Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

22 kwietnia 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Dzikość świata i trzy lub cztery opowieści o trampkach


« Filipika przeciwko mężczyznom Emocjonalne zbieractwo »

        Nie zastanawiamy się na co dzień jaki jest świat, w którym żyjemy. Wydaje nam się oswojony, często nawet za bardzo. Tego czy tamtego nie wolno. Pić alkoholu na skwerkach, placach i ulicach (w każdym razie zagląda się nam do butelki, którą wyciągniemy w jednym z tych miejsc, nawet jeśli zawiera wodę mineralną przelaną do flaszki mieszczącej się w małej, damskiej torebce), palić papierosów na przystankach i w pobliżu nich, przechodzić na drugą stronę ulicy poza miejscami wyznaczonymi. Wieki temu takie zakazy nie miały prawa nawet istnieć. Kto śmiałby wskazywać uzbrojonemu rycerzowi którędy ma poruszać się po trakcie i poza nim. Pierwszeństwo miał uzbrojony konny lub orszak takowych otaczający karetę z kimś ważnym. Szaraczka w najlepszym razie zepchnięto by na bok lub poturbowano, jeśli nie miał wyczucia jaki jest jego status. Jeśli na trakcie był sam, nikt nie wtrącał się do jego stylu jazdy i nikt nie donosił do władz, że jedzie zygzakiem lub „po spożyciu”.

         Kurczy się więc przestrzeń naszej wolności do obszaru z wyrysowanymi znakami i kreskami, nasze sylwetki poddane są komputerowemu sprawdzaniu pod kątem tego, co mamy w rękach i jak się tym mamy zamiar posłużyć – nie mówiąc już o głębszej ingerencji w naszą wewnętrzną wolność podejmowania decyzji i prezentowania własnego zdania.

         Jeśli więc wieczorem słyszymy szczekanie psa, wiemy, że pewnie zostawiono go samego w domu i psu dłuży się czas oczekiwania na właścicieli, spacer lub posiłek. Jeśli słyszymy klakson samochodu naciskanego po północy nerwowo i wściekle – wiemy, że parkingowy zamknął o jedenastej bramę, jak zwykle to czyni i po wypiciu większej niż zwykle dawki alkoholu przysnął i trzeba go zbudzić (przy okazji budząc pół osiedla). Jeśli budzi mnie migające niebieskie światło wiem, że ktoś w moim bloku walczy z egzekutorem rzeczy ostatecznych. Takie same światło i krzyki wróży interwencję w domowej awanturze, a z dodatkiem swądu spalenizny zmusza do natychmiastowego wstania i próby zorientowania się w sytuacji.

         Jednym słowem z charakteru bodźców docierających do nas od razu wiemy (przynajmniej mniej więcej) co nam może zagrażać. W przeciwieństwie do wieków dawnych, gdy przyszłość była nieodgadnioną mgławicą słabo poddającą się kalkulacjom i przewidywaniom.

         Zupełnie inaczej jest obecnie, gdy trafimy na odludzie prawdziwe lub chwilowe – takie gdzie są wprawdzie domy, ale nie ma w nich mieszkańców, na przykład z powodu zimy na letnim działkowisku. Jeśli w dodatku jesteśmy otoczeni lasem i nocny wicher gnący drzewa falami przynosi jęki i wycia, zaś z oddali dobiega psie wycie. Nie wiemy wówczas co to za pies, dlaczego wyje i co się kryje za jękami. Może pies wyje dlatego, że gospodarz właśnie walczy z egzekutorem rzeczy ostatecznych albo dobrali się do gospodarstwa złodzieje, przemykający od domku do domku z niecnych zamiarach kradzieży kabli elektrycznych i gniazdek oraz metali nieżelaznych w dowolnej postaci, a może po prostu ktoś, kto zamarudził dłużej w barze na krzyżówce pięć kilometrów stąd i podąża chwiejnym krokiem do domu. Towarzysząc w myślach temu wędrowcowi chcielibyśmy prosić Najwyższe Siły by dały mu dojść tam bezpiecznie; nie chcemy myśleć o tym co mogłoby się stać, gdyby człowiek ów zasnął przy drodze (co zdarzyło się kilkakrotnie w tej okolicy) lub dopadły go watahy bezpańskich psów (wywożonych przez władze sąsiedniego miasteczka do lasu).

         Wówczas, wybudzeni ze snu zaczynamy podejrzewać, że świat który nas otacza wcale nie jest taki uładzony i przewidywalny, jak nam się wydawało. Wędrujący przez noc może zabłądzić wśród leśnych ścieżek i nie ma co liczyć na pomoc. Komórki tu nie działają, bo nie ma zasięgu. Kiedyś, gdy musiałam wezwać do męża pogotowie, gdy w nocy nagle stracił przytomność, a nie było w pobliżu nikogo z samochodem; najpierw więc biegłam (jeszcze wtedy mogłam) na odległe o kilometr tory, z których nasypu był zasięg, potem zaś przez ciemny las do zakrętu szosy z krzyżem, gdzie czekała karetka. Wezwałam pogotowie przed północą, a dotarliśmy do domku przed trzecią. Na szczęście delikwent dożył mimo, że znajomy w dzień las w nocy zaskakiwał obcymi krajobrazami.

         W takich chwilach uświadamiamy sobie, że nic nie jest uporządkowane, oswojone i pewne. To tylko złudzenie, w którym utrzymuje się nas, żeby fałszywe poczucie bezpieczeństwa zabezpieczyło świat przed kłopotami, które moglibyśmy sprawić, gdyby przyszło nam do głowy działać niestandardowo i samodzielnie.

