Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 listopada 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Czarownic mamy najwięcej w Facebooku (1)


« Koń jaki jest (2) Współczesne czarownice (2) »

         Czarownic mamy najwięcej w Facebooku. Ja już poznałam kilka, na ogół młode i ładne – sądząc z fotografii. Nawet kiedy przemalują swoje buzie na zielono i czarnym tuszem wyrysują zmarszczki. Niestety, nie chcą napisać na swojej osi czasu jak czarują, widać uważają to za tajemnicę handlową. Lubią na przykład Heyach, T-Mobile, jakieś sklepy z butami, jakby miotły do kontaktów z siłami pozaludzkimi im nie wystarczały, a latać można też boso jakby co. Zachęcają do grania w jakieś gry. Reklamują to i tamto. Nie napiszą jednak, skubane, czy istotnie latają w powietrzu i jakie maści do tego latania stosują.  Przyjaźnią się z wilkami, lubią w każdym razie ich zdjęcia. Koty, nawet czarne, już chyba w tym świecie, nie są modne. Cytują jakieś inspirujące (podobno) myśli w rodzaju: „miej własne zdanie”, w dodatku nie własne, tylko zaczerpnięte z internetowego zbiorku (jak dotychczas jednego tylko!). No pewnie, dziewczyno, gdybyś takie własne zdanie miała, nie zapisałabyś się do Facebooka jako czarownica Lola (imię zmienione) tylko wymyśliłabyś coś mniej modnego i bardziej indywidualnego. Miałabyś własne mądre myśli, a nie wyszperane u kogoś.

Holenderskie czarownice na lampie (zwraca uwagę sąsiedztwo książek z astrologii!)

         Wątpię też w ich umiejętności czarowania tych czarownic, ponieważ problemy mają takie jak wszyscy. Narzekają na Tuska (ze złości piszą go z małej litery) i szarą rzeczywistość, protestują przeciwko wczesnemu wysyłaniu dzieci do szkoły, pasjonują się zdrowym żywieniem zamiast zaczarować byle jakie jadło, żeby było zdrowsze, albo wręcz je wyczarować, żeby nic nie kosztowało. Kiedy popadają w sentymentalny nastrój, bredzą coś o takim czy innym świętym i jego światłym przykładzie męczeńskiego umierania, nie zdając sobie sprawy, że są wyklęte przez Kościół za samo swoje miano. Cieszą się jakimiś dyniami i generalnie rzecz biorąc są za Halloween czyli po prostu przebierają się za czarownice. Na udostępnianych obrazkach są młode i śliczne oraz seksowne – co zapewne jest wynalazkiem męskim. Postanowiłam jednak podejść do zagadnienia naukowo i spróbować je sklasyfikować. Myślę, że wszystkim czarownicom, także Loli (imię zmienione) przyda się wiedza, gdzie w hierarchii się znajdują i na jakim są etapie wtajemniczenia.

Holenderska wiedźma (zwraca uwagę towarzystwo sylwetki czarnego ptaka zapobiegającego rozbijaniu się o szyby)

         Zacznę oczywiście od informacji z książki „Demonologia germańska. Duchy, demony i czarownice”, którą otrzymałam dzięki uprzejmości autora, Artura Szrejtera (o innych jego książkach pisałam w „Tarace”), po ostatniej recenzji, gdzie napisałam, że oczekuję na wypłatę emerytury, żeby kupić inne jego książki (Wielkie dzięki Arturze!).

         Czarownice świata germańskiego są o tyle ważne, że w naszej kulturze zaczerpnęliśmy większość wiedzy o nich właśnie z tego świata; naszej słowiańskiej kulturze i kulturom ludowym chyba raczej były bliskie wiedźmy. Najlepszy dowód, to że, o ile się nie mylę, w Polsce spalono zaledwie kilka czarownic, albo nawet i nie tyle. W młodości czytałam powieści Kraszewskiego, zwłaszcza pasjonowała mnie książka „Kunigas” w której autor stara się rekonstruować litewskie tradycje prasłowiańskiej wiary, ale kto dziś czyta takie ramoty, a mnie książka utknęła gdzieś w trzecim rzędzie jednej z najwyższych półek. Samodzielnie tam nie wejdę (babcie najczęściej trafiają do grobu prosto ze stołków przystawionych do wysokich półek lub okien). O ile jednak pamiętam, bohaterka była czymś w rodzaju jasnowidzącej dziewicy-kapłanki i pierwowzorem młodych wróżbitek, zdolności których zależały od zachowania dziewictwa. Swoje zdolności utraciła, gdy spotkała odpowiedniego mężczyznę. Z drugiej strony wiem, że Kraszewski studiował wierzenia ludowe (mam jego dziennik z podróży po Podolu) i trudno mi się zorientować, gdzie kończy się chcący zachować obiektywizm badacz, a zaczyna obyczajowo zachowawczy Polak. Strony rodzimowiercze są pełne katolickiej retoryki a`rebous, co nie skłania do traktowania ich jako pełnoprawnego źródła.

