zdjęcie Autora

15 kwietnia 2004

Wojciech Jóźwiak

Serial: Opowieści fukujamiczne
Opowieści fukujamiczne (2)
O historii i cywilizacjach

Kategoria: Enneagram

◀ Opowieści fukujamiczne (4) ◀ ► Opowieści fukujamiczne (3) ►

O cywilizacjach na mapie i w terenie, o zwyciężaniu zła nad dobrem i odwrotnie, o Tasmańczykach, gumisiach i Sarmatach

część 1 | część 2 | część 3 | część 4 | część 5 | część 6

9. (świat według Huntingtona)

Mam wrażenie, że Bagby z jednej strony, Huntington (w swojej słynnej, przeciwstawiającej się "Końcu historii" Fukuyamy książce "Zderzenie cywilizacji") z drugiej strony, mówiąc o cywilizacjach i dzieląc ludzkość na cywilizacje, mają niezupełnie to samo na myśli. A że pojęcie to mają inne, więc i liczba obecnie istniejących cywilizacji wygląda u obu różnie, jak i granice między nimi. Można rzec, figlarnie i mało ściśle, że cywilizacja w sensie Bagby'ego ("cywilizacja naczelna") jest rzeczą dużo poważniejszą niż w sensie Huntingtona. Tylko najgłębsze, najgrubsze i najtrwalsze różnice między społeczeństwami Bagby uznaje za różnice cywilizacji. I właśnie dlatego lista obecnie istniejących cywilizacji jest u niego krótka: Zachód plus trzy lub cztery cywilizacje naczelne, które stały się wtórnymi względem Zachodu, lub są w procesie stawania się takimi: chińska, indyjska i bliskowschodnia w odmianie islamskiej, plus japońska, jeśli uznać ją za naczelną. Ewentualnie pojawiają się u niego wzmianki o dwóch dalszych cywilizacjach drugiego rzędu: rosyjskiej i afrykańskiej.

Huntington bez wahań (które są u Bagby'ego) dzieli współczesny świat według swojego klucza na dziewięć cywilizacji, są to: zachodnia, latynoamerykańska, prawosławna, afrykańska, islamska, hinduistyczna, buddyjska, chińska i japońska.

Tyle, że cywilizacje według Bagby'ego są autonomicznymi czaso-przestrzennymi całościami, takimi, że wewnątrz każdej z nich z osobna definiowała się ludzka samowiedza. W każdej z nich, mówiąc górnolotnie, rozum zadawał sobie osobny i oryginalny trud rozpoznania i zdefiniowania siebie i świata. Za to cywilizacje tak jak rozumie je Huntington są zaledwie strefami podobieństw kulturowych, często dość powierzchownych.

Huntington zamieszcza w swojej książce mapkę świata z terytorialnym podziałem na cywilizacje, tak jak on je rozumie. Mapka ta zawiera horrendalne błędy. Oczywiście, nie można być zbyt skrupulatnym, bo pod odpowiednią lupą każda granica rozmywa się i budzi wątpliwości. Ale... Cywilizacja prawosławna obejmuje na tej mapce wszystkie byłe republiki ZSRR, także te środkowoazjatyckie, które "korzenie" mają islamskie, gdzie prawosławni zawsze byli mniejszością, a w latach najściślejszego powiązania z Rosją, Rosja ta była ateistyczno-sowiecka i na pewno żadnej cerkwi tam nie zbudowała, a zapewne niejedną zburzyła. Po sąsiedzku jest Sinciang (Xinqiang), a może raczej Ujgurystan, który mapka Huntingtona zaliczyła do "cywilizacji chińskiej", choć Chińczycy jak słychać są tam w mniejszości, a tubylcy-Ujgurzy wyznają islam. Błąd ten nie raziłby tak bardzo, gdyby nie to, że sąsiedni Tybet wyłączono z chińskiej i nadano status "cywilizacji buddyjskiej". To dlaczego Ujgurów schińszczono? Budzi to podejrzenie, iż jest to wyrazem powszechnej sympatii i współczucia, jaki budzą na Zachodzie Tybetańczycy, inaczej niż Ujgurzy, o których wiadomo niewiele, a jako muzułmanie mają na starcie w oczach zachodniej opinii publicznej "przerąbane". "Cywilizacja buddyjska" - nie potrafię tego terminu pisać bez dystansującego się cudzysłowu - to zaś zwyczajnie błąd metodologiczny. Zaliczono do niej Mongolię i Tybet - zgoda, choć linie w terenie są wątpliwe, wokół Mongolii idą granicą mongolsko-chińską, a co z Mongolią Wewnętrzną, czyli co z Mongołami żyjącymi w Chinach, których jest zdaje się więcej niż tych niezależnych? Plama "cywilizacji buddyjskiej" w Tybecie odpowiada za to raczej zwartemu zasięgowi Tybetańczyków sto lat temu niż obecnie, należy więc do świata życzeń, nie do realnego. Dalej do tej samej "cywilizacji buddyjskiej" zaliczono cztery państwa południowo-wschodniej Azji: Birmę (a może Mjanmar?), Tajlandię, Laos i Kambodżę. Niewiele wiem o tych krajach, być może faktycznie tworzą osobną prowincję kulturową, za to na pewno niewiele mają wspólnego i z Tybetem, i z Mongolią. Nawet religie tamtejsze są innymi odnogami pochodzącego z Indii buddyzmu. Podobnych błędów nie popełniał pół prawie wieku wcześniej Bagby, świadomie unikając zarówno definiowania cywilizacji przez religie jak i nazywania ich od religii.

