Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

14 lutego 2016

Radek Ziemic

Czułość dla świata

Kategoria: Pytania i granice

UCIECZKA PRZED METAFORĄ

To może nie przypadek, że dzisiaj, w dniu zakochanych, na Tarace pojawiły się trzy, a właściwie cztery teksty prawie o tym samym, o obcym, o niepojętym (możemy nazwać je losem, Bogiem, bogami, duchami), które przychodzi do nas nieoczekiwanie, i o tym, że zazwyczaj nie wiemy, co z tym zrobić. Te cztery teksty zrobiły na mnie duże wrażenie, czegoś chyba we mnie dotknęły, jakoś tak dotyczą mnie osobiście i zarazem w tym dotyczeniu ze sobą łączą, pozwoliłem więc sobie podzielić się kilkoma przemyśleniami czy przeczuciami. Przepraszam, jeśli jeszcze nie są wyraźnie skrystalizowane. 

Piotr Jaczewski opisał (www.taraka.pl/gort_klaatu_barada_nikto) dwie główne strategie racjonalnego wyparcia tej niepojętości, analizę i syntezę: koncentrację na szczególe, minimalizację tajemnicy w paranoidalno-pedantycznych dociekaniach z jednej strony, z drugiej zaś generalizację, ucieczkę w abstrakcję, w ogólność, w typowość, która jest zarazem nijakością. Widać w tym jakiś lęk przed konkretem (przed tym, co po prostu jest), czy - parafrazując słynny tytuł Fromma - „ucieczkę od metafory”.

Metafora, nasze trzecie oko – wyjątkowy sposób widzenia świata, obok jakże przydatnych praktyk racjonalistycznych – jest zazwyczaj przez nas „zasłaniana”. W prostacki sposób próbujemy porządkować coś, co uporządkowania wcale nie potrzebuje, bo nawet Chaos („ten Ład, który zniszczono przy stworzeniu świata”, jak mówi Stanisław Jerzy Lec) się tego od nas nie domaga, nie mówiąc o niesprowadzalnej do czegokolwiek Inności, o Tajemnicy, z którą tak często go mylimy. O tym, co po prostu jest i nie potrzebuje wyjaśnienia. To neurotyczny ludzki umysł tak bardzo pragnie, by „wszystko było na swoim miejscu”, nie widząc, że tak właśnie JEST (dodajmy, by nie popadać w generalizacje: zazwyczaj przynajmniej).

ŚNIĄCA I NIEZNAJOMY

Drugi tekst to sen Katarzyny Urbanowicz: www.taraka.pl/kochanek_ze_snu. Jest to opowieść o zjawieniu się nieznanego mężczyzny (jakbym widział jego zamazane, rozmyte oblicze), zjawieniu się we śnie i poczęstowaniu go chrupkami, które sama Śniąca przygotowała. Ważne są tu dwie okoliczności: pierwsza – chrupki wydają się brzydkie, wizualnie (!) do tego stopnia, że nawet gdy już przez Nieznajomego zostaną zjedzone, Śniąca myśli, że jej „brzydkie, niewydarzone chrupki przesuwają się przez jego wnętrze, że odbierają wszystkie jego życiowe doświadczenia (których nie chcę widzieć)”. Ale niemniej ważne jest i to, że kiedy Nieznajomy zjada wreszcie ostatnią z chrupek (czyż nie ma tu jakiegoś związku ze zwrotem „schrupałbym Cię”?:)), składa czy przytula głowę do dłoni Śniącej, jakby to jedzenie chrupek tylko temu miało służyć, było środkiem, a nie celem.

