zdjęcie Autora

16 marca 2009

Wojciech Jóźwiak

Geny i duchy. Gnostycy no pasaran!
O nieprzeczytanym przeze mnie 'Kursie Cudów' w ujęciu zarówno ortodoksyjnym i heretyckim

Kategoria: Techniki rozwoju


Książki "Kurs Cudów" nie przeczytałem i nie mam szczególnej motywacji, żeby ją czytać. Książki Renarda (co po francusku nomen omen znaczy "lis" - fr.wikipedia.org/wiki/Renard) też nie czytałem, być może jeszcze nie. Skoro tak, to o obu dziełach wyrabiam sobie opinię na podstawie tego, co napisał Krzysztof Wirpsza tu w Tarace:

Dlaczego nie czuję w sobie ochoty do czytania? - Ponieważ w tym, czego o tych książkach się dowiaduję, nie znajduję nic nowego, a to, co znajduję, nie leży po mojej stronie duchowego krajobrazu. Co spróbuję wyjaśnić w dalszym ciągu.


Geny

Niekiedy bawię się pomysłem, że gatunek i fenomen człowiek powstał w wyniku symbiozy, poprzez symbiotyczne zlanie się, choć nie do końca, dwóch rodzajów całkiem niepodobnych istot, tak jak porosty powstały przez symbiozę grzybów i glonów, a mitochondria naszego ciała (i wszystkich zwierząt-wielokomórkowców) powstały przez symbiotyczną integrację prymitywnych prokariotycznych jednokomórkowców przypominających bakterie. Człowiek powstał przez symbiozę genów i duchów. Geny wyprodukowały ciało i jakąś, znaczną zapewne, część naszej psyche. Niedawno wyszła książka "Homo przypadkiem sapiens" prof. prof. Fiałkowskiego i Bielickiego - stanowczo warta czytania i nauczenia się tego co w niej jest [patrz mój blog na Wordpressie: Homo przypadkiem Sapiens; albo tu przypis nr 1]. Autorzy rekonstruują w niej najbardziej prawdopodobną drogę ewolucyjną człowieka. W największym skrócie, człowiek wg ich koncepcji zaczął się od nóg, nie od głowy. Swój wielki mózg z wyjątkowo wśród ssaków i w ogóle kręgowców pofałdowaną korą zawdzięcza temu, jaki tryb życia obrał, a raczej (bo tego nikt przecież nie wybiera) do jakiego został, jeszcze jako zeszła z drzew sawannowa małpa człekokształtna, zmuszony przez serię zmian w środowisku przerzedzających dawne deszczowe lasy tropikalne. Otóż człowiek, mając już skutkiem wcześniejszej brachiacji na lianach przednie kończyny nieporadne w chodzeniu, jako jedyna małpa przestawił się na ciągłe chodzenie tylko na tylnej parze i przez to na wyprostowaną postawę ciała. (Inne małpy brachiujące czyli człekokształtne tego sposobu poruszania się używają tylko awaryjnie.) Wyprostowane chodzenie było zarazem potrzebne i ewolucyjnie wzmacniane przez tryb aprowizacji tych pra-ludzkich małp, które przeszły na drapieżny tryb życia i wyspecjalizowały się w aktywnym polowaniu na uciekającą zwierzynę - umiejętność, którą ich krewni jeśli stosują, to okazjonalnie. Jednak działo się to w ekosystemie gęsto obsadzonym przez konkurencyjne drapieżce: lwy, lamparty, gepardy, hieny i likaony. Gatunek pra-człowiek wybrnął z tego (czyli: nie wymarł z głodu ani od zjedzenia) tak, że zajął wolną niszę: stał się drapieżcą polującym w dzień - w środku dnia, podczas skrajnego afrykańskiego upału, kiedy koty sjestują, a hieny i likaony siedzą w norach, i kiedy zwierzyna też ma okres przeczekiwanej słabości. Upał i żar słońca były naszym sprzymierzeńcem; zresztą dlatego to człowiek ewolucyjnie utracił włosy na ciele i rozbudował system chłodzenia się potem, prócz warstwy kędzierzawej "wełny" na głowie, która chroniła go przed już zbyt i dla niego nieznośnym promieniowaniem Słońca prosto z góry. Upał był także sprzymierzeńcem w łowach: człowiek stosował technikę polowań, w której działał pospołu z gorącem. Wytrwale biegł za uciekającymi zwierzętami, aż te, najpierw oddalając się, a potem słabnąc z przegrzania i odwodnienia, padały martwe. Do zabijania tym sposobem nie są potrzebne ani kły, ani żadne narzędzia! - których ludzie nauczyli się dużo później. Ludzie, na krótkich dystansach, w sprincie przeganiani przez każde niemal zwierzę - z kolei bili wszystkie w biegach długich, w maratonie. Jesteśmy genetycznymi maratończykami, zaganiającymi na śmierć zwierzęta kopytne.