         Germańskie czarownice obejmowały wiele rodzin i miały kilka kategorii. Ich pochodzenie wiązało się z ogólnogermańską boginią płodności i śmierci. W czasach chrześcijańskich religia i mitologia pogańska zostały zniszczone, a z dawnych wierzeń przetrwała tylko demonologia, zajmująca się stworzeniami niższej rangi; sprawy duchowe zawłaszczyła bowiem panująca religia. Średniowieczne czarownice były wariantem tych wcześniejszych, zubożonym, przetworzonym przez ludową kulturę i wierzenia chrześcijańskie. Demonologia nadal ewoluuje i jej przejawem są też facebookowe czarownice, zdecydowanie różniące się od swych dawnych pierwowzorów. Ale o nich napiszę w drugiej części, gdy zbiorę więcej materiałów.

(schemat z książki Artura Szrejtera)

         Nazwa niemiecka Hexe (czarownica) pochodzi od średnio-wysoko-niemieckiego hecse, a to z kolei jest uproszczeniem z języka staro-wysoko-niemieckiego hagzissa. Pokrewne są im staroangielskie haegtesse (współcześnie w angielskim forma skrócona hag) i nazwy niederlandzkie. Najprawdopodobniej w samych początkach nazwy te określały „duchy miejsc” – choć nie zachowały się do dziś. Na pewno z nich wynika geneza „Białych Dam”. Innym określeniem na wiedźmę jest angielskie witch (pochodzenie słowa i jego rozwój pominę; ciekawych odsyłam do książki Artura Szrejtera).

         Ogólny obraz czarownicy jest dość jednolity: stara, z długim nosem, kotami i wężami, podróżująca na miotle, zazwyczaj ma złe intencje (chyba że jej się zapłaci). Jest siódmą córką siódmej córki czarownicy. Mieszka na odludziu. Poluje na dzieci (jak Baba Jaga) lub młodych mężczyzn, których uwodzi w celu zdobycia ich nasienia, i mimo, że jest stara i brzydka, czasem jej się to udaje. Całuje szatana w tyłek na Łysej Górze, gdzie odbywa swoje zjazdy i misteria. Nie znajduje w spółkowaniu z nim radości, bowiem członek szatana jest lodowato zimny. Ale kult to kult, czego się nie robi dla idei!

         W czasach średniowiecznych do jednego worka z czarownicami wrzucono także znachorki, zielarki, wieszczki, zamawiaczki, kapłanki kultów płodności i innych dawnych wierzeń, szamanki, akuszerki, trucicielki i wszelkie odmiennie zachowujące się niż inne kobiety – np. chore psychicznie. Także sąsiadki mamroczące coś nad cudzymi garnkami suszącymi się na płocie albo nad świeżo udojonym mlekiem, gdy jesteśmy podejrzliwi z natury.  Postaci czarownic trafiły także do literatury wysokiej (Makbet Szekspira) i do niższego lotu, jako tło, bądź bohaterki różnego rodzaju opowieści.

         Ja ze swojej młodości przypominam sobie francuski film „Czarownica” z Mariną Vlady w roli głównej. Bohaterką była współczesna dziewczyna mieszkająca w głuchej puszczy, przedzierająca się przez zarośla w obszarpanej malowniczo sukience, poznająca „normalnego” chłopca, zakochująca się w nim i dla niego wychodząca z leśnej głuszy, za co mieszkańcy wsi ukamienowali ją (chyba) - o ile dobrze pamiętam. Na dzisiejsze czasy historyjka banalna, wówczas jednak była całkowitą nowością. Wprawdzie film był czarno-biały; najbardziej erotyczną sceną był pocałunek (z umiarkowanym przytuleniem), jednak w rzeczywistości wczesnego PRL (jeszcze za Stalina) sam fakt, że poświęcono go postaci potępianej ze wszystkimi przesądami, (burżuazyjnymi i nie) był ekscytujący. Film był dozwolony od 18 lat, a mnie, mimo moich dwunastu czy trzynastu udało się dostać jako jedynej z koleżanek. W dodatku sukienka blond czarownicy miała taaaaki dekolt, sukienkę przed kolana (jak w ostatnich latach przed wojną), a w Polsce wzorcem były biodrzaste murarki w kombinezonach roboczych, w święta państwowe poubierane w  białe bluzki z kołnierzykiem pod samą szyję i czarne spódniczki do pół łydki, plus fildekosowe pończochy i czarne półbuty. Włosy miały krótkie i pokręcone (w naturze rzadziej występujące, więc tania sztuczna ondulacja paliła je i wyglądały jak matowe siano), a tu za szczupłą pięknością o skośnych oczach powiewała fala lśniących, długich i prostych, jasnych włosów. Jakże ja żałowałam, że mnie się włosy kręcą (nie umiano ich wówczas prostować) i że musiałam je obciąć i chodzić w paskudnych brązowych, powykrzywianych, sznurowanych butach do kostek zamiast śmigać po krzakach boso. Nie bez znaczenia było i to, że Marina Vlady miała poplamioną sukienkę, a nieznośni rodzice pilnowali dzieci, żeby były zawsze czyste. Pół zeszytu zakleiłam fotografiami „czarownicy”. Była dla mnie wzorem i idolką.