Wydaje mi się, że widzę przede wszystkim łagodną dziwność tego snu, jego aurę, niezrozumiałość, mimo wszystko przytulną i bezpieczną, ale myślę też o tym, co od razu napisałem w komentarzu, że często wyobrażamy sobie, jak ktoś nas odbiera, myślimy obsesyjnie, że coś mu się w nas nie podoba, a potem okazuje się to jedynie… naszym wyobrażeniem, naszym kompleksem, „ekstrapolowanym” na zewnątrz. Tekst Katarzyny Urbanowicz jest nie tylko snem, raczej felietonem powstałym na jego (śnie) podstawie; bardzo ważny jest w nim pewien sentyment, odczucie opuszczenia – przez przyjaciół, bliskich, tych, których kochaliśmy, czy tych, bez których, jak nam się naiwnie (a może i nie) wydawało, nie potrafimy żyć. Oni wszyscy odrzucili nas, bo nasze chrupki im się nie podobały.

(Zapewne to nie przypadek, że Nieznajomy [Nieznajoma, Nieznajome] przychodzi do nas we śnie, z naszego wnętrza, bo i tam przebiega granica między ekumeną i anekumeną, ale byłbym gotów przyjąć, że to Nieznajome nie opuszcza nas i na jawie, choć dopiero sen nam o tym przypomina.)

W każdym razie dostrzegłem w tym śnie tęsknotę, a właściwie dwie tęsknoty. Pierwsza, rozumiana dosłownie, za kimś, kto nas zauważy, kto zaakceptuje naszą inność, czyli kto nas pokocha (bo miłość to radosna afirmacja inności przecież). Ale zauważyłem też coś, co najpierw nazwałem stłumioną mądrością, a teraz określiłbym jako wypartą tęsknotę za samym sobą, samym sobą jako Innym. Ta mądrość mówi przede wszystkim: przestań wreszcie przejmować się, jak wyglądają chrupki, to tylko ty widzisz je nieudane, brzydkie. A poza tym – w tym śnie nie chodzi przecież o chrupki, ale o PRZYTULENIE GŁOWY DO DŁONI. I jeszcze (bo to jest najważniejsze): przestań wreszcie odwracać się od swojej Inności, zaakceptuj ją, pokochaj. Pokochaj siebie.      

Tak się składa, że jestem właśnie w takim okresie życia, gdy Ci, o których kiedyś myślałem, że nie potrafiłbym bez nich żyć, są teraz daleko, bardzo daleko, niektórzy już nawet poza możliwością realnego spotkania: jak powiada poeta, „wyemigrowali w błękity”. Ta sytuacja jest nieco uciążliwa, ale wiem, że minie, nie wiem poza tym jeszcze, co dokładnie oznacza. Bo może to ja zupełnie niepotrzebnie martwiłem się chrupkami, nie zauważając, że oni chcieli jedynie przytulić głowę do mej dłoni? Któż tak od razu zgadnie? Poza tym – może to znak, bym zaczął się wreszcie przyjaźnić z samym sobą? Z Innym we mnie?


NIGDY O TOBIE NIE ZAPOMNĘ

Najbardziej poruszyło mnie wspomnienie Michała Dawidowicza: www.taraka.pl/smierc_sowy. Relacja z prawdziwego zdarzenia, śmierci sowy uralskiej, która zderzyła się z szybą samochodu. Wzruszył mnie wyjątkowy chyba szacunek, ale i czułość Autora dla umierającego ptaka, daleka od łatwego sentymentu, świadoma cierpienia, potrafiąca je skrócić. Moje poruszenie wzięło się pewnie i stąd, że zdarzyło mi się grzebać kilka kotów i że właściwie nigdy nie zrobiłem tego tak, jak należało. Nie chodzi naturalnie o jakąś celebrę, ale o wyrażoną także naszym zachowaniem świadomość, no właśnie, czego? Nie umiem teraz nawet tego właściwie nazwać.

Mój pierwszy martwy kot to był Misiek, stary, duży kocur, biały, z czarnymi łatami. Kot-kondotier, zaprawiony w bojach, z rozdartym nosem, z jednym okiem, okrutny zapewne, jak każdy kot, zarazem z wszystkich „moich” kotów jakoś tak najcieplejszy, najprzytulniejszy, choć chyba i najbrzydszy; próbuję patrzeć na niego „obiektywnie”, bo mi nigdy się taki nie wydawał. (Z kotami jest jak z kobietami, a i z mężczyznami: nie ma brzydkich, trzeba tylko umieć patrzeć.)