Ten sposób polowania był zarazem nieustannym igraniem z własnym życiem. Ludziom przy tym zajęciu groziła ta sama śmierć, co ich ofiarom: od przegrzania mózgu. W ewolucyjnym wyścigu nauczyli się ją przechytrzać poprzez kilka przystosowań, z których najbardziej doniosłym było powiększenie tkanki mózgowej, przez co zgodnie z prawami cybernetyki zyskiwali zdublowanie czy zwielokrotnienie czynnych obwodów neuronowych - tak, że kiedy jedne partie mózgu "wypadały", ich funkcje przejmowały inne. (Osobnicy, którzy mieli wieksze mózgi, zdolni byli do dłuższego biegu i skuteczniejszego polowania, małomózgich eliminowała śmierć z przegrzania.) Aż około 100 tys. lat temu - był to nie wynikający z poprzedniej tendencji ewolucyjnej przypadek! - w tym rozdętym od polowań w upale mózgu coś "zaskoczyło": pojawiła się mowa, ludzie zaczęli porozumiewać się słowami. Od tamtego przełomu dalszy rozwój mózgu zatrzymał się, a nawet cofnął! - za to ruszył rozwój tego, czego bez języka być nie mogło: kultury. [Na tle genetyki mechanizm rozwoju kultury jest wybitnie niejasny. Co napędza jej rozwój? Jaka mechanika? Pisałem o tym w moim blogu na Wordpressie: Wiadomo dlaczego ewoluują gatunki, ale co z kulturą?; albo tu przypis nr 2.]

Z czego wynika przykry dla ludzkiej pychy wniosek: oto rozwój mózgu więc i biegłości naszej osobistej świadomości i inteligencji został doprowadzony do pewnego minimum, przy którym możliwa była obsługa języka. Po czym zatrzymał się! (Zresztą, zatrzymał się całkiem logicznie: odkąd ludzie umieli już organizować się w łowieckie grupy, mogli zaprzestać indywidualnych pościgów aż do śmierci (zwierzęcia) od udaru cieplnego - ale przez to zaprzestawali również ewolucji na powiększenie mózgu!) - Z czego wniosek, że ewolucyjnie nasza inteligencja została podprowadzona do najniższego możliwego poziomu - "na aby aby" - i koniec, więcej jej nie było i już nie będzie. [Więcej o tym, o "ledwości" naszej inteligencji w moim blogu na Wordpressie: Nowaki-ledwaki w krainie rozumu; albo tu przypis nr 3.]


Duchy

Tyle antropolog wespół z cybernetykiem. Mnie za to bawi (jak wspomniałem na początku) pomysł, że mniej więcej w tamtym momencie, przy pojawieniu się u pra-ludzi mowy, nastąpiła wspomniana symbioza genów i duchów. Geny podprowadziły ciała, a w nich mózgi wczesnych ludzi do takiego stopnia rozwoju, kiedy mogły w nich osiedlić się duchy. Wcześniej bezdomne, usiłujące czepiać się strumieni, wodospadów, skał i drzew, gdzie niektóre z nich, chyba te zapóźnione w rozwoju, bywają jeszcze widywane.

