Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

14 marca 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Uwięziona w grobowcu


« Liliowy kapelusz Zapieczona zaciekłość »

W czasie przeprowadzanego ze mną wywiadu w Klubie Tarota: http://klubtarota.wordpress.com/2014/03/12/wywiad-z-babcia-ezoteryczna/ od prowadzącej Agi Karo padło pytanie o moją przyjaciółkę, wiolonczelistkę z Filharmonii Narodowej, zmarłą niedawno. Bardzo przeżyłam jej śmierć.

         Pytanie dotyczyło skojarzeń: jaki utwór muzyki poważnej wiąże się dla mnie z jej osobą, jaki jej przypisałabym. Odpowiedź nie znalazła się w wywiadzie poświęconym głównie kartom Tarota, ale gdyby tam trafiła zajęłaby znacznie więcej czasu, bowiem z kartami Tarota ma związek, choć nie jednoznaczny i dający się krótko i treściwie opisać. To wrażenie nie było bynajmniej jednoznaczne. W myślach przebiegałam znane mi utwory Mozarta, Albioniego i inne, budzące smutne skojarzenia, ale wiązały się one ze smutkiem po niej, a nie z jej osobowością.

         Wówczas przypomniałam sobie operę Verdiego „Aida”. Opera ta fascynowała mnie jeszcze od lat szkolnych, może nie tyle swoją muzyką, którą zrozumiałam później, ile problemem przedstawionym w libretcie.

         Moja fascynacja muzyką operową zaczęła się dość wcześnie. Zaczęłam od uczęszczania do Filharmonii na koncerty muzyki poważnej dla młodzieży, ale nie potrafiłam bardzo się tym rodzajem muzyki przejąć. Dla czternastoletniej dziewczyny, niewykształconej muzycznie, zupełnie pozbawionej muzycznej pamięci i zdolności odtwarzania melodii, ale nie pozbawionej słuchu, w koncertowej muzyce poważnej brakowało wyraźnej linii melodycznej, porywów, emocji, przerysowania. Możliwe zresztą, że wynikało to z doboru repertuaru dla licealistów. To, czego mi brakowało na koncertach znalazłam w operze.

         Miałam szczęście i ciotkę, sekretarkę w Ministerstwie Kultury, której zawdzięczam bezpłatne wejściówki na wszystkie przedstawienia operowe i baletowe. Na każdym z przedstawień byłam po kilka razy, a w dobrym okresie to wypadało 2-3 razy w tygodniu. Zawsze wtedy, gdy na koniec pracy ciotki pozostawały nie zajęte loża rządowa i bilety dla pracowników i mniej ważnych gości.

         Operą i baletem zagłuszałam osobiste problemy, zastępowałam nimi przyjaciół i rodzinę. Trzy godziny w ciepłym pomieszczeniu, przesiedziane na dostawce lub wyłożonych czerwonym dywanem schodach, czasem w wygodnych fotelach loży, przepełnione najczęściej dramatycznymi brzmieniami przenosiło mnie w inny świat i cudze uczucia, porządkowało moje emocje, nadawało im sens i wymiar. Po kilku przedstawieniach nie otwierałam już oczu – widok przeszkadzałby w odbiorze muzyki. Muszę dodać, że w tamtym czasie jakość dźwięku odbieranego ze zwykłych radioaparatów była marna, a i repertuar radiowy skromny. Oczywiście nie było też możliwości nagrywania, a pierwszy telewizor kupiliśmy z mężem dziesięć lat później. Przedstawienia oglądało się wyłącznie na żywo. Idąc do opery czułam się jak w czasie wyprawy do łaźni (z braku łazienki w domu chodziłam co tydzień na Krakowskie Przedmieście do łaźni Diana, w czwartki dostępnej dla pań) – odarta z ubrania, myślącej zawartości ciała i siebie. Przeistaczałam się w muzyczne postaci Aidy, Trubadura, Halki, nieszczęśliwie zakochanych i przeżywających dylematy moralne.

         Wśród tych oper najważniejszą była dla mnie Aida. Właściwie nie cała opera, tylko końcowy dramat bohaterki.