         Nie miałam pojęcia, że mnie udało się dostać na ten film właśnie z powodu szopy kręconych włosów, wyglądających jak wieczna ondulacja. Moje koleżanki, po dziecinnemu prostowłose, nie miały szans. Było to w nieistniejącym już od dawna żoliborskim kinie „Tęcza”, źle, albo wcale nie wentylowanym, ze skrzypiącymi krzesłami i kurzem kłębiącym się w smudze żółtawego światła z projektora i nudnymi przerwami na zmianę taśm. Bilet kosztował 1 zł 80 groszy i każde dziecko taką kwotę łatwo zdobyło. Tylko trzeba było zostać wpuszczonym na salę. Jeżeli już się udało, oglądany świat za sprawą „Czarownicy” odmieniał się całkowicie.  Jeżeli chcecie to sobie wyobrazić, pomyślcie o podobnym filmie oglądanym przez północnokoreańską uczennicę w mundurku  – bo u nas tak właśnie było (tyle że ze Stalinem a nie Kim Ir Senem – dziadkiem obecnego „Słoneczka”) Dodam tylko, że wyczytałam gdzieś ostatnio, iż szanowny Kim Dzong Un wydał dekret o dopuszczeniu kolejnej fryzury dla kobiet, bez konieczności uzyskiwania odrębnego zezwolenia. U nas dekretów nie było ale i tak obowiązywała jedna fryzura.

         „Czarownica” jako film i jako pojęcie była kontestacją ówczesnego świata, ale fakt, że ją ukamienowano, spowodował zezwolenie na projekcję w czasach słusznie minionych. Ówcześni stalinowcy nie przypuszczali, że nastoletnie dziewczynki będą go inaczej oglądały niż wytrawni ideolodzy i kulturoznawcy z Mysiej. I chwała im za to!!!

         Na koniec dodam, że istniała męska odmiana – czarownik, choć pełniła inne funkcje niż czarownica. Tu poniżej holenderska wersja:


Uwaga: fotografie ( i o wiele więcej) zawdzięczam gościnności mojej koleżanki z Holandii, która jest zbieraczką przejawów ezoteryki w świecie germańskim. 

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Koń jaki jest (2) Współczesne czarownice (2) »

komentarze

[foto]

1. Czarownice - dzisiaj • autor: Ewa Maria Piasecka2013-11-04 11:02:10


Powyzszy schemat rzeczywiscie ladnie pokazuje jak "wrzucono wszystko do jednego kotla" i spopularyzowano  obraz "Brzydkiej Starej Damy z haczykowatym nosem " budzacej strach i niejako odraze ze wzgledu na "brzydote zewnetrzna" .... taki byl cel .

Dzisiaj to sie tez "odradza" - cokolwiek to oznacza jako "religia" ( to chyba nie jest najwlasciwsze slowo ) Wicca  - za Wikipedia (nomen omen)

Obecnie wyznawcy religii Wicca uważają się za kontynuację starożytnych kultów czarownic. „Czarownica” jest określeniem, które dotyczy kobiet jak również mężczyzn. Nawiązując do angielskiej nazwy "witch", która odnosi się do obu płci, dlatego często mężczyźni-wyznawcy Wicca nazywają siebie czarownicami.

[foto]

2. No ale po polsku • autor: Wojciech Jóźwiak2013-11-04 11:38:55

No ale po polsku o mężczyźnie nie można powiedzieć "czarownica" tak samo jak nie można powiedzieć "pielęgniarka" ani "nauczycielka" -- gramatyka nie pozwala. Zresztą germański lub zachodnio-europejski "mitem" czarownicy jest inny niż u nas. Znana mi z rodzinnego przekazu moja etniczna kultura łowickiej wsi nie używała słowa-pojęcia "czarownica". Słowo to było książkowe. Własnym określeniem było "baba-jędza". nie czuję się specjalista od czarownic, ale warto by było, żeby ktoś spod pop-kulturowo-hollywoodsko-hexenhammerowych nawarstwień wydobył to, co w idei czarownicy było oryginalnie nasze słowiańskie. Tymczasem moja ulubiona La Strega Polacca:


3. Ciekawe wspomnienia. Moje... • autor: Nierozpoznany#74802013-11-05 22:33:07

Ciekawe wspomnienia. Moje dotyczą co najwyżej "Akademii Pana Kleksa" i "Konika Garbuska" na dusznej i zatłoczonej sali gimnastycznej w późnych latach 80-tych.
Moja babcia wspominała objazdowe kina sprzed wojny-filmy były denne, za to na sali w ciemnych kątach były ciekawe widoki:)
[foto]

4. Jak to drzewiej bywalo • autor: Ewa Maria Piasecka2013-11-07 12:00:24

Jab by tu miec "biblioteke" linkow pt. "Co juz inni odkopali"  ?_?

 

http://slowianolubia.blogspot.com/2013/08/zapomniane-zroda-v-sowianskie.html

 

 

[foto]

5. Dziękuję • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-11-07 22:09:19

Dziękuję za link, bardzo ciekawa strona

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)