Bo duchy bardzo potrzebują skupienia. W ich świecie, a raczej w ich modusie istnienia, o skupienie jest diabelnie ciężko. To co dla nas jest najprostsze z możliwych: zachowywać ciągłość swojego istnienia, budzić się rano takim samym jak się wczoraj poszło spać i nie stawać się kimś innym pod wpływem rozmowy z kimś drugim lub pod wpływem czytanej książki - dla nich jest niełatwe. Świadectwem tego jest np. "Tybetańska Księga Umarłych", gdzie zmarłego - więc istotę która świeżo utraciła stabilizujący ją związek z ciałem - nieustannie przestrzega się, żeby nie dał się owładnąć nękającym go wizjom i nie dał im się porwać. Taka jest właśnie niedola ducha, istoty skrajnie "powietrznej" i nieustannie rozwiewanej "wichrami" innego rodzaju ducha. Albo: doświadczającej rzadkich chwil niewyjaśnionego pojawiania, by zaraz zniknąć. Nas męczy śmierć - ich męczy rozproszenie. Dlatego potrzebują ciał. Wcielenie się, to dla nich remedium na grożące rozproszenie. Stabilne istnienie w ciele, to wielka pokusa, gratka dla duchów. Ale przez miliony? miliardy? lat duchom brakowało odpowiednich ciał. Zapewne istniały ich prymitywniejsze pokolenia, które czepiały się fal i dębów. Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że duchy ewoluowały tak jak i geny. Można tak domniemywać, ponieważ rozumny gatunek na planecie Ziemia powstał niezwykle późno! Przecież już przed maratońskimi małpami były gatunki drapieżne, dwunożne i z chwytnymi rękami - były takie wśród kredowych dinozaurów - ale to nie wystarczyło, by obrosły rozumem. Widocznie ewolucyjnie duchy nie były na to wtedy, i długo później, gotowe.

Mariaż dla obu stron, które weszły w symbiozę, okazał się z ewolucyjnego punktu widzenia znakomitym interesem. Geny ludzkie rozmnożyły się niezwykle - który przecież z wielkich i drapieżnych ssaków mógłby marzyć o siedmiu (a zaraz wiele więcej...) miliardach kopii? Ich gatunki - wielkie koty, psy, hieny i niedźwiedzie - bez inteligencji i kultury, czyli bez pomocy symbiotycznych duchów, skazane były na liczebność najwyżej kilku dziesiątek tysięcy. Człowiek przebił ich milion razy.

Duchy za to zyskały potęgę. Zyskały moc poruszania materią - co wcześniej było im niedostępne. Dawniej mogły tylko jako na pół obecni goście przechadzać się po ogrodach Ziemi - teraz wzięli się, i to z jakim zapałem, za budowanie i burzenie - właściwość, którą legenda przypisuje jednej ich grupie, pustynnym dżinom, ale która jak się wydaje, jest wśród nich powszechniejsza. Bywały czczone - co bardzo duchy ładuje energią.


Symbioza i hybryda

Wiedza o podwójnej naturze człowieka, o tym właśnie, że jest symbiozą genów (i ich ciał) i duchów, jest właściwie intuicyjna. Przychodzi "sama z siebie". Pojawia się wciąż od nowa w historii i jest wypowiadana, głoszona w coraz to innym kolejnym ideologicznym przybraniu. Dusza i ciało u chrześcijan. Substancja rozciągła i substancja myśląca u Kartezjusza. Natura i kultura - w standardowym nowoczesnym myśleniu. Samsara i nirwana u buddystów. Najtrafniej powiedział to Fryderyk Nietzsche, wkładając swojemu Zaratustrze te słowa: "który z was najmądrzejszy, i tak tylko dwójistotą jest i hybrydą rośliny i upiora." - "von Pflanze und von Gespenst". Gespenst, nie Geist - napisał filozof, gespenst, czyli "duch straszący", więc duch dokładnie w tym sensie, o jakim tu mowa. Rośliny Nietzsche wymienia też nie przypadkiem: przecież geny mamy w sobie takie same (co do zasady) co w nich.

Skoro człowiek jest agregatem genów i duchów, to przejawia zachowania i znajduje u siebie tendencje trzech rodzajów: genie, dusze i syntetyczne - ludzkie. Przez nas przemawiają interesy nie tylko nas jako takich, ale również naszych "surowców": genów i duchów. Przepychanka tego, co genie (od genów) i co dusze (od duchów) toczy się w naszej kulturze [patrz np. mój blog na Wordpressie: Do boju, dziewice czekają! Czyli literackie przedłużenia genów; albo tu przypis nr 4]. Może znajdę kiedyś okazję lepiej rozwinąć ten wątek.

