zdjęcie Autora

28 kwietnia 2011

Wojciech Jóźwiak

Astroczytanki nr 4. Z dziejów astrologii

Kategoria: Astrologia
Tematy/tagi: astrologia

Nie tylko dla astrologów! Przedstawiam tu - zebrane i uporządkowane - felietony, które w minionych latach (2004-2009) pisałem dla tygodnika "Gwiazdy Mówią".

Moi astrologiczni przewodnicy   •   Nieprawdą jest, jakoby... czyli naukowe przesądy na temat astrologii   •   Początki astrologii   •   Babilońskie początki astrologii   •   Gwiazdozbiory i znaki   •   Dekanaty: dziedzictwo Egiptu   •   Dekanaty, zapomniany wątek   •   Losy - zapomniany rozdział astrologii   •   Zodiak zwrotnikowy czy gwiazdowy?   •   O zimowym przesileniu, Saturnie, zabawach, winie i znaku Koziorożca   •   Kapryśny kalendarz   •   Magia, demony, planety i cnoty   •   Księżycowa maszyna do przerobu dusz   •   Trazyllus, doradca Tyberiusza   •   Syriusz, Psia Gwiazda, Kanikuła   •   Spalone planety   •   Świat w kształcie kuferka   •   Średniowiecze astrologii   •   Zodiak alchemików   •   Czas po słowiańsku   •   In i jang po słowiańsku


Moi astrologiczni przewodnicy

Kto mnie najbardziej zainspirował w astrologii? Od kogo się jej uczyłem? Nie kończyłem w astrologii żadnej formalnej szkoły, ale kilku osobom zawdzięczam więcej niż innym. Na początku tej niedługiej listy stoi Michel Gauquelin, francuski badacz zmarły w 1991 roku. Czytałem jego książki, przed jego śmiercią zdążyłem wymienić z nim kilka listów - jeszcze wtedy nie było internetu. Co mu zawdzięczam? Trudno wyliczyć: mnóstwo. Przede wszystkim widzenie astrologii jako nauki, stojącej blisko nauk przyrodniczych i stosującej właściwe dla tych nauk eksperymenty, statystykę, rachunek błędów i sprawdzanie hipotez. Od Gauquelina wziąłem też pojęcie dominanty - a jest to pojęcie, bez którego nie wyobrażam sobie uprawiania astrologii. Chodzi o coś niby prostego: że wśród wielu planet, które pracują w urodzeniowym kosmogramie, jedna-dwie są ważniejsze od innych i właśnie one w większości wyznaczają charakter człowieka. Od Gauquelina pochodzi też astrologiczny dogmat, że owe ważne planety leżą w pobliżu osi horoskopu - czyli wschodzą lub górują. (Albo zachodzą, albo dołują.) Zdaje się, na początku, jeszcze w starożytnej Grecji, astrologowie o tym wiedzieli, potem zapomnieli, i dopiero Gauquelin, wielki reformator astrologii, o tym zjawisku przypomniał - zaledwie pół wieku temu.

Więc Gauquelin był pierwszym, który mi otworzył oczy na właściwe rozumienie astrologii. Drugim był John Addey, od którego mam przekaz wyłącznie książkowy, bo zmarł w 1982 roku, kiedy ja jeszcze nie siedziałem nad horoskopami. Od Addey'a wziąłem pogląd, że horoskop jest to coś, co przypomina układ pól i fal. Pola i fale są znajomą rzeczą dla fizyka, którym jestem z profesji, a badać je można przy pomocy analizy harmonicznej - też znanej z fizyki. Kiedy czytałem wielkie dzieło Addey'a, "Harmoniki w astrologii", miałem wrażenie, że on pisząc o astrologii, mówi o rzeczach znakomicie znanych fizykowi - i do tego mówi w jedynie sensowny sposób.

Ciekawą rolę w moim astrologicznym zdobywaniu doświadczenia odegrał Meksykanin Gonzalo Pena Tamez. Nie poznałem go osobiście, korespondowałem z nim przez internet, bo to już była epoka sieciowa, czyli lata dziewięćdziesiąte. Uczestniczyłem wtedy przez parę lat w grupie dyskusyjnej pod tytułem "Predict", którą on prowadził. Tamez zainspirował mnie do internetyzacji astrologii. Kiedy kilka lat temu zacząłem prowadzić kursy astrologii przez internet, jego grupa "Predict" była dla mnie pierwszym wzorem, pokazującym mi, jak to można robić. Gonzalo Pena Tamez miał swojego konika w astrologii, a było nim prognozowanie śmierci. Twierdził, że umie to robić, że zna metodę przewidywania daty śmierci z horoskopu - i tę metodę przedstawiał. Sprawdzałem jego metodę: nie była jednoznaczna, nie była algorytmem, wymagała w trakcie wyliczeń podejmowania decyzji na oko - i jednak nie dawała oczekiwanych wyników. Wydaje mi się, że sztuka obliczania, kiedy kto umrze, jest wciąż niedostępna astrologom, a być może nawet na to pytanie nie ma odpowiedzi, co najwyżej można zgadywać. Czasami niektórym to się udaje, ale osobiście radzę jednak w przewidywanie śmierci się nie bawić. Za bardzo jest to niezdrowe dla psychiki, zarówno dla klienta, jak i dla samego przepowiadacza.

Czwarty wśród moich wielkich inspiratorów jest John Townley, Amerykanin, chociaż nawet nie wiem, w której części swego kontynentu mieszka. Znam go raczej z jego idei, nie osobiście - bo chociaż bywał w Polsce, to jakoś się z nim rozminąłem. Od czasu do czasu wymieniam z nim e-maile. Wiele jego pomysłów w astrologii jest podobnych do moich, chociaż najwyraźniej wpadaliśmy na nie niezależnie. Przykładem - idea cykli planet w życiu człowieka. Dzięki Townleyowi też zapoznałem się z odkryciami i poglądami pewnego zapomnianego geniusza: mam na myśli Paula Kammerera, austriackiego biologa (1880-1926), który odkrył tak zwane prawa serii. Prawa serii są to prawa rządzące zjawiskami nieprawdopodobnymi, czyli takimi, które z punktu widzenia statystyki nie powinny się wydarzać. A takimi jest przecież wiele zjawisk, które obserwuje astrologia, a może nawet ich większość.

5 października 2006


Nieprawdą jest, jakoby... czyli naukowe przesądy na temat astrologii

Jestem świeżo po telewizyjnej dyskusji na temat astrologii (w programie TVP Kultura). To dobrze, że się o astrologii mówi, i to poważnie, a nie tylko robi się z niej dowcipy - niemniej ta dyskusja uświadomiła mi, jak wielki bagaż przesądów wlecze się za astrologią i to przesądów naukowych tzn. chętnie podtrzymywanych przez ludzi mieniących się orędownikami naukowego światopoglądu. Przesądy te biorą się oczywiście z niewiedzy! Bo krytycy astrologii po prostu jej nie znają.

Naukowy przesąd 1. Astrologia to właściwie religia.

W myśl tego przesądu astrologia jest kojarzona z religią, wypomina się jej religijne pochodzenie, to, że była (jakoby) uprawiana w świątyniach, przez jakichś zagadkowych "kapłanów", że wykazuje wciąż cechy religii, że wymaga wiary, że astrologowie dzielą się na prawowiernych i heretyków, że studiują jakieś święte księgi...

Prawda jest taka, że chociaż faktycznie astrologia jako astromancja czyli wróżenie z gwiazd i planet, powstała w mezopotamskich świątyniach (które nie tylko czczeniem bóstw się zajmowały, ale i medycyną, ekonomią, matematyką, polityką...) - to bardzo szybko od religii się oderwała. Astrologia w ścisłym sensie tego słowa, jako rysowanie horoskopów i udzielanie indywidualnych porad osobom, została wynaleziona przez Greków (niestety, imiona tych odkrywców zostały zapomniane) i nie miała nic wspólnego z ich religią - oprócz tego, że planety nazwano imionami bogów. Jednak wraz z astrologią do Grecji nie został zaimportowany żaden szczególny kult planet jako bóstw, a astrologia była od początku działalnością świecką. Tym bardziej w późniejszych wiekach, zarówno w chrześcijańskiej Europie jak i w krajach islamu, astrologii z religią nie mieszano - bo i jak?

Przesąd nr 2. Starożytne wyrocznie uprawiały astrologię.

Tak było tylko we wspomnianej Mezopotamii. Ani w Grecji, ani w Rzymie, ani w Egipcie - przed nastaniem właściwej astrologii, tradycyjni wróżbici nie studiowali ruchów planet. Owszem, śledzili lot ptaków i chmury na niebie, patrzyli, czy wróżebne kury dziobią ziarno, haruspikowie badali owcze wątroby, pytie w Delfach w świątyni Apollona wchodziły w trans - ale nie uprawiano astrologii. Astrologowie to byli osobni profesjonaliści.

Przesąd nr 3. Astrologia się nie rozwija. Nie kumuluje wiedzy. Jest taka sama jak w starożytności.

Nieprawda! Najstarsza grecka astrologia miała prosty system pojęciowy: na przykład nie odróżniano znaków od domów, czyli cały znak był jednym domem. Dopiero później zaczęto dzielić zodiak na domy niezależnie od podziału na znaki. Astrologowie Islamu wprowadzili wskaźniki, których nie znali Grecy: tzw. punkty arabskie; obserwowali też wieloletnie cykle planet, których Grecy nie zauważali.

Rozwojem w astrologii było odkrycie "nowoczesnych" planet - Urana, Neptuna i Plutona - i włączenie ich do gmachu astrologicznych pojęć. Poprzez to odkrycie został przebudowany tak podstawowy dla astrologii system odpowiedniości między planetami a znakami zodiaku.

Rozwój w astrologii wiąże się też z XX-wiecznymi statystycznymi badaniami Michela Gauquelina, które gruntownie odnowiły astrologię - rzecz o której moi naukowi dyskutanci w TV nie wiedzieli nic!

Tu muszę dodać, że w astrologii są silne nurty wracania do korzeni i studiowania na nowo starożytnych źródłowych tekstów. Renesans przezywa tak zwana astrologia klasyczna - tak określa się wcale nie astrologię starożytną, ale tę odmianę astrologii, która była znana i praktykowana w Europie od XIII do XVII wieku. Ale wracanie do historycznych źródeł nie jest przecież dowodem na to, że "nic się nie dzieje"! Czy w muzyce ktoś wypomina wykonawcom Bacha, że "stoją w miejscu"?

Przesąd nr 4 i chyba główny z przesądów: Astrologowie przepowiadają przyszłość.

Jest inaczej: astrologowie określają tendencje rozwojowe sięgające w przyszłość. Na podstawie tego, jak badana osoba żyła dotąd i jak wydarzenia z jej życia wpisywały się w planetarne cykle, można określić dalsze tendencje rozwojowe. Ale to są tylko tendencje, a nie określanie ze 100% dokładnością, co się wydarzy dzień po dniu. Może by niejeden astrolog chciał mieć taką moc, by to wiedzieć, ale tak dobrze nie jest...

Przesąd nr 5. Pojęcia i symbole astrologii są tak ogólne i niejasne, że wszystko nimi można uzasadnić.

Nieprawda. Symboliczna mapa, której używa astrologia, rozpoznając w świecie rzeczy skojarzone z planetami, znakami zodiaku, żywiołami i innymi, jest zarówno rozbudowana jak i precyzyjna, i ostatnie co można jej zarzucić, to właśnie rzekoma niejasność.

Zauważmy, że jak ktoś nie lubi astrologii, to ma jej za złe i to, że jest "precyzyjna" (kiedy usiłuje precyzyjnie przewidzieć przyszłość), jak i to że jest "nieprecyzyjna" (gdy, jakoby, używa "mglistych" symboli). Ale właśnie na tym polega negujące myślenie o czymś: że jako argument na "nie" posłużyć może zarówno zdanie "A" - jak i zdanie "nieprawda, że A".

4 lutego 2008


Początki astrologii

W każdej dziedzinie co pewien czas warto wracać do źródeł, do początków. Matematycy lub fizycy czynili wielkie odkrycia, ba, rewolucje naukowe, kiedy - jak małe dzieci - zadawali najprostsze pytania o początki i podstawy. Einstein postawił sobie problem: co by było, gdyby dogonić poruszający się promień światła? I wynikła mu z tego cała, rewolucyjna teoria względności. Georg Cantor, niemiecki matematyk i filozof z końca XIX wieku, zadał sobie pytanie: czy liczb parzystych jest mniej niż wszystkich liczb (całkowitych) - czy może tyle samo? I z tego niby dziecinnego pytania wysnuł potężną teorię liczb. Stwierdził w niej, że istnieją dwie różne nieskończoności, i to jedna nieskończenie większa od drugiej! W najbliższych odcinkach będę wracał do początków i do podstaw astrologii. Kto ich nie zna, będzie miał okazje się dowiedzieć. Kto zna, pewnie chętnie przeczyta jeszcze raz. Przynajmniej taka mam nadzieję.


Przed astrologią była astromancja. Co to takiego? To szuka wróżenia z gwiazd, a właściwie z wszelkich zjawisk na niebie, które w dawnych czasach uważano za znaki, sygnały nadawane przez bóstwa zamieszkujące nieboskłon. Gdzie kończy się astromancja a zaczyna prawdziwa astrologia? Takim punktem zwrotnym jest umiejętność kreślenia kosmogramów oraz prognozowania życia jednostki, czyli człowieka, który urodził się w danym momencie, przy danym układzie planet. Rysowanie kosmogramów dzisiaj wydaje nam się łatwe, szczególnie gdy klikamy myszą w komputerze. Ale w starożytności? Problem był już z ustaleniem daty czyichś narodzin, ponieważ każde ówczesne państwo, a było ich co niemiara, Ateny były osobnym państwem, Teby osobnym, Korynt, Syrakuzy i tak dalej.... - każde państwo-miasto miało swój własny kalendarz, a każdy władca własny sposób odliczania lat: od wstąpienia na tron. Także rachuba godzin była niełatwa i niejasna. Dzień dzielono na 12 godzin i noc na 12 - zatem godziny były nierówne! Do tego ówczesne metody obliczania pozycji planet były wielce uproszczone: przecież astronomia też była młoda i początkująca. A nawet matematyka wcale nie była prosta. Nie znano zera ani zapisu dziesiętnego i trzeba było mieć nie lada talent, aby osiągnąć biegłość w rachunkach.

Mimo jednak tych kłopotów, w III wieku przed naszą erą, wkrótce po tym, jak Aleksander Macedoński pobił Persów, a na gruzach perskiego imperium powstały państwa greckie, pojawiły się pierwsze horoskopy. Właśnie wtedy bowiem powstała astrologia. Powstała z twórczego połączenia babilońskiej (albo chaldejskiej) astromancji, która tam była ogromnie rozbudowana, oraz z ducha greckiego myślenia - krytycznego, geometrycznego i, właściwie, naukowego. W tym samym stuleciu, pamiętać trzeba, działał wielki fizyk, matematyk i wynalazca Archimedes, i król geometrii Euklides. Budowano też pierwsze maszyny matematyczne: układy kół zębatych do obliczania pozycji statku, oraz machiny oblężnicze, które miotały pociski przy użyciu sprężonego powietrza! Ówcześni Grecy byli o krok od stworzenia prawdziwej rewolucji naukowo-technicznej. Cóż, kiedy burzliwy rozwój ich cywilizacji przerwali Rzymianie, którzy nie mieli głowy do nauki i woleli żyć z nakładania podatków na greckie miasta.

