02 października 2011
Wojciech Jóźwiak
Serial: Auto-promo Taraki
Emigracja jako inicjacja
◀ Znikający McEowen ◀ ► Nowa skórka Taraki ►
Czytałem w „Plus Minus tygodniku Rzeczypospolitej” (1/2 października 2011) odcinek „Dziennika Północnego” Mariusza Wilka. Wilk wspomina Miłosza, którego poznał był osobiście i którego nazywa szamanem, w ślad za samym Miłoszem, którego słowa – „Skoro już jestem szamanem...” – cytuje. Pisze tam Mariusz Wilk: „Miłosz mówił, że poezja to nic innego, jeno przywoływanie duchów w nadziei, iż wykorzystując rytm jego krwi oraz jego rękę, dzierżącą pióro, bodaj na chwilę się ucieleśnią i powrócą między żyjących.” Tyle mistrz znad Jeziora Oniego. Czytając to, zauważyłem równanie: Miłosz był emigrantem, z rodzinnej Litwy (w sensie Wlk. X. Lit.) rzucony do Kalifornii. Wilk też emigrant, który na emigrację poszedł z własnego wyboru, ale nie do „lepszego” Zachodu, tylko na rosyjską północną peryferię. Szamani stawali się nimi, przechodząc inicjację, proces mający cechy kontrolowanej śmierci i odrodzenia, dla zwykłych ludzi ponad ich siły i zapewne zabójczy. Bohaterowie baśni wyruszali w dalekie podróże, będące w istocie inicjacjami; wracali z nich odmienieni i zdolni do nadludzkich czynów. Emigracja jest inicjacją, przynajmniej ją przypomina. Ma coś ze śmierci Gustawa by odrodził się Konrad – słowami innego wielkiego emigranta. W plemiennych rytuałach dopiero po inicjacji młodzieniec stawał się dorosłym. Z drugiej strony, ci, którzy nie wyemigrowali, zostali w domu – Sędzia przy Robaku – mają coś z dużych dzieci, które nie wyszły z rodzinnego domu, nie odpępniły się od „macierzy” swojej dziecięcej okolicy, nie dorosły do indywiduacji. (Że użyję tego bardzo niejasnego Jungowskiego słówka.) I nie widzą świata z obiektywnego punktu widzenia.
To, co tu piszę, łączy się z dyskusjami w Tarace o języku angielskim i jego uczeniu się lub nie (English is NOW, albo jak NIE uczyć się angielskiego. Co będzie z angielskim?). Znajomość obcego języka (lub kilku) i umiejętność mówienia w nich i bycia w światach mówiących tamtymi językami, wchodzi w skład emigracyjnej inicjacji i do pewnego stopnia może zastąpić emigrację odbytą całym ciałem. To by wyjaśniało masę emocji uwiązaną do sprawy znajomości i nauki obcych języków. Próg inicjacyjny ze swej istoty wzbudza wielkie emocje. Inicjowani inaczej i szczególnie patrzą na nieinicjowanych, podobnie nieinicjowani na inicjowanych. Tam gdzie zaistnieje podejrzenie, że coś (jak w tym przypadku: emigracja lub język obcy) łączy się z inicjacją, powyższy schemat pełnego emocjonalnego napięcia podziału między incjowanymi a nieinicjowanymi odżywa z archetypu. Wydaje mi się, że ten „duch” wisi nad dyskusjami o językach.
Tu już dalsze skojarzenie: różnica między moim pokoleniem a poprzednim (naszych rodziców, urodzonych w latach 1920-tych) polegała na podobnej inicjacji i jej braku: oni byli (na różne sposoby) inicjowani w wojnę, my nie, więc nawet dorósłszy, trochę pozostaliśmy dziećmi. Ale to już osobna sprawa, inny temat i pewnie wiele razy obracany.
◀ Znikający McEowen ◀ ► Nowa skórka Taraki ►
Komentarze
to NIE jest tak, że każde pokolenie ma swoją pokoleniową inicjację. Pokolenie urodzonych w latach 1920-tych - walczące w II Wojnie Św., brane do łagrów, chwytane w łapankach, ginace w Powstaniu Warszawskim, deportowane, wywłaszczane-okradane, przesiedlane, tracące cały swój poprzedni świat i instalujace się jakoś w nowym - było tu WYJĄTKOWE, bo dostało od historii inicjację faktycznie jawną, surową i okrutną.
W przeciwieństwie do nich ani ja (rocznik 1951) ani osoby kilkanaście lat młodsze żadnej historycznej inicjacji nie miały! I na tym polegała różnica między tym pokoleniem a poprzednim, tamtym wojennym. Tym bardziej nikt z młodszych nie miał "historycznej" inicjacji. Udział w konspirze w latach 1980-tych (słowo "konspira" wypromował Mariusz Wilk o którym wspomniałem w tekście) też nie był doświadczeniem pokoleniowym, bo brali w tym udział b. nieliczni i dobrowolnie: tylko ci, którzy tego bardzo chcieli.
Co jeszcze? - Doświadczeń pokoleniowych (czyli typowych doświadczeń dla pewnych roczników) nie należy mylić z inicjacją, bo przeważnie NIE miały koniecznych cech by coś inicjacją nazwać.
Pozdrawiam
przecież ja (primo) niczego nie zachwalam ani nie polecam i w ogóle nie wartościuję. Chyba nie podejrzewasz mnie, że komukolwiek zalecam "inicjację" polegającą na przymusowym wzięciu na wojnę, niewinnie do więzienia lub do innego kacetu itp. (Secundo) różnicę między pokoleniem 1920 a (moim) 1950 przywołałem tylko po to, żeby na znanym, jak mi się wydawało, przykładzie, pokazać różnicę między inicjowanymi a nieinicjowanymi, jakim rodzajem inicjacji, nieważne.
Przecież mój tekst był o emigracji jako inicjacji. Potrzeba inicjacji istnieje, i niektórzy inicjację sobie organizują, m.i. właśnie przez emigrację. O tym pisałem.
Jakoś nie sądzę, żeby emigracja i nauka języków obcych miały nam zastępować jakieś inicjacje. Nieliczne przypadki pewnie się zdarzają, ale ogół chyba jest inny. Powody emigracji są prozaiczne - nie inicjacje ludziom w głowie, tylko pieniądze, a nauka języków obcych to nic innego jak owczy pęd.
Brawo!!
Podpisuje się pod Tobą Cecylko!!Wyszłam z domu z niewielką torbą..bez języka...i urodziłam sie tu na nowo,nie żeby lepsze było to moje życie.Jest inne w całej rozciągłosci.Ja też jestem inna"innieje" aż sie dziwie sobie,zmienił sie też moj wygląd,nie do poznania.Wartosci mi się pozmieniały.Staram się brać tutejsze życie garsciami,to życie w moich kategoriach- pozytywne.Ucze się języka,czytam ksiązki w tym języku,w wolnym czasie robie sobie wycieczki i łapie sie juz na tym że mysle w "ich"języku czasami.Przygoniła mnie tu rozpacz egzystencjonalna,jednak ,powolutku zaczęłam szukac dobrych stron mojego przymusowego,bo zarobkowego życia tutaj.Nie wiem czy nie zostane.Moja inicjacja zmieniła mnie pozytywnie,mimo że mój dom ,jest tam gdzie serce moje- w Polsce i strasznie tęsknie.Tanti augurii!!
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