Filipiny na mapie Huntingtona są podzielone: południowa wyspa została zaliczona do cywilizacji islamskiej, zapewne z powodu tamtejszych muzułmanów, ale niby dlaczego północne, katolickie wyspy przypisano do cywilizacji chińskiej? Papuasi w indonezyjskiej części swojej wyspy narysowani są jako objęci cywilizacją islamską, a ci sami w części wschodniej, w niepodległej republice Papua Nowa Gwinea, są według mapy nosicielami cywilizacji Zachodu... Ale skoro w tym regionie o granicach cywilizacji decydujące jest to, jakiego wyznania jest władza państwowa - lub jakiego wyznania była dawna władza kolonialna - to dlaczego niektóre państwa afrykańskie dzieli się na części należące do cywilizacji "islamskiej" i do "afrykańskiej" wedle tego, którą religię wyznaje nie władza, lecz ludność? I niby dlaczego afrykańskich wyznawców religii rodzimych zblokowuje się z chrześcijanami, tworząc z nich "cywilizację afrykańską", lecz przeciwstawia mahometanom? Trzy Gujany (w Ameryce Południowej) należą do kolejnych trzech cywilizacji: hinduistycznej, afrykańskiej (sic!) i zachodniej (drugie sic). Mam wrażenie że pomieszanie z poplątaniem tu panuje. Karaibskie wyspy uchroniło przed głupstwami tylko to, że są zbyt małe, aby pokryć je stosowną kreską. W Europie dziwi śmiałość, z jaką Huntington Grecję zaliczył do "cywilizacji prawosławnej", w jednej drużynie z Tadżykistanem, wcale nie z Hiszpanią i Włochami: lecz skoro przyjął definicyjną nadrzędność religii, to widać tak musiał... Wszystkie te uchybienia świadczą o tym, że cała jego koncepcja, choć w ogólnych zarysach ciekawa, zawodzi w szczegółach. Bardziej wydaje mi się aktem amerykańskiego politycznego chciejstwa niż sprawozdaniem z rzeczywistości. Zresztą, kiedy się w te podziały wczytać, wyczuwa się tam lęk przed Chinami i islamem, oraz starą anglosaską pokusę, aby od wschodnioeuropejskiej i jeszcze dalszej dziczy odciąć się nową żelazną kurtyną lub nową linią Curzona - pierwsze pojęcie skwapliwie wymienione w tekście, drugie narysowane na mapie.

Należałoby jako wniosek pogodzić Bagby'ego z Huntingtonem stwierdzając, że epoka, kiedy ludzkość podzielona była na osobne, autonomiczne cywilizacje, już się skończyła, a dzisiejsze regiony kulturowe już nie są tym samym, co cywilizacje dawne, chociaż z historycznych podziałów wyrastają i w jakimś stopniu je odwzorowują, tak jak wschodnia granica Unii Europejskiej w latach 1990-2004 powtarzała linię dzielącą "stare" narody Europy od "nowych" po-rzymskich przybyszów. Najlepiej chyba opisuje świat pogląd, że cywilizacja jest jedna, ale ma kilka regionalnych wariantów.