Astrologia pojawiła się w tamtych czasach niby mityczna Atena, która wyskoczyła z głowy Zeusa od razu dorosła, w zbroi i z włócznią. Podobnie astrologia od razu pojawia się jako wyrafinowany system, obejmujący siedem ówcześnie znanych planet, dwanaście znaków zodiaku, znający ascendent i medium coeli, aspekty i dekanaty. I wszystkie te elementy mają swoje znaczenie w horoskopie.

Tutaj chwila wyjaśnienia dla początkujących: ascendent to jest ten punkt horoskopu, w którym planety wschodzą. Medium coeli - to punkt, w którym wznoszą się najwyżej nad horyzontem, czyli górują. Niedługo będę te pojęcia objaśniał bardziej szczegółowo. Aspekt jest wtedy, kiedy dwie planety tworzą "ładny" kąt, na przykład 90 stopni albo 120 stopni. Dekanaty są to odcinki po 10 stopni, na które dzielą się znaki zodiaku - każdy znak ma trzy takie dekanaty.

W ówczesnym astrologicznym systemie przyporządkowano też planety do znaków, czyli wiedziano już, że Mars jest władcą znaków Barana i Skorpiona, Wenus włada Bykiem i Wagą, i tak dalej. Co ciekawe, od starożytności niewiele się tu zmieniło!

To nagłe pojawienie się astrologii jako gotowej nauki, skłoniło niektórych do wiary, że naprawdę astrologia istniała i była kultywowana wcześniej, od tysiącleci, tyle, że w ukryciu, jako wiedza tajemna, przez wtajemniczonych chaldejskich i egipskich kapłanów. Albo że powstała w wyniku objawienia i nie jest dziełem ludzi, lecz aniołów lub demonów, którzy objawili ją ludziom.

Początki astrologii są tajemnicze też dlatego, że okres w historii, kiedy się pojawiła, jest ciemnym wiekiem. Brakuje danych z tamtego czasu. Przepadły księgi ówczesnych kronikarzy i historyków. Ówczesne stolice świata: Aleksandria, Pergamon, Antiochia, były później wielokrotnie obracane w gruzy. Skutek jest taki, że ucząc się historii w szkołach, dzieje Grecji przerabiamy do wyprawy Aleksandra na wschód, a zaraz potem przerzucamy się do Rzymu i jego wojen punickich. A w międzyczasie przegapiamy całe stulecie: właśnie to, kiedy grecka cywilizacja doszła do szczytu, a przy okazji zaczęto - prawdopodobnie w Aleksandrii - rysować pierwsze horoskopy.

16 września 2005


Babilońskie początki astrologii

Astrologia wyrosła z religii Sumeru, Babilonu i Asyrii, z tamtejszych mitów i praktyk wróżebnych. Wprawdzie to Grecy uczynili z astrologii system, podobny do tego, jakim jest do dziś, jednak czerpali oni z mezopotamskich źródeł i inspiracji.

Najważniejszym ciałem niebieskim, najpilniej obserwowanym, był niewątpliwie Księżyc. Zaćmienia Księżyca były najważniejszymi znakami wieszczymi, ważniejszymi od zaćmień Słońca. Obserwowano, z której strony tarczę Księżyca pokrywał cień i który jej fragment, a to dlatego, że różnym częściom Księżyca odpowiadały rożne kraje w basenie Eufratu i Tygrysu. Na którą część padł cień, była to zła wróżba dla tamtejszego królestwa. Zaćmienia Księżyca były złymi znakami, ale kiedy król Sargon II w 714 roku p.n.e. ujrzał zaćmienie dotykające miejsca, któremu odpowiadało królestwo jego wroga - uznał to za pomyślny znak dla siebie. Całkiem logicznie!

Zaćmienia Księżyca były tak ważne, że starano się je przewidywać za pomocą innych metod wróżbiarskich - na przykład poprzez wróżenie z wnętrzności zwierząt ofiarnych. Technika ta, zwana splanchnomancją, później została wysoce rozwinięta przez Etrusków, ale wywodziła się z Mezopotamii tak samo jak wróżenie z gwiazd.

Księżyc był w Mezopotamii pojmowany jako istota męska, a jego bóg, imieniem Sin, był mężczyzną. Dopiero Grecy, a po nich Rzymianie uczynili zeń kobietę i zapewne przeważył tu fakt, że nazwy Księżyca w ich językach: Selene i Luna - były rodzaju żeńskiego.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że planety noszą imiona bóstw. W Mezopotamii tak nie było! Planety miały swoje nazwy, a dopiero dodatkowo były kojarzone z bóstwami. Tak jakby poszczególne bóstwa miały te wędrujące gwiazdy w opiece lub jakby planety były ich tronami, siedzibami lub znakami.

Wenus nazywała się Dilbat, a boginią tej planety była Isztar. Jej dawniejsze sumeryjskie imię brzmiało Inanna. Wenus pojawia się na niebie pod dwiema postaciami - jako Gwiazda Zaranna czyli Jutrzenka, i jako Gwiazda Wieczorna. Mieszkańcy Mezopotamii też byli już świadomi tego, że jest jedno i to samo ciało niebieskie... Zawsze mnie zdumiewało, jak ludzie wpadli na to, że jest to ta sama "gwiazda"? Po czym poznali, że to jest jedno ciało niebieskie, a nie dwa różne? Ta dwupostaciowość Wenus sprawiła, że również Isztar-Inannę wyobrażano sobie jako istotę androgyniczną, pół-kobietę, pół-mężczyznę. W niektórych świątyniach czczono ją pod postacią brodatej kobiety. Ciekawe, że nigdy nie ustalono jednoznacznie, czy Wenus poranna jest męska, a wieczorna żeńska - czy może odwrotnie?

Inną ciekawostką jest, że Diabeł z XV karty tarota, którego wzorowano na dawnym obrazie Isztar z ptasimi stopami, najwyraźniej odziedziczył po niej tę dwupłciowość - gdyż w wielu taliach przedstawiany jest z cechami zarówno męskimi jak i kobiecymi.

Jowisza uważano za planetę dobroczynną, chociaż słabszą od Wenus. Jeśli Jowisz był widoczny na niebie podczas zaćmienia Księżyca, to w jakiejś części zmniejszał groźną moc tego wydarzenia. Był więc magiczną odtrutką na zaćmienia! Zdaje się, że długo trwał stan niepewności co do jego właściwości: planetę tę określano różnymi nazwami i przydawano jej różnych bogów. W końcu jego bóstwem został Marduk, patron Babilonu. Bóstwo to stopniowo awansowało w mezopotamskim panteonie w miarę jak rosło w siłę jego miasto.

Mars w języku akadyjskim - semickim języku dawnej Mezopotamii - zwany był Salbatanu, a nazwa ta kojarzyła się z zarazą i śmiercią. Uznano go za siedzibę boga śmierci imieniem Nergal. Nazywano go "czerwonym" i "wrogiem". Wyobrażano go sobie zbryzganego krwią i pijącego krew swych ofiar. Ale również modlono się do niego, i kiedy ukazywał się na niebie, wykonywano pod nim czynności rytualne odczyniające choroby - bo przecież ta istota, która przynosi zarazę i śmierć, sama najlepiej potrafi prze chorobą i śmiercią ustrzec!

Merkury jako planeta nazywał się Szihtu, co oznaczało też "atak" lub "uderzenie". Miał przydomek "skaczący", bo nie stoi równo na niebie, tylko na kilka dni wyskakuje ponad horyzont raz po jego wschodniej, raz po zachodniej stronie. Podobnie jak w przypadku Wenus, zdumiewająco wcześnie ustalono, że jest to jedno i to samo ciało niebieskie! Jego bogiem był Ninurta, który w mitologii występuje w dwóch rolach: jako wojownik i jako rolnik, i mało przypomina zarówno Merkurego, jak i greckiego Hermesa.

Saturn także był znany w Mezopotamii, zwano go Kajamanu, przezywano "czarną gwiazdą", chociaż jak wie każdy, kto te planetę na niebie oglądał, naprawdę świeci niebiesko. A co najdziwniejsze, nie przypisywano mu żadnego boga!

Oprócz zaćmień, jako wieszcze znaki ważne były także wschody i zachody planet, ich górowanie, ich zbliżanie się do Słońca i Księżyca. Dla mezopotamskich astrologów (albo astromantów) ważne też były gwiazdozbiory oraz to, czy dana planeta przebywała w pomyślnym dla siebie gwiazdozbiorze, czy niepomyślnym. Z tego rozwinęło się późniejsze, już greckie, wyobrażenie wędrówki planet przez znaki zodiaku.

24 stycznia 2005


Gwiazdozbiory i znaki

Teraz, w październiku, kiedy przed północą spojrzysz na niebo, to na wschodzie zobaczysz Plejady. Plejady rozpoznaje się na niebie chyba najłatwiej ze wszystkiego (prócz Księżyca), bo z niczym innym nie można ich pomylić: to jest taka kupka średnio jasnych gwiazd, gęsto przytulonych do siebie, wyglądających jakby je ktoś w tym miejscu wysypał - z jakiegoś woreczka. Zwykle widać ich sześć lub siedem, ale jak się lepiej przyjrzeć, to widać, że jest ich mnóstwo. W lornetce zobaczysz, że to w istocie całe rojowisko

Widzisz Plejady? To teraz wyciągnij ku nim wyprostowana rękę i pokaż je wskazującym palcem. Następnie odchyl kciuk tak daleko jak możesz i skieruj go w dół. Czubek kciuka wskazuje na jasną gwiazdę, prawda? Ta gwiazda nazywa się Aldebaran i jest najjaśniejszą czyli alfą w gwiazdozbiorze Byka! Zobacz następnie, że gwiazdy sąsiadujące z Aldebaranem układają się w kształt litery A duże, przewróconej na bok. Aldebaran jest dolną nóżką tego A - w którym to wzorze można też zobaczyć głowę Byka, Aldebaran zaś to oko zwierzęcia.

Aldebaran należał do tych gwiazd, którym za władców przydawano archaniołów. Jego władcą był archanioł Michał, Mikha-El, czyli wykładając to imię po hebrajsku: "Któż jest jak Bóg?"

Same Plejady też są zaliczane do gwiazdozbioru Byka. W połowie drogi między Plejadami a Aldebaranem przebiega ekliptyka, czyli roczna droga Słońca i planet. Co miesiąc przechodzi tedy Księżyc. Teraz tej jesieni i zimy, trochę w lewo i w dół od Aldebarana zobaczysz bardzo jasną gwiazdę, która nie mruga. Nie mrugają planety - bo to faktycznie jest planeta - Mars! Mars oczywiście trzyma się także ekliptyki.

Gwiazdozbiory, które, jak Byk, są przecięte ekliptyką, nazywa się zodiakalnymi. Dlaczego? - to oczywiste: ponieważ kiedyś dały swoje nazwy znakom zodiaku. Ale dzisiaj gwiazdozbiory zodiakalne już nie leżą w swoich znakach zodiaku. Rozjechały się skutkiem precesji. Przez około 2300 lat, które minęły od powstania astrologii i zdefiniowania znaków zodiaku, gwiazdozbiory wywędrowały ze swoich znaków (albo odwrotnie, znaki z gwiazdozbiorów). Skutek jest taki, że gwiazdy Byka leżą w następnym znaku - w Bliźniętach, np. Aldebaran leży około 10 stopnia Bliźniąt.

Gdy poczekamy trochę dłużej w nocy, wzejdzie kolejny zodiakalny gwiazdozbiór: Bliźnięta, równie piękny jak Byk, z dwiema potężnymi gwiazdami, Kastorem i Polluksem. Następny, Rak, to wprawdzie mizerota, z gwiazdkami, które ledwo widać, ale za nim idzie kolejny niebieski kandelabr: Lew, chyba najpiękniejszy i najwyrazistszy z zodiakalnych gwiazdozbiorów. Okazalszy na niebie od niego jest tylko Orion - ale on nas nie interesuje, bo nie leży na ekliptyce.

Rodzi się pytanie: czy w starożytności było tak, że najpierw ludzie sumiennie wyodrębnili i ponazywali wszystkie gwiazdozbiory, wszystkie te Lwy, Byki i Wężowniki, i wiele innych, a potem któregoś dnia jakiś geniusz zauważył, że osoby urodzone w czasie, kiedy Słońce było w Lwie, chodzą dumnie napuszone jak grzywiaste lwy, a urodzone w czasie, kiedy Słońce było w Byku, lubią korzystać z rozkoszy chwili, jak byki podczas sjesty przeżuwające w chłodzie cienia? I nagle temu geniuszowi się zgodziło, że urodzeni w każdym zodiakalnym gwiazdozbiorze mają cos ze zwierzęcia lub innej postaci wyobrażonej w tym gwiezdnym rysunku?

Żeby tak dobrze się zgodziło w 12 przypadkach na 12, to byłoby czymś aż nadto nieprawdopodobnym - prawda? Dlatego krytycy astrologii śmieją się z naiwnych, którzy w to wierzą.

Ale naprawdę było jeszcze inaczej. Zodiakalne typy ludzkiego charakteru i zodiakalne gwiazdozbiory rozpoznawano równocześnie - i oczywiście nie od razu. Nie od razy widziano na niebie w pasie zodiaku 12 znanych obecnie gwiazdozbiorów. Z babilońskich zapisków wynika, że dawniej dzielono gwiazdy na gwiazdozbiory inaczej niż w późniejszych epokach. Np. w miejscu obecnych Ryb wdziano aż trzy grupy gwiazd. Gwiazdozbiory z biegiem czasu dopasowywano do doktryny mówiącej o tym, że niebo ma zostać podzielone na 12 równych odcinków - i dlatego te gwiazdozbiory są aż tak nierówno obsadzone gwiazdami. W miejscu nazwanym Lwem natrafiono na piękny rój gwiazd, w którym faktycznie oko rozpoznaje lwa (ale ja widzę raczej... żelazko z rączką!), ale tam, gdzie miał być Rak, Koziorożec albo Wodnik nie było prawie nic - jakiś drobny maczek gwiezdny. Te same gwiezdne paprochy mogły zostać podzielone i nazwane zupełnie inaczej: widać więc, że obserwatorzy nieba mieli zawczasu w swych umysłach ideę znaków zodiaku, które są takie a nie inne zgodnie z tym, co wynikało im z teorii.

Domyślamy się, że w Mezopotamii wykonano wiele prób dopasowania tego, co widać na niebie, do koncepcji zodiaku. Potem przyszli Grecy, spisali to i upowszechnili w swoich encyklopediach. I w tym momencie klamka zapadła i kto patrzy na niebo, widzi Byka, Bliźnięta, Lwa... No z nielicznymi wyjątkami... Ja widzę żelazko.

24 września 2007


Dekanaty: dziedzictwo Egiptu

Astrologię - taką mniej więcej, jaką dziś znamy - skonstruowali nieznani z imion Grecy działający w III wieku pne. w rządzonej przez ród Ptolemeuszy egipskiej Aleksandrii. Była to epoka hellenizmu, kiedy po podbojach Aleksandra Wielkiego powstały wielokulturowe imperia jednoczące Greków, Egipcjan i ludy Azji Mniejszej i Mezopotamii. Takiego tygla mieszającego odmienne tradycje wcześniej świat nie widział!

Astrologia jako wiedza o tym, jak w życiu ludzi przejawiają się planety przebywające w znakach zodiaku, wywodziła się głownie z wcześniejszej astromancji, czyli wróżenia z gwiazd, uprawianego w Mezopotamii. Ale także Egipt dołączył swoje idee. Głównym wkładem tradycji egipskiej do astrologii były dekanaty.

