13 kwietnia 2004
Wojciech Jóźwiak
Serial: Opowieści fukujamiczne
Opowieści fukujamiczne (4)
O historii i cywilizacjach
◀ Opowieści fukujamiczne ◀ ► Opowieści fukujamiczne (2) ►
O tym, jak Matka-Gaja zabiera się do strząśnięcia nas z siebie i jaki interes amerykańscy generałowie chcieliby na tym ubić przy okazji
część 1 | część 2 | część 3 | część 4 | część 5 | część 6
24. (cieplej czyli zimniej)
Wspominałem już o raporcie Schwartza-Randalla o nadchodzącym ociepleniu, które skończy się ochłodzeniem. Napisałem o nim dwa dość podobne teksty; pierwszy dla tygodnika "Gwiazdy Mówią":
Niewygodny raport
W październiku zeszłego roku dwaj naukowcy współpracujący z rządem USA - Peter Schwartz i Doug Randall - napisali raport dla Pentagonu, w którym przewidują kłopoty, z jakimi dotąd armia Stanów Zjednoczonych się nie spotykała. Otóż nie terroryzm i nie nielegalnie produkowana broń masowej zagłady stanie się największym zagrożeniem - to, co może przyjść najgorsze, to gwałtowne zmiany klimatu na Ziemi. Skutkiem tych zmian zacznie brakować energii, pożywienia i wody. Jaki będzie ciąg dalszy? Załamanie gospodarki w świecie, masowe wędrówki ludzi, a w końcu wojny, toczone o środki niezbędne do przetrwania. "Państwa, które znajdą się w niekorzystnym położeniu, mogą wszczynać wojny o dostęp do żywności, czystej wody i energii. Walki toczyć się będą o same środki do życia, wcale nie o religię, ideologię lub narodowy honor..." - ostrzegają autorzy raportu.
Raport Schwartza-Randalla powstał na jesieni, lecz przez kilka miesięcy administracja USA ukrywała go i utajniała jego treść. Wypłynął na jaw dopiero w lutym bieżącego roku, kiedy dotarli do niego dziennikarze i od razu stał się sensacją. Dlaczego ów raport ukrywano? - bo był niewygodny dla rządzącej partii republikanów z prezydentem Bushem na czele. Odciągał uwagę od głównego celu Busha, czyli od interwencji w Iraku, a także przypominał o tym, że Republikanie są przeciwni międzynarodowym umowom ograniczającym zanieczyszczanie powietrza dwutlenkiem węgla i innymi gazami cieplarnianymi. A właśnie od emisji dwutlenku węgla cała historia się zaczyna.
Coraz cieplej
Od kilkudziesięciu lat wiadomo, że Ziemia się ociepla. Najwyraźniej widać to po lodowcach, tych magazynach zimna, które gwałtownie się kurczą. Do niedawna wydawało się, że jest to proces powolny i naturalny. Sądzono tak tym bardziej, że w ciągu minionych czterystu lat było chłodniej niż przedtem, nawet okres ten obrazowo nazwano "małą epoką lodową". Ostatnio jednak naukowcy-klimatolodzy ponad wątpliwość wykazali, że, po pierwsze, ocieplenie coraz bardziej przyśpiesza, a po drugie - że dzieje się tak nie tylko z przyczyn naturalnych, lecz w dużym stopniu z winy człowieka.
W jaki sposób podgrzewamy Ziemię? Zjawisko to nazwano efektem cieplarnianym. Ziemia dostaje strumień energii ze Słońca i - żeby się nie przegrzać - musi tyle samo energii wypromieniować w przestrzeń kosmiczną. Różnica polega na tym, że dostajemy energię w postaci głównie światła, a wysyłamy w postaci promieniowania podczerwonego. Promieniowanie podczerwone jest pochłaniane przez gazy znajdujące się w atmosferze, przede wszystkim przez dwutlenek węgla, metan i parę wodną. Działają one jak szyba w szklarni lub jak kołdra ocieplająca Ziemię. Więcej dwutlenku węgla - mniej ciepła ucieka w nocy w kosmos... Tymczasem gospodarka ludzka produkuje ogromne ilości dwutlenku węgla, powstaje on bowiem przy spalaniu węgla, ropy i gazu, a także przy pożarach lasów. Jest wprawdzie pochłaniany przez oceany i lasy - ale sporo zostaje go w atmosferze. Na tyle dużo, aby wywołać narastające ocieplenie.