Pełny, dojrzały światopogląd powinien godzić i integrować te trzy nasze skrzydła. Tymczasem jest tak, że raz geny raz duchy usiłują przepchnąć się do przodu i przechwycić całość człowieczego interesu. Co byłoby zgubne dla obu tych "wojsk", podobnie jak wojna lewej nogi z prawą, albo kobiet z mężczyznami.


Gnostycy, Aryman i Lucyfer

Przykładem takiego "przechwytu" ze strony genów, pierwszym jaki mi przyszedł, jest rasizm. Idiotyczna wiara, ale po genach-idiotach nie spodziewajmy się większych wzlotów! Przecież im "chodzi" tylko o to, żeby przetrwać i się powielić. Przechwytem (inicjatywy i przekazu) ze strony duchów są światopoglądy, nauki i wiary, nakazujące ludziom lekceważyć to co materialne i pogardzać materialnym aspektem własnego istnienia.

Odmianą tej wiary, w której aż nadto bezczelnie i natrętnie wyrażone jest stanowisko duchów, bez krzty zmiłowania (co dopiero szacunku!) dla genów, jest gnostycym. Zarazem jest to idea ewolucyjnie wsteczna. Jest wyrazem głupiej nostalgii duchów za bytowaniem bez związków z genami czyli bez materialnego ugruntowania. A przecież wraz z każdą śmiercią przechodzą przez uciążliwe przypomnienie, jak nędzny (chociaż z drugiej strony, piękny) jest ich byt poza ciałem. Jednak niektóre z nich uparcie niczego się nie uczą, nawet umierając. No, ale nie wymagajmy od nich naszej ludzkiej logiki, podobnie jak nie wymagajmy jej od ich niewyobrażalnie bezmyślnych partnerów - genów. Ludzie, którzy wypuszczą z uwięzi jedne lub drugie, geny lub duchy, marnie na tym wychodzą.

Gnostycy wierzą, że są duchami "wrzuconymi" w ciała i w cielesny byt, że pochodzą z innego (lepszego, zapewne) świata, podczas gdy na tym świecie, w tych ciałach, cierpią wyobcowanie i oderwanie od ich właściwego miejsca i środowiska. Na ten świat patrzą z grozą i obrzydzeniem. Chytrzejsza wersja ich nauki głosi, że świat (materialny) jest złudzeniem, widziadłem, że jest w istocie nierzeczywisty. I to samo głosi "Jezus" Helen Schucman i "apostołowie" Gary'ego Renarda. Zgoda: ale to jest punkt widzenia duchów, nie nasz!

Pan Jerzy Prokopiuk, w ślad za swoim guru Rudolfem Steinerem, odróżnił dwa gatunki diabłów: arymany i lucyfery. To co robią ci drudzy, bardzo zgadza się z przekazem "Kursu Cudów": negują rzeczywistość rzeczywistości. Usiłują rozpuścić ją w złudach. Jak rasizmy lub "walki klas" były arymaniczne, tak gnoza w swoich kolejnych historycznych wydaniach, z Kursem Cudów włącznie, należy do nurtu lucyferycznego.

Leśmian w klechdzie "Majka" pokazał człowieka (mężczyznę imieniem Marcin Dziura) rozdartego między lucyferyczną wodno-pszenną zjawą Majką, a aż nadto genetyczną arymaniczną Młynarzową.

Synteza i obustronna integracja wątków duszych i genich nie jest łatwa ani nie dzieje się samoczynnie. Częściej jest źródłem niepokojów i cierpienia. Równowaga między jedną a drugą stroną ludzkiej natury nie ustala się samoczynnie. Wymaga - od nas - wysiłku. Od tych, którzy sami nie wiedzą, jak się za to wziąć, wymaga nie uciekania od tego w jednostronny (geni lub duszy) idiotyzm - lepiej dla nich, jeśli trzymają się tych, którzy wiedzą.