Dekanaty, czasem zwane krócej dekanami, dziś są raczej lekceważone, uważane przez nowoczesne prądy w astrologii za szacowny wprawdzie, ale tylko zabytek. Ja sam też wolę od nich inne podziały zodiaku. Co to są dekanaty? Każdy znak zodiaku, jak wiemy, ma 30 stopni długości. Dzielimy każdy znak na trzy równe części, po 10 stopni - i otrzymujemy w wyniku właśnie dekanaty. Nazwa pochodzi od greckiego słowa deka - dziesięć. Dekanatów, jak łatwo policzyć, jest 36.

Co znaczą w klasycznej astrologii? - Są w swoim znaku jakby echami lub wysłannikami znaków z tego samego żywiołu. Pierwszy dekanat znaku powtarza cechy tego znaku, na przykład pierwszy dekanat Barana ma za władcę Marsa (tak samo jak cały Baran). Ale już drugi dekanat ma (jakoby) właściwości następnego znaku z tego samego żywiołu, czyli np. w Baranie drugi dekanat przypomina znak Lwa i za władcę ma Słońce. Trzeci dekanat odpowiada trzeciemu znakowi z danego żywiołu: czyli trzeci dekanat Barana jest echem Strzelca i władcą mu Jowisz. Drugi dekanat Byka jest pannowaty i pod władaniem Merkurego... i tak dalej. Nie dyskutuję tutaj, czy to prawda, czy może jest inaczej - stwierdzam tylko, że tak rzecze tradycja.

Najciekawszy jest początek idei dekanatów. Zaczęły się od egipskiego kalendarza, w którym nowy rok i początek nowego życia w kraju nad Nilem zaczynał się od wylewu tej wielkiej rzeki, która wzbierała nadzwyczaj regularnie i zasilała ziemię swą żyzną wodą. Egipscy kapłani zauważyli, że wylew Nilu zbiega się z heliakalnym wschodem Syriusza. Syriusz jest najjaśniejszą gwiazdą ziemskiego nieba - jaśniejsze odeń bywają tylko Jowisz i Wenus. W naszych czasach i w naszych szerokościach geograficznych jest widoczny zimą dość nisko na niebie po południowej jego stronie. Wschód heliakalny (znów stary grecki termin) oznacza wschód jakiegoś ciała niebieskiego tuż przed wschodem Słońca. Mówimy, że pewna gwiazda lub planeta wschodzi heliakalnie, kiedy wkrótce po jej wzejściu zaczyna świtać, pojawia się poranna zorza, po czym wschodzi Słońce. Gwiazdy, które wschodzą heliakalnie, zaraz nikną w porannym brzasku. Zapowiadają nowy dzień.

Heliakalny wschód Syriusza, najjaśniejszej gwiazdy, służył jako najważniejsze zjawisko kalendarzowe: zaznaczał nowy rok i zarazem wylew Nilu. Zauważmy od razu, że heliakalne wschodzenia innych gwiazd mogły służyć jako wskaźniki zaczynania się innych okresów w kalendarzu. I faktycznie Egipcjanie na tej zasadzie zbudowali swój kalendarz. Rok u nich dzielił się na 12 miesięcy po 30 dni, plus kilka dni świątecznych, pozakaledarzowych. Każdy miesiąc dzielił się dziesięciodniowe niby-tygodnie, których było 36.

Egipscy kapłani - obserwatorzy nieba i zarazem strażnicy czasu - kalendarz ten przenieśli na niebo. Wytypowali 36 gwiazd, które kolejno zaczynały wschodzić heliakalnie, czyli zwiastować wschód Słońca, co jedną kolejną dziesiątkę dni. Syriusz był najważniejszą z gwiazd z tego szeregu. Te kalendarzowe gwiazdy zostały symbolicznie wyobrażone na słynnej płaskorzeźbie zwanej Zodiakiem z Dendery, dziś znajdującej się w paryskim Luwrze. Jednak do tej pory tego nie odczytano, które były to gwiazdy - które z gwiazd Egipcjanie zaprzęgli do liczenia czasu. Cóż, wiedza kapłanów po części była wiedzą tajemną...

Wschodzenie kolejnych gwiazd kalendarzowych w ciągu nocy służyło także jako zegar - tym wygodniejszy, że w Egipcie zachmurzenie jest rzadkością. W ciągu nocy wschodzi połowa z owych dekanów, czyli 18. Ale trzy pierwsze i trzy ostatnie nikły w brzasku Słońca, więc do praktycznego użytku pozostawało 12. Taki był początek dzielenia nocy na 12 podokresów-godzin. Przez analogię, także dzień zaczęto dzielić na 12 godzin. Bo starożytne godziny były nierówne, ale na dzień i na noc przypadało ich po 12. Pozostałością tego zwyczaju jest nasz podział doby na 24 godziny - a także to, że tarcze zegarów wciąż dzielimy tylko na 12 części. Ludzkie zwyczaje dotyczące czasu są zdumiewająco konserwatywne...

17 września 2007


Dekanaty, zapomniany wątek

O dekanatach pisałem rok temu [2007]. Dekanat to jest 1/3 znaku zodiaku, odcinek dziesięć stopni. Dekanatów jest 36 i tak jak całe znaki, mają swoje planety-władców. O ile jednak główny gmach astrologii wywodzi się z Mezopotamii, to system dekanatów jest tu wyjątkiem, ponieważ powstał w Egipcie. Egipcjanie mieli w roku 12 miesięcy, a każdy dzielili na 3 niby-tygodnie, czyli dekady po dziesięć dni. Wskaźnikami tych dekad były wschodzące gwiazdy. Podczas każdej dekady inna gwiazda kolejno wschodziła przez świtem, zapowiadając początek dnia. Tych gwiazd było 36 i wiemy, że gwiazdą wskazującą początek roku czyli jego pierwszą dekadę, był jasny Syriusz. Które były pozostałe kalendarzowe gwiazdy, niestety, zapomniano. Kiedy w Aleksandrii powstała astrologia obmyślona przez tamtejszych Greków, dekanaty połączono z zodiakiem.

Idea dekanatów, właśnie jako egipska, więc tajemnicza i mistyczna, przez następne stulecia nurtowała miłośników wiedzy tajemnej. Ciekawe, że inaczej niż to było w przypadku znaków zodiaku lub planet, znaczenia dekanatów ilustrowano obrazami. Obrazy te bądź opisywano w księgach, bądź rysowano lub malowano. Przypomina to nam... karty tarota! Zwłaszcza że zachowane obrazy dekanatowe łudząco swoim klimatem, dziwacznymi skojarzeniami i alegorycznym graficznym językiem przypominają karty tarota, zwłaszcza te najstarsze, z epoki renesansu.

Dekanatowe obrazy jawią się też jako poprzednik serii obrazów symbolicznie ilustrujących każdy stopień zodiaku. Takie systemy wynaleźli: Charubel (prawdziwe nazwisko: John Thomas) w 1893 roku, oraz Elsie Wheeler i Marc Edmund Jones w roku 1926. Ten ostatni zbiór obrazów pewnie znacie - są to słynne symbole sabejskie, które zaczynają się od wizji: "kobieta wynurza się z morza - foka wynurza się za nią i obejmuje ją". Zauważmy jeszcze, że obie te serie obrazów, zarówno Charubela jak i Wheeler-Jonesa, pozostały dotąd tylko w słownym zapisie. Nie słyszałem, by ktoś je wszystkie namalował.

Obrazy dekanatowe wielokrotnie i rysowano, i co zawsze łatwiejsze, opisywano słownie. Z opisów najsłynniejszy jest ten dany przez Ibn Ezrę, średniowiecznego uczonego żydowskiego z Hiszpanii. Abraham Ibn Ezra (1093-1167) był mędrcem wszechstronnym: biblistą, rabinem - znawcą żydowskiego prawa, filozofem, poetą, medykiem i do tego wziętym astrologiem i astronomem, co wtedy szło w parze.

Z obrazów najsłynniejsze są freski w Palazzo Schifanoia w Ferrarze na północy Włoch, namalowane około 1470 roku z inicjatywy władających tam książąt d'Este. Głośne są z tego, że chociaż odsłonięto je okazji wizyty ówczesnego papieża Pawła II, to zawierają treści czysto pogańskie. Miłośnikom tarota pałac ten jest znajomy, gdyż wśród jego fresków jeden przedstawia grających w Triomfi - jak wtedy pierwotnie nazywano tarot lub taroka.

Wszystkich dekanatowych obrazów tu nie przedstawię ani nie opisze, jest ich zbyt wiele i każdy istnieje w kilku wariantach. Warto jednak zwrócić uwagę na niektóre, te które aż się proszą, by je nosić w wyobraźni.

Oto trzeci dekanat znaku Barana. Ibn Ezra widzi tu mężczyznę z rudymi włosami, który w jednej ręce dzierży drewnianą bransoletę-pierścień, w drugiej kij - różdżkę. W innych opisach pierścień ma być ze złota. Fresk w Pałacu Schifanoia wyobraża te postać dokładnie. Pierścień i różdżka! Skąd my to znamy? Oczywiście, takie narzędzia trzyma w dłoniach Magik na karcie nr 1 w tarocie. Ale nie tylko on. To wyobrażenie jest pradawne, bo kij i pierścień albo zwinięty w koło sznur mierniczy dzierżą już egipskie bóstwa, w Babilonie zaś te same trzyma w dłoniach dziwna naga (i piękna) boginka mająca lwy i sowy po bokach i ptasie szpony u stóp, przez niektórych utożsamiana z Inanną która zstąpiła do piekieł. A inne jej imię to Isztar, inni w niej widzą Lillith. Jest prawdopodobne, że z niej ściągnięto obraz tarotowego - pfe! - Diabła.

Pierwszy dekanat Byka. Według Ibn Ezry jest tu kobieta z rozpuszczonymi włosami (uwaga: pisał to Żyd żyjący wśród muzułmanów, a obu religiom nie wolno było widzieć kobiecych włosów!) - przy niej jej dziecko i oboje mają szaty częściowo nadpalone. Co to znaczy? Działanie żywiołu ognia, chociaż Byk należy do żywiołu ziemi? Przezwyciężenie siły ognia? Na fresku w Schifanoia trudno jednak dopatrzyć się tego nadpalenia.

Przeskakujemy kilka punktów i przy trzecim dekanacie Raka u Ibn Ezry czytamy, iż ilustruje go mężczyzna mający zwierzęce stopy i niosący jakieś zwierzę na sobie, który wstępuje na pokład statku, aby (co już trudno by było narysować!) szukać złota w dalekich krajach. W Pałacu Schifanoia ów człowiek faktycznie ma stopy ptasie lub wręcz dinozaurze, jedną stopę trzyma na burcie łodzi pełnej złota, przed sobą ma zaś ptaka o wężowym ogonie czyli bazyliszka.

To tylko próbki. Obrazy dekanatów to jak na razie gąszcz w którym trudno się rozeznać. Jakbyśmy stąpali po zatopionym lądzie, kolejnej zapomnianej Atlantydzie. Tajemna wiedza, także ta, którą kultywowali nasi europejscy przodkowie, wciąż ma swoje ukryte przed naszym wzrokiem zakątki.

3 czerwca 2008


Losy - zapomniany rozdział astrologii

Współczesne programy astrologiczne rysują, prócz planet, znaczek wyglądający jak kółko przekreślone literą X. Po polsku nazywa się on Punkt Szczęścia. Po angielsku brzmi bardziej dostojnie: Part of Fortune. Nazwa ta pochodzi z łaciny, po grecku zaś ten horoskopowy obiekt nazywał się kleros, co znaczy: los, a właściwie przedmiot do losowania, na przykład kamień lub kulka, wskazujący, czy ktoś wygrywa czy przegrywa. Tak więc pełna nazwa owego przekreślonego kółka brzmiałaby: los wróżący sukces w loterii życia.

Ładniej jest więc mówić Los Fortuny niż - banalnie - "punkt szczęścia". Skąd brano ten punkt w horoskopach? Czyżby w starożytności coś takiego poruszało się po niebie? Oczywiście, nie. Los Fortuny wyliczano z pozycji Słońca, Księżyca i ascendentu. Przepis brzmi: weź kąt od Słońca do Księżyca - i odłóż go od ascendentu.

Gwoli ćwiczenia zajrzyjmy do horoskopu znanego amerykańskiego aktora, Toma Hanksa. Hanks urodził się z Księżycem w 10 stopniu Lwa i Słońcem w 17 stopniu Raka. Zatem między Księżycem a Słońcem ma kąt 23 stopnie. Teraz trzeba ten kąt odłożyć od ascendentu. Ascendent w horoskopie sympatycznego aktora to 22 stopnie Panny. 22 + 23 = 45, czyli 15 stopni następnego znaku. Wynik: Los Fortuny Hanksa leży w 15 stopniu znaku Wagi. (Coś jakby się zgadza... Waga to znak patronujący sztuce, a kariera i sukces Toma Hanksa spełniły się na artystycznym polu. Może coś w tym jest...)

Żeby nie było zbyt prosto, starożytni greccy astrologowie dołożyli drugą regułę: liczymy tak, jak to pokazałem wyżej na przykładzie Toma Hanksa, tylko w przypadku urodzeń dziennych. (Hanks urodził się o godz. 11:17, więc na pewno za dnia; 9 lipca 1956 w Concord w Kalifornii koło San Francisco.) W przypadku urodzeń nocnych, kiedy Słońce jest pod horyzontem, kąt między Słońcem a Księżycem liczymy odwrotnie: od Księżyca do Słońca.

Czy Los Fortuny ma w ogóle jakiś sens astronomiczny? Jak sobie wyobrazić ten punkt na niebie? - Otóż tak: wyobraź sobie, że w rozważanej chwili, np. podczas urodzin małego Toma Hanksa, cały układ planet na niebie przekręcamy tak, żeby Słonce znalazło się na linii horyzontu (na ascendencie). Słońce trafiło na ascendent, ale gdzie trafił Księżyc? - Księżyc właśnie wyznaczył Los Fortuny.

Przy urodzeniach nocnych światła zamieniają się rolami: to Księżyc trzeba przesunąć na ascendent, a wtedy Słońce wskaże Los Fortuny.

Skoro mamy w horoskopie jeden taki punkt, to aż się prosi, żeby na tej samej zasadzie skonstruować podobne. I faktycznie starożytni greccy astrologowie wynaleźli więcej owych "losów". Drugim był Los Ducha - był on dokładną odwrotnością Losu Fortuny, tzn. liczono go od Księżyca do Słońca dla urodzeń dziennych i w przeciwną stronę dla urodzeń nocnych. Jak widać, wypadał on w tej samej odległości od ascendentu, co Fortuna, ale po przeciwnej stronie. Można się domyślić, że wielu astrologom te dwa punkty się myliły i dlatego Los Ducha nie był zbyt popularny - np. nie wymienia go najbardziej znany autor starożytności, Ptolemeusz. Los Ducha określał w horoskopie zasoby sił jednostki, jej ukryte talenty, był też stosowany do wywróżania chorób.

Losy Fortuny i Ducha służyły jako podstawa do obliczania następnych losów. Los Miłości liczono jako kąt od Losu Ducha do Wenus - i odkładano od ascendentu. (Dla urodzeń dziennych, bo dla nocnych w przeciwną stronę. Dalej już tej uwagi nie będę powtarzał.) Los Miłości miał być tym punktem w horoskopie, który rządzi pragnieniami i pożądaniami jednostki, a podobieństwo Losów Miłości u dwóch osób świadczyło, że coś do siebie czują.

Czwarty był Los Konieczności. Liczono go (za dnia) od Merkurego do Losu Fortuny. Miał on symbolizować podporządkowanie, walkę, wrogów, nienawiść i potępienie - wszystko to, co krępuje swobodę człowieka, jak pisał Paweł z Aleksandrii, autor głównej rozprawy o losach, spisanej w 378 roku naszej ery.

Od Marsa do Losu Fortuny liczono Los Odwagi. To był punkt, który wskazywał śmiałość, wole czynu, potęgę - ale też mógł odkrywać źródła zdrad i łajdactw.