Właściwie to nie był mój kot, mieszkał u sąsiadów, często jednak nocował na dworze, nawet zimą; jeśli w nocy lub na ranem wyszedłem i zakiciałem, to wygrzebywał się spod przykrytej śniegiem sterty liści, w której w jakiś niepojęty sposób potrafił się skryć, i pośpiesznie biegł drobnym krokiem - nieco śmiesznie z powodu dużego ciała - ku otwartym drzwiom. Misiek, jak większość pogrzebanych przeze mnie kotów, zginął pod kołami samochodu, gdy chciał przejść na drugą stronę ulicy. Było to w dniu, w którym do naszego domu przyszedł inny kot i trudno nie było tej śmierci traktować jako sprzeciwu, przesadzonej niezgody, tym bardziej, że Misiek, półgłuchy, półślepy, wszedł na ulicę jakby z zamiarem popełnienia samobójstwa, uderzając głową w bok fiata 126 p. Naprawdę tak to wyglądało. Wszystko działo się na moich oczach, szedłem bowiem akurat do sklepu, najpierw, poruszony, chciałem biec po żonę, potem pomyślałem, że to bez sensu, podszedłem szybko, wziąłem go z ulicy, gdy go niosłem, to z pyska chlusnęła na chodnik krew i na moich rękach biedak wyzionął ducha. Zaniosłem go w bezpieczne miejsce, poszedłem po łopatę i po prostu zakopałem.

Zakopałem w ten sposób jeszcze kilka kotów. Z Miśkiem nie było problemu, była ciepła pora, piasek był miękki. Ale większość moich „sierściuchów” jakimś dziwnym trafem zakopywałem zimą. Ich ciała były zmarznięte, sztywne, niekiedy jakby zastygłe w biegu, wystawały dużo z wiadra, w którym znosiłem je z ulicy do ogrodu, by tam zakopać.        

Tekst Michała Dawidowicza uzmysłowił mi jakąś moją bezmyślność czy nieczułość, chyba niemożliwą wtedy do przezwyciężenia, choć zarazem miałem poczucie czegoś niestosownego; uświadomił jakąś, powiedzmy: antropocentryczność mojego przeżycia czy stosunku do zwierząt. Nie zdobyłem się na gest prostej czułości, nie poprosiłem duchów, aby przyjęły towarzyszy mojego żywota do siebie. Michał napisał, że wiedział, że jak po prostu odjedzie, to ten obraz będzie go prześladował do końca życia. Nie jest to, oczywiście, najbardziej traumatyczne wspomnienie mojego życia, ale świadomość, że zachowałem się wtedy niewłaściwie, jest we mnie żywa po dziś dzień, jest wyrzutem sumienia.

 

W RĘKACH LOSU

W komentarzu do tekstu Michała Dawidowcza (Sugestywna opowieść...) Roman Kam napisał m.in., że w takich sytuacjach, jak zderzenia ze zwierzętami, ujawnia się uczucie nieodwracalności faktów oraz uczucie utraty kontroli, które przecież nigdy nie powinno nas opuszczać. Roman pisze: „Sadzę, że wtedy, w tych nagłych zdarzeniach, jaśniej widzimy fakt, że znajdujemy się w rękach losu. No niech będzie, że możemy się znajdować w rękach losu. To oczywiście rodzi lęk, który ludzi - bardziej od nas pierwotnych - skłaniał do składania darów i ofiar, by los przekupić, ale my, ludzie oświeceni, zdani jesteśmy tylko na ten atawistyczny lęk przed jego ślepymi wyrokami”.