Oportunizm genów i duchów

A schodząc z wysokiej abstrakcji, do "Kursu Cudów" zniechęca mnie pasożytniczy oportunizm jej przekazu. Pod tym względem duchy są godne genów! - jedne i drugie z uporem maniaków robią to samo. Gen idzie "tam gdzie szerzej" - czyli gdzie łatwiej mu się rozmnożyć, bo i nic innego nie umie. Dlatego pewne łatwe rozwiązania są przez geny realizowane z wielką powtarzalnością. Cóż prostszego, zjeść swojego wpółgatunkowca - kanibalizm jest takim łatwym rozwiązaniem. Albo pozbyć się płci męskiej - partenogeneza. Po co silić się na życie w świecie zewnętrznym - łatwiej żywić się masami mięsa, które są naokoło, jeśli cały wleziesz do cudzego brzucha - pasożytnictwo. Innym genim oportunizmem jest podszywanie się pod kogoś innego, mucha pod osę na przykład. Duchy robią to samo: podszywają się, i to najlepiej pod kogoś, za kogo podawszy się, rozpropagują się jak najszerzej i jak najszerzej będą wielbione a choćby zauważane. Duch wcielony w kulturę to mem - a to jest właśnie to, co memy lubią najbardziej, bo dzięki temu istnieją: że są zauważane. Duchy szepczące (do ucha Helen Schucman) i duchy zjawiające się (na kanapie Gary'ego Renarda) podszywają się najbezczelniej, z cała hucpą, do której są (duchy!) zdolne: pod Jezusa. Huzia! - na całego. A jak Jezus już w tej samej linii przekazu zajęty i obciach by było, nikt by nie uwierzył, że oto objawił się Jezus alternatywny, nie douszny tylko kanapowy, to huzia! numer dwa: pod jego apostołów, się podszyjmy. Kto to inicjacyjne głupstwo przełknie, przełknie i resztę. To zjawisko, że wywoływane duchy dziwnie chętnie podają się za Jezusa, jest dla nich tak typowe i pospolite, że aż dziwi, że wciąż się imają tej starej sztuczki. No ale tak jest: żeby zrozumieć duchy, trzeba myśleć po ichniemu, nie naszą ludzką logiką.

Żeby skończyć, wygłoszę tamten tytułowy okrzyk, którym kiedyś republikanie w Hiszpanii straszyli frankistów i sobie dodawali ducha: no pasaran! Nie przejdą! - ale tym razem nie autorytaryści i arymanicy, tylko kolejna mutacja gnostyków, czyli lucyferycznych tub duchów.

Wojciech Jóźwiak

16 marca 2009


Przypis 1
Homo przypadkiem Sapiens

"Homo przypadkiem Sapiens" to tytuł książki Konrada Fiałkowskiego i Tadeusza Bielickiego, którą wczoraj przysłano mi z Merlina i którą w wolnych chwilach czytam. Teza książki jest taka: mózg, umysł i inteligencja człowieka powstały przypadkiem, a ściśle: w procesie preadaptacji, tzn jako uboczny skutek innej adaptacji ewolucyjnej. Przez parę milionów lat ewolucji wczesnych człowiekowatych we Wschodniej Afryce nie było ewolucyjnego zapotrzebowania na inteligencję u tych istot i nie dzięki zwiększonej inteligencji skuteczniej przeżywały (ani dzięki lepszym narzędziom, bo te się nie zmieniały...), tylko dzięki doskonaleniu biegania za zwierzyną - w warunkach skrajnie niekorzystnych, tzn. w środku dnia, przy wysokiej temperaturze i promieniowaniu Słońca; a to dlatego, że człowiekowate, gdy zaczynały swoją karierę jako drapieżniki, inne pory doby jako czas polowań zastały już zajęte - przez lwy, hieny, gepardy itd. Podczas biegu przegrzewały im się mózgi, więc ewolucyjnie ratowały się przed udarem cieplnym zwielokrotniając sieci neuronów w korze mózgu, i na tym właśnie polegał ten pierwotny proces, który wtórnie okazał się, znacznie później, zdolny do obsłużenia mowy i generowania języków nazywających świat, od czego poszła nasza inteligencja.

