07 lipca 2006
Kasia Emilia Bogdan
Baśń tysiąca głosów i jednej Mocy
czyli impresje z warsztatów śpiewu białego w Czeremsze (czerwiec 2006)
Szum górskiego strumienia, pomruk puszczańskiego dębu, szelest listopadowych liści, skrzypienie lutowego śniegu pod ciężkimi butami... Całe Istnienie jest pieśnią. Dźwięki tworzą rzeczywistość, są jej oddechem... Szamańskie podróże na bębnie, święta gra na didżeridu, śpiewające misy z Tybetu, ludzki głos... Ludzie od wieków próbowali harmonijnie współistnieć z naturą. Niegdyś śpiew był codziennym gościem w niemal każdym domu, a często stawał się członkiem rodziny.
Śpiewać każdy może
Z czasem, piękny zwyczaj wspólnego śpiewania zaczął zanikać. Ludzie zamknęli się w swoich małych światach, zapomnieli o magii i mocy, która płynie ze splecionych razem głosów. Chociaż podstawą śpiewu jest oddech, pneuma, a więc dusza, wiedza o tym, że śpiew jest spoiwem łączącym dusze, została pogrzebana gdzieś na dnie ludzkich serc... Są tysiące powodów dla których ludzie twierdzą, że nie powinni śpiewać. Zazwyczaj pod ich przekonaniami kryje się strach przed reakcją otoczenia, przed zranieniem czy odrzuceniem. Znam to uczucie... Jeszcze kilka miesięcy temu wstydziłam się zaśpiewać nawet przed samą sobą. Kajdany społeczeństwa zniewalające nasz umysł bywają okrutne. Często wdzierają się głęboko w naszą psychikę, gdzie udają nasze własne przekonania. Można jednak wyjść poza nie, przekroczyć ich granicę i spojrzeć demonom w oczy. Okazuje się wtedy, że tam, gdzie wcześniej widzieliśmy zamkniętą, metalową bramę jest otwarta furtka do pięknego ogrodu możliwości...
Piękno krzyku
Od jakiegoś czasu w Polsce powraca tradycja śpiewu i pojawiają się ludzie, którzy organizują warsztaty śpiewu białego. Biały śpiew jest specyficzną techniką emisji głosu, zwaną inaczej śpiewokrzykiem. Nazwa pochodzi od sposobu w jaki wykonuje się te pieśni, mianowicie ten śpiew jest "melodyjnym krzykiem". Powietrze powoli wypuszcza się z przepony by zaśpiewać przez maksymalnie otwarte gardło. Miejscem w którym zrodziły się te pieśni jest wieś gdzie ludzie często śpiewali podczas wszelkich prac polowych. Pewnie dlatego powstała technika dzięki której dźwięk jest na tyle mocny, że nie przeszkadza mu ani odległość ani wiatr.
Przeznaczenie z zielonej Ukrainy
Jakiś czas temu, w przygranicznej miejscowości Czeremcha, zrodził się pomysł, aby i tam zorganizować warsztaty białego śpiewu. W maju odbył się pierwszy, pięciodniowy warsztat. Zaplanowano, że będziemy się uczyć pieśni białoruskich, ale los chciał, że nauczycielka z Białorusi nie dotarła na czas. W zamian zaproszono Ludmiłę Wostrikow z Równego na Ukrainie.
Luda rozpoczęła swoją przygodę ze śpiewem już jako dziecko. Cała jej rodzina śpiewała prastare pieśni ludowe z Polesia. Śpiew był dla niej chlebem powszednim, był uświęceniem życia. Nic więc dziwnego, że Luda ukończyła studia na katedrze etnomuzykologii, a obecnie jest kierownikiem wokalnym chóru Horyna Państwowego Uniwersytetu Humanistycznego.
Na warsztaty przybyło jakieś trzynaście osób, a Luda zaznajomiła nas z pieśniami kupalnymi, wiosennymi, żniwnymi i weselnymi. Dla mnie te warsztaty były odkrywaniem podstaw i niesamowitą podróżą w głąb swoich możliwości. W ciągu dnia śpiewaliśmy, a wieczorami mogliśmy poznawać świat dzięki fascynującym filmom dokumentalnym Mikołaja Nesterowicza.
Powtórka z rozrywki
Warsztat z Ludą okazał się pełnym sukcesem i w czerwcu, przy okazji XI Spotkań Folkowych, postanowiono zaprosić nauczycielkę na kolejne spotkanie. Zawirowania życiowe sprawiły, że na warsztat dotarłam dzień później i okazało się, że zamiast Ludmiły przybył jej mąż i członek chóru Horyna, Serhij.