Matka Ziemia sprzeciwia się ociepleniu
Wydawałoby się, że jak ciepło, to dobrze... Czy nie przyjemniej byłoby u nas, gdyby klimat zrobił się taki jak w Grecji? Jednak wcale tak nie będzie. Skutkiem ocieplenia może być tylko... ochłodzenie! Dlaczego? Bo Ziemia zachowa się jak wielki organizm, który zacznie się bronić przeciwko wzrostowi temperatury. Ziemia pozbywa się nadmiaru ciepła na kilka wyrafinowanych sposobów. Jednym z takich mechanizmów przerzucających ciepło od równika w stronę biegunów, gdzie dopiero może ono być skutecznie wypromieniowane w kosmos, jest wielki prąd morski na Atlantyku - Prąd Zatokowy. Płynie nim na północ gorąca i słona woda z tropików, omija lodowiec Grenlandii i dociera do wybrzeży Europy. Dlatego u nas jest cieplej niż w innych częściach świata, np. na Alasce lub na Syberii. Na północnym Atlantyku ten strumień wody wychładza się i zatapia w głębinach, za to głębinowa woda wypływa na powierzchnię i kieruje się w strone równika - koło się zamyka.
Gdy się robi cieplej, lodowce topią się i słodka woda z roztopów miesza się ze słoną woda tropikalną. Gdy ta woda jest za mało słona, nie może opaść w głąb oceanu - "przenośnik ciepło-solny", jak fachowo nazwano ten system, zostaje przyhamowany. Ciepły prąd nie dociera już do Europy, zaczyna się u nas ochłodzenie... Jeśli chłody trwają dość długo, na nowo rosną lodowce. To jest tak, jakby Matka-Ziemia aktywnie broniła się przed przegrzaniem.
U nas zimniej, w tropikach goręcej
Skutek będzie taki, że u nas klimat się ochłodzi, ale w strefie tropikalnej będzie jeszcze goręcej. A tam wzrost temperatury oznacza suszę! Nam też grozi susza - gdyż przestanie napływać strumień wilgoci znad Atlantyku, jako że ocean stanie się chłodniejszy i mniej będzie parował. Susza grozi właściwie całemu światu... Do tego dojdą potężniejsze niż dotąd wichury i tajfuny. Dlaczego? Bo zwiększy się różnica temperatur miedzy strefą tropikalną a chłodną. A gwałtowne wiatry rozwijają się właśnie przy dużych różnicach temperatur.
Tak więc nie ma co się cieszyć z ocieplenia. Po załamaniu się systemu prądów morskich będzie wprawdzie cieplej, ale tylko tam, gdzie klimat już teraz jest gorący. Za to w strefie umiarkowanej, czyli w Europie, Ameryce Północnej i we wschodniej Azji będzie chłodniej, a wszędzie grozi susza i niszczące wichury. Klimat też nie zmieni się gładko - przeciwnie, stanie się bardziej niż obecnie nieobliczalny i chaotyczny. Okresy suszy będą przerywane katastrofalnymi ulewami i powodziami. Nie wiadomo, co będzie z monsunami w Azji - czyli wiatrami, które w porze deszczowej przynoszą wilgoć. Modele klimatu pokazują, że mogą stać się nieregularne, a nawet jeden rok bez monsunu to dla Azji niewyobrażalna katastrofa: susza, ruina dla rolników i głód dla miliardów ludzi.