10. (o zwyciężaniu zła nad dobrem i odwrotnie)

Świat, gdy najogólniej na niego patrzeć, wygląda na zły: każde indywidualne życie kończy się śmiercią, żywe istoty masowo pożerają się nawzajem, nie dbając o cierpienie ginących, piękno przyrody ma za swój rewers nieustanne marnotrawstwo życia, wśród ludzi wygrywają brutalniejsi, a wyrządzone krzywdy w żaden sposób nie mogą zostać wyrównane. Wśród zwierząt panoszą się pasożytnicze geny, jak u lwów gen dzieciobójstwa, a u homo sapiens podobnie uwarunkowana genetycznie skłonność do seksualnych gwałtów. (Kiedy lew samiec zdobywa harem samic, który wcześniej należał do innego samca, zabija wszystkie młode i przez jakiś czas zabija noworodki. W ten sposób usuwa nie swoje potomstwo, a uśmiercając młode wywołuje u samic ruję i płodzi im potomstwo własne. Łatwo zauważyć, że taki gen, choć narusza solidarność gatunku, wypiera z populacji geny-allele nie nastawiające agresywnie do cudzych młodych. U małp istnieje sub-populacja samców, które zapładniają samice ukradkiem, poza społecznym porządkiem, korzystając z nieuwagi samców dominujących. Samce takie nigdy nie zdobywają dominacji ani nawet do niej nie startują i zadowalają się niskim statusem popychadeł, a mimo to ich gen, skłaniający je do zdobywania samic "nielegalnie", nie wymiera. Jak się wydaje, podobny gen u ludzi warunkuje występującą u ułamka mężczyzn skłonność do gwałtu. Ludzie ci pod wieloma względami przypominają małpich samców-outsiderów: są nieatrakcyjni, w młodym wieku odrzucani są przez rówieśników, zajmują niską pozycję społeczną. Rzadko zakładają udane rodziny, jednak ciąże skutkiem zgwałcenia wystarczają temu genowi do utrzymania się.)

Ciągiem dalszym tej tendencji do zwyciężania zła nad dobrem jest długa lista zjawisk polegających na tym, że ludzie czyniąc coś pożytecznego, chwalebnego, pozytywnego wywołują przeciwdziałania i skutki uboczne, które w końcu obracają się przeciw nim i kasują początkowy zysk. Uprawa ziemi, pozwalająca uniezależnić zaopatrzenie w żywność od kaprysów środowiska, wywołała erozję, która całe kraje obróciła w pustynię; najbliższy nam przestrzennie przykład to pokryte gołym wapieniem wyspy na Adriatyku. Wykorzystanie energii kopalnej - węgla, ropy, gazu, poskutkowało efektem cieplarnianym, który grozi nam przegrzaniem. Wynalazek samochodu pozwolił działać zorganizowanym gangom, które bez tego nie miały szans z policją. Upowszechnienie czytania i pisania zwiększa wycinanie lasów. Postęp medycyny chroni letalne geny, które już nie wymierają wraz z ich nosicielami. Komputery umożliwiły niespotykany wcześniej rozrost biurokracji.

Upadek imperium sowieckiego wygląda na rzadki przykład, kiedy dobro wygrywa, i to nie przypadkiem, tylko tak jakby jego zwycięstwo było ugruntowane w strukturze świata.