Szósty los nazywał się Los Zwycięstwa i liczony był od Losu Ducha do Jowisza. Tu mieściła się wiara w siebie i zaufanie do innych, optymizm, zmysł społeczny, ale czasem także z tego punktu odgadywano grożące kary i akty zemsty.

I siódmy - Los Odpłaty. Jak można się domyślić, pochodził od Saturna, i równy był kątowi między Saturnem a Losem Fortuny, odłożonemu od ascendentu. Punkt ten kojarzył się z destrukcją, działaniem ukrytych złośliwych sił, także z wygnaniem, niemocą, śmiercią i żałobą.

Greccy astrologowie, pilnie pracując, obmyślili dalsze losy: Ojca, Matki, Dzieci, Rodzeństwa, Małżeństwa, a także takie tajemnicze, nie do końca rozpoznane przez historyków astrologii, obiekty, jak Los Długów, Złodziei, Oskarżycieli, Zdrady, Podróży do Obcych Krajów... Mnóstwo się działo w starożytnych horoskopach!

W średniowieczu w Europie zapomniano o losach, ale wiedza ta przetrwała u Muzułmanów. Dlatego do dziś bywają nazywane punktami arabskimi.

14 czerwca 2006


Zodiak zwrotnikowy czy gwiazdowy?

Zodiak ma 12 znaków czyli równych odcinków po 30 stopni. Słońce wchodzi do pierwszego znaku - znaku Barana - w momencie wiosennego zrównania dnia z nocą. Mija wtedy równik niebieski, a punkt, w którym się wtedy znajduje, leży na przecięciu równika (równika nieba) i drogi Słońca - ekliptyki. Wszystko by było proste, gdyby równik stał sztywno w przestrzeni. A nie stoi, ponieważ Ziemia się chwieje. Chwieje się jej oś obrotu i bieguny zataczają koło. Ten ruch jest bardzo powolny: cały cykl obracania się biegunów i przesuwania równika trwa około 26 tysięcy lat i nazywany jest precesją.

Tak więc początek zodiaku jest tam, gdzie równik przecina ekliptykę. Tak zdecydowali jeszcze starożytni Grecy. Ale... coś się nie zgadza, mianowicie to, że znaki zodiaku noszą te same nazwy jak gwiazdozbiory. Tymczasem kiedy równik przesuwa się po ekliptyce i znaki zodiaku wraz z nim, to gwiazdy i gwiazdozbiory stoją w miejscu. Skutek taki, że Słońce do ZNAKU Barana wchodzi co roku około 21 marca, ale do GWIAZDOZBIORU Barana wkracza później, około 14 kwietnia. I w miarę upływu stuleci moment ten przesuwa się na coraz późniejsze dni. Nie zgadza się także to, że gwiazdy z gwiazdozbioru np. Barana leżą przeważnie w następnym znaku Byka - i tak dalej. Różnica ta powiększa się w tempie około 1 stopnia na 70 lat: takie jest tempo precesji.

Zodiak liczony od punktu równonocy nazywa się zodiakiem zwrotnikowym lub tropikalnym. Jest używany jako standard przez astrologów Europy lub ogólniej, świata zachodniego.

W Indiach przyjęto inaczej: że znaki zodiaku mają trzymać się gwiazd i zaprzestano łączenia ich z wiosenną równonocą i w ogóle z porami roku. Ich zodiak nazywa się gwiazdowym lub syderycznym. Do astrologii zachodniej wprowadził go dopiero w 1944 roku Irlandczyk Cyril Fagan.

Jednak zodiak gwiazdowy także stwarza problemy. Przede wszystkim, CO szczególnego leży w punkcie początkowym? Indyjski gwiazdowy zodiak zaczyna się na ekliptyce o pewien odcinek dalej niż nasz, zwrotnikowy. Tę różnicę nazywa się ayanamśa. Zwykle podawana jest jej aktualna wartość około 25 stopni. (Różne szkoły używają nieco rozbieżnych liczb.) Ale w 25 stopniu Barana lub przeciwległym 25 stopniu Wagi żadna jasna gwiazda nie leży (ani nic innego widocznego na niebie), więc pewnie ten punkt jest fikcyjny. W 22 stopniu znaku Wagi jest wprawdzie jasna gwiazda Spika, więc jednak nie całkiem w tamtym miejscu.

25 stopni różnicy oznacza, że oba zodiaki, indyjski gwiazdowy i nasz zwrotnikowy, pokrywały się około roku 250 naszej ery. I to jest najpewniej ten moment, kiedy Hindusi zerwali z grecką astrologią i postanowili uprawiać własną. Co by oznaczało z kolei, że indyjska astrologia nie jest wcale tak prastara, jak powiadają.

Kiedy powstał zachodni system zodiaku? Pisanych historycznych świadectw nie ma, ale możemy to obliczyć z samego zodiaku. Można przyjąć, że kiedy wynaleziono zodiak, znaki zodiaku najściślej pokrywały się z gwiazdozbiorami. Cyril Fagan określił tan moment na rok 786 przed naszą erą. Ta data wskazuje też miejsce wydarzenia: w Mezopotamii (Babilonie, Asyrii lub Chaldei), bo tylko tam wtedy systematycznie badano niebo.

Zodiak zwrotnikowy jest związany z Ziemią, z ziemskimi porami roku i z ustawieniem w przestrzeni biegunów naszej planety-matki. Zodiak gwiazdowy jest bardziej odeń niebieski, ale za to ma zupełnie przypadkowy początek, wynikający jedynie z tradycji. Czy istnieje jednak jakiś prawdziwy zodiak gwiazdowy?

Na niebie widać potężną ponadgwiazdową strukturę - Drogę Mleczną. Jest ona niczym innym jak naszą Galaktyką, gigantycznym zbiorem gwiazd do którego należy Słońce - widzianym od wnętrza. Galaktyka jako rój gwiazd jest silnie spłaszczona, ma kształt cienkiego talerza i jej przekrój widzimy na niebie jako jasną smugę opasującą całe niebo. Tak jak początkiem zodiaku zwrotnikowego jest punkt przecięcia ekliptyki z równikiem, tak początkiem tego prawdziwego zodiaku gwiazdowego powinien być punkt przecięcia ekliptyki z płaszczyzną Galaktyki, czyli z równikiem galaktycznym.

Ten punkt w naszych czasach wypada prawie dokładnie w punkcie zimowego przesilenia, czyli o równe 90º od początku zodiaku zwrotnikowego, od Punktu Barana. Co by oznaczało, że żyjemy w niezwykłym momencie, takim, który wypada raz na jedną czwartą cyklu precesji, czyli raz na 6500 lat. Działają już towarzystwa, które tym się fascynują i nazywają to epoką świętego krzyża. A inni twierdzą, że dokładnie ów moment wypada 22 grudnia 2012 roku i starożytni Majowie, układając swój słynny kalendarz, wiedzieli o tym i dlatego na tym dniu ów kalendarz skończyli.

24 stycznia 2008


O zimowym przesileniu, Saturnie, zabawach, winie i znaku Koziorożca

Zimowe przesilenie mamy w tym roku 22 grudnia o godz. 6:09. Co się dzieje w tym momencie? Słońce - widziane z Ziemi - przechodzi przez punkt najbardziej odchylony w kierunku bieguna południowego. Przez co na południowej półkuli jest lato i najdłuższe dni, a u nas na odwrót, zima i dzień najkrótszy.

Od zimowego przesilenia zaczyna się pobyt Słońca w znaku Koziorożca. Znak ten jest w astrologii kojarzony z planetą Saturnem, który jest władcą tego znaku. Ciekawe, że Saturn, planeta ponura, patronująca ograniczeniom, sztywności, starości i powadze, przedstawiana jako staruch z kosą niby śmierć-kostucha - włada okresem pełnym świąt i radości: bo to przecież Wigilia i Boże Narodzenie, Sylwester i Nowy Rok, i początek karnawału.

Tradycja ta wywodzi się z starożytnego Rzymu, kiedy to w dniach od 17 do 23 grudnia świętowano Saturnalia. 17 grudnia oficjalnie składano ofiary w świątyni Saturna i na czas świąt rozwiązywano sznury, którymi przez resztę roku skrępowany był posąg tego boga. Ważniejsze jednak było świętowanie prywatne. Obdarowywano się prezentami, całkiem jak dziś. Uczniowie mieli ferie. Grano w gry hazardowe, kiedy indziej zabronione. Urządzano przyjęcia, zabawy i uczty. Wybierano "księcia Saturnaliów" - głównego wodzireja. Rzymianie nie ubierali się wtedy w swoje uroczyste i sztywne togi, lecz nosili się luźno i nieformalnie. Niewolnikom wolno było bratać się ze swoimi panami i nie okazywać im respektu - co w innym czasie było po prostu zbrodnią! A nawet panowie im podawali do stołu. Obyczaje seksualne były wtedy rozluźnione, dopuszczalny był nawet homoseksualizm - zwykle przez Rzymian potępiany.

Jaki to miało związek z Saturnem? Saturn w Rzymie i jego grecki kuzyn Kronos byli bogami poprzedniej epoki, wcześniejszej - według ówczesnych wierzeń - fazy świata, czyli Złotego Wieku, kiedy ludzie wiedli beztroskie życie, wszyscy równi i w zgodzie z naturą, nie znając jeszcze władzy jednych nad drugimi, przemocy, pieniądza i wojen. Saturnalia były symbolicznym powrotem do tamtego rajskiego czasu.

Z początku Saturnalia trwały tylko 1 dzień, 17 grudnia, ale Rzymianom tak się podobały, że rozciągnęli to święto do tygodnia. W późniejszej historii Rzymu, zaraz po Saturnaliach, 25 grudnia, wyznawcy Mitry zaczęli czcić narodziny swojego boga, a chrześcijanie Boże Narodzenie. Mitra, jak opowiadano, narodził się w grocie pomiędzy bydłem - czas obu świąt był ten sam i dotąd nie rozwiązano sporu, czy to święto mitraiści ściągnęli od chrześcijan czy było odwrotnie. W każdym razie Boże Narodzenie zapożyczyło niektóre obyczaje - choćby prezenty - od Saturnaliów.

Karnawał też zaczął się od starożytnego świętowania. Słowo "karnawał" podchodzi od carrus navalis, "wóz w kształcie łodzi", którym wożono posąg Dionizosa, boga wina, radości i szaleństwa. Bo karnawał to echo dawnych greckich i rzymskich świąt Dionizjów - Bachanaliów.

Czyżby Saturn i jego znak Koziorożca mieli coś wspólnego z winem? Otóż podczas fermentacji wina, podczas jego leżakowania w beczkach, wytrącają się niekiedy w nim kryształy, zwane w danych czasach "winnymi diamentami". Substancję tę w starożytności nazwano też "tartar". Tartar, to była u Greków podziemna kraina umarłych. Dlaczego tak nazwano te kryształy? Poszukajmy odpowiedzi. Kiedy alchemicy porządkowali znane sobie chemiczne substancje, łączyli je ze znakami zodiaku. Tartar uznali za substancję znaku Koziorożca. Na alchemicznych rycinach widać symbol tartaru, prostokąt z krzyżem, obok znaku Koziorożca.

Kryształy tartaru to sól kwasu winowego, winian potasu. Istnieje domysł, że nazwano je tartarem bo ich tworzenie się w winie uznawano za sprawkę diabła, niby wtrącanie dusz do piekła. Pierwszym alchemikiem, który eksperymentował z nimi, był Pers, Abu Musa Dżabir ibn Hajjan, znany też jako Geber, zmarły prawdopodobnie w 815 roku.

Kwas winowy jest normalnym składnikiem wina, a także wielu owoców, m.i. bananów, i odpowiada po części za smak wina. W dużych dawkach jest trucizną, ponieważ powoduje stężenie mięśni, jak przy dużym wysiłku i niedoborze tlenu, co może prowadzić do śmierci. I tak nasza wycieczka zatoczyła pętlę: okazało się, że substancja skojarzona z Koziorożcem, więc i z Saturnem, powoduje sztywność mięśni - a wszelka sztywność to "królestwo" Saturna!

Dawna medycyna uważała, że lekarstwem-odtrutką przeciw zatruciom - także tym od "winnych diamentów" czyli tartaru - jest tzw. bezoar, czyli dziwne bryłki o zapachu piżma znajdywane w żołądkach... koziorożców.

Tak to dawni ludzie widzieli świat jako jedną wielką sieć magicznych powiązań...

11 grudnia 2007


Kapryśny kalendarz

Astrolog w swojej pracy wciąż musi korzystać z kalendarza - bo przecież i efemerydy, czyli tabele z rozkładem jazdy planet, to także rodzaj kalendarza. Częste kontakty z kalendarzem uświadamiają nam, jak niedoskonały jest ten wynalazek!

Kalendarz opiera się na czterech jednostkach czasu: dzień, tydzień, miesiąc i rok. Każda z nich odpowiada pewnemu realnemu cyklowi kosmicznemu: dzień (doba) to obrót ziemi wokół swojej osi, miesiąc pierwotnie był okresem pełni i nowiów Księżyca, czyli okresem obiegu Księżyca wokół Ziemi, a rok to okres obiegu Ziemi wokół Słońca.

A tydzień? Na pozór wydaje się, że jest to jednostka całkiem sztuczna; można spekulować, że wzięła się z wiary w świętość liczby siedem. Wydaje się jednak, że pierwotnie tydzień także pochodzi od Księżyca. Okres od nowiu do nowiu lub od pełni do pełni (fachowo zwany miesiącem synodycznym) trwa średnio 29,53 doby. Jedna czwarta tego czasu, czyli okres od nowiu, kiedy Księżyc znika, do pierwszej kwadry, kiedy ma kształt litery "D" - a także pozostałe ćwiartki miesiąca - to mniej więcej 7 i jedna trzecia doby. Dawno temu, kiedy na Bliskim Wschodzie zaczęto obserwować Księżyc, tę jedną trzecią doby zaniedbywano. I tak powstał tydzień - jako jedna czwarta księżycowego miesiąca.

Z miesiącami jest kłopot. W jednym roku zwykle wypada 12 miesięcy księżycowych (czyli synodycznych). Ale w niektóre lata pełni lub nowiów jest 13. Łatwo policzyć, że 12 miesięcy księżycowych równe jest trochę ponad 354 dni. To wyraźnie mniej niż 365,24 dni w roku. W dawnych społeczeństwach istniała ponadto tendencja, żeby tak liczyć zarówno miesiące jak i lata, by miały okrągłą liczbę dni. Dlatego przyjmowano, że miesiąc ma 30 dni i w roku tych miesięcy jest 12. Dawało to liczbę 360 dni w roku. Tak liczono w dawnym Egipcie i w Babilonie. Oczywiście skutek był taki, że rok oficjalny nie zgadzał się z rokiem faktycznym. Można było temu zaradzić, dodając na końcu roku dodatkowe dni, w liczbie 5 lub 6, które nie należały do miesięcy - takie rozwiązanie przyjęli dawni Majowie z Ameryki Środkowej. Można też było pogodzić się z tym, że każdy rok zaczyna się o innej porze roku i ważne doroczne święta mogą wypadać raz latem, raz zimą. Tak jest do dziś w kalendarzu muzułmańskim, w którym święty miesiąc ramadan, czas postów i modlitw, wypada w coraz to innej porze roku.