Widmo lodowca
Obecne przegrzanie klimatu może być początkiem nowej epoki lodowcowej. Faktycznie, w okresach lodowcowych chłód wiązał się ze słabym krążeniem prądów morskich w oceanach. Prądy oceaniczne są najczulszym elementem klimatu Ziemi i pierwsze zostają zaburzone. Wprawdzie przez ostatnie 10 tysięcy lat na Ziemi było dość ciepło i klimat zbytnio nie "wariował", ale to dziesięcio-tysiąclecie było wyjątkowe i na wykresach wygląda jak "ciepła wyspa" na tle zlodowaceń. Naukowcy są przekonani, że Ziemia wcale nie wyszła na dobre z epoki lodowcowej i okres w którym żyjemy i w którym trwa cała ludzka cywilizacja, to zaledwie interglacjał - czyli krótki okres ciepła i spokoju na tle miliona lat chłodów połączonych z gwałtownymi skokami temperatury. Wygląda na to, że Ziemia urządziła sobie teraz wakacje... Nie wiadomo, kiedy skończyłyby się one w sposób naturalny, ale jest prawie pewne, że my, ludzie przez swoją zachłanną gospodarkę te "wakacje Ziemi" wkrótce zakończymy. A może Matka-Ziemia postanowiła nas z siebie w ten sposób strząsnąć? Może sprawiliśmy jej już zbyt wiele kłopotów?
Kiedy to nastąpi?
Jak długo będą narastać te niekorzystne zmiany? Wcale nie przez stulecia, jakby mogło się wydawać. Schwartz i Randall, autorzy raportu, ostrzegają, że klimat załamać się może w ciągu zaledwie dziesięciu lat! Dlatego właśnie postanowili ostrzec najwyższe władze USA. Tym bardziej, że nawet gdyby ludzkość teraz szybko zmniejszyła emisję dwutlenku węgla (co z wielu powodów jest niemożliwe, bo przecież elektrownie i silniki samochodów muszą pracować), to procesy prowadzące do zmiany klimatu już zostały uruchomione i nic ich nie powstrzyma. Nie wiemy tylko, czy chłód i susza przyjdą już za rok, za dziesięć lat, czy dopiero za czterdzieści. Nie wiemy też, czy będzie to ochłodzenie małe i przejściowe, czyli o 4 stopnie Celsjusza i przez dwieście lat (takie miało miejsce 8200 lat temu) - czy głębokie i trwające dziesiątki tysięcy lat, a więc nowa epoka lodowcowa.
Walka o przetrwanie
Archeolog Steven LeBlanc wykazał, że całą historię gatunku ludzkiego można sprowadzić do prostej formuły. Ludzie dokonywali wynalazków, które zwiększały dostępne dla nich zasoby przyrody. Takim wynalazkiem było kiedyś np. łowienie ryb, polowanie na grubego zwierza (np. na mamuty!), uprawa ziemi, nawadnianie czy - całkiem niedawno - nawożenie pól azotem i użycie rozmaitych silników. Kiedy rósł dostęp do zasobów, ludzie we wzmożonym tempie rozmnażali się, ich liczba przekraczała granice wytrzymałości środowiska i wtedy zaczynali ze sobą toczyć wojny, które - wraz z klęskami głodu i chorób - ograniczały ich liczbę. Tak trwało aż do następnego szczęśliwego wynalazku.
Dziś, kiedy ponad 800 milionów ludzi na Ziemi cierpi głód, oczywiste jest, że granice wydolności środowiska zostały przekroczone. Tym straszniejsze będzie położenie, kiedy gwałtowne zmiany klimatu dodatkowo zmniejszą dostępne zasoby żywności, wody i energii. Autorzy raportu stanowczo ostrzegają: jest wysoce prawdopodobne, że w tych warunkach wojen nie da się powstrzymać!
Przyczyny wojen
Co może stać się przyczyną konfliktów?
Prawo do połowów. Dziś morza i oceany zostały podzielone na strefy poszczególnych państw. Przy zmienionym klimacie, ryby wyniosą się z dotychczasowych łowisk. Kiedy zacznie się głód, rybacy z różnych krajów zaczną sobie podkradać ryby, a państwa będą ich zbrojnie ochraniać i zaczną domagać się podzielenia mórz na nowo.
Dostęp do słodkiej wody. Kiedy zaczną się susze, cenne staną się źródła wody. Wiele krajów korzysta z rzek, które mają źródła u sąsiadów: wody Renu, zużywane w Niemczech, płyną ze Szwajcarii, Eufrat nawadniający Irak całą wodę przynosi z Turcji, Indus zasilający rolników Pakistanu wypływa z Chin. Takich przypadków jest mnóstwo i wiele z nich może stać się powodem konfliktów, kiedy wody zabraknie dla wszystkich.