Powszechnie przyjmuje się, że Związek Sowiecki przegrał z powodu swojego technologicznego niedorozwoju. Oczywiście, ustrojowi, który zbudowali komuniści, ani techniczny prymitywizm, ani nędza ludzi nie przeszkadzały. Gdyby nie mieli zewnętrznych przeciwników, mogliby sobie wegetować przez stulecia. Tymczasem wciągnęli się w wyścig zbrojeń, który sami sprowokowali, a technika wojenna, jak się dość szybko okazało, była zależna od rozwoju techniki pokojowej. Wynalazki w świecie zachodnim powstawały najpierw w normalnej gospodarce i na cywilnych uczelniach, zwykle dopiero wtórnie były adaptowane do celów wojskowych. Sowieci odpowiedzieli na to budową "akademgorodków", tajnych miast naukowo-wojskowych i utworzeniem faworyzowanej kasty "wojennych uczonych". Nie dało to spodziewanych skutków. Technika, również ta wojskowa, w warunkach zamknięcia i odizolowania od powszechnego obiegu informacji, wiedzy i gospodarki nie chciała się rozwijać. Okazało się, że postęp nauk i technologii jest twórczością, a twórczość wymaga wolności. Jako napęd nie wystarcza jej rozkaz i perspektywa biurokratycznego awansu. Kraje Zachodu, z USA na czele, miały bez porównania wyższy poziom wolności niż reżim sowiecki. Wolność przełożyła się na twórczość, twórczość na postęp nauki i technologii, te zaś poskutkowały wyższą - po amerykańskiej stronie - sprawnością maszyn do zabijania. Szare eminencje rządzące sowieckim imperium doszły do wniosku, że dalej tak się nie da i lepszą taktyką niż podtrzymywanie gasnącego imperium będzie sprywatyzowanie jego majątku. Dzieło Lenina, Stalina i Breżniewa zostało zdemontowane. Dobro, czyli wyższy poziom osobistej wolności w krajach Zachodu, okrężną drogą, poprzez większą sprawność w zbrojeniach, a więc w czynieniu zła - zwyciężyło, i to niemal bez ofiar, w istocie, porównując z ewentualnością wojny między ZSRR a Zachodem, w sposób doskonale łagodny.

Ale to budzi pytanie: kiedy, pod jakimi warunkami, rozwiązania dobre i wręcz najlepsze, są możliwe i realne? Jaki splot okoliczności może zapewnić zwycięstwo dobrej stronie konfliktu?

(Przypis Jany'ego: Andrzej Gwiazda sądzi, że demontaż komunizmu zaczął się dużo wcześniej, w końcu lat '60, gdy jeszcze nie był znany wynik wyścigu zbrojeń. U nas już za Gierka zaczął się prywatno-nomenklaturowy kapitał (choćby ajencje), ale nie to jest najważniejsze. Idzie o to, że jest to standardowy model zawłaszczenia dobra wspólnego przez państwo, a następnie uwłaszczenia się na nim nomenklatury, wszak tak powstał feudalizm (nie tylko w Europie), że ziemię konfiskował władca, a potem jego urzędnicy się do niej przyklejali i zostawali dzierżawcami, a w końcu właścicielami; przeciwko temu protestował nasz ruch egzekucji dóbr (bo administracja publiczna - starostowie - nie zwracali ziem, które posiadać mieli czasowo, z racji urzędu, czyli starostwa itp.))

11. (rozdwojone królestwo)

Samuel Huntington w "Zderzeniu cywilizacji" (książka sprzed prawie dziesięciu lat, lecz po tym czasie lepiej można ocenić jej tezy) wylicza osiem charakterystycznych cech cywilizacji Zachodu - takich, które nadały jej szczególne oblicze jeszcze przed "modernizacją" czyli przed rewolucją naukowo-przemysłową, a które odróżniają ją od innych cywilizacji. Są to:

(1) dziedzictwo wcześniejszej cywilizacji klasycznej, czyli greckiej i rzymskiej starożytności;

(2) szczególna i własna religia - chrześcijaństwo zachodnie - potem rozszczepione na katolicyzm i protestantyzm;

(3) wielość języków - w przeciwieństwie do innych cywilizacji, mających swój jeden język dominujący;

(4) rozdział władzy religijnej i świeckiej; które w innych cywilizacjach były zrośnięte w jedno. Jako drugi przykład oddzielenia religii od polityki autor wymienia Indie ("cywilizację hinduistyczną", według jego terminologii);

(5) rządy prawa;

(6) pluralizm społeczny, czyli istnienie takich autonomicznych grup, jak klasztory, uniwersytety, cechy, stowarzyszenia, samorządne miasta i prowincje - przeciwieństwo jednolitych, hierarchicznych i despotycznych imperiów gdzie indziej;

(7) gremia przedstawicielskie czyli wybierane parlamenty;

(8) indywidualizm, poparty tradycją praw należnych jednostce.