Nieznośny zamęt panował w dawnym Rzymie. Nie wiadomo dlaczego miesięcy było tu tylko 10, czego pozostałością są ich nazwy w językach zachodniej Europy (i w rosyjskim), które kończą się na miesiącu December, czyli "dziesiąty", a potem jest Nowy Rok. Chaos opanował dopiero samowładca Juliusz Cezar, który za radą egipskiego astronoma Sozygenesa zaprowadził rok słoneczny liczący 365 1/4 dnia. Problem z dodatkową ćwiartką dnia rozwiązano tak, że co czwarty rok dodawano jeden cały dzień. Tak narodził się zwyczaj lat przestępnych, panujący do dziś, z tym, że teraz reguła dodawania dodatkowego dnia 29 lutego jest trochę bardziej skomplikowana niż w starożytności.

Jednak Juliusz Cezar pozostawił dziwaczne miesiące liczące raz 31 a raz 30 dni - i luty 28 dni, i to całkiem nieregularnie. W XVI wieku papież Grzegorz zreformował kalendarz Cezara, ale podział na nieregularnie nierówne miesiące pozostawił; także rachuba dni tygodnia nie zmieniła się mimo tej reformy.

Problem synchronizacji kalendarza z cyklami kosmosu inaczej niż Zachodzie rozwiązali Majowie, którzy za podstawowy, wzorcowy rytm czasu przyjęli cykl pojawiania się Wenus jako gwiazdy porannej i wieczornej. Faktycznie, wiedzieli, co robią, bo cykl Wenus jest bardziej stabilny niż cykle Ziemi i Księżyca i dokładniej wyrazić go można całkowitą liczbą dni. Z powodu oparcia rachuby czasu na Wenus, kapłani Majów wprowadzili prócz zwykłego, świeckiego roku słonecznego, jeszcze "rok" święty, liczący 260 dni - ponieważ okres 260 dni wygodnie wpasowuje się w cykle Wenus.

Ludzie wszystkich cywilizacji zawsze byli i są bardzo przywiązani do swoich kalendarzy, pewnie dlatego że wydawały im się one gwarancją porządku w całym świecie. Kiedy król Ardaszir i arcykapłan Tansar około 224 roku ulepszyli kalendarz w Iranie, lud w większości nie posłuchał ich nakazów i święta czcił po staremu. Ale nowe święta też się przyjęły i odtąd Irańczycy, wyznawcy religii Zaratusztry, każde święto obchodzili dwa razy. Mieli przez to dużo wolnego czasu!

Kaprysy kalendarza szczególnie bolą ludzi urodzonych na przełomie znaków zodiaku, to znaczy w dniach, kiedy Słońce przechodzi z jednego znaku do drugiego. Skutkiem tego, że mamy lata przestępne, w poszczególnych latach pobyt Słońca w danym znaku zodiaku może przypadać w różnych dniach. Przy tygodniowym horoskopie w "Gwiazdach" piszemy, że np. Wodnik zaczyna się 20 stycznia. Jest to tylko data średnia: faktycznie w latach 2002, 3 i 4 był to 20 stycznia, ale w roku 2005 będzie 19 stycznia - a potem znowu 20. Jeśli ktoś urodził się 20 stycznia, albo w innym dniu na przełomie znaków, powinien sprawdzić swój znak zodiaku w efemerydach - kalendarz do tego nie wystarczy.

3 września 2004


Magia, demony, planety i cnoty

W starożytności odróżniano pięć rodzajów magii: czarną, białą, czerwoną i żółtą. O tej piątej bez koloru powiem za chwilę. Czarna magia była sztuką magicznego ataku i szkodzenia, aż do wywołania czyjejś śmierci, o pomniejszych przykrościach - takich jak choroba, szaleństwo, krzywda od wrogów - nie wspominając. Magia biała to była magia ochronna, a więc polegała na budowaniu magicznych ochron i zabezpieczeń, oczywiście przeciw atakom ze strony czarnych magów i demonów na ich służbie, a także przeciw demonom wolnym, bo przecież i takie luźno wałęsające się szkodniki ludzi dręczyły, o czym mamy mnóstwo świadectw. Czerwoną magią zwano magię miłosną, a na ten rodzaj działalności zawsze było wielkie zapotrzebowanie. Magia żółta miała za cel uzyskiwanie mocy. I wreszcie piątym rodzajem magii była manteia: tak po grecku zwana sztuka wróżenia, dywinacji, czyli przewidywania przyszłości.

Istotą magii było - zarówno w starożytności, jak i teraz - pozyskanie sobie względów istot duchowych, nawiązywanie z nimi bliskich kontaktów i czynienie użytku z ich mocy. Ten wątek występuje zarówno w praktykach magów starożytnego Egiptu, Izraela lub Grecji, u nowszych żydowskich kabalistów, u magów renesansowej Europy takich jak John Dee - jak i u współczesnych szamanów na Syberii lub w Amazonii. Tak jest wszędzie i we wszystkich epokach, bo magia jest rzeczą towarzyszącą gatunkowi ludzkiemu równie szeroko, jak mowa, taniec i wojna.

Nie zawsze te służebne duchy muszą być istotami demonicznymi i o paskudnym charakterze. Bywają także dobre i z gruntu życzliwe ludziom; kimś takim była istota, z którą pewna moja zmarła niedawno znajoma nawiązała kontakt i znała ją pod imieniem "Świętego Antoniego". Owemu Świętemu Antoniemu wpłacała do kościelnej skarbonki pewną kwotę pieniędzy według swego handlowego wyczucia - po to żeby Święty sprawił, żeby coś się stało lub coś złego się odwróciło. Czysta komercja! Ale Święty działał niezawodnie. Dzięki jego mocy wnuczki owej pani pomyślnie zdawały egzaminy, krewni unikali chorób, a także jej faworyci-politycy wygrywali wybory.

Często takie duchy usługowe są nie tyle dobre lub złe, co obce. Obce ludzkiemu światu i naszemu sposobowi myślenia. Dobrym przykładem były istoty, z którymi kontakt nawiązali John Dee i Edward Kelley, magowie działający na dworze królowej Elżbiety I, a przejściowo u nas w Krakowie u Batorego. Istoty te, owszem, zgadzały się wyjawiać im fragmenty swej wiedzy o posługiwaniu się czarami, ale ich stosunek do ludzi było podobny do tego, z jakim do ludzi odnoszą się obcy z UFO: mnóstwo w tym było patrzenia z góry z nutą pogardy, jak na jakieś istoty nieporadne, niedorozwinięte i niedojrzałe, które aż się same proszą, żeby je oszukiwać.

Także z moich skromnych doświadczeń z duchami wynika, że oszukiwanie nas, to czynność, której oddają się one w z wielkim zapałem; widać, że czują się w tym jak ryby w wodzie i łganie nam w żywe oczy to jest dla nich TO - niby coca-cola! Oszukiwanie ludzi nadzwyczajnie się udaje nawet tym najprymitywniejszym duchom. A szczególnie taki duchowy drobiazg się cieszy (jakbym to widział!) kiedy komuś wmówi, że jest samym Panem Bogiem. Te książki spisane metodą channelingu, te rzekome "rozmowy z Bogiem", wydają mi się właśnie dowcipami całkiem małych duchowych łobuzów.

Według mistrzów tybetańskiej tantry - a Tybetańczycy mieli doświadczenie z duchami i magią większe niż którakolwiek inna nacja świata - duch zaprzężony do roboty przez maga, albo przezeń wynajęty na mocy jakiejś między nimi umowy, nie jest w istocie różny od jego własnego umysłu. Duch maga to naprawdę część jego własnej podświadomości. Ale żeby tę ukrytą moc własnego umysłu uruchomić, trzeba ją wyodrębnić jako coś, co jest różne od "ja" i istnieje osobno. Znane są zresztą sposoby, żeby takiego ducha na usługach sobie wyhodować. Takiego ducha-agenta potem wysyła się z zadaniem by coś załatwił i nadspodziewanie często ich działania okazują się skuteczne.

Ale jeśli taki duch nie jest czymś różnym od głębokich warstw naszego umysłu, to korzysta z naszych wewnętrznych zasobów, z jawnych lub ukrytych mocy naszej osobowości. I zanim przystąpisz do magicznych operacji, warto sobie te moce uświadomić i poczuć. A te mocy i cnoty są widoczne w horoskopie, bo pokazują je planety.

Słońce jest źródłem PEWNOŚCI, poczucia wewnętrznej spoistości; silne Słońce daje to, że się mocno stoi na własnych psychicznych nogach - co przy kontaktach z duchami jest po prostu niezbędne.

Księżyc dostarcza innej cnoty: WSPÓLNOTY - poczucia więzi i akceptacji od innych ludzi. Kto zaniedba ochronę, jaką daje Księżyc, łatwo grozi mu odrzucenie, wyobcowanie, kainowe piętno obcego - o co w magicznym fachu nietrudno.

Cnotą Wenus jest MIŁOŚĆ - a jak potężna jest to siła, nie muszę nikogo przekonywać. Merkury w horoskopie przekłada się na INTELIGENCJĘ, ale i przebiegłość - która w kontaktach z duchami jest nie do zastąpienia. Mars to WOLA. I tak samo: komu jej brakuje, ten niech za magiczne różdżki się nie chwyta.

Pięć następnych planet też przekłada się na użyteczne magiczne władze, ale o nich może przy innej okazji.

16 marca 2006


Księżycowa maszyna do przerobu dusz

W pierwszych wiekach naszej ery, razem z młodym chrześcijaństwem, powstała na Bliskim Wschodzie druga religia: gnostycyzm. Gnostycy nie lubili świata i życia - takiego, jakie jest. Uważali się za obywateli jakiegoś innego, idealnego świata, a ten świat, ten konkretny i materialny, uważali nie dość że za padół łez, ale i za dzieło złego boga - bądź złośliwego, bądź nieudolnego i głupiego. Prawdziwy Bóg oczywiście według nich istniał, ale tego świata nie stworzył. Był gdzieś daleko, a to, jak go odnaleźć, wiedzieli tylko nieliczni. I właśnie od słów "wiedzieć, wiedza" - po grecku gnosis, nazwali siebie wiedzącymi czyli gnostykami. Gnostycyzm powstał w Mezopotamii i w krajach sąsiednich - Syria, Egipt, Persja - czyli w tym rejonie świata, gdzie kilkaset lat wcześniej narodziła się astrologia. Myśliciele z tamtych krajów astrologię mieli nieomal we krwi - więc nic dziwnego, że odgrywała ona dużą rolę w ich wierzeniach. Przeważnie planety uważano za złośliwe demony, które niewolą ludzkie dusze, zsyłając na nie swoje wpływy, szaleństwa i opętania. Zadaniem gnostyków było wyzwolić się od tego świata - więc także od wpływów planetarnych.

Religia gnozy nigdy nie stała się jednym kościołem, przeciwnie, była zbiorem różnych sekt. Najbardziej licznym i wpływowym z owych gnostyckich wyznań był manicheizm, założony przez perskiego mistyka imieniem Mani. Mani żył i działał w zajętej wówczas przez Persów Mezopotamii, a swój system zaprojektował jako wielką światową religię, która za swych proroków uznawała Buddę, Jezusa i perskiego Zaratusztrę, a założone przez nich religie uważała za niedoskonałe wersje religii prawdziwej czyli własnej.

W systemie Maniego ciekawą role odgrywały Księżyc, Słońce i zodiak. My wiemy, że Słońce i gwiazdy świecą własnym światłem, a Księżyc i planety wysyłają ku nam słoneczne światło odbite od swojej powierzchni. Mani to widział inaczej: uważał, że Słońce i Księżyc wysysają światło z Ziemi. Tylko że nie to zwykłe, grube światło, ale światło subtelne i duchowe, które jest zarazem tą substancją, z której są zbudowane dusze ludzkie i zwierzęce - bo w manicheizmie nie tylko ludzie mieli dusze. Wysysając światło, oba Światła czynią w istocie dobrą robotę, gdyż... zbawiają świat. Mianowicie pobierają z Ziemi boską, duchową substancję, którą kiedyś niegodziwi archonci (demoniczni stwórcy naszego świata) uwięzili w złej, ciemnej materii - i przerzucają ją z powrotem do jej miejsca pochodzenia, do świata Boga, tego prawdziwego.

A właściwie to głównie Księżyc wyciąga subtelne światło z Ziemi, Słońce zaś przerzuca je dalej i wyżej, już do Boga. Księżyc wysysa duchowe światło kiedy rośnie, do pełni - a kiedy maleje, przeładowuje to światło na Słońce. Tak samo zodiak, który gnostykom kojarzył się z kołem do nawadniania mającym 12 łopatek, wynosi duchowe światło w górę i oddaje je Słońcu. A Słońce wysyła je dalej.

Ta świetlista substancja zawierała w sobie także iskry dusz, które chwilowo pozostawały niewcielone, poza swymi ciałami. Im więcej tej substancji ciała niebieskie przeładowały do Boga, tym mniej istot czekało na swoje kolejne, żałosne wcielenie. W tym właśnie sensie kosmiczna maszyneria pracowała na rzecz wyzwolenia i zbawienia wszystkich istot.

A co się stanie, kiedy cały zapas duchowego światła zostanie już z Ziemi wyssany? Czy wtedy nastąpi koniec tego (złego) świata? Tak, ale nie od razu. Okazuje się bowiem, że ciała niebieskie nie są w stanie wchłonąć całego ładunku duchowego światła. Jakaś jego resztka pozostaje. (Ale ubywa go nieustannie i dlatego właśnie świat staje coraz bardziej upadły, a życie z każdym pokoleniem coraz bardziej ponure i niegodziwe. Tak wierzyli gnostycy.) Żeby uwolnić pozostałą resztkę światła, konieczny będzie kosmiczny pożar, w którym cała materia wreszcie obróci się w popiół i w nicość.

Ta dziwna wizja kosmosu łączyła w sobie idee wzięte z astrologii, ale i z mitologii wielu ludów, które na Księżycu upatrywały miejsce pobytu dusz - zwykle czekających tam na kolejne wcielenie.

Prorok Mani w wieku około sześćdziesięciu lat zginął na krzyżu, z wyroku wrogich mu urzędników cesarza. Jego religia przetrwała kilka stuleci, doświadczając prześladowań i wygnań - wypędzono ich z Cesarstwa Rzymskiego - bowiem władcy uważali manichejczyków za niebezpiecznych wichrzycieli. Od religii Maniego wywodzą się katarzy, religia w średniowieczu popularna na południu Francji, oraz wcześniejsi od nich słowiańscy bogomili, którzy podobno docierali do Polski w czasach pierwszych Piastów. Ale to już inna historia...

22 maja 2006


Trazyllus, doradca Tyberiusza

Astrologia do Rzymu przyszła od Greków, podobnie jak mnóstwo innych wynalazków ówczesnego cywilizowanego świata. Od Greków - czyli od mówiących i piszących po grecku mieszkańców wschodniej części basenu śródziemnomorskiego. Bo wtedy grecka kultura obejmowała także ziemie obecnej Turcji, Syrii, Egiptu, a swymi wpływami sięgała daleko na wschód - aż po Indie. Rzymianie zarazili się od Greków zarówno entuzjazmem dla horoskopów - jak i sceptycyzmem i niewiarą.

Już Cycero... Ale żeby o nim wspomnieć, trzeba sobie przypomnieć cokolwiek z historii. Marek Tulliusz Cycero, słynny mówca, filozof i mąż stanu, był mniej więcej rówieśnikiem Cezara i zginął z rozkazu jego konkurenta do władzy - Antoniusza, tego samego, co flirtował z Kleopatrą. Otóż Cycero napisał traktat krytykujący astrologię. Twierdził w nim, że cała ta nauka jest patykiem na wodzie pisana, bo chwili czyjegoś urodzenia zwykle niesposób ustalić, nie mówiąc już o poczęciu. I że syn arystokraty i syn niewolnika, urodzeni w tej samej godzinie w tym samym domu, będą z pewnością mieli całkiem niepodobne życie. A także, że w jednej chwili, np. w jakichś katastrofach lub bitwach, umierają ludzie urodzeni w najprzeróżniejszych czasach czyli mający różne horoskopy. Ciekawe, że zarzuty Cycerona do dziś pozostały aktualne!