W tym komentarzu opowiedziana zostaje też „historia z pogranicza światów”, dziwna, jak z iberoamerykańskich filmów. Nagłe wejście na jezdnię, przed maskę wolno jadącego samochodu, wyskoczenie właściwie, z boku, z chodnika, małego chłopca. Dość duży ruch. Hamowanie, chłopiec stoi przed samą maską. Sparaliżowany ze strachu i patrzący na kierowcę. Kierowca uśmiecha się do chłopca i grozi mu palcem, po chwili uśmiecha się i chłopiec i schodzi na chodnik. Dodajmy jeszcze, że wcześniej kierowca, jadąc przez nieznane sobie miasto, zwalnia.

Tym, co mnie w tym komentarzu najbardziej zastanawia, jest jego pesymizm. Czy faktycznie zdani jesteśmy tylko na atawistyczny lęk, bo, oświeceni, utraciliśmy naiwność? Czy to, co niewiadome, nieznane, niepojęte i nie do opanowania, musi w nas, wydziedziczonych z mitu, albo budzić jedynie lęk, albo chęć zawłaszczenia, racjonalnego lub technokratycznego wyparcia? (To są zresztą dwie strony jednego medalu.) Czy naprawdę musimy „bogom” ofiarowywać swoje „brzydkie” chrupki, w nadziei, że oni przyjmą je, nie zauważając ich brzydoty? A może oni nie chcą tych chrupek, może jedynie chcą złożyć swe utrudzone przez tysiąclecia głowy na naszych dłoniach?

 

NIETOKSYCZNA DUCHOWOŚĆ

Pytania powyższe stawiam, myśląc zarazem o Tarace jako o portalu fideistycznym, choć nie – religijnym, portalu poświęconym nietoksycznej duchowości. Fideo znaczy wszak wierzyć. Zastanawiam się, czy możliwa jest nadzieja, czy możliwa jest ufność? I myślę, że to może nie przypadek, że piszę o tym w dniu święta zakochanych, w pewnym sensie, święta miłości.

Pod tekstem Katarzyny napisałem, że może należałoby stworzyć nowe święto, niekoniecznie w tym samym dniu, co Walentynki, takie święto przytulania się do dłoni czy składania głowy na dłoni (to jest także gest zaufania). Powinno to być święto AKCEPTACJI (siebie jako) Innego, bo tylko akceptując siebie, swoją inność, będziemy potrafili zaakceptować ją poza sobą. Bo inny przychodzi do nas także z naszego wnętrza i, powtórzę, CHCE do nas przyjść, złożyć swoją (naszą?) głowę na naszej (swojej? chyba nie należy bać się paradoksów, metafora pozwoli nam je zobaczyć, choć wątpię, czy zrozumieć) i nie przeszkadza mu nawet to, że chrupki są „takie brzydkie”. (Ale i bliski przychodzi z zewnątrz; godząc się na to, że ja przychodzę do siebie z zewnątrz, godzę się na powrót do samego siebie.) Jakoś tu się gubię, więc w tej paradoksalności przywołam na pomoc Mistrza Eckharta, który powiada, że oko, którym widzę Boga, jest tym samym okiem, które widzi mnie :).

Brakuje mi dla takiego święta patrona, ale może o to właśnie chodzi, może to ma być święto bez patrona, bez Patryka i Antoniego, bez świstaka i niedźwiedzia, bo byłoby to święto czegoś całkiem Innego, bez oblicza, co jest i na zewnątrz, i „na wewnątrz” (genialne określenie Witolda Gombrowicza). Ale też dzień czułości dla świata, dla sowy i dla kamienia. (Może w ogóle należałoby wymyślić nowe święta, zastąpić, na przykład, Boże Narodzenia, dniem bezdomnego albo dniem zapomnianych bogów?)