Lista ta sprawia wrażenie logicznie niejednolitej. Otóż punkty pierwszy i od trzeciego do końca składają się na obraz systemu społecznego "sieciowego", z luźną strukturą, wielością centrów i promowaniem różnorodności. Punkt drugi tej listy - religie - do tej charakterystyki nie pasuje. Zapewne dałoby się wykazać, że chrześcijaństwo rzymskie, a po reformacji protestantyzm i katolicyzm, w pewien sposób sprzyjały temu, że Zachód rozwinął się w sieć, nie zaś w hierarchiczne imperium. Dowód taki zostawiam innym, jako że mało znam się na historii kościołów. Jednak wydaje mi się, że jeśli nawet zachodnie chrześcijaństwo sprzyjało "sieciowości" tej cywilizacji, to działo się tak przypadkiem, skutkiem ubocznym - a może nawet wbrew świadomym zamiarom przywódców Kościoła i kościołów. Bardziej właściwa Zachodowi wydaje mi się tolerancja religijna - niż to, iż posiadał on swoją szczególną religię. Jednakże tolerancji religijnej Huntington nie mógł dodać do tej listy, gdyż jest ona późnym wynalazkiem; pojawiła się dopiero wraz z modernizacją - choć w kilku krajach, w dawnej Polsce przede wszystkim, tolerancja wyprzedziła modernizację formalnie o jakieś trzy wieki, a faktycznie była jeszcze dawniejsza.

Ten sam problem można postawić inaczej: czy zachodnie chrześcijaństwo nie sprzyjało stworzeniu jednolitego, scentralizowanego i hierarchicznego imperium? Ależ właśnie takie imperium było marzeniem i papieży, i cesarzy tzw. "rzymskich", sam cesarski, a więc uniwersalistyczny tytuł władców niemiecko-włoskich aż nadto dobitnie świadczył o takich snach. Imperium stworzyć się jednak nie udało, gdyż pretendentów do władzy najwyższej było dwóch, papież i cesarz - i tak oto "jeśliby królestwo samo w sobie było rozdwojone, to takie królestwo nie może się ostać" (Ewangelia wg św. Marka, 3.24) - co też się stało... Papieże zrobili wszystko, aby nie zejść do roli podrzędnej, jaka zadowalała patriarchów w Bizancjum i Rosji, ale też bez siły wojskowej i "świeckiego ramienia" cesarstwa nie mogli sprawować realnej władzy w terenie i musieli zgodzić się na rolę głowy bardziej honorowej niż faktycznej luźnych konfederacji królów, książąt i biskupów. "Pluralizm i sieciowość" cywilizacji Zachodu była więc skutkiem słabości władzy religijnej i nie sprostania własnym jej ideałom, nie zaś konsekwencją jakichś pozytywnych cech zachodniego chrześcijaństwa. Papiestwo przystało na europejską wielość, bo nie miało siły jej zjednoczyć. Cesarze musieli się pogodzić z tym, że są jednymi z wielu równorzędnych władców, skutkiem tego, że papieże popierali ich przeciwników, nie życząc sobie popaść w zależność od imperatorów.

Można też spekulować, że gdyby reformacja miała miejsce w jednolitym, centralistycznym imperium, to wygrałaby na całym jego obszarze - albo całkowicie przegrała, wzorem podobnych ruchów religijnych w Bizancjum (gdzie nestorian wypędzono do Persji, a powstania ikonoklastów krwawo stłumiono) i w Rosji, gdzie Piotr I zaprowadził odgórnie religijną reformę, a tradycjonalistów-starowierców czekała prócz przymusowej konwersji na wiarę oficjalną tylko ucieczka lub śmierć, nierzadko męczeńska. Tak samo działo się w monarchiach absolutnych Zachodu, przykładem rzezie hugonotów we Francji. Poreformacyjna religijna wielość Zachodu, a później (w Polsce od razu) tolerancja, mogła więc zaistnieć tylko skutkiem pluralizmu politycznego, a w rezultacie pluralizm ("sieciowość") całej cywilizacji pogłębiła. W podzielonym religijnie Zachodzie nie mogło już być jednej władzy duchowej.