Żywność. Susza, chłód w jednych krajach i upał w drugich spowodują, że kraje, które dotąd eksportowały zboże, jak USA lub Australia, zaczną je chronić dla nakarmienia własnych obywateli. To spowoduje drożyznę żywności na całym świecie i wiele krajów po prostu nie będzie miało za co kupić pożywienia - wtedy może sięgnąć po zbrojne wymuszanie!
Energia. Wszystkie przewidywane zmiany klimatu zwiększają zapotrzebowanie na energię. Ochłodzenie oznacza, że więcej energii zużyjemy na ogrzewanie domów. Susza sprawi, że trzeba będzie budować systemy nawadniające - a produkcja betonu jest ogromnie energożerna. Poziom wody w oceanach podniesie się - więc trzeba przebudowywać porty i ochraniać wałami nadmorskie miasta. Oceany zaczną zamarzać - konieczne będzie paliwo dla lodołamaczy. Tymczasem już teraz szybki rozwój gospodarczy Chin, Indii i innych krajów Azji wywołuje zwiększone zapotrzebowanie na paliwo i to jest główną przyczyną, że ceny ropy rosną. A co będzie, gdy Arabia, Iran i Rosja będą chomikować ten surowiec dla siebie? Albo zaczną używać go do szantażowania innych krajów?
Autorzy raportu ostrzegają też, że nawet niewielkie podniesienie poziomu oceanów sprawi, że wielkie obszary ziemi, głównie w Azji, staną się niezdatne do użytku. Nie muszą nawet zostać zalane, wystarczy, że gleba ulegnie zasoleniu i setki milionów ludzi utracą swoje gospodarstwa i środki do życia. Masy zdesperowanych biedaków z Bangladeszu, Indii, Chin, Pakistanu, Egiptu czy Meksyku mogą wtedy przerwać wszystkie granice.
Autorzy w swoim (czarnym, niestety) scenariuszu uwzględniają też takie plagi, jak wykradanie paliwa z rurociągów przez uzbrojone bandy - co z kolei spowoduje zbrojne ekspedycje z krajów, które będą chronić dostawy ropy dla siebie.
Na rok 2025 raport przewiduje rozpad Unii Europejskiej, ponieważ różnice interesów i napięcia pomiędzy poszczególnymi krajami staną się zbyt wielkie. Kraje południowe, jak Hiszpania i Włochy, będą mieć dość napływu zarówno ludzi z Afryki i Azji, uciekających przed głodem, jak i Anglików, Niemców i Skandynawów, wykupujących ziemię i domy, aby schronić się przed zimnem.
A co u nas? Schwartz i Randall wprawdzie Polski nie wymieniają, ale kiedy klimat stanie się podobny do tego, jaki teraz jest na Uralu, wody zacznie brakować, a kurki z ropą zaczną być zamykane - nie będzie dobrze.
Już kiedyś tak było
Ochłodzenia, choć mniejsze od przewidywanego, już się zdarzały w historii. Okresy ocieplenia były jednocześnie okresami rozkwitu kultury i rozwoju społeczeństw; okresy chłodu, przeciwnie, niosły ze sobą wojny, głód, wyludnienie i upadek państw. Kiedy Rzymianie budowali swoje imperium, klimat był ciepły. Ale wkrótce zaczęło się ochłodzenie, a wraz z nim Rzym zalali barbarzyńcy z północy. Dno zimna było w latach 700-nych i wtedy Europa przeżywała swoje najciemniejsze wieki. Około roku 1000 przyszła fala ciepła i wtedy obudziły się do życia w cywilizacji ludy na wielkich obszarach: Skandynawia, Słowiańszczyzna, Węgry. Kolejne ochłodzenie, tak zwana "mała epoka lodowa", zahamowała rozkwit cywilizacji Renesansu. W Europie zaczęły się wtedy wielkie wojny religijne, u nas najazdy Szwedów, Turków i Kozaków, a Chiny zostały podbite przez Mandżurów z północy. Przez ostatnie dwieście lat trwał wielki rozwój, ale i ocieplenie. Tym razem sami będziemy temu winni, że los się odwróci.