Cycero nie był oryginalny: w swoim traktacie powtarzał poglądy greckiego filozofa Karneadesa, starszego od siebie o pokolenie. Pół tysiąca lat później słowa owego Ateńczyka powtórzył inny wpływowy filozof: święty Augustyn. Jak widać, Grecy zarówno astrologię tworzyli - jak i zwalczali.

Ale oto mamy już następne pokolenie po Cezarze, Cyceronie, Antoniuszu i Kleopatrze. Rzymem rządzi przebiegły Wago-Koziorożec, Oktawian, uważany za pierwszego rzymskiego cesarza-jedynowładcę. (August Oktawian August urodził się ze Słońcem w Wadze i Księżycem w Koziorożcu; znał astrologię na tyle, żeby posługiwać się jej symbolami w swojej propagandzie.) Na swego następcę upatrzył swego krewnego, młodszego od siebie dwadzieścia lat Tyberiusza, któremu kazał się rozwieść z ukochaną żoną i poślubić swoją (Oktawiana) córkę, rozpustną Julię. Oktawian żył i panował długo... Tyberiusz miał aż nadto wiele czasu, żeby wynudzić się na stanowisku wiecznego zastępcy. A że był jak wszystkie Skorpiony ostrożny, na wiele lat zniknął z dworu władcy i pod pretekstem studiowania zamieszkał na wyspie Rodos.

Co studiował? Astrologię! Podobno nauczył się interpretować horoskopy i z przepowiadaczami przyszłości dyskutował jak równy z równym... A raczej jak... równiejszy. Zachowała się bowiem legenda, że gdy któryś astrolog nie przypadł mu do gustu, rozkazywał zrzucić delikwenta z sąsiedniego urwiska do morza. Na Rodos do dziś pokazują to fatalne miejsce...

W końcu Tyberiusz spotkał godnego siebie rozmówce, a był nim Trazyllus, pochodzący z egipskiej Aleksandrii znawca literatury i astrologii. Wezwany do groźnego rzymskiego dostojnika, niczego nie owijał w bawełnę. Wykreślił odpowiednie horoskopy - a jak się dziś przypuszcza, posługiwał się tak zwaną astrologią horarną, czyli wyciąganiem wniosków z układu planet w momencie postawienia pytania. Po czym oświadczył, że życiu Tyberiusza grozi niebezpieczeństwo, ale ów go uniknie, a w końcu zostanie władcą Rzymu czyli świata. Szczegółów nie znamy, ale zapewne Trazyllus powiedział właśnie to, co Tyberiusz przeczuwał i czego się spodziewał. W każdym razie nie dość że nie kazał astrologa zrzucać do przepaści, ale uściskał go, wynagrodził i na długie lata uczynił swoim doradcą.

Trazyllus (jego imię bywa też pisane Thrasyllus lub Thrasillus) spisał księgę o astrologii zwaną "Pinax" czyli, po prostu, "tablica zapisana". Studiowana w późniejszych wiekach, zaginęła wraz z upadkiem Rzymu. Syn Trazyllusa Balbillus został także astrologiem i podobnie jak ojciec służył jako doradca cesarzom, następcom Tyberiusza: Klaudiuszowi, Neronowi i Wespazjanowi.

Tyberiusz już długo po swej śmierci zyskał sławę jako ten cesarz, za którego ukrzyżowano Chrystusa. (Jeszcze większa sławę dzięki temu zyskał jego skromny urzędnik, Poncjusz Piłat.) Jest jednak coraz więcej poszlak, że opowieści ewangelistów powstały kilkadziesiąt lat później i były od początku pobożną fikcją.

Na Trazyllusa zwrócili uwagę - teraz, w XXI wieku - badacze starożytności, gdyż jest podejrzenie, iż używał on w swych horoskopach systemu ośmiu domów - zwanego oktotopos - a nie zwykłego układu domów dwunastu. A że system oktotopos jest obecnie wśród astrologów modny, więc nasz doradca cesarza sprzed dwóch tysięcy lat niespodziewanie okazuje się być całkiem nowoczesnym astrologiem.

5 września 2006


Syriusz, Psia Gwiazda, Kanikuła

Lato trwa, a kiedy piszę te słowa, jest susza i upał, prawie jak nad Morzem Śródziemnym. To dobry moment, żeby sobie wyjaśnić tajemnicze słówko "kanikuła", którym dziennikarze lubią nazywać letnie wakacje. Canicula po łacinie to "piesek" lub raczej "suczka". Tak nazywano gwiazdę, której inne, greckie miano jest używane do dziś i brzmi: Syriusz. Wśród wielu ludów Syriusza nazywano Psią Gwiazdą. Gwiazdozbiór, w którym jest on gwiazdą najjaśniejszą, zwie się do dziś Wielkim Psem - Canis Maior po łacinie. W górę od niego leży majestatyczna grupa gwiazd, rozpoznawana przez wszystkie chyba ludy świata: Orion. Widziano w nim myśliwego, który ściga zwierzynę z dwoma psami u boku: Psem Wielkim, z najjaśniejszą gwiazdą Syriuszem, i Psem Małym, z najjaśniejszym Procjonem. Kiedy rysowano mapy nieba i ozdabiano je fantastycznymi rysunkami, Psią Gwiazdę, czyli Syriusza rysowano zawsze w otwartej psiej paszczy, niby jego świecący ząb.

Dlaczego ta gwiazda zyskała sobie taką sławę? Już choćby dlatego, że jest najjaśniejsza z całego ziemskiego nieba. Silniej od niej świecą tylko planety: Wenus i Jowisz, i niekiedy Mars. (O Księżycu i Słońcu, oczywiście, nie wspominając.) Ale planety, zgodnie z nazwą, po niebie błądzą, a na Syriuszu można było polegać, że się go zawsze znajdzie na przepisowym miejscu.

Otóż gwiazda ta służyła w starożytności do mierzenia czasu! Wyobraźmy sobie świat taki, jaki był przed tysiącleciami: bez zegarów i bez kalendarzy. Mijał rok i ludzie zdawali sobie sprawę z przemian przyrody w rocznym cyklu, tylko jak mogli uchwycić moment, od którego ten rok należy liczyć? Gdzie jest jego początek, a raczej jego zwrotny punkt? Nasi astronomowie, zbrojni w atomowe zegary i teleskopy, z łatwością wyznaczają, który dzień w roku jest najkrótszy, a który najdłuższy. Właściwie tego robić już nie muszą, bo ich starsi koledzy sprzed paru pokoleń wszystkie potrzebne parametry wymierzyli dostatecznie dokładnie. Ale jak to było w czasach, kiedy pierwszy astronom stał w nocy gdzieś nad Nilem, nad Eufratem lub na nadmorskich skałach Krety? Jakim przyrządem mógł się posłużyć do uchwycenia początku roku?

Do wyznaczania pór roku służyły heliakalne wschody niektórych gwiazd, a wśród nich w pierwszym rzędzie właśnie Syriusza! Co to jest heliakalny wschód? To zjawisko polegające na tym, że przed świtem wschodzi pewne ciało niebieskie, a zaraz po nim zza horyzontu wytacza się słoneczna tarcza. Starożytni badacze nieba wstawali w nocy i kierowali wzrok na wschód. Czekali wiele dni, aż przychodził taki moment, że na blednącym przed świtem niebie wynurzała się znad horyzontu gwiazda jaśniejsza od innych. Po czym zaraz gasła, bo niebo czerwieniało coraz bardziej i oto już pojawiał się rudy rąbek Słońca.

To był koniec jednego roku i początek drugiego. Dla Egipcjan był to powód do radości, bo wtedy, jakby przynaglany wolą potężnych bogów, Nil wzbierał i zalewał wysuszone pola. Dla mieszkańców brzegów Śródziemnego Morza wróżba była mniej pomyślna, bo w tamtejszym klimacie wzejście Psiej Gwiazdy oznaczało początek upałów, zabójczej suszy i wycia po nocach psów oszalałych z gorąca. Ale we wszystkich krajach była to najlepsza znana miara czasu i dzielenia jego strumienia na równe odcinki-lata.

Z tamtej epoki pochodzi niejasne wyobrażenie, że nowe czasy zapowiadane są przez pojawienie się jakiejś szczególnej gwiazdy. To są prawdopodobnie źródła legendy z Ewangelii Św. Mateusza, że narodziny Chrystusa wskazywała gwiazda, za którą szli Trzej Mędrcy ze wschodu. W wigilię Bożego Narodzenia do dziś wygląda się pierwszej gwiazdki - prawie tak, jak w starożytności wyglądano wschodu Syriusza przed Słońcem.

Dlaczego ta kalendarzowa gwiazda była Psia? Skąd to skojarzenie z psem, a niekiedy z wilkiem? Wyobraźnia dawnych, zapatrzonych w niebo ludzi, widziała w niej ząb mieszkającego na niebie drapieżcy, który nadgryza niezróżnicowany chaos, pramaterię nocy, aby wyciąć w nim miejsce na Słońce, na dzień i na przyjazny ludziom porządek. Zaraz po wschodzie Psiej Gwiazdy czyli po jej ukąszeniu, na wschodzie pojawiała się czerwonawa bruzda, niby krwawa rana kosmicznego olbrzyma, oddzielająca niebo od ziemi, i z tej rany rodziło się nowe Słońce. (Dawnym ludziom świat jawił się jako kosmiczny dramat, nie tak jak nam, ogłuszonym jarzeniówkami i telewizją.) Pies to także przewodnik człowieka - a Syriusz był przewodnikiem dla Słońca i dla nowego rocznego cyklu.

U nas, na dalekiej północy (w porównaniu z krajami nad Morzem Śródziemnym) Syriusz latem nie poprzedza Słońca - na dobre widać go przed świtem dopiero we wrześniu. Dlatego dawni Słowianie początek ciepłej pory roku odczytywali z heliakalnego wschodu innych gwiazd, wyżej leżących na niebie - z trzech gwiazd tworzących tak zwany Pas Oriona. Nazywano je "Kosa", "Kosy" albo "Kosiarze". (Niekiedy zapominano, jaki był pierwotny sens i mówiono "trzy kozy".) Kosa to tak samo, jak ząb psa, ostre narzędzie, rozdzielające dzień od nocy i jeden rok od drugiego. A na dodatek, kiedy heliakalnie wschodziły te gwiazdy, szła pora sianokosów.

14 lipca 2005


Spalone planety

Spalone planety to jedna z feralnych rzeczy w astrologii, otoczonych złą sławą. Idea ta pochodzi od astrologów ze świata Islamu, od nich przeszła do Europy, w drugą stronę zaś do Indii, gdzie została wkomponowana w tamtejszy system czytania nieba.

Planeta bywa spalona tylko przez Słońce. Kiedy, w jakich warunkach? Odpowiedź jest prosta: gdy znajduje się w takim położeniu, że w żadnym momencie w ciągu doby nie może być widziana, ponieważ albo jest pod horyzontem (czyli zasłania ją Ziemia) - albo, jak już nad horyzont wyjdzie, to zawsze będzie oślepiana przez Słońce z tego prostego powodu, że znajduje się zbyt blisko niego. Jak daleko musi się znajdować? Dawne księgi wyliczały różne odległości od Słońca; współcześni znawcy tego zagadnienia - np. Helena Avelar i Luis Ribeiro - radzą zapamiętać trzy liczby: 16, 8 i 17.

Kiedy planeta (a także Księżyc) jest bliżej niż 16 stopni, mówi się, że "jest w promieniach Słońca". Kiedy jest bliżej niż 8 stopni, nazywa się ją "spaloną". A kiedy jest w ścisłej koniunkcji ze Słońcem, tzn. zbliża się doń na szerokość widocznej tarczy Słońca - na odległość mniejszą niż 17 minut kątowych - wtedy ten stan z arabska nazywa się kazimi, czyli: "w sercu Słońca".

Planeta "pod promieniami Słońca" jest faktycznie przygaszona przez blask Słońca i jeśli jest widoczna, to słabo i na tle jasnej zorzy.

Planeta "spalona" znajduje się w tej strefie, kiedy przed wschodem lub po zachodzie Słońca jest nad horyzontem - ale na jasnym niebie jej nie widać. A kazimi to ścisła koniunkcja.

Dawni astrologowie byli właściwie jednomyślni, że "spalenie" planety powoduje jest osłabienie, brak aktywności, niezdolność do działania. Przyrównywali planetę w tym stanie do człowieka, który został uwięziony przez swego władcę. Jeśli jednak sama planeta była w dobrym położeniu, czyli w swoim znaku lub domu, stan taki przyrównywano do aresztu domowego. Planeta - uważano - traciła siły zarówno w kierunku dobrym jak i złym, chociaż twierdzono, że malefiki, czyli planety złoczynne tracą swoje zło w mniejszym stopniu niż benefiki (dobroczynne) swoją dobroć.

Jeśli w stanie spalenia znajdował się alkochodem czyli ta planeta, która w horoskopie była wskaźnikiem długowieczności, traciła ona swoją zdolność dodawania lat do czasu życia. Jeśli w horoskopie pytaniowym (inaczej: horarnym) spalona była planeta reprezentująca osobę zadającą pytanie astrologowie - to odczytywano to tak, że nieszczęsny klient będzie drżał o swoje życie, zagrożone przez potężnych przeciwników.

Spalona Wenus w horoskopie mężczyzny oznaczała małżeństwo z kobietą chorowitą - albo taką, że związek z nią będzie musiał ukrywać. (Dawni astrologowie byli biegli w obmyślaniu różnych nieszczęść.) Ale w tym przykładzie widać, że ze spalona planetą łączono słabość lub skrytość.

Avelar i Ribeiro streszczają działanie spalenia tak oto:

Planeta traci znaczenie, zanika, jakby jej w horoskopie nie było. Planeta przestaje być dobra lub zła w swoim działaniu. Słabną jej przejawy. Oznacza śmierć, więzienie, chorowitość, słabość lub życie w strachu. Planeta w tym stanie nie może być w horoskopie reprezentantem pewnych osób, albo oznacza taka lub inna słabość tych osób. Oznacza działania w ukryciu, w tajemnicy.

Stan ścisłej koniunkcji czyli wejście do "serca Słońca" był interpretowany wręcz przeciwnie: że oto ta planeta nagle rozbłyskuje, nabiera wielkiej mocy! Tak jakby otrzymywała wsparcie całej mocy Słońca. Jakby cała siła Słońca szła przez tę planetę niby przez soczewkę.

I co tych poglądach myśleć? Pojęcie spalenia czyli oślepienia planety przez Słońce ma wyrazisty sens zmysłowy: takiej planety przecież nie widać na niebie! Więc skoro nie widać, to znaczy, że jakby jej nie było. I najwidoczniej tym tropem szło rozumowanie dawnych astrologów. Ale jeśli siła planety ma się równać jej widoczności, to co zrobić z planetami, których nie widać, bo zaszły? A co z Uranem, Neptunem i Plutonem, których bez teleskopu nie widać w ogóle? Bo przecież w spaleniu decydujące było to, czy planeta jest widoczna gołym okiem, czy nie.

Merkury zwykle przebywa blisko Słońca i w stanie spalenia lub "oświetlenia promieniami" pozostaje przez połowę roku. Czy rzeczywiście jego działanie wtedy zanika? Hmmm... Gdyby tak faktycznie było, to może byłoby to wytłumaczenie, czemu jest tylu głupców, bo Merkury to wskaźnik inteligencji. Podobnie częste spalenie Wenus przez Słońce tłumaczyłoby mnogie miłosne zawody.