12. (bomba państwowa)

Huntington w pewnym miejscu swojej książki snuje taki ciąg myślowy: skoro świat podzielił się na konkurujące i potencjalnie wrogie sobie cywilizacje, a każda z nich ufundowana jest na własnej i sobie właściwej religii (tak oto sobie myśli Huntington, niepomny tego, że to on sam parę stron wcześniej zrównał cywilizacje z religiami), to o zwartości i sile - ekonomicznej, wojennej i zapewne też twórczej - danej cywilizacji decyduje wierność jej własnym podstawom, a więc wierność religii. Nie wiem, czy amerykański politolog zauważył, jak niepostrzeżenie sam stał się religijnym fundamentalistą! A że stwierdza widoczne gołym okiem na Zachodzie odchodzenie od religijności, to bije na alarm: oto, jak sądzi (w swoim pojęciu zresztą słusznie), skoro religijna gorliwość Zachodu słabnie, to i sama Zachodnia cywilizacja zaraz zacznie się walić! Ale jak widać, skoro przesłanki okazują się błędne, to i wniosek z nich nie może być inny, jak dowolny.

Inaczej niż Huntington, zagrożenie dla cywilizacji Zachodu widziałbym nie w odchodzeniu do religii, tylko w odchodzeniu od "sieciowości", a więc od pluralizmu, policentryczności, nie-hierarchiczności właściwej tej cywilizacji i od wynikającej z tego wolności. Zagrożeniem dla cywilizacji Zachodu nie jest niechodzenie do kościołów, tylko przerost państwa. To jest ta bomba, która tyka.

13. (Przypowieść o Tasmańczykach)

"Tasmańczycy (...) nie używali żadnych narzędzi kościanych, nie mieli polerowanych ani gładzonych narzędzi kamiennych, wszystkie narzędzia były bez rękojeści, nie znali haczyków, sieci, igieł, nie umieli szyć, łowić i spożywać ryb, nie potrafili też rozniecać ognia. W porównaniu do sąsiednich aborygenów australijskich znajdowali się na zdecydowanie niższym poziomie kultury materialnej." (Cytat ze strony Romana Antoszewskiego. )

Techniczny prymitywizm Tasmańczyków, najuboższej ze wszystkich ludzkich kultur, nie był jednak wynikiem niedorozwoju, lecz regresu. Przybyli na Tasmanię około 25 tysięcy lat temu drogą lądową, korzystając z tego, że w okresie lodowcowym morze odsłoniło szelf między obecną wyspą a kontynentem. Kulturowo nie różnili się wtedy od pozostałych mieszkańców Australii. Dziesięć tysięcy lat temu ocean zalał lądowy pomost, ludność Tasmanii została odcięta od reszty świata. Różne źródła różnie podają liczebność tej populacji: 10 tysięcy ludzi, może tylko 4 tys., może 20 tysięcy. Dla nas ważne jest, że tak mała ludzka zbiorowość stopniowo zapominała posiadanych technicznych sprawności, nawet tak istotnych dla przeżycia w tamtejszym chłodnym klimacie, jak rozniecanie ognia. Zapominali, ponieważ jak się przypuszcza, zdarzało się, że starcy biegli w rzemiosłach nie znajdywali wokół siebie dostatecznie wielu młodych, którym by swoje umiejętności mogli przekazać. Przekaz od starszego pokolenia do młodszego mógł zawodzić wprawdzie rzadko, ale dostatecznie często, aby przez "dziesięć tysięcy lat samotności" starcy kolejne sprawności brali do grobu, podczas gdy nowych wynalazków nie tworzono.