Najgorsza ta niepewność
Autorzy raportu dla Pentagonu twierdzą, że najgorsza będzie niepewność, bo tak naprawdę do końca nie będzie wiadomo, czy któraś seria ostrych zim i suchych lat to już jest ta klęska, czy jeszcze Ziemia pozwoli nam odetchnąć. A kiedy już zmiany klimatu nastąpią, to też nie będzie wiadomo, czy na koniec kryzysu trzeba będzie czekać dziesięć lat, sto czy tysiąc? A może zmiany będą się pogłębiać, zaczynając nowe zlodowacenie? Na pewno pojawią się prorocy - i naukowi, i religijni - wieszczący zarówno coraz gorsze klęski, jak i cudowne ocalenie.
A przecież niewdzięczna Matka-Ziemia trzyma dla nas następną niespodziankę: przestawienie biegunów magnetycznych. Pole magnetyczne Ziemi już teraz zanika w dostrzegalny sposób. Co będzie, gdy przestanie nas chronić, tak jak to jest teraz, przed promieniowaniem z kosmosu?
Ciekawe, że w raporcie jako najbardziej prawdopodobna data początku serii klimatycznych klęsk wymieniony jest rok 2012. Na ten sam rok w kalendarzu Majów przypada zmiana epok, czyli koniec dotychczas znanego świata. Jak widać, coś w tym jest... To już niedługo.
25. (cieplej czyli zimniej - i straszniej)
A drugi artykul napisałem z myslą o tygodniku konserwatywno-liberalnym "Najwyższy Czas!":
Raport Schwartz'a-Randall'a dla Pentagonu w sprawie możliwych katastrofalnych zmian klimatu, napisany w październiku zeszłego roku, był podobno przez cztery miesiące utajniany przez ekipę prezydenta Busha. W końcu ten niewygodny dokument wypłynął w lutym za sprawą dziennikarzy pisma "Observer" i przez moment był sensacją. U nas streściło go "Forum" w numerze z 8 marca, a 9 kwietnia magazyn "Dzień Dobry" (www.dd.pl/new/) wypytywał znawców o skutki dla Polski; poza tym dokument ów przeszedł u nas bez większego echa. Tymczasem Amerykanie, szybcy w robieniu interesów także na straszeniu, nakręcili już film "The Day After Tomorrow", czyli coś jakby "Już pojutrze", który ma wejść na ekrany 28 maja, a zapowiada go plakat przedstawiający wieże Nowego Jorku wmarznięte w lodowiec. Raport jednak wart jest studiowania i przetłumaczenia, bo niezależnie od tego, czy klimatyczne klęski spadną na nas "już pojutrze" czy dopiero za pół wieku, i jak faktycznie będą dotkliwe, sam ów dokument wiele mówi o tym, co dzieje się w świadomości amerykańskich decydentów. Na razie raport leży w sieci pod adresem www.ems.org/climate/pentagon_climatechange.pdf.
Niepokój o klimat na Ziemi spowodowany rosnącą emisją gazów tzw. cieplarnianych, przede wszystkim dwutlenku węgla i metanu, trwa już od dawna i przyniósł skutki w postaci międzynarodowych umów - protokołu z Kioto - regulujących tę emisję. Dotąd jednak przeważały opinie, że ocieplenie stąd się biorące będzie stopniowe i powolne, da ludzkości czas na przystosowanie się, a głównym zagrożeniem jest - umiarkowany raczej - przybór wód w morzach. Peter Schwartz i Doug Randall, autorzy omawianego raportu, przedstawiają jednak scenariusz gwałtowny i wręcz katastroficzny. Może się on wydarzyć za sprawą najczulszego elementu obiegu ciepła na Ziemi, jakim jest tak zwany "przenośnik ciepło-solny" (thermohaline conveyor). Chodzi o to, że nadmiar ciepła z tropików jest przenoszony wraz z prądami ciepłej i silnie zasolonej wody w stronę biegunów; na Atlantyku tak działa Prąd Zatokowy. Od strony równika prąd ten napędzają stale wiejące w tej strefie wiatry - pasaty. Coś jeszcze musi tę masę wody odbierać na północy - i jest to właśnie ów mechanizm ciepło-solny, polegający na tym, że kiedy tropikalna woda nieco się ochłodzi, jako bardziej słona od arktycznej zapada w głębiny. Za to chłodna woda głębinowa wypływa na powierzchnię, dalej pchają ją pasaty - i koło się zamyka. Kiedy jednak ciepła i słona woda zostanie rozcieńczona wodą mniej słoną, nie będzie mogła tonąć i Prąd Zatokowy utraci jeden z dwóch napędzających go mechanizmów. Wtedy osłabnie i skręci bardziej na południe, w stronę Afryki, omijając Europę - czyli wróci na swoją trasę z okresów zlodowaceń.