Czytając zastanawiałem się, jaki będzie dalszy los naszego gatunku, który teraz (w czasie w którym ja i Ty, Czytelniku, przypadkiem się urodziliśmy) jest w fazie ekspansji i gwałtownego namnażania się. Wydaje się, że takie gwałtowne namnażania nie trwają długo. Przykładem gołąb wędrowny w Ameryce Pn., który namnożył się w wielomiliardowe ławice w okresie, kiedy w Am. Pn. zaczęli osiedlać się Biali i od ich wirusów wymarli Indianie, którzy jako dotychczasowy szczytowy drapieżca tamtejszego ekosystemu (i nie tylko drapieżca, także "modyfikator", ale to osobna historia) wcześniej skutecznie ograniczali liczbę gołębi. Ale po trzystu lub dwustu latach masowej prosperity, gołąb wędrowny wymarł doszczętnie, kiedy przyszła druga po Indianach fala człowieka z jego gospodarką. Obawiam się, że my jako gatunek mamy jakąś piętę achillesową, śmiertelnie słaby punkt, który może spowodować, że od wielomiliardowej prosperity w ciągu niewielu pokoleń możemy przejść do niebytu albo do zmarginalizowania. Czytam tę książkę uważając, czy nie ma w niej wskazówek, co to może być.

17 gru. 2008 [wróć do tekstu]


Przypis 2
Wiadomo dlaczego ewoluują gatunki, ale co z kulturą?


Wiadomo dlaczego i jak ewoluują gatunki biologiczne: dzieje się tak, ponieważ nosiciele pewnych genów częściej giną, a innych (nosiciele) pozostawiają więcej potomstwa. W ten sposób w krzyżującej się populacji stanowiącej gatunek, jednych genów ubywa, a przybywa innych, a wraz ze zmianami genów zmienia się fenotyp czyli budowa ciała i zachowanie.

Ale kiedy to już wiadomo - kiedy wiadomo, że ten tak banalny mechanizm napędza wielką kreatywność ewolucji, tym bardziej niepokoi pytanie:

Jaki mechanizm napędza ewolucję kultury?

(Bo im lepiej uchwycamy ewolucję gatunków, tym bardziej NIEWYJAŚNIONA staje się ewolucja kultur.)

27 gru. 2008 [wróć do tekstu]

Dopisane w styczniu 2011. Tamto pytanie już na szczęście nieważne i odpowiedziane! Tamten mój okrzyk, „co u licha napędza ewolucję kultur/y?” wynikał z chwilowego kryzysu poznawczego po lekturach z psychologii ewolucyjnej. Odpowiedź brzmi: ewolucję kultury napędzają memy – ich dynamika replikacji, konkurencji o zasoby i przeżywania oraz propagowania się (rozpowszechniania) tych, które mają jakąś przewagę nad innymi. Memy to wszelkie wzory zachowań, które ludzie przejmują od innych.

Replikacją u memów jest ich naśladowanie, w tym uczenie się przez jednych ludzi od innych.

Zasobem jest czas i energia ludzi, którzy tymi memami „obracają”. (Niekiedy zasobem jest „miejsce w głowach”, kiedy pewne memy przejawiają się jako natrętne myśli.)

Konkurencja jest oczywista i widać ją na przykładach: jeśli ktoś kiedyś mówił chłopską gwarą, powiedzmy, spod Sochaczewa, to nauczywszy się języka miejskiego warszawskiego, raczej nie przekaże dzieciom obu tych języków, tylko jedne język mający przewagę w Polsce nad innymi: warszawski. Ktoś kto przywykł (nawyk to też naśladowanie) do zapalania zapałkami, raczej nie będzie kultywował krzesiwa lub świdra ogniowego. Itd. itp.


