogły poważnie zaszkodzić.

         W czasach, gdy za PRL mieszkałam w mieszkaniu kwaterunkowym, obowiązywały przepisy, że osoba nocująca u gospodarzy miała obowiązek zgłosić ten fakt w odpowiednim urzędzie. Kiedy więc mój narzeczony przed ślubem „zasiedział się” u mnie do północy (robiliśmy kanapki na przyjęcie poślubne, nic zdrożnego), wredna sąsiadka, gromadząca argumenty za eksmisją naszej rodziny (chciała rozszerzyć swój obszar przyznany przez kwaterunek) zrobiła donos i pojawiła się policja celem sprawdzenia, czy rzeczywiście nocuje u naszej rodziny ktoś niezameldowany. Zostali poczęstowani kanapkami i odeszli ku niezadowoleniu sąsiadki.

         Gorzej było w ZSRR. Do teściów przyjechała kiedyś w latach sześćdziesiątych spokrewniona polska rodzina z Wołynia i nie zastała ich w domu, bo akurat wyjechali z Warszawy. Zadzwoniła do nas ich sąsiadka, że siedzą na schodach: rodzice i troje małych dzieci. Mąż prosił, żeby wsadziła ich do taksówki i podała nasz adres, a my zapłacimy taksówkarzowi. Niestety, Wołyniacy nie chcieli ruszyć się z tych schodów, bo, jak tłumaczyli, mieli bumagę na ten adres. W końcu po długich targach i przekonywaniu, że u nas jest inaczej i władzom radzieckim nikt nie doniesie, przyjechała matka z dziećmi, ale ojciec rodziny warował na tych schodach do rana i co wieczór na nie się udawał, aby spędzić noc tam, gdzie wskazano w bumadze. Tak było przez dwa dni, dopóki nie wrócili teściowie.

         Hołubienie przez władzę wścibskich sąsiadek miało głębokie uzasadnienie. Łącznikiem między nimi a władzą zazwyczaj byli gospodarze domów, z których wielu współpracowało z „służbami”, powodując iż w miejskim blokowisku niewiele było w stanie się ukryć, podczas gdy dzisiejsi gospodarze czasem nie wiedzą do kogo należy samochód blokujący podjazd potrzebny Straży Pożarnej czy innym służbom, co w tamtych czasach byłoby nie do pomyślenia.

         Współcześni dyskutanci na FB, nie znając kontekstu ówczesnej sytuacji politycznej, dziwią się, że w ogóle takie sąsiadki wpuszczano do domu, skoro najprościej, jak im się wydawało, było nikomu nie otworzyć. Pomijając fakt, że drzwi wejściowe zwyczajowo na ogół były otwarte, gdy ktoś był w mieszkaniu, sam pomysł, że komuś można było nie otworzyć, gdy zadzwonił do drzwi, był tak odległy od ich mentalności, że aż nie do przełamania.

         Mój osiemdziesięcioparoletni teść jeszcze w latach dziewięćdziesiątych w m. stołecznym Warszawie w centrum Żoliborza nie dawał sobie wytłumaczyć, żeby nie otwierać drzwi dzwoniącym do nich nawet nieznajomym (Jak mogę komuś nie otworzyć? Może ma on do mnie ważną sprawę?), skutkiem czego otwierał bandom wyrostków opróżniającym mu bezczelnie portmonetkę.

 

         Konkluzja mojej opowieści jest taka. Opowiadając o czasach słusznie minionych, warto zdać sobie sprawę z zupełnie innej ówczesnej filozofii życia, spojrzeć na opisywane zjawisko szerzej, a nie tylko z punktu wiedzenia współczesnego „ja” arogancko pewnego siebie i swojej odrębności oraz swoich praw. Odrębność i indywidualność podobna do dzisiejszej po prostu nie istniała; prawa jednostki były mgławicą dostępną do wykorzystania przez silniejszych a przeciwstawianie się ogółowi rodziło następne i kolejne kłopoty... Lepiej było więc czasem wpuścić te sąsiadki...

         Podstawowa różnica między PRL, zwłaszcza wczesnym, a współczesnymi nam czasami (choć w różnych środowiskach różnie bywało) polegała na tym że kobiety były mniej wymagające, jeśli chodzi właściwie o wszystko. Akceptowały świat, w którym żyły, ze wszystkimi często idiotycznymi wymaganiami wobec nich, bo nie wyobrażały sobie, że może być inaczej, że mają jakieś prawa i mogą czegoś się domagać. Wmawiano nam, że i tak osiągnęłyśmy wielki społeczny postęp, bo możemy pracować nawet w dawniejszych męskich zawodach i głosować, i nikt nas nie wyzyskuje i nie upokarza, jak w kapitalizmie. Przecież nie było już służących, tylko pomoce domowe, dozorców, tylko gospodarze domów — cała ta zmiana nazw dowodziła troski o człowieka. I także my, młode, głupiutkie dziewczyny nabierałyśmy się na te nazwy, jak teraz inne młode głupie dziewczyny na reklamowe hasła w rodzaju „jesteś tego warta”. W ślad za wymyślonymi nowymi nazwami i wówczas i dziś szła nieuświadomiona praca umysłu gromadząca przykłady na to, że musimy nowoczesności sprostać (a obecnie coś, co podnosi naszą wartość, kupić). Istniało nawet słowo-wytrych na wzorzec „nowoczesna kobieta”. Nowoczesna dziewczyna pracowała i wypełniała wszystkie swoje obowiązki (łącznie z praniem na tarze w balii w przedpralkowej epoce). O sobie niewiele myślała. Jak pisze autorka wspomnianego na wstępie artykułu:

Jaka siłownia?” odpowiedziała mi mama, kiedy zapytałam jej, czy dbała o sylwetkę i formę. Kiedy kobieta przytyła po ciąży, mówiło się, że to normalne, mąż witał nowe kilogramy żartem „mam więcej do kochania” - mówiła. Sama nie pamięta, by rozkładała w domu maty i wykonywała jakieś ćwiczenia. Chętnie chodziła do kina, na spacery, jeździła do lasu na grzyby, ale nigdy z nastawieniem, że musi być aktywna i fit.” Ja dodam do tego, że powszechnie robiono też przetwory domowe z owoców i grzybów — stąd wycieczki do lasu miały też praktyczną stronę — a także w wolnych chwilach (były takie!) szydełkowały i robiły na drutach oraz same szyły, jeśli chciały ładnie wyglądać.

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-06-05)



« Tragedia w klimacie zdumiewającej beztroski Wycieczki w głąb siebie (1) »

komentarze

1. Powroty do przeszlości • autor: Nierozpoznany#6802015-06-04 12:19:53

.... nie są moją ulubioną bajką. Ale tez nie można jej wymazać gumką Myszką. Każdy ma inną przeszłość i inaczej na nią reagował wtedy jak i teraz, myśląc o wspomnieniach.
Chcę żyć TU I TERAZ, choć to trudne. Uciekam też od "dzielenia włosa na czworo"
Serdecznie Panią pozdrawiam Jolanta.

2. uboczny wątek • autor: Jerzy Pomianowski2015-06-09 00:13:31

Fajnie powspominać czasy komuny. W mojej poniemieckiej dzielnicy willowej nikt do 1990r  nie wpadł na pomysł zamykania furtki na klucz. Dom od wewnątrz zamykano dopiero na noc. Teraz nawet kubły na śmieci są zamykane. Powstają osiedla bogaczy bronione przed dostępem plebsu jak w Brazylii. Jakieś szaleństwo nas dopadło.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)