Słodkiej wody do Atlantyku napływa coraz więcej, a jej głównym źródłem są topniejące lodowce Grenlandii i zanikająca pokrywa lodu na morzu. Schwartz i Randall przebadali wyniki komputerowych modeli i symulacji klimatu - pokazują one, że opisane wyżej zasłabnięcie Prądu Zatokowego może nastąpić szybko, nawet w ciągu kilku najbliższych lat. Wtedy Europa, a w końcu cała strefa umiarkowana północnej półkuli zacznie się ochładzać. Ironią losu jest to, że przyczyną tego ochłodzenia będzie ocieplenie. Więcej dwutlenku węgla w atmosferze - cieplej - topnieją lody Arktyki - ocean się wysładza - Prąd Zatokowy słabnie - robi się zimniej. Tak jakby Ziemia, niby wielki organizm, broniła się przez zmianami.
Zimniej ma być u nas, w strefie umiarkowanej, natomiast w i tak już gorących tropikach będzie jeszcze goręcej, jako że zmniejszy się strumień ciepła wynoszonego z prądami morskimi ku biegunom. Ocieplenie strefy ciepłej oznacza tam suszę; suszej też będzie u nas, bo ochłodzony i zamarzający Atlantyk przestanie dostarczać Europie tyle wilgoci. Większe różnice temperatur na linii północ-południe poskutkują wzmożeniem wiatrów, także tych o huraganowej sile. Niepewny jest los monsunów w Azji: według autorów raportu mogą zawodzić, co oznacza, że nie każdego roku ziemia będzie tam plonować, a od tego zależy przecież życie paru miliardów ludzi.
Schwartz i Randall swój scenariusz zmian klimatu wzorowali na zdarzeniu, które miało miejsce 8200 lat temu - wtedy średnie temperatury w Europie spadły o ok. 4 stopnie Celsjusza, a okres chłodów trwał trzysta lat. Bywały jednak również dłuższe i głębsze załamania i istnieje prawdopodobieństwo, że kolejny taki "dołek" zapoczątkuje nowe zlodowacenie. Nawet w umiarkowanym wariancie ochłodzenia, lista możliwych nieszczęść jest długa, a wszystkie one oznaczają - w skali świata - ostre niedobory żywności, energii, wody i miejsca do zamieszkania.
Autorzy ostrzegają, że w tej sytuacji pokój w świecie stanie się niemożliwy do utrzymania. Piszą: "Kraje, które znajdą się w mniej szczęśliwym położeniu, zwłaszcza te mające dawne zatargi z sąsiadami, mogą wszczynać walki o dostęp do żywności, czystej wody i energii. (...) Celem staną się zasoby umożliwiające przeżycie, nie zaś religia, ideologia czy narodowy honor." Sprawą kluczową dla poszczególnych krajów stanie się właściwa dla nich "zdolność do absorbowania zmian". Łatwiej poradzą sobie państwa (lub ich sojusze) rozległe, o zróżnicowanych warunkach naturalnych i posiadające własne surowce, zwłaszcza energetyczne, oraz rezerwy ziemi pod uprawę. Sytuacja USA rysuje się dość nieźle - pomimo klęsk suszy i chłodu i możliwego konfliktu z Meksykiem o wody granicznych rzek. Autorzy przewidują napór uchodźców z krajów dotkniętych plagami, głównie z Meksyku, Ameryki Południowej, a przede wszystkim z wysp karaibskich. Zalecają ochronę własnych zasobów, od czego krok już do izolacjonizmu i wręcz zamknięcia się w - jak piszą - wirtualnej twierdzy.