Ale raczej błąd jest u podstaw. Astrologiczne działanie planet nie ma nic wspólnego ze światłem! Ani z tym, czy je widać czy nie. Wydaje się, że raczej jest przeciwnie: kiedy planety są w koniunkcji ze Słońcem, ich siła i znaczenie rośnie. I raczej wcale w bardzo rzadkim stanie kazimi nie rośnie nadzwyczajnie. Koniunkcja ze Słońcem dotyczy nie światła ale czasu: oznacza, że pewne planeta i Słońce zsynchronizowały (na pewien czas) swój ruch. Że są w tej samej fazie. Ale to już jest inna astrologia niż tamta arabska.

13 lutego 2008


Świat w kształcie kuferka

Starożytni Grecy wcześnie wypracowali sobie bardzo nowoczesne poglądy na budowę wszechświata. Już od Pitagorasa, który żył w VI wieku pne., przyjmowano, że Ziemia jest kulą zawieszoną pośród przestrzeni. Eratostenes (który żył 276-194 pne. i kierował słynną biblioteką w Aleksandrii) wyliczył średnicę Ziemi - i pomylił się tylko o pół procenta! Inny aleksandryjski uczony, Hipparchos (żył około 190-120 pne.), zmierzył odległość Księżyca od Ziemi z dokładnością 0,3 procenta. Tenże Hipparchos odkrył precesję osi Ziemi, czyli to zjawisko, które sprawia, że znaki zodiaku przesuwają się względem gwiazdozbiorów. Zmierzył także tempo tego ruchu. Grecy okresu hellenistycznego w ramach znanej sobie geometrii znali elipsy, czyli krzywe, po których faktycznie krążą planety. Byli bliscy poznania prawdziwego kształtu Układu Słonecznego.

Ale wkrótce nadeszły czasy, kiedy rozwój nauki został zatrzymany. Ciekawe, że były to ciemne wieki nie tylko dla astronomii, ale i dla astrologii! Najwyraźniej astrologia, żeby się rozwijać, potrzebuje duchowego klimatu otwartości i racjonalizmu, wcale nie wiary w zabobony. W owych czasach na nowo do łaski wróciły poglądy wywodzące się z archaicznych mitów i przywidzeń. A ponieważ zgadzały się z pewnymi fragmentami Biblii, więc pismo święte i rosnący w siłę Kościół przydawały im autorytetu.

Lucjusz Laktancjusz, Rzymianin z Afryki (żył ok. 240-320 ne.) w dziele "Podstawy nauki Bożej" wyśmiewał pogląd, że Ziemia jest kulą. Przecież ludzie nie mogą chodzić głowami w dół! Ani deszcz ni śnieg nie będą padać do góry. Skoro w Księdze Rodzaju napisano, że Bóg stwarzając Ziemię rozdzielił wody na te w dole, które zapełniają morza i jeziora, i na te w górze, które tworzą sklepienie niebieskie, to tak jest i już. Inny z ówczesnych chrześcijańskich myślicieli, Bazyli Wielki, twierdził, że wody na niebie chronią Ziemię przed ogniem niebieskim. Kolejny autor, Sewerianus, wiedział o budowie nieboskłonu jeszcze więcej: otóż pierwsza, od Ziemi licząc, warstwa nieba składa się wprawdzie z wody, ale wody zamarzniętej i krystalicznej, i dlatego odporna jest na żar Słońca i gwiazd. A w dodatku na tej warstwie spoczywa woda płynna, która dodatkowo chłodzi krystaliczny sufit. W dniu Sądu Ostatecznego Bóg tą wodą zgasi wszystkie "światła", to jest Słońce, Księżyc i gwiazdy.

Dyskutowano wtedy, jak to możliwe, że chociaż sklepienie niebieskie jest wypukłe, to jednak woda z niego nie ścieka? Jak się na nim trzyma? Ojcowie Kościoła wyjaśniali, że być może niebo jest wprawdzie kopulaste, gdy patrzeć na nie od środka, ale widziane z zewnątrz jest płaskie - czyli woda zalewa je do równego poziomu. Przypuszczano też, że wodę zatrzymują bruzdy na sklepieniu lub specjalne przegródki.

Ówczesnym myślicielom wyraźnie jednak nie pasowało nawet to, że ziemia jest okrągła, a niebo ma kształt kopuły lub czaszy. Około 550 roku ne., za panowania cesarza Justyniana, spisane zostało dzieło "Topographia Christiana", które zdecydowanie kończyło z wszelkimi okrągłościami i kulistościami. Okazało się, że Ziemia jest prostokątna i nakryta niebem jak kufer wiekiem!

Autorem był Kosmas Indikopleustes, skądinąd znamienity podróżnik, który żeglował po Morzu Czerwonym i z Egiptu dotarł do Etiopii i na wyspę Cejlon. Jego przydomek znaczy: "podróżnik do Indii". Został mnichem i wspomnianą księgę napisał w klasztorze na Synaju. Ziemia wg niego miała taki kształt, jak opisana w Księdze Wyjścia Arka Przymierza, czy też sporządzane na jej wzór tabernakulum: była prostokątna, dwa razy dłuższa niż szeroka, dłuższym bokiem ustawiona ze wschodu na zachód. Otacza ją Ocean, wokół którego (bo to nie koniec) znajduje się druga ziemia, gdzie kiedyś był Raj i gdzie żył Noe, póki nie przepłynął swoją arką na naszą stronę. Od tamtej pory nikt tam nie mieszka. Z tej drugiej Ziemi wznoszą się ku niebu strome, pionowe ściany, będące granicami wszechświata. Na nich leży niebo, które ma kształt połowy walca i spoczywa na ścianach południowej i północnej. Kosmos wygląda więc dokładnie jak kuferek!

Powierzchnia Ziemi wewnątrz tego kuferka nie jest wcale równa (nawet w przybliżeniu) - przeciwnie, przy północnej ścianie wznosi się wielka góra kosmiczna, wokół której krążą gwiazdy (unoszone, ma się rozumieć, przez anioły) i za którą chowa się Słońce, kiedy zachodzi. Ponieważ ta góra jest na północy, to cała Ziemia jest przechylona z północy na południe. Jak twierdził Kosmas, widać to gołym okiem! Poznać to można mianowicie po tym, że rzeki płynące z północy na południe, jak Eufrat i Tygrys, toczą swe wody wartko i spiesznie, za to Nil, płynąc "pod gorę", marudzi i prawie stoi w miejscu. (Nas raczej by interesowało, jak Nil w ogóle to robi, że płynie pod górę...)

Idea prostokątnej czy też kuferkowej Ziemi i nieba znalazła swe odzwierciedlenie także w ówczesnej astrologii. Bo oto mniej więcej w tamtej epoce zaczęto horoskopy rysować nie w kształcie koła, jak dawniej, tylko w kształcie prostokąta podzielonego na astrologiczne domy - całkiem jak kuferek na przegródki. A tak nawiasem, to aż nie chce mi się wierzyć, żeby ktokolwiek serio traktował fantazje Kosmasa. Pewnie było tak, że praktyczna wiedza była wtedy sobie i uczone księgi sobie.

28 lipca 2006


Średniowiecze astrologii

Gdyby spytać w jakiejś ankiecie, w którym okresie historii astrologia była najbardziej popularna, a astrologowie cenieni - pewnie większość zapytanych odpowiedziałaby: w średniowieczu. A to błąd! Średniowiecze w Europie wcale nie sprzyjało astrologii, której zresztą w tym czasie prawie nie znano. Więc jak było naprawdę?

Astrologia jest dziełem starożytnych Greków, a ściślej epoki hellenizmu (po podbojach Aleksandra Wielkiego) i późniejszej odeń epoki Cesarstwa Rzymskiego, kiedy Grecy na kilkaset lat stali się poddanymi Rzymu. Wtedy powstały i rozwinęły się niemal wszystkie znane do dziś pojęcia i techniki obliczeniowe i prognostyczne. Właściwie od tamtych czasów aż do niedawna w astrologii nie działo się nic nowego... Raczej zapominano dorobek Greków niż czyniono wynalazki.

Średniowiecze liczy się od 476 r. ery chrześcijańskiej, kiedy upadło cesarstwo zachodnie i w dawnych prowincjach rzymskich - Italii, Galii, Hiszpanii, Brytanii - rządzić jęli germańscy kniaziowie. Dawna cywilizacja upadła, zaprzestano studiów, mało kto umiał czytać i pisać. Wprawdzie klerycy uczyli się łaciny, ale przecież księgi astrologiczne były pisane po grecku, a tego języka już nie znano. O astrologii na zachodzie Europy zapomniano więc na ponad sześćset lat!

Kto inny przechował jej znajomość. I to nie byli ówcześni Grecy, czyli mieszkańcy Cesarstwa Bizantyjskiego, ale nowy naród - Arabowie. Około sto lat po Mahomecie, kiedy Arabowie panowali nad ziemiami od Atlantyku do Indii, poczuli gwałtowny głód wiedzy i zaczęli uczyć się od swych bardziej wykształconych sąsiadów: od Hindusów, Persów, a przede wszystkim od bizantyjskich Greków, którzy w swych bibliotekach przechowali mnóstwo z wiedzy starożytności. W tym - księgi z astrologii. Arabscy miłośnicy nauk przetłumaczyli je na swój język, dołączyli też do nich pisma pochodzenia perskiego i indyjskiego.

Pierwszym europejskim znawcą astrologii był Hiszpan Jan z Sevilli, który żył po roku 1100 i zasłynął jako tłumacz ksiąg arabskich, w tym także podręcznika astrologii - pierwszego na zachodzie. Dopiero jednak około sto lat później żyli uczeni, którzy, prócz innych dyscyplin, zajmowali się astrologią, wśród nich Albert Wielki (niemiecki dominikanin), Roger Bacon (Anglik, franciszkanin) i Włoch Guido Bonatti. Młodszy od nich był inny włoski erudyta, Giovanni Campano, zwany Campanus, który wsławił się wynalezieniem nowego systemu domów i z tego powodu jego nazwisko znane jest do dziś. Oczywiście prócz tych wielkich, byli też astrologowie pomniejsi.

Ciekawe, że w średniowieczu, zarówno w krajach islamu, jak i później w Europie, mało była praktykowana astrologia urodzeniowa, czyli ten jej dział, który dziś jest najważniejszy - określanie psychologicznego profilu i prognozowanie. Działo się tak z prostego powodu: mało kto wówczas wiedział kiedy się urodził, nie mówiąc już o godzinie urodzenia. Większość ludzi obywała się bez kalendarza, prawie nieznane były zegary, jak również podział doby na godziny. Astrologia jest jednak dzieckiem wysoko rozwiniętej cywilizacji...

Co wobec tego robili astrologowie? Zajmowali się astrologią elekcyjną, czyli wybierali odpowiednie dni na ważne przedsięwzięcia, jak wyruszenie na wojnę, małżeństwo lub wznoszenie budowli. Do tego znajomość indywidualnych horoskopów nie była konieczna. Zajmowano się też astrologią mundalną, czyli "światową", to znaczy prognozami dla krajów, państw, miast i rządów. Także praktykowano astrologię horarną, czyli odpowiadanie klientom na pytania na podstawie horoskopu wyznaczonego na moment zadania pytania - i zapewne to było głównym zajęciem ówczesnych gwiaździarzy.

Wyposażenie techniczne astrologów było nader niedoskonałe. Raczej nie używano tablic efemeryd (czyli tabel pozycji planet na każdy dzień) - były one wtedy zbytnią rzadkością. Pozycje planet każdy liczył sam, z tablic pokazujących rozmieszczenie ciał niebieskich w ich cyklach. Zachowane z tamtych czasów księgi wykazują znaczne niedokładności. Pozycję Słońca wyznaczano z dokładnością jednego stopnia, ale przy Merkurym mylono się nawet o dziesięć stopni! Podobnie kłopotliwe były ówczesne tablice domów, tym bardziej że Arabowie nie policzyli domów dalej na północ niż do 48 stopnia szerokości, uważając zapewne, że dalej już żyją tylko niedźwiedzie... Dodajmy problemy z uchwyceniem godziny dnia - trzeba było do tego mierzyć położenie Słońca na niebie. Kłopoty z kalendarzem, innym u Arabów i u chrześcijan. Z liczeniem lat, bo z tym był największy bałagan...

Dlatego zapewne w średniowieczu najwdzięczniejszym produktem astrologów były sporządzane według ich projektów talizmany i magiczne pieczęcie. Na to, żeby zyskać ogólne uznanie i stać się wiedzą powszechnie obowiązującą, astrologia musiała poczekać do następnej epoki - do renesansu.

19 czerwca 2006


Zodiak alchemików

Los obszedł się z alchemią jeszcze gorzej niż z astrologią. Dawniej szanowana, stała się symbolem błędu, przesądu i oszołomstwa. Z pohańbienia usiłował ją wydobyć Carl Gustav Jung, twierdząc, że alchemicy naprawdę robili co innego niż mówili: mówili, że produkują złoto, a naprawdę to nie metale przemieniali, lecz swój własny umysł, aby osiągnąć oświecenie. Tłumaczenie, przyznajmy, przewrotne i chyba mało kto Jungowi uwierzył.

Jednak mimo całej wzgardy, jaka otacza alchemię, podobno alchemiczne złoto istnieje! Na podstawie chemicznej mikroanalizy można stwierdzić, z których kopalń pochodzi dana próbka złota. Otóż niektóre kawałki złota pochodzące z pracowni alchemików nie pasują do żadnych kopalń. Czyli: pochodzą z jakichś innych źródeł. Więc może jednak zostały cudownie wyprodukowane, mocą kamienia filozoficznego?

Na razie zajmiemy się inną ciekawostką. Otóż alchemicy bogato ilustrowali swoje nauki pięknymi rycinami. Prócz symboli znanych z astrologii pojawiają się w nich także inne i dziwne znaki, a wśród nich są symbole substancji chemicznych. Niektóre z nich wiążą się ze znakami zodiaku tworząc pomost między alchemią a astrologią. Ten fragment dawnej wiedzy tajemnej popadł w zapomnienie - warto go odkurzyć.

astroczyt4_historia_01.jpg

Spróbujmy je po kolei rozszyfrować zodiakalne substancje.

Baran (Aries) - siarka (Sulphur). Substancja w alchemii uważana za ucieleśniony ogień. Z żywiołem ognia wiązana także za sprawą swojego jadowicie żółtego koloru. Również zapach siarki pojawia się przy paleniu wielu innych substancji. Ciekawe, że siarka była przez dawnych alchemików uważana za substancję pierwiastkową - i także przez nowoczesną chemię została rozpoznana jako pierwiastek.

Byk (Taurus) - rtęć (Mercury). Alchemicy sądzili, że właśnie z rtęci, siarki i soli możliwe jest sporządzenie każdej innej substancji, więc i upragnionego złota.

Substancją Bliźniąt (Gemini) jest cynober (Cinnabar). Jest to minerał o czerwonej barwie; dziś wiemy, że jest to siarczek rtęci, HgS. Alchemicy znali go jako naturalne źródło-rudę rtęci, był też poszukiwany jako czerwony barwnik. Słowem cynober określa się odcień marchewkowej czerwieni.

Znakowi Raka przypisano aurypigment - jest to siarczek arsenu, As2S3, i jako związek arsenu jest silnie toksyczny. Jednak jego kryształy barwą przypominają złoto - i dlatego alchemicy pożądali tej substancji jako surowca do produkcji złota. Był też używany jako złota farba.

Lew (Leo) - tajemnicza substancja zwana po łacinie Crocus Mars- zapewne chodzi o tlenek żelaza krystalizujący w formie kwiatów. Na razie szukam coś na jej temat...