Przypis 3
Nowaki-ledwaki w krainie rozumu

Według książki Fiałkowskiego i Bielickiego "Homo przypadkiem Sapiens" przodkowie człowieka osiągnęli w toku ewolucji tak wielkie mózgi, ponieważ ta wielkość mózgu i związane z nią zwielokrotnienie neuronów i połączeń nerwowych chroniło ich przed unieczynnianiem pojedynczych komórek nerwowych na skutek przegrzania mózgu, a przegrzanie mózgu ryzykowali podczas właściwego im sposobu polowania, czyli uporczywego choć niezbyt szybkiego pościgu za zwierzyną i to w południe, w porze największego afrykańskiego skwaru, kiedy inne drapieżniki mają sjestę. Zdobywali pokarm zaganiając zwierzęta na śmierć, ale podczas tego zajęcia ryzykowali własną śmierć skutkiem podobnego szoku termicznego. Ochroną, oprócz pozbywania się ciepła przez pocenie (do czego jesteśmy po mistrzowsku przystosowani) było właśnie zwielokrotnienie struktur mózgu, tak by nie paść nieprzytomnym nawet jeśli połowa neuronów wysiądzie skutkiem prawie letalnej temperatury ciała. Przez półtora miliona lat surowej selekcji na wytrzymałość na przegrzanie wyhodowali sobie wielkie mózgi z nadmiarem tkanki analizującej informację. Ta ewolucja skończyła się około 200 tysięcy lat temu. Dlaczego? Ponieważ właśnie wtedy mózgi praludzi osiągnęły taki rozmiar, że włączyła się w nich inteligencja. Sprzęgło się to z ewolucyjnym wynalezieniem mowy. Od tego momentu nie musieli już ginąć z przegrzania w pościgu za antylopami, ponieważ inteligencja dawała im mniej ryzykowne środki aprowizacji: narzędzia łowieckie, pułapki, gry strategiczne nagradzane górą mięsa słonia lub mamuta. Coraz większe mózgi przestały być potrzebne, ponieważ teraz, od czasu włączenia się inteligencji, przeżywali i pozostawiali potomstwo także ci, co mając przegrzewające się mózgi biegali niedość szybko.

Z powyższego rozważania (które, kiedy się czyta wspomnianą książkę, nie pozostawia wątpliwości swoją żelazną logiką) wynika rzecz niepokojąca. Otóż nasi przodkowie zaprzestali ewoluować w kierunku większych mózgów zaraz po tym, jak w ich dostatecznie rozrośniętych mózgach zaświtał pierwszy, mówić poetycko, promień rozumności. A zatem zatrzymali się w rozwoju mózgu zaraz jak tylko przekroczyli granicę między nierozumnym a rozumnym. Zatrzymali się w rozwoju na etapie rozumowego minimum, na etapie inteligencji minimalnej.

Jeśli wyobrazimy sobie przestrzeń czy rozmaitość możliwych form inteligencji, rozumności i świadomości (które to rzeczy zapewne chodzą w parze), to człowiek z racji swojego tak a nie inaczej ustawionego ewolucyjnego mechanizmu, osiągnął zaledwie najniższy skraj tej przestrzeni (rozmaitości). Hodowanie mózgu jako narządu umożliwiającego bieg w warunkach, w których gonione zwierzęta padały z przegrzania, mogło go doprowadzić tylko do takiego punktu: zupełnego minimum. Żeby poszła dalej biologiczna ewolucja w kierunku większych i sprawniejszych mózgów, narzędzi inteligencji wyższej niż obecna ludzka, na to zabrakło mechanizmu selekcji. Po prostu nikt nie umierał przedwcześnie z powodu tego, że był mniej inteligentny od innych! Ani bardziej inteligentni nie zostawiali więcej potomstwa.

W krainie rozumu, w lidze istot rozumnych jesteśmy raz, nowakami (ang. newcomers), bo co to znaczy 200 000 lat bytowania, dziesięć tysięcy pokoleń w tej strefie. Przecież nie zdążyliśmy się jeszcze z tym oswoić, że mamy coś takiego jak rozum.

Dwa, jesteśmy w tej krainie uprożakami-ledwakami, czyli takimi przyprogowcami, którzy ledwo-ledwo przekroczyli próg rozumności. A co jest dalej? Ba... Szczęka opada, łeb trenowany w gonieniu guźców głupieje.

20 gru. 2008 [wróć do tekstu]


Przypis 4
Do boju, dziewice czekają! Czyli literackie przedłużenia genów

Najbardziej znanym genetycznym przypadkiem zła (zła z punktu widzenia naszej ludzkiej etyki) jest zabijanie lwich szczeniąt przez lwy samce po tym, jak przejmują harem samic. Mechanizm genetyczny tego procederu jest jasno widoczny: gen skłaniający samce do zabijania nieswoich dzieci, miał wielkie szanse wygrać ze swoimi allelami, które takiego zachowania nie wytwarzały - bo nosiciele genów nie-zabójczych zostali wybici przez ojczymów, lecz sami swoich (noszących zabójczy gen) pasierbów nie zabijali.