Trudniej mieć będzie Zachodnia Europa. Na próbę zostanie wystawiona solidarność narodów Unii Europejskiej. Wśród możliwych spięć Schwartz i Randall wymieniają konflikt między Francją a Niemcami o wodę z Renu, a także opór krajów południa, jak Hiszpania i Włochy, przed napływem imigrantów, zarówno z wygłodzonej Azji i Afryki, jak i zziębniętych Niemców, Brytyjczyków i Skandynawów. Jako jedną z możliwości, przewidują rozpad Unii. Ale zanim tak się stanie, 10% Europejczyków ucieknie do Ameryki.
Innym wariantem przewidywanym w raporcie będzie przyłączenie się Rosji do Unii Europejskiej. Zrazu ten fragment wydał mi się dość fantastyczny - bo dlaczego niby Rosja zechciałaby się dzielić z Zachodem swoimi zasobami ropy, gazu i czarnoziemu pod uprawę? Ale przecież to już będzie nie ten Zachód, co teraz... Dziesięć procent najbogatszych, najbardziej wykształconych, przedsiębiorczych i przewidujących ludzi wyjedzie do Stanów. Czy pozostali "ostatni ludzie", jak nazwał ich Fukuyama, przywiązani do łask państwa opiekuńczego, będą chcieli i mogli walczyć o utrzymanie swojej (stygnącej) oazy dobrobytu? Lecz mając do wyboru "opiekę" mułłów i talibów - albo rosyjskich generałów, z pewnością wybiorą tych drugich. To może być wielki dzień dla Rosji: Zachód dołoży do wspólnego interesu swój kapitał i fachowców, Rosja swoje surowce i armię gotową bronić powiększonego imperium. Kraje Zachodu pewnie zachowają pozory demokracji, a raczej autonomii, niby greckie miasta pod Persami.
Jako cenną cechę, która pozwoli narodom jako tako przejść próbę załamania klimatu, autorzy wymieniają "spójność społeczną" (social cohesion), czyli, inaczej, narodową solidarność. W lepszej sytuacji jest tu, według nich, Japonia - narodowo jednolita, której społeczeństwo tradycyjnie ufa władzy i gdzie mogą być podjęte skuteczne i planowe akcje w celu zmiany zachowań - np. oszczędzania energii. Na drugim końcu skali są te kraje, których wewnętrzne zróżnicowanie pociąga konflikty, jak Indie, Południowa Afryka lub Indonezja. Najważniejsze staną się dwie rzeczy: zdolność do elastycznego przystosowania się w skali całego społeczeństwa i dostęp do zasobów.
Najczarniej autorzy widzą losy przeludnionych krajów południowej Azji: Chin, Indii, Bangladeszu i Pakistanu. Ich granice łatwo mogą zostać przerwane przez fale uchodźców, przy czym dotkną je nie tylko klęski na własnym terytorium, ale i drożyzna żywności i paliw na świecie. Podniesienie się poziomu mórz spowoduje tu nie tylko zalanie gęsto zaludnionych delt rzek, ale i zasolenie gleby - jedno i drugie sprawi, że duże obszary ziemi staną nie do zamieszkania. Do tego dochodzą konflikty o wodę z rzek, a naładowanie tego regionu bronią jądrową czyni z niego najgroźniejszy punkt zapalny świata.