Panna (Virgo) - to salmiak (Sal Ammoniac), NH4Cl czyli chlorek amonu. Sól kwasu solnego i amoniaku, kiedyś używana do czyszczenia metali ze śniedzi, a później zastosowana w bateriach elektrycznych. Legenda głosi, że salmiak po raz pierwszy został otrzymany przez spalenie odchodów wielbłąda w świątyni egipskiego boga Amona - w wyniku czego na suficie i ścianach pojawiły się białe kryształki.

Waga (Libra) - substancja nazwana Verdigris to po polsku grynszpan szlachetny lub patyna, chemicznie: zasadowy węglan miedzi. Pokrywają się nią przedmioty z miedzi lub brązu wystawione na deszcz lub wodę morską. W przypisaniu jej znakowi Wagi jest logika: skoro metalem Wenus jest miedź, a znakiem Wenus - Waga, to Wadze odpowiada coś, co z miedzi powstaje.

Skorpion (Scorpio) - odpowiada mu kwas siarkowy (Vitriol), odkryty we wczesnym średniowieczu przez perskich alchemików. Tę groźną, żrącą ciecz otrzymywano w reakcji siarczanów żelaza i miedzi. Ponieważ rozpuszczała wszystkie ówcześnie znane metale prócz złota, została od razu zastosowana w alchemicznych przepisach na złoto.

Substancją Strzelca (Sagittarius) jest sól. Ta zwykła, NaCl.

Koziorożcowi (Capricorn) odpowiada tartar, czyli sól kwasu winowego, winian potasu. Wierzono że za sprawą diabła jego kryształy wyrastają w beczkach ze starym winem.

Wodnik (Aquarius) ma jako swoją substancję ałun (Alum). Pod tą nazwą rozumie się ałun potasowy czyli uwodniony siarczan potasu i glinu, albo całą rodzinę kryształów, w których prócz glinu występują inne pierwiastki. Występują w przyrodzie jako minerały; były używane w medycynie do tamowania krwi. Od nazwy ałunu-alumu nazwano nieznany alchemikom, bo trudny do uzyskania metal - aluminium, inaczej glin.

Ryby (Pisces) - to saletra (Saltpeter) czyli azotan potasu KNO3; także mógł to być azotan sodu. Stara nazwa znaczyła "sól skalna" albo "sól z Petry", od nazwy arabskiego królestwa. Substancja ta zrobiła wielką karierę jako składnik prochu strzelniczego. Wytwarzano ją domowym sposobem przez kompostowanie gnoju z dodatkiem popiołu drzewnego. Oto dziwaczne rzeczy pomieszanie: gnijące odpadki, z których pozyskuje się materiał do miotania kul ogniem! Jasne, że takie pomieszanie przysługuje tylko znakowi Ryb...

7 stycznia 2008


Czas po słowiańsku

Jestem miłośnikiem nie tylko astrologii, ale i dawnej Słowiańszczyzny. Niewiele po niej zostało, prawda, ale własną przeszłość warto znać, bo to jakby fundament lub korzenie, na których stoimy. Ciekawe jest, jak dawni Słowianie rozumieli CZAS. Nie zostawili nam filozoficznych rozpraw o naturze czasu, ale zostawili nam słowa - często te same słowa, których dziś używamy na oznaczenie czasu lub jego odcinków. A to jest kopalnia wiedzy!

Zacznijmy od samego słowa czas. Podobne słowo istniało w języku staroindyjskim (w sanskrycie) i brzmiało śas, a oznaczało nakaz, przykazanie lub instrukcję. Język starożytnych Indii był uderzająco podobny do słowiańskiego, a niektóre słowa były prawie takie same, jak na przykład "wieś" u nas i viś u nich, albo "sieć" i sić, albo "góra" i giri. Nasze słowo "czas" też prawdopodobnie z początku znaczyło nakaz lub konieczność wykonania czegoś w terminie. Przychodził czas i zaczynał działać "czas" czyli obowiązek wzięcia się do czynu.

Mam wrażenie, że czas to jest coś takiego, w czym biorą udział przynajmniej dwie osoby. Ktoś komuś wydaje rozkaz i dba, żeby tamten wykonał go w odpowiednim czasie, albo ktoś z umawia się z kimś i obaj wspólnie się spotykają, żeby coś zrobić razem - właśnie w wyznaczonym czasie. Czy więc jest tak, że gdyby ludzie żyli tylko w pojedynkę, to żaden czas nie byłby im potrzebny? Kto wie...

Takie właśnie "dwuosobowe" jest pochodzenie polskiego słowa rok. "Rok" pochodzi od słowa "rzec". Pokrewne słowo "wyrok" znaczy przecież 'orzeczenie sądu', a "rokowania" to uporczywe rozmowy. "Rok" wziął się od tego, że ktoś komuś coś rzekł - mianowicie umówił się, żeby coś wspólnie ustalić naprzekór dzielącym różnicom. "Rok" to była umowa, że za jakiś czas się spotkają, albo że wspólnie dobiją targu, albo przez ten czas jeden dla drugiego będzie pracował. Słowo "rok" pierwotnie oznaczało 'umówiony okres czasu'. A że często umawiano się właśnie na rok - więc to słowo zaczęło znaczyć odcinek czasu od jednej wiosny do drugiej lub od jednych żniw do następnych.

Ciekawe, że "rok" po rosyjsku jest god, podobne zaś słowo, które mamy my, brzmi godzina i oznacza nieporównanie krótszą jednostkę czasu. Rdzeń obu tych słów jest jednak wspólny i tkwi także w słowach "zgoda", "godzić się" i "ugoda". Otóż pierwotny "god" lub "godzina" to także był umówiony odcinek czasu, czyli taki czas, o który się "ugodzono". Dla astrologa to bardzo ciekawe spostrzeżenie, bo słowom zawierającym rdzeń "god" patronuje Wenus, opiekunka zgody, umów, kompromisów i łączenia się w pary. Ciekawe, że wielkie święta, zwłaszcza Boże Narodzenie i Nowy Rok, zwano właśnie po staropolsku "godami"! A także godami zwano ceremonie małżeńskie.

24 godziny lub dzień i noc, to doba. To słowo jest sztuczne i naukowe. Ktoś je wymyślił i wypromował dopiero podobno w 1806 roku, a wcześniej oznaczało porcję paszy dla bydła lub zaopatrzenie dla służby folwarcznej wydawane w regularnych odstępach czasu. Jeszcze wcześniej słowo "doba" miało dużo szersze zastosowanie i oznaczało 'coś dobrego' - bo i słowo "dobry" jest z nim spokrewnione - czyli należyty obyczaj, dobrą okazję, sprzyjającą pogodę, a także stosowną porę czyli właściwy czas (na coś). Zauważmy, że słowom zawierającym rdzeń "dob" również patronuje Wenus - bo przecież tu należą takie słowa jak nadobny (czyli, po staropolsku, piękny), zdobny, ozdoba, podobać się i podobny. Podoba się to, co podobne! To jest właśnie działanie Wenus w najczystszej postaci.

Słowem o podobnym znaczeniu, co "czas", jest pora. Słowo "pora" pierwotnie znaczyło jednak coś innego. Znaczyło: siła. Było w średniowieczu imię Bodzepor, co się wykładało: "Bogiem silny". Ten sam rdzeń i znaczenie tkwi do dziś w słowach "opór, upór, napór, przeć, iść w zaparte, uporać się". Jaki był związek siły-pory z czasem? Kiedy przyszedł czas, czas na coś, czyli tak zwany najwyższy czas, odczuwano to jako działanie przemożnej siły, która skłania ludzi do aktywności, do czynu. Nadejście właściwego czasu odczuwano jako napór przemożnej siły, skumulowanej i wyzwalającej się właśnie energii. Astrolog zauważy, że rdzeń "por" podlega nie Wenus, lecz Marsowi.

W języku rosyjskim 'czas' to wriemia (w liczbie mnogiej: wriemiená). To piękne słowo, gdyby było w polskim, brzmiałoby wrzemię - ale zanikło. W prajęzyku było: wertmen, pochodziło od tego samego rdzenia, co "wracać" lub "wiercić się" i znaczyło: 'coś, co się odwróciło, obróciło, przekręciło'. Z tego wniosek, że czas rozumiano na wzór obracania się kół, jako coś, co się kręci cyklicznie.

Widzimy więc z tych wszystkich przykładów, że dawni Słowianie wcale nie czuli się przybici czasem, ani nie byli przez upływ czasu zniewoleni czy zdołowani, nie odczuwali czasu jako czekania na nieuchronny kres ani tym bardziej na jakiś koniec świata, i że czas określali słowami, które brzmiały optymistycznie i kojarzyły się z umową, zgodą, "godami", a także z obowiązkiem i energią. Jakże inne - i jakże wartościowe - było ich pojęcie czasu niż to, które nam narzuca nasza cywilizacja. I chyba obecna cywilizacja wcale nie jest takim szczytowym osiągnięciem ludzkości, jakby się wydawało...

15 sierpnia 2005


In i jang po słowiańsku

Chińczycy, jeszcze w starożytności, obmyślili genialny w swej prostocie i przejrzystości podział rzeczy i zjawisk na świecie - na dwie klasy, zwane in i jang. W swoim pierwotnym znaczeniu in to pozostająca w cieniu strona wzgórza (lub doliny rzecznej), gdzie jest wilgotno, gleba żyzna, roślinność bujna, ale też ciemnawo i niewiele stamtąd widać. Jang to przeciwnie, stok oświetlony, gdzie Słońce silnie operuje, gleba wysycha, dokucza susza, rosną ciernie i osty, ale w zamian jest wiele światła i rozległe widoki na niebo i okolicę.

Jak widać, północ jest in, południe zaś jang; doliny są in, a szczyty gór jang; otwarte przestrzenie są jang, a zamknięte kotliny in. Pola są jang, a przydomowe zamknięte ogrody są in. Męskie zajęcia wykonywane poza domem - orka, polowanie, handel, wojaczka - są jang, zaś zajęcia kobiece, wykonywane w domu, w zamknięciu, jak gotowanie i opieka nad dziećmi - są oczywiście in. Obie płci wpasowują się w ten schemat i kobieta jest - z wielu powodów - in, mężczyzna zaś jang.

Mam wrażenie, że ta odwieczna nauka przyszła do nas, do Europy, wyraźnie za późno, kiedy już kobiety wyemancypowały się, a różnice między tym, co żeńskie i co męskie zaczęły się gwałtownie zacierać. Dziś nie jesteśmy już tak wyczuleni na żeńskość i męskość różnych rzeczy jak nasi przodkowie, którzy, choć nie wymyślili podobnie zgrabnych słów jak chińskie in i jang, to identyczne pojęcia znali i widzieli je wszędzie w świecie podobnie jak dawni Chińczycy.

Symbolem in-jang, znanym każdemu, kto zetknął się z Księgą Przemian Yijing, z taoizmem albo ze sztuką Feng-Shui, jest koło podzielone na dwie splecione krople: czarną i białą. Ten symbol oznacza oba żywioły, męski jang i żeński in, splecione w nierozerwalną całość i jedność. To jest obraz czegoś niepojętego, co było na początku, zarodka świata, który był zarazem in i jang. Laozi, jeden z pierwszych chińskich filozofów, nazwał go tao. Dawni mędrcy Słowian znali uderzająco podobny symbol, którym był... kwiatek polnego bratka. Otóż kwiat Viola tricolor ma z jednej strony płatki fioletowe, a z drugiej strony płatki żółte. Żółte płatki oznaczały ogień, fioletowe wodę. Fiolet wody kojarzył się ze wszystkim tym, co mokre, chłodne, zalegające w dole, będące źródłem życia i urodzaju, ale co wymaga drugiego, aktywnego czynnika, żeby zacząć działać. Fioletowe płatki przypominały o wszystkim tym, co na drugim końcu świata Chińczycy nazwali in - a więc o całym żywiole mokrym, płodnym, dolnym, wewnętrznym, ciemnym, nocnym i na dodatek kobiecym.

Płatki żółte, wraz z ogniem, światłem i Słońcem kojarzyły się też z dniem, z aktywnością, energią (która nasi przodkowie czuli, choć nie mieli osobnego słowa na jej nazwanie) i z tym, co męskie. W kwiatku bratka zawierał się cały kosmos!

Kiedy panowała noc i mrok - a w starożytności noce były naprawdę ciemne - widziano wokół królestwo żywiołu ciemności i wszystkiego tego, co kodowały fioletowe płatki: opadała rosa, świat był mokry, gasły ognie, rosły grzyby, kobiety tuliły do siebie mężczyzn. A przede wszystkim świat pozostawał w swoim stanie nieprzejawionym: przedmioty nie wyjawiały swoich kształtów, nie było wiadomo, co jest czym. Całkiem jak pod wodą, pod ziemią lub po śmierci. Ale ten stan nie trwał przecież wiecznie - choć ludziom strażującym przy ogniskach musiały się noce dłużyć... W końcu na wschodzie pojawiała się smuga światła... czerwonawego... jak rana. Nastawał ranek, poranna zorza zaczynała się żarzyć. Latem, zanim to nastąpiło, na wschodzie, niby przewodnik dla mającego wzejść Słońca, pojawiała się jasna i czerwona gwiazda. Nazwano ją Psią Gwiazdą, bo jak pies służyła Słońcu za przewodnika i jak pies zębem nadgryzała ciemność nocy, aby raną porannej zorzy oddzielić niebo od ziemi i jasność od ciemności.

Czy ta Psia Gwiazda, dziś znana nam jako Syriusz, nie przypomina jasnej kropki na ciemnym tle w taoistycznym symbolu in-jang?

Mroczna, niepoznana jednorodność nocy nie ustępowała sama. Coś musiało pierwsze ją naruszyć. Czasem była to wschodząca jasna gwiazda, czasem Wenus, ale każdej nocy - kogut, który swoim pianiem burzał zamarłość nocy. To jest przyczyna, dla której ten ptak cieszył się wszędzie tak wielkim szacunkiem! Nic dziwnego, że przypisywano mu moc odpędzania złych duchów, umieszczano jego postać na szczycie obrzędowych słupów, a później na kominach. "Perforowanie" nocy przypominało naszym przodkom akt seksualny i dlatego kogut kojarzył się z męskim członkiem.

Słowianie jak i inne dawne ludy, grę męskiego jang i żeńskiego in widzieli niemal wszędzie. Piec do pieczenia chleba jawił im się czymś żeńskim - in, ponieważ w jego wnętrzu bochenki dojrzewały niby embriony w macicy, a z pieca-brzucha były wyciągane jak dziecko przez akuszerkę z łona rodzącej matki. Ale zanim włożono surowe chleby do pieca, trzeba go było wyczyścić. Do tego służyło pomiotło (rodzaj miotły) i kosior (rodzaj pogrzebacza). Jeden i drugi przedmiot był długi, sztywny i wnikał w ciemną czeluść. Oczywiście, skojarzenia naszych przodków biegły znaną drogą. Pomiotło, a zwłaszcza kosior, stały się symbolami męskimi i fallicznymi. Podczas swych tajemnych zebrań kobiety-wiedźmy dosiadały pomioteł i kosiorów niby rumaków, a niektóre miały przy tym wizje szamańskich lotów. Kobieta, która dosiadała męskiego kosiora, tworzyła w ten sposób jedność in-jang, czyli kosmiczny zarodek - więc możemy wyobrazić sobie, jaką w sobie przy tym generowała moc!

Wiele z tego, co tu napisałem, wyczytałem w pięknej książce Artura Kowalika pt. "Kosmologia dawnych Słowian". (Skrót tej książki jest w Tarace: "Zarys kosmologii dawnych Słowian") Polecam!

10 sierpnia 2005


Wojciech Jóźwiak


Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)