Z przypowieści o tubylcach Tasmanii (którzy w II połowie XIX wieku zostali wymordowani przez Brytyjczyków) wynika wniosek, że do kontynuacji, nawet w postaci prostego trwania, nawet tak prostej, paleolitycznej kultury, konieczna jest odpowiednia liczebność populacji. Kultura australijskiego paleolitu doznała - na Tasmanii - regresu w społeczności liczącej od czterech do dwudziestu tysięcy ludzi. Zapewne jest tak, że im bardziej złożona społeczność, bardziej nasycona techniką i zdolna do jej dalszego rozwijania, tym musi być liczniejsza i przy tym wyższej liczbie ludzi leży próg, poniżej którego kończy się rozwój, a zaczyna zwój. Zauważmy, że chyba żadna z cywilizacji nie schodziła poniżej miliona ludzi, Egipt w czasach potęgi liczył przynajmniej około dziesięciu milionów, Mezopotamia pewnie więcej, Państwo Rzymskie zaś przekraczało pięćdziesiąt milionów ludzi. Rewolucja naukowo-techniczna zaczęła się w Wielkiej Brytanii liczącej wtedy kilkanaście milionów i od osiemnastego wieku liczba ludzi pozostających w obszarze unaukowionym i uprzemysłowionym rośnie lawinowo, zarówno przez przyrost naturalny jak i przez konwersję kolejnych regionów na nowe technologie. Być może jest tak, że te setki milionów ludzi, bezpośrednio nie zajmujących się technologiczną ani naukową twórczością, są konieczne, aby tamto zjawisko mogło w ogóle istnieć. Chociaż tworzeniem innowacji zajmuje się elita, przy szerokim froncie robót ta elita musi być całkiem liczna i spośród dużo większej liczby ludzi musi być wybrana. Być może jest tak, że powiększanie się masy wynalazków i innowacji jest zależne od powiększania się ludności w ogóle. Oczywiście, odwrotny związek nie zachodzi: lawinowy przyrost ludności Indonezji, Nigerii lub Brazylii nie przełożył się na rozwój nauki w tych krajach ani nie przybyło od niego wynalazków. Niesposób ocenić, jaka jest progowa, minimalna liczba ludności, przy której - założywszy nawet najbardziej sprzyjające okoliczności społeczno-kulturowe - da się jeszcze naukę i technikę rozwijać, a przynajmniej podtrzymywać; jako że konserwowanie i rekapitulacja tego, co już wymyślono, to także przecież ciężka praca, wymagająca kadr. Pewne jest jednak, że taki próg istnieje i że może się na przykład okazać, że populacja stu milionów ludzi, nawet zamożnych, wykształconych i dbających o edukację swych dzieci, skazana jest na naukowo-techniczne zwijanie się - chociaż, być może, jest taki poziom rozwoju, na który wygodnie obsunąwszy się, już dalej cofać się nie będzie. Można też wyobrazić sobie cywilizację, która pozostając względnie nieliczną rozwija się, ale w wysoce selektywny sposób; świadomie lecz z musu skazując na zapomnienie cale gałęzie swoich wcześniejszych umiejętności; powiedzmy, porzuca się produkcję i obróbkę szkła, poprzestając na polimerach. Tak by mogło się dziać, gdyby - na skutek jakichś wybitnie nie sprzyjających okoliczności - ludzkość miała się znowu rozpaść na niekontaktujące się, jak przed 1492 rokiem, względnie izolowane cywilizacje, każda - nazwijmy to tak - pod swoim kloszem. Lecz to akurat wydaje się nieprawdopodobne; raczej ludzkość nie ma innej drogi, jak ewoluować jako całość i jako całość iść w górę lub upaść.

14. (przypowieść o gumisiach)

W animowanym serialu o gumisiach mamy rodzinę na oko dziesięciu stworów z tej rasy, zamieszkujących podziemne komnaty, zbudowane przez ich przodków, tak zwanych "wielkich gumisiów", którzy już nie istnieją, przynajmniej w dostępnej czasoprzestrzeni. Cywilizacja wielkich gumisiów stworzyła księgi, które - zwykle bez powodzenia - usiłuje odczytać najmądrzejszy z gumisiów współczesnych, pozostawiła też ogromne i wciąż gotowe do działania mechanizmy, do uruchomienia których potrzebne jest też szczególne "know-how", ich potomkom też już nie zawsze znane. Ten obraz też warto mieć w głowie przy rozważaniach o cywilizacjach w fazie innej niż obecnie obserwowany wykładniczy postęp.

15. (przypowieść o polskiej szlachcie)

Interesujący - w kontekście naszych rozważań - eksperyment historii stał się udziałem naszej szlachty w okresie sarmatyzmu, między końcem XVI wieku a połową w. XVIII. Pisze o tym Janusz Waluszko w eseju "Mitozofia sarmacka" (sierp.tc.pl/mitzof.htm):

"Po 1569 następuje ucieczka od spraw publicznych ku ziemiańskiej Arkadii (arianie wtedy właśnie tworzą komunę w Rakowie), skupienie uwagi na życiu ziemiańskim (gospodarstwo, życie towarzyskie, poezje spisywane w sylwach i krążące w odpisach bez próby publikacji, potępienie dworu [królewskiego] i życia w mieście. (...) Nastąpił paraliż państwa (sejm rozbity vetem, by nie dopuścić do kupienia go ...), społeczeństwo zaś rządziło się samo, długo obywając się bez wszelkiej władzy zwierzchniej. (...) Okres ten jest też okresem największego rozkwitu folkloru szlacheckiego, budownictwa drewnianego (dwory murowane w epoce renesansu teraz porzucano, zmieniając je w lamusy, wybierając jednocześnie drewno jako zdrowsze i rodzime, a do tego tańsze i możliwe do obróbki samemu), portretów trumiennych, sylw rękopiśmiennych, pamiętników w stylu Paska itp."