Wyliczanka możliwych konfliktów, wojen i egzotycznych sojuszy nie jest jednak rzeczą w tym raporcie najciekawszą - wiadomo, że takie prognozy nader rzadko się spełniają i należy je traktować tylko jako ogólne wskazówki. Ważniejsze jest, że sam temat zagrożenia załamaniem klimatu opuścił uniwersyteckie pracownie i przebił się do świadomości wojskowych. Załamanie klimatu zaczyna więc "pracować" w polityce zanim jeszcze pojawiły się jego choćby pierwsze oznaki! Tomasz Teluk w wypowiedzi dla "Dzień Dobry" stwierdził wprawdzie, że: "Przypuszczalnie takie kasandryczne przepowiednie, jak raport Pentagonu (...), są kolejnym pretekstem do zwiększenia uprawnień rządu, który będzie "chronić" obywateli przed wydumanym kataklizmem. Tym samym rządy będą domagały się coraz większych pieniędzy od podatników, aby przeciwdziałać zmianom klimatu." Z pewnością tak jest - z drugiej strony warto jednak zauważyć, że autorzy raportu w dziele przetrwania kataklizmów stawiają na tradycyjne obywatelskie cnoty, jak jedność narodu w obliczu zagrożeń, solidarność, "spójność społeczna" i chronienie własnych zasobów dla swych przyszłych pokoleń - wcale nie na ponowoczesne idee w rodzaju wielokulturowości.
Wydaje się znaczące, że ów raport-ostrzeżenie został skierowany właśnie do amerykańskiego ministerstwa obrony. Wszelkie działania zaradcze wobec zmian klimatu muszą mieć charakter długookresowy, muszą wykraczać nie tylko poza parę lat kadencji polityków, ale wręcz poza życie jednego pokolenia. Aby zaradzić przyrodniczym zakłóceniom, konieczne jest oparcie się na strukturach długiego trwania w państwie, jakimi są wcale nie władze demokratycznie wybierane, lecz takie konserwatywne instytucje, jak wojsko i wywiad.
Ciekawe też, że jedyna książka, na którą Schwartz i Randall powołują się w swoim raporcie i którą najwyraźniej zalecają czytać swym strategom, jest autorstwa Stevena LeBlanc'a. Nosi ona tytuł "Constant Battles. The Myth of the Peaceful, Noble Savage" ("Walki bez końca czyli mit miłującego pokój szlachetnego dzikusa"). Autor jest archeologiem, a książka jest wynikiem 25 lat jego prac terenowych i dociekań, które dają się podsumować w takiej oto wizji świata: całą historię gatunku ludzkiego można sprowadzić do prostej formuły. Ludzie dokonywali wynalazków, które zwiększały dostępne dla nich zasoby środowiska. Takim wynalazkiem było kiedyś np. łowienie ryb, polowanie na wielkie ssaki, uprawa ziemi, nawadnianie, hodowla czy - już niedawno - nawożenie pól i użycie silników. Kiedy rósł dostęp do zasobów, ludzie we wzmożonym tempie rozmnażali się, ich liczba przekraczała granice wytrzymałości środowiska (carrying capacity) i wreszcie zaczynali ze sobą toczyć wojny, które - wraz z głodem i chorobami - ograniczały ich liczbę. Tak trwało aż do następnego szczęśliwego wynalazku. Do tego LeBlanc nie ukrywa, że jest uczniem "skrajnych socjobiologów", a jego własne poglądy mieszczą się w tym nurcie. Socjobiologia, przypomnę, to pogląd, iż w naturę człowieka genetycznie wpisana jest agresja, dążność do dominacji, różnice ról między płciami, skłonność do działań destrukcyjnych, jak zabójstwa, kradzież i gwałty, a także instytucja wojny. LeBlanc w swojej książce dokumentuje wojnę jako zjawisko towarzyszące ludzkości od jej początków, a także zwraca uwagę na wstydliwie ukrywany przez naukowców kanibalizm. Wypowiada się przeciw romantycznym mrzonkom o powrocie do rzekomej "naturalnej niewinności" i przeciw mitowi "dobrego dzikusa".
Tak więc, kiedy pojawia groźba, że dostępna pojemność środowiska (carrying capacity) w skali globu radykalnie się zmniejszy, doradcy Pentagonu zwracają się ku rozwiązaniom, które niedwuznacznie należą do prawej strony politycznych i społecznych przekonań.
Co z tego wynika dla Polski, to osobny temat - lecz nie słyszałem, aby ktokolwiek u nas zaczął się o to kłopotać.
(Na koniec podziekowałem Panom Ryszardowi Kurzyjamskiemu i Michałowi Molce za inspirację.)
(22-24 kwietnia 2004)
dalej
◀ Opowieści fukujamiczne ◀ ► Opowieści fukujamiczne (2) ►
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