Wracam do ufności, której uczę się w ostatnim czasie, chyba po raz pierwszy w swoim życiu świadomie. (Kiedyś Wojtek Jóźwiak pisał na Tarace o zaufaniu.) Myślę, że Inne przychodzi do nas nie tylko po to, by nas zniszczyć. Że jego wyjątkowo okrutne przejawy (wojna), wynikają przede wszystkim z wyparcia Innego przez człowieka. Z nie-AKCEPTOWANIA. Że często, zaskakując nas, przynosi nam także rzeczy dobre, widzimy Je (Inne, Niepojęte, Los, Bogów, Boga, Ducha, duchy) bez tragedii. Dziecko wskakuje na ulicę, ale udaje się zahamować. Ulga zarasta przepaść, która nas nie pochłonęła. Chrupki są brzydkie (to oczywiście nieprawda, bo nie ma brzydkich chrupek), ale Nieznajomy je zjada (i nie dlatego, że jak to często bywa w (antropocentrycznym) micie, dał się okpić przez człowieka).

Ciągle brakuje mi pointy, pomimo że wypowiedziałem już za wiele słów, ale zaczynam ją wreszcie dostrzegać, wypływa ona z uwagi Romana o lęku, który skłaniał do składania bogom ofiar i danin. Otóż myślę, że skończyły się czasy religii, a zaczęły czasy wiary. Ta pierwsza rodzi się właśnie z lęku, jest próbą przebłagania bogów, przekupienia ich (czy losu), by zostawili nas w spokoju (przy jednoczesnym pomniejszeniu przez wyobrażenie ich na ludzką miarę jako przekupnych), druga rodzi się z miłości, która polega na afirmacji tego, co jest inne, właśnie jako innego. Nie mamy już powodów wierzyć, że kiedyś bogowie dawali się przebłagać, a dziś z jakichś nieznanych powodów nie dają. Na taką naiwność nie możemy sobie pozwolić. Między innymi i dlatego, że nie znamy głosów tych, których prośby nie zostały wysłuchane. Ale nie tylko. Ciągle jednak możemy wykonywać czuły gest w stosunku do ptaka, kamienia, świata, oka gwiazdy, drugiego człowieka i siebie. To irracjonalne (ani analityczne, ani syntetyczne), ale taka jest właśnie miłość. I ufność, która ją rodzi. Wydaje się, że tylko dzięki nim będziemy potrafili pokonać ten lęk. 

Korekta przez: ()


komentarze

1. Radku • autor: Nierozpoznany#562016-02-15 09:29:44

Pięknie napisane, i najważniejsze  dla mnie, ze do zrealizowania.

Pozdrawiam
Gosia

2. Na skraju drogi • autor: Nierozpoznany#93632016-02-15 11:45:39

To tak a propos zabitych kotów. Dużo ich ginie na drogach. Często widzę rozjechane zwierzaki i jeśli tylko dam radę - staram się chociażby usunąć zabite zwierzę z jezdni. Jeśli nie weźmiecie mnie za wariatkę, to poiszę pewien dla mnie ważny fakt, czasem potrafię "usłyszeć", wyczuć energię takiego zwierzaka. Zwykle są to bardzo zdezorientowane "dusze", czy też "energie". NIe rozumieją stuacji, że teraz są tam, a wcześniej były "tu". Jest takie miejsce na drodze, którą jeżdżę do pracy, gdzie na moich oczach zginęła koteczka. Wyczułam wtedy po raz pierwszy strach i zmieszanie zabitego kota, sytuacją.  Co ciekawe kotka wyczuła mnie i jakby "przylgneła" do mnie. Trudno o tym pisać. Chciałam ją uspokoić i utulić i to się udało. Ile razy tamtędy jeżdżę - czuję jej energię. Tę już uspokojoną, utuloną. Jest coraz słabsza, rozprasza się powolutku. Ale jest spokojna.  