Drewniane domy zamiast murowanych, życie wiejskie zamiast miasta lub monarszego dworu, sąsiedzka samopomoc zastępująca władzę państwa, sylwy rękopisane zamiast druku... Jest to nieomal - odrzucenie miasta i władzy - obraz regresu do stanu sprzed cywilizacji! Jako że przecież miasto, władza i techniki utrwalania informacji to definicyjna istota cywilizacji. Drewno preferowane jako surowiec, bo można je było obrabiać we własnym, lokalno-wiejskim zakresie, bez miejskich fachowców-budowniczych, bez przemysłu choćby w postaci cegielni. Do tego Aleksander Gieysztor dorzuca uwagę, że układ społeczny sarmackiej Polski odtwarzał stary indoeuropejski trójpodział społeczeństwa (odkryty przez Georges'a Dumezila) na wojowników, kapłanów i wytwórców żywności, ilustrując to zdaniem Piotra Skargi, iż: "Rodzaj ludzki na trzy stany podzielony jest: na modlących się, na broniących i robiących; na księżę, rycerstwo i lud pracujący." Ale ten trójpodział jest przecież przed-cywilizacyjny, bo brakuje i mieszczan, i władzy zwierzchniej wraz z jej wykonawcami.

Wracając do pojęć Bagby'ego zauważymy, że "sarmacki" eksperyment historyczny odbył się w ramach cywilizacji Zachodu, choć na jego peryferiach. Polska i Litwa i podobną drogą idące Węgry, oczywiście osobną cywilizacją nie były, tak jak dziś nie jest nią - inaczej niż sądzi Huntington - Ameryka Łacińska. Stanowiły jednostkę niższej rangi: region kulturowy. Ciekawe, że w tym samym czasie, skutkiem reformacji i wojen religijnych, a następnie takichż pokojów, wyodrębnił się po sąsiedzku drugi region kulturowy, nazwać go by można bałtycko-wyspiarskim, obejmujący nadmorskich Niemców, Skandynawię, Holandię i Anglię ze Szkocją. Region ten wyraźnie kontrastuje z resztą Europy, będąc protestanckim, morskim, handlowym, miejskim i praktycznym. Region ten wydaje Fahrenheita, Kanta, Shopenhauera, Swedenborga i Linneusza, ale także Newtona i Watta, i stąd w końcu startuje rewolucja naukowo-techniczna, która wypromuje go do roli światowej lokomotywy; chociaż nie da się ukryć, że region ten zarazem grzeszy opresywną religijnością, sekciarską nietolerancją, absolutyzmem władców i militarną agresją, której doświadczyła Polska podczas potopu, wojny północnej i pruskiego naporu.

Regresywna droga sarmackiej Rzeczypospolitej warta jest studiowania; choćby dlatego, że pokazuje, że cofający się w rozwoju mogą kreować wartości, których brakuje idącym naprzód. Próba takiej drogi w środku Europy nie mogła trwać długo; lecz zapewne w "stuleciach samotności" cywilizacji, kultur i narodów Azji, rozdzielonych górami i pustyniami, podobnych lecz bardziej dobitnych przykładów znajdzie się więcej.

Ciekawe jest to samookreślenie: Sarmacja, Sarmata, sarmacki. Za wzór przyjęto i uznano za swych mitycznych przodków lud barbarzyński, "zewnętrzny" i peryferyjny, walczący z Rzymem, a więc konkurencyjny wobec cywilizacyjnego centrum; ale też przestrzenny, konny i wolny.

(15 kwietnia 2004)

dalej


◀ Opowieści fukujamiczne (4) ◀ ► Opowieści fukujamiczne (3) ►

Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)