Serhij
Foto: Piotr Stefaniak
Tym razem zebrała się o wiele mniejsza grupka, zaledwie siedem osób, ale mieliśmy w niej mężczyznę dzięki czemu nasze śpiewy mogły być bardziej urozmaicone. Pieśni ludowe śpiewa się na głosy. Oprócz głosu podstawowego w tych pieśniach często występuje pierwszy głos oraz głos męski. Pierwszy głos jest wysoki i zazwyczaj wystarczy jedna osoba, która potrafi zaśpiewać "górę" i już pieśń nabiera nowego smaku. Podobnie jest z głosem męskim. Jeden mężczyzna śpiewający swoją wersję znacznie dopełnia pieśń.
Spotkanie zapowiadało się bardzo ciekawie. Ludzie przyjechali głównie z okolic Białegostoku i Warszawy, ale przybyli też Łużyczanie z Niemiec. Chyba spałam na szkolnych zajęciach bo naprawdę nie miałam pojęcia, że w Niemczech żyją Słowianie, a w dodatku mają własny język i kultywują swoją tradycję! Każdy uczestnik warsztatu był wyjątkowy i, jak się później, każdy miał także niepowtarzalny kolor głosu. Był głos granatowy, różowy, pomarańczowy, bordowy, czerwony, ciemnozielony...
Dźwięku wędrowanie
Wraz z rozpoczęciem warsztatów zaczęło się też prawdziwe lato więc postanowiliśmy wyruszyć na śpiewy do lasu. Dzięki uprzejmości miejscowego nadleśniczego mieliśmy do dyspozycji chyba najpiękniejsze miejsce w okolicy. Mały staw na leśnej polanie, pośrodku wysepka, dostojne cztery brzozy pochylające się nad wodą, zapach dzikiej róży i nasze bose stopy... Doskonałe miejsce na uwalnianie głosu...
Zauroczeni magią jaka wytwarzała się podczas śpiewu wraz z szumem drzew, głosami ptaków i rechotem żab, spędziliśmy w lesie kolejne trzy dni. Każdy dzień rozpoczynaliśmy krótką rozgrzewką a następnie uczyliśmy się pieśni. Codziennie mieliśmy indywidualne zajęcia, gdzie każdy mógł odkryć obszary wymagające większego skupienia. Nasze głosy pochodziły z jednego Źródła, z głębin Ziemi, przechodziły przez nasze ciała, wędrowały leśnymi ścieżkami, szybowały z ptakami by w końcu dotknąć chmur... Otwarta przestrzeń otwierała nasze serca. Podczas śpiewu byliśmy częścią Natury, splataliśmy się z jej pięknem...
Pierwotne tętno
Śpiew sprawiał, że stwarzała się między nami rodzinna więź. W jakiś niesamowity sposób znikały podziały, stawaliśmy się jednością. We wspólnym siedzeniu wokół ognia, jedzeniu prostych potraw przygotowanych na ogniu czy myciu naczyń w piasku było coś pierwotnego, jakieś zupełnie podstawowe tętno Istnienia. Ktoś śpiewał pieśni bułgarskie, ktoś inny wystukiwał rytm na bębnie, jeszcze ktoś inny leżał na trawie, lecz w tym wszystkim dało się słyszeć jedną melodię.
Niezmiernie ważnym elementem naszych warsztatów była ciągła obecność Serhija. Serhij był naszym nauczycielem śpiewu, ale gdy Jego zafascynowała gra na didżeridu role się odwracały. Znikały sztywne reguły i podziały.
Słomiana sztuka
Do Czeremchy wracaliśmy popołudniami, gdzie oglądaliśmy filmy Koli i uczyliśmy się wyplatania słomy. Niegdyś tego typu rękodzieło było bardzo popularne w okolicy Czeremchy. Ludzie, którym trudno było utrzymać się z samego gospodarstwa, zajmowali się plecionkarstwem. Zimą, kiedy nie było prac w polu, kobiety spotykały się i oddawały tej twórczej czynności. Dzisiaj nie ma już takiego zwyczaju i jedynie nieliczni kultywują tę tradycję. Nasza nauczycielka była bardzo wdzięczna i szczęśliwa, że są jeszcze ludzie, którzy chcą uczyć się tego, co jest pasją jej życia. Podobno byliśmy bardzo zdolną grupą i na koniec, za naszą wytrwałość każdy dostał jakiś pleciony upominek.
Plecionki
Foto: Autor
Dni warsztatu były intensywne, ale to nie przeszkodziło nam w wieczornych rozmowach i śpiewach. Najdłuższe dni w roku kusiły pięknem. Codziennie chodziłam spać o świcie. Cudownie było zobaczyć czerwony księżyc czy świetlisty wschód słońca, którego promienie kładły się na pola zmieniając zroszone kłosy żyta w tęczową krainę.