3. skończyły się czasy religii, a zaczęły czasy wiary • autor: Nierozpoznany#82112016-02-15 15:42:26

Jeżeli już miałbym z czymś łączyć miłość i ufność, to raczej z przeświadczeniem na jakiś temat, niż wiarą pozbawioną dowodów. Gdybyśmy na prawdę chcieli się pozbyć lęku przed tym co niewiadome, nieznane i nie do opanowania - to w końcu byśmy ulegli tym najbardziej popularnym propozycjom radzenia sobie z tym lękiem, ale odnoszę wrażenie że ta kwestia wciąż nie przestaje nas trapić, bez względu na to w co wierzymy - dlatego, że czujemy, jak niekomfortowe jest życie w takim świecie, w którym Tajemnica jest przede wszystkim balastem - i nie przestajemy się jej lękać. Nie dlatego, że nie dostaliśmy odpowiedzi, które teoretycznie miałyby nas uspokoić. Raczej dlatego, że podświadomie wolimy być częścią tej tajemnicy i aktywnie uczestniczyć w tym, co widzimy jako jej przejawy. Myślę że ludy pierwotne próbowały przebłagać bogów właśnie dlatego, że łatwiej im było swoją odpowiedzialność za lub przed tym co Nieznane rozciągnąć do ekstremum, niż w sobie zgasić. W dzisiejszych czasach religijne rytuały zdają się spełniać całkiem inną funkcję - po pierwsze, mają zapewnić nam przychylność Boga wszechmocnego, cudotwórcy - w czasach, kiedy w cuda już nie wierzą nawet sami wierni. Po drugie, jeżeli miłość to "radosna afirmacja inności", to społeczeństwo w którym żyjemy nagradza nas za wiele rzeczy, ale na pewno nie za miłość - co tylko wzmacnia wątpliwości, czy to co nazywamy życiem religijnym pozwala nam pogodzić się z zagadkową naturą nieznanego/losu/fatum/Boga, raczej daje możliwość irracjonalnej wiary w to, że po śmierci ten koszmar się skończy.
Z własnego doświadczenia mogę tylko powiedzieć, że nie łączę ufności wobec świata z miłością, ani z wiarą. To 3 zupełnie inne rzeczy, a do wygaśnięcie we mnie problemów z tymi rzeczami zaprowadziły mnie różne od siebie, oddzielne metody.

Pozdrawiam
[foto]

4. Kino Siecioryca • autor: Radek Ziemic2016-02-15 22:18:59

Nie jesteśmy w stanie pozbyć się lęku całkowicie, ale wiara, tak jak ja ją pojmuje, czyli pewien rodzaj ufności, który rodzi miłość i który jest z niej też zrodzony, pozwala nam jego znaczną część przerobić na przykład na zachwyt. Bo zachwyt również sytuuje nas wobec niepojętego. Ale i we współczucie. Ja to oddzielam od religii, bowiem większość tworzy toksyczny wizerunek Tajemnicy (Boga). Ale to jest oczywiście pewien rodzaj rozumienia czegoś. Nie jestem go pewien.  Zgadzam się, że społeczności nie cenią miłości. Główne socjobiologiczne pobudki działania, poza bezpieczeństwem, to wygoda i władza. Nie wiara. Też na "w". I nie wolność.
[foto]

5. Dziękuję za tekst • autor: Roman Kam2016-02-23 00:00:00

Uśmiechnąłem się, chociaż stropiony. Czytałem wszystkie trzy teksty, lecz dopiero po przeczytaniu Twego tekstu Radku, zorientowałem się do jakiego stopnia pobieżne było to moje czytanie, pośpieszne, nieuważne, leniwe, rozproszone. Naprawdę cieszę się, że podjąłeś trud sformułowania jakiejś odpowiedzi, podczas gdy ja sam najczęściej dorzucam tylko swoje, kolejne pytania. Podziwiam też, że dostrzegłeś wspólny mianownik dla tych tarakowych tekstów. Czasem to efekt synchronii, czasem wzajemna inspiracja i myśl, że w sposób ułomny, ale jednak, jakoś wplatam się w całe tarakowe pole morficzne, karmiące mnie bez posądzeń o wampiryzm - jest dla mnie pociechą. 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)