         Libretto tej opery w dużym skrócie mówi o miłości tytułowej Aidy, etiopskiej niewolnicy do Egipcjanina Radamesa, rywalizującej o tę miłość  z córką faraona. Radames udaje się na wojnę, w której zwycięża, jednak otrzymuje od faraona propozycję nie do odrzucenia – rękę jego córki. Postanawia uciec z Aidą z Egiptu, a obmyślając drogę ucieczki zdradza tajemnice planów wojskowych Egiptu. Zostaje podsłuchany, a jego zdrada znana córce faraona. Uwięziony, odrzuca możliwość ratunku przez poślubienie faraonówny i zostaje skazany na śmierć przez zamurowanie żywcem w grobowcu. Po zamurowaniu wejścia okazuje się, że przekradła się tam Aida, pragnąca umrzeć z ukochanym (albo nie potrafiąca żyć bez niego). Pięknej arii „O patria mia” – śpiewanej przez Wilhelmenię Fernandez w Luxorze, w roku 1994. można posłuchać: http://www.youtube.com/watch?v=cwC402UfTSA

         W operze tej fascynowała mnie decyzja Aidy poniesienia śmierci z ukochanym, nie natychmiastowej, a rozłożonej w czasie. Jako czternastolatka zakochałam się pierwszą nieodwzajemnioną miłością w koledze szkolnym z 9b i wszystko, co docierało do mnie z literatury i sztuki, przepuszczałam przez filtr swoich uczuć. Stawiałam się więc w sytuacji Aidy z tą tylko różnicą, że mój ukochany nie żywił do mnie specjalnych uczuć; zamurowana w grobowcu nie mogłabym więc liczyć na żadne chwile szczęścia, dostępne operowym kochankom. Rozsądek mówił mi, że wyidealizowana romantyczna miłość nie jest najlepszym doradcą podejmowanych działań, ale w postępku Aidy było coś niesłychanie fascynującego, choć bardziej pociągające byłoby dla mnie, gdyby żywiła do Radamesa miłość bez wzajemności. Co zrobili by wówczas? Czy Radames przełamałby swoją niechęć do Aidy i był aż do godziny śmierci dla niej miły, czy przeciwnie, obwiniałby ją o to, że zmuszony jest ostatnie chwile życia spędzić z nielubianą osobą. Uwięzienie może zrodzić sympatię i bliskość, czy przeciwnie, wzmóc niechęć i poczucie obcości?

         Pytanie to wielokrotnie powracało do mnie w coraz bardziej dojrzałych problemach: uwięzienie w związku, uwięzienie w konsekwencji podjętych wcześniej decyzji, od których nie ma już powrotu, wszelkiego rodzaju klatki, które sami sobie zbudowaliśmy dla wyższego rzędu zasad.

         Moja przyjaciółka, Krysia po wielokroć była uwięziona. Uwięziona w ciele, które przechowywało nieuleczalną chorobę, o tyle pozbawiona woli, że zmuszona była akceptować to, czego zdrowi ludzie w związkach z innymi nie muszą akceptować, bo nie muszą odczuwać wdzięczności, która przesłania ich własne dramaty. Jej intuicja, zdolności paranormalne pozostające w uśpieniu, tylko z rzadka mogły się zamanifestować, ponieważ leczenie zagłuszało to wszystko, co było jej indywidualnością. Bez leków popadała w stan niemożliwy do zaakceptowania przez otoczenie, po lekach była połową siebie. Częściowy ratunek znajdowała w grze na wiolonczeli, ale już profity z tego tytułu ją omijały: nie mogła brać udziału w dłuższych turnee zagranicznych, czasami musiała opuścić ważne wydarzenia muzyczne dla pobytu w szpitalach.

         Byłaby więc przypadkiem w rodzaju Aidy: podejmowała decyzje pod presją okoliczności, a wszystkie one zamurowywały ją w grobowcu miłości, obowiązków, konieczności opieki nad innymi, wyrzutów wewnętrznych, że czemuś nie sprostała. Kiedyś tylko byłam świadkiem jej wybuchu buntu, gdy wywołała burzę za czystym przed chwilą niebie. Potem znowu wróciła do swojego grobowca.

         W ubiegłym roku siedziałyśmy na ławce na działce i trudno nam było rozmawiać; nowe leki powodowały ślinotok i spowolnione wypowiadanie słów. Potem przyszła inna groźna choroba, ciężka operacja, długie leczenie i wszystko miało być już dobrze. Miałyśmy porozmawiać o wszystkim tej wiosny. Tak umawiałyśmy się kilka dni przed jej śmiercią.

          A związek z kartami Tarota? Byłaby Papieżycą Odwróconą, kimś napełnionym pradawną Wiedzą, kto nie mógł jednak zrealizować swoich zdolności, skazaną na klęskę. Może Cesarzową z przymusu, uwięzioną w grobowcu?

         A w ogóle to temat nie ruszony dotychczas: Tarot a muzyka. Kto się tego podejmie, kto przyjmie to wyzwanie?

Pytia: ze strony http://tarotmojapasja.blogspot.com/2012/04/kapanka.html



« Liliowy kapelusz Zapieczona zaciekłość »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

.RN
x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)