Scena wśród szumu drzew
Nasze warsztaty trwały pięć dni. W międzyczasie zrodził się pomysł aby pokazać wyniki naszej pracy podczas Spotkań Folkowych, które miały się rozpocząć w piątek. Już wcześniej Serhij starał się nam przekazać kilka sztuczek śpiewania scenicznego. Jednym ze sposobów było wyobrażenie sobie wokół siebie szklanej kuli, która przepuszcza jedynie pozytywne emocje. Sposób iście szamański...
W dzień naszego występu wybraliśmy się na próby do lasku brzozowego. Tutaj Serhij zasugerował, byśmy sobie wyobrazili, że brzozy wokół nas to ludzie... Chyba nasza wizualizacją była bardzo silna bo już po chwili w krzakach dało się zauważyć przemykające sylwetki. Ludzie zwabieni naszymi głosami przybyli posłuchać naszych pieśni z bliska... A może to nasz śpiew odczarował dusze zaklęte w brzozach...? Ćwiczenie z brzozami miało nas przygotować do występu na scenie podczas którego mieliśmy sobie wyobrazić, że ludzie to nieoceniające, łagodne brzozy...
Kiedy wróciliśmy z próby okazało się, że miejsce w którym do tej pory w ciszy wyplataliśmy koszyki i oglądaliśmy filmy, zaczęło się zmieniać w muzyczne miasto. W ciągu kilku godzin urosła scena, pojawiły się małe stragany z ceramiką, lnianymi ubraniami i jedzeniem, a wszędzie wokół kręcili się spragnieni dźwięków ludzi. Jakież było moje zdziwienie gdy wśród ludzi ujrzałam narzeczonego, który przyjechał wraz z naszym przyjacielem specjalnie na nasz występ!
Tuż przed występem, zgodnie z sugestią Serhija, wypiliśmy po lampce czerwonego wina i weszliśmy na scenę. Stało przed nami niełatwe zadanie bo to właśnie my mieliśmy otworzyć XI Spotkania Folkowe. Całe szczęście wizualizacja z brzozami zadziałała i trema odeszła już po pierwszej pieśni. Tym razem moc naszej wyobraźni nie była na tyle silna by zamienić ludzi w drzewa... Całe szczęście bo bylibyśmy zmuszeni do szukania pomocy u mieszkającej nieopodal szeptuchy...
Na scenie... Od lewej: ja, Julita, Marysia, Hanka, Tereza, Duan, Serhij
Foto: Piotr Stefaniak
Występ okazał się naprawdę świetny. Serhij stwierdził, że wypadliśmy o wiele lepiej niż na wszelkich próbach. To był szczególny wieczór, który uczciliśmy świetną zabawą przy dźwiękach folkowych kapel.
Orkiestra p.w. św. Mikołaja (z Lublina)
Foto: Piotr Stefaniak
Podróż w Teraz
Ostatniego dnia wybraliśmy się na wyprawę po okolicy podczas której dotarliśmy do wsi Kuzawa. Kuzawa to miejsce, w którym czas nie istnieje. Idąc upalną ulicą słychać było jedynie skrzypienie naszych butów i szept Wieczności. Odkryliśmy cudowną polanę w lesie, na której długie, intensywnie zielone włosy trawy tworzyły miękką narzutę... Przestrzeń, w której się znaleźliśmy, sprzyjała filozoficznym rozważaniom i rozkosznemu zagłębianiu się w Chwili. Chyba dlatego przyszła do nas nazwa naszego zespołu, Siedem Sekund, bo siedem sekund to w teorii czasu właśnie chwila obecna, moment Teraz!
Po intensywnym tygodniu ten dzień spędziliśmy na totalnym odczuwaniu rzeczywistości. Rozmawialiśmy z napotkanymi owcami, rozpływaliśmy się w zapachu kwiatów akacji, uśmiechaliśmy się do życia... W drodze powrotnej z naszego spaceru wstąpiliśmy na chwilę do kościoła gdzie odbywał się ślub. Los chciał, że w momencie kiedy przestąpiliśmy próg świątyni właśnie odbywało się błogosławieństwo, ale tak naprawdę wszystkie dni spędzone razem były błogosławieństwem...
Kiedy wyjeżdżaliśmy z Czeremchy czułam smutek. Właśnie dobiegał koniec czegoś pięknego. Jednak gdy wróciłam do domu uświadomiłam sobie, że w istocie nie ma początku ani końca podróży. Wszystko czego doświadczam, każde miejsce, każdy napotkany człowiek, każda przeżyta chwila żyje w mojej wewnętrznej przestrzeni. W przestrzeni pełnej dźwięków. I pozostanie tam na zawsze.
Kasia Aemilia Bogdan
30 czerwca 2006, w Tarace od 7 lipca 06.
localmaj@hotmail.com
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
