zdjęcie Autora

09 grudnia 2013

Katarzyna Urbanowicz

Serial: Babcia ezoteryczna Sezon drugi
Co mnie w życiu ominęło?

◀ Wolność nastoletniej matki ◀ ► Świat jak złudzenie ►

Nie widziałam zorzy polarnej. Nie widziałam zjawiska prawdziwej fatamorgana, chociaż trafiały mi się kulawe miraże w postaci drżącej galaretki nad jezdnią. Nie spotkałam się ze zjawiskiem halo nie tylko w postaci „gloria” czy „wieniec” ani „podsłońca czy „słonecznego słupa”. Gonił mnie za to górskim żlebem wyschłego potoku piorun kulisty skacząc z głazu na głaz i zataczający się od ściany do ściany. Widziałam przelot bolidu lecącego tak nisko, że aż przewróciło mnie na łąkę i słyszałam straszliwy szum. Zawsze śmiano się ze mnie, że to niemożliwe i dopiero niedawno przeczytałam, że szum, wbrew zdrowemu rozsądkowi może towarzyszyć takiemu przelotowi. Kilka razy widziałam krwawe niebo (choć nie widziałam iryzacji nieba), a nie zliczę ile razy oglądałam księżyc w lisiej czapie. Widywałam też tęczę, ale to banalny widok. Ze wszystkich oglądanych zjawisk „lisia czapa” zostawała na długo w pamięci.

         Poniższe zdjęcie zostało zrobione przez miłośniczkę Tatr, zapaloną turystkę, moją znajomą Martę P. Podobną fotografię można też obejrzeć:

http://kosmos-i-my.bloog.pl/id,4968018,title,Zjawisko-Brockenu,index.html

W takie dni jak ostatnie, ksawerowe, autorzy powieści przygodowych umiejscawiali ich akcję; opisywali sztormy i statki ściągane oszukańczymi światłami na skały, aby po ich rozbiciu pozabijać marynarzy i pasażerów i zagarnąć ich dobytek. Bohater pozytywny, najczęściej dziecko, natknąwszy się na taki widok całe życie musiał uciekać przed przestępcami ścigającymi go w obawie, że zdemaskuje ich zbrodnie. Jako dziewczynka czytałam z wypiekami na twarzach owe pirackie opowieści. Byłam wyjątkiem, ku zmartwieniu rodziców, ponieważ poza umiłowaniem historii o korsarzach i Indianach nie przejawiałam żadnych cech „chłopczycy”. Uważano nawet, że z tego powodu nie można być pewnym co mi strzeli do głowy. Ani – oczywiście – moich kwalifikacji moralnych, choć w przypadku chłopców ich nie analizowano. Ja jednak wiedziałam, że przyzwoici piraci walczyli na morzu burta w burtę, mniej więcej honorowo, choć krew się lała strumieniami i błyszczała na szablach i toporach — człowiek na przeciwko człowieka; zaś przybrzeżne rzezimieszki obławiali się oszukańczo i nieuczciwie rozpalając na skałach wielkie ogniska. Zastanawiało mnie jednak zawsze, że wobec tego, że był to proceder znany i (w powieściach przynajmniej) powszechny, ktokolwiek się na niego dawał nabierać. Wystarczyło pożeglować nieco w bok, doczekać do świtu i przyjrzeć się okolicy, żeby wiedzieć co i jak. Nawet gdyby statek wylądował na skałach i rozbił się, była szansa uniknięcia mordu i obrony przez tych, którym udało się dopłynąć. Ale zawsze tak miałam, że nie do końca wierzyłam swoim idolom. Podobnie było z Indianami: „Szlachetny dzikus” zabijał całe farmerskie porządne, chrześcijańskie rodziny na niemowlętach kończąc, zaś „szlachetny osadnik” wprawdzie dzieci raczej (w książkach) nie zabijał, jednak potrafił już nastolatka żywcem obdzierać ze skóry. Najgorsi jednak byli handlarze: wymieniali skóry na alkohol zamiast płacić Indianom porządną cenę w postaci na przykład szeleszczących papierków czy nie zawszonych koców lub zarobaczonych połci suszonego mięsa. Też wydawało mi się to dziwne: skoro taki Winnetou był świadomym i mądrym Indianinem i wodzem powinien doskonale wiedzieć, co jest dobry towar, a co szajs i odpowiednio wyedukować pobratymców, a nie szlajać się po pustkowiach ze swoim pseudo-przyjacielem Oldem Satterhandem, który nawet nie był w stanie na tyle uznać jego równości (a jako przyjaciel powinien), żeby ożenić się z jego piękną i mądrą siostrą. Poza tym podejrzani byli mieszańcy, jednak z wyjątkiem kobiet, które zazwyczaj były piękne, zwłaszcza jak ubrano je w suknie białych sióstr.

         Kiedy dowiedziałam się, że Karol May napisał swoje książki podczas odsiadki w więzieniu uznałam, że jako przestępca ma mocno wygórowane żądania moralne wobec świata. Poza tym od Indian czerpie wszystko co można, całą ich wiedzę, od Winnetou dostaje dwa konie, a sam naprawdę niczym się nie rewanżuje, w skrytości ducha uważając swoich przyjaciół za istoty nieco niżej od siebie stojące.