         Owczy pęd w społeczeństwie bywa bardzo mile widziany z tego tylko powodu, że jest przewidywalny. Czasami tylko zdarza się, że stado rozdziela się na dwie części które wzajemnie się tratują. Na tę okoliczność ma się opanowanych kilka chwytów, ale gdy zwierzęta się już rozszaleją, trudno je opanować. Nie chcemy o tym myśleć; to zmartwienie rządzących i sił, jakimi się posługują, choć to my podlegamy temu pędowi.

         W Wielkanoc prowadzi się w rodzinie, zwłaszcza, gdy są w niej dorastający młodzi ludzie, dawniej zwanymi „Teenage Years” lub ze swojska „nastolatkami”, dziwne rozmowy pełne odniesień, konkluzji i paradoksów – właściwe dla pokoleń dzieci, które łatwo się nudzą, gdy rozmawia się o rzeczach zwykłych i nieinteresujących. Jedna z takich rozmów uświadomiła mi, jak zupełnie inaczej można odbierać świat posługując się tymi samymi symbolami, artefaktami lub zwykłymi przedmiotami, przywołującymi skojarzenia z innymi, podobnymi przedmiotami ale symbolizującymi zgoła coś innego. Zapładniające fantazję jest same nadawanie nazw nowym rzeczom, zjawiskom i wydarzeniom, cechom i przymiotom. Prawdziwa poezja otwierająca oczy na rzeczy dotychczas wydawałoby się oswojone.

         Trafiły się wówczas trzy opowieści, których bohaterami były trampki rodziców.

         Dwóch synów w czasie obowiązywania kartek na buty niestety w takie buty nie zostało zaopatrzonych. Matka zapamiętała tylko to, że z jakichś powodów nie zdołała kupić butów dla dzieci mimo posiadania wymienionych kartek i kartki te odnalazły się po latach jako zakładka do starego kryminału wywiezionego z domu.

         Jeden z synów, biznesmen, wspominał po latach, że matka średnio dbała o swoje dzieci, bo pewnej zimy zmuszony był chodzić do szkoły w trampkach. Na pytanie pewnej bizneswoman o wpływ „zimnego chowu” dzieci na ich przyszłe losy przyznał, że jemu to pomogło, bo musiał wziąć odpowiedzialność za swoje losy na siebie i raczej pomagać innym niż oczekiwać od nich pomocy.

         Drugi syn, pracownik, ale z gatunku tych, co raczej praca go poszukuje, niż on pracy twierdził, że istotnie chodził zimą do szkoły w trampkach, ale czynił to świadomie. Nie chciał, żeby matka kupowała mi jakieś badziewne buty na kartki (nazywały się „Sofixy”, o ile dobrze pamiętam) i wolał chodzić w trampkach. Trampki w zimie były świetnym kamuflażem; żadnej woźnej szkolnej nie wpadło do głowy, że dzieciak nie zmienił butów w szatni. Pozwalało to rączo wpaść i wypaść ze szkoły, a w dodatku jeśli nie założyło się kurtki…

Wnukowi przypomniało się przy tej okazji, że w szkole w ramach oglądania filmów „wychowawczo słusznych” pokazano im jakieś nudziarstwo, którego akcja toczyła się gdzieś w Azji (nie zapamiętał kraju). Tamtejsze dzieci idąc do szkoły przechodziły przez rozkołysany most. Jednemu z chłopców pewna bogata dama (nie zapamiętał czy biała czy miejscowa) podarowała trampki. Chłopiec oszczędzał te trampki i szedł do szkoły niosąc je przewieszone przez ramię. Most się zakołysał i trampki wpadły do wody. Chłopiec skoczył za nimi do rzeki i utonął. Kiedy owa dama dowiedziała się o tym, ufundowała tej wiosce dobry, solidny most. Mojemu wnukowi film i problem w nim przedstawiony wydawał się bardzo zabawny.

         Nadmienił, że ostatnim oglądanym filmem z tego cyklu był film o dziewczynce, która chcąc mieć rower wzięła udział w konkursie recytatorskim Koranu (chodzi zapewne o film irański „Dziewczynka w trampkach”). Nagrodą w tym konkursie miał być rower ale irańskim kobietom zabroniono posiadania pojazdów. Wnukowi upiekło się oglądanie całego filmu, ponieważ w połowie zgasło światło i uczniowie musieli opuścić seans, z czego dzieci były bardzo zadowolone.

         Przegląd opowieści o trampkach pokazał mi dowodnie, jak bardzo świat rozumienia różnych zjawisk przez dzieci jest odmienny od świata dorosłych. Nie sądzę więc, że akcja pokazywania „wychowawczo słusznych” filmów zdaje się na coś innego niż psu na budę. Dzieci nie pojmują ich przesłania, a ich bogata fantazja nie sięga dalej niż poza realia, w których się wychowały. I dyskusja prowadzona przez nauczycieli niewiele tu zmieni. Biedę trudno opisać dzieciom z dobrze sytuowanych domów. Sama kiedyś śmiałam się z angielskiego dowcipu opisującego wypracowanie pewnego ucznia prywatnej szkoły o biednych ludziach: „Ci ludzie byli tak biedni, że ich pokojówka chodziła w podzelowanych butach, a kamerdyner miał samochód, który ciągle się psuł, zaś kucharka zmuszona była jeździć metrem lub taksówką na targ, bowiem nie stać ją było na samochód”. To było jednak za PRL-u.

         Nawet rozumienie prostych zjawisk naszego świata wcale dziś nie jest pewne. I nie wiadomo jak tę barierę pokonać.


« Filipika przeciwko mężczyznom Emocjonalne zbieractwo »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)