         Dziś uważam, że fascynacje, które mnie ominęły, ten brak zaufania do literatury, polegający na widzeniu pisarza za zasłoną jego dzieł, wprawdzie psuje mocno zauroczenie, jednak przydaje się w życiu. A życie, jak piekło, idiotyzmami i oszustwem wybrukowane. Bowiem zdarzało się, że literatura prowadziła mnie na manowce.

         Kiedy przerwałam studia na polonistyce i musiałam podjąć pracę w wieku 17 lat (oszukując w oświadczeniu, że jestem pełnoletnia) wybrałam pracę zgodną ze swoimi fascynacjami, a mianowicie Bardzo Poważną Państwową Bibliotekę. Byłam tam pracownikiem fizycznym, pomocą magazyniera. Do moich obowiązków należało wyszukiwanie w magazynach książek, które należało poddać renowacji i oprawie, przy czym nie liczyła się właściwie wartość tych książek, ile moje widzimisię oraz ich ilość wpisana do planu. Z tego powodu chętnie renomowano wszelkiego rodzaju groszowe zeszyty, bowiem były cienkie, nie zabierały zbyt wiele miejsca na wózkach, a introligatorzy je lubili za sprawą łatwości oprawy grzbietów. W magazynach było duszno, łatwo było złapać grzybicę pod paznokciami (co i mnie się przydarzyło) oraz spaść z wysokości, ponieważ drabiny, którymi dysponowano były zbyt niskie. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych technika nie poszła tak daleko jak dziś, żeby regały same się wysuwały, a jedyną odzieżą ochronną, którą dysponowaliśmy były, podobnie jak w kołchozach, granatowe fartuchy z podszewki i chustki na włosy. Oczywiście o rękawiczkach nie było mowy, zresztą jak wyciągać ściśle upakowane woluminy w rękawiczkach?

         Jednak praca ta miała niezaprzeczalny urok. Powyciągałam do oprawy wszystkie przedwojenne zeszyty Karola Maja i w wolnych chwilach zaszywałam się w jakimś kącie magazynów (gdzie niewiele osób się zapuszczało, a nasi zwierzchnicy, dyplomowani bibliotekarze za bardzo zadzierali nosa, żeby w te labirynty zaglądać.) i tam namiętnie czytałam wszystkie te opowieści. Tak przesiąkłam kodeksem rycerskim, ze nie zwróciłam uwagi iż życie z kodeksami tymi nie ma nic wspólnego. Mój romans z powieściami Karola Maja skończył się, gdy dorwał mnie w kącie mój zwierzchnik i usiłował zgwałcić, w wyniku czego podarł mi służbowy fartuch (za który musiałam zapłacić) oraz otrzymałam dyscyplinarne zwolnienie z pracy ze skutkiem natychmiastowym z powodu nie wykonywania swojej pracy, tylko czytania książek w godzinach na nią przeznaczonych.

         To doświadczenie nauczyło mnie, że powinnam szanować Karola Maya wraz z jego Oldem Satterhandem, ponieważ Nszo-czi była bardziej zwyczajna, niż mogło się zdawać. W każdym razie znała swoje miejsce i swoje powinności jak gotowanie i szycie, co dzięki temu zapewniło szacunek i pozwoliło jej uniknąć skrajnych doświadczeń.

         Mimo to są jeszcze współczesne kobiety, które zachwycają się jej postacią i w ogóle postaciami kobiecymi w książkach Maya i biorą je za wzór, niech im wielki Manitou wybaczy!

http://tishreen.blog.onet.pl/2010/08/20/kobiety-w-swiecie-maya/

         A jaki to wszystko ma związek ze zjawiskami przyrody wymienionymi na początku?

         Jeśli świat zastany z jego obyczajami i wymaganiami będziemy traktować jak zjawiska atmosferyczne, z którymi należy się godzić, bo nie mamy na nie wpływu, to nie możemy też zapomnieć o tym, że wiele z tych zjawisk nie przystaje do zwykłych wyobrażeń typu: deszcz, wiatr, śnieg, czyste lub zachmurzone niebo. Zwyczajne podejście do nich prowadzić nas będzie zawsze na manowce. Piorun kulisty może skakać w rytm naszych kroków lub wciskać się przez nieszczelne okno niczym żywa istota, zjawisko halo przybrać postać Matki Boskiej, a wirujące słońce niekoniecznie oznaczać przekaz z zaświatów. Prawdziwa Nszo-czi nie musi umieć gotować ani lubić sprzątać – jest taka, jaką ją zobaczy ją autor.

◀ Wolność nastoletniej matki ◀ ► Świat jak złudzenie ►


Komentarze

1. Biedna jest dzisiejsza...NN#7480 • 2013-12-11

Biedna jest dzisiejsza młodzież. Ma możliwość oglądać lektury, zamiast je czytać.Osobiście uważam, że ekranizacja książek dla młodzieży i lektur powinna być zakazana. Gdzie tu miejsce na rozwój wyobraźni?
Jako wiecznie chore dziecko sama nauczyłam się czytać i z nudów (i niechęci do koleżanek) pochłaniałam książki tonami. Też mi się zdarzyło czytać w pracy cały dzień, ale mnie na szczęście za to nie zwolnili.
Do dzisiaj czytając oczami wyobraźni widzę bohaterów, a czasami aktorów, którzy moim zdaniem powinni zagrać ich role.

Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)