Psychologia ewolucyjna (czytam właśnie książkę pod tym tytułem Davida M. Bussa) objaśnia podobne przypadki zła (dobra też) u ludzi. My wprawdzie dzieci naszych kobiet z ich poprzednich związków nie zabijamy (a nawet bywa, że kochamy je jak własne), ale prowadzimy wojny. Wojna ma logiczne ewolucyjne wytłumaczenie, przez mechanizm propagowania się genów. Co było wabikiem, "marchewką", skłaniająca mężczyzn do wojny? Powiększenie zasobów dostępnych dla tych, którzy przeżyli i wygrali. Ale rabowanie żywności lub wypieranie konkurentów z zasobnych łowisk, to był dla genów słaby czynnik propagujący. Drugi czynnik był znacznie potężniejszy: oto ci, którzy wygrali wojnę, zyskiwali dostęp do mnóstwa kobiet, odebranych pokonanym, które zapładniali i w ten sposób propagowali swoje - agresywne - geny. Nosiciele genów pokojowych, czyli pra-mężczyźni łagodni, ustępliwi, tolerujący obcych, nieskłonni do zemsty i nie mający zmysłu wojennej solidarności "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego", ani skłonności do poświęceń - byli przez tysiąclecia regularnie wybijani przez nosicieli genów wojennych, a ich kobiety były przez agresorów zapładniane i wychowywały nowe pokolenia nosicieli wojennych genów.

Zaistniało też literackie odbicie opisanego mechanizmu. Czym muzułmanie budzą wojenny zapał u swoich rekrutów? Wizją dziewic czekających w raju na poległych bohaterów. Więc młodych kobiet w wieku seksualno-reprodukcyjnych, przy czym podkreśla się ich dziewictwo, czyli pewność, że zapłodnione przez ciebie, ze 100% pewnością wypropagują geny twoje, a nie poprzedniego kochanka. Wprawdzie w raju raczej geny nie działają, ale umysłami jeszcze żywych - sterują, właśnie przez takie swoje literackie przedłużenia.

W balladzie "Trzech budrysów" młody Adam Mickiewicz puścił zaś w ruch własny mit założycielski połączonego narodu Polski i Litwy. Oto poemat baja, że Litwini w kolejnych pokoleniach porywali polskie dziewczęta ("oto kubeł w tym kuble... nie mój ojcze, to Laszka synowa") i z nich się rodzili. W "Panu Wołodyjowskim" Sienkiewicz bardziej realistycznie opisuje gehennę Zosi Boskiej zapłodnionej przez Azję Tuhajbejowicza. Pamietamy też, że wielki naród Rzymu zaczął się od tego, że Romulus z kompanami uprowadzili kobiety sąsiadom Sabinom.

Podobny do "trójbudrysowego" i sabińskiego narodowy mit założycielski, i to chyba serio, przyjęli Rumuni chcąc iście w duchu Levi-Straussa przy pomocy mitu rozwiązać swoją dotkliwą sprzeczność: że jednocześnie są po pierwsze "stąd", tubylcami ze swojej ziemi wokół Karpat, lecz po drugie, zarazem "stamtąd" - z dalekiego Rzymu, o czym niedwuznacznie świadczy ich język, przedmiot dumy i wyższości. (...Nad Azjatami Madziarami choćby.) Rozwiązali tę sprzeczność mitem, jakoby poszli od żołnierzy Trajana i zapłodnionych przez nich tubylczych dackich kobiet.

Powyższe spostrzeżenia ktoś bieglejszy mógłby rozwinąć w MITOLOGIĘ EWOLUCYJNĄ (i literaturoznawstwo ewolucyjne), pokazując systematycznie, jak nasze mitologie i literatury są ekspresją genów, którym służymy za wehikuły.

23 lutego 2009

(Książka wspomniana: David M. Boss, Psychologia ewolucyjna, Gdańsk 2001.) [wróć do tekstu]


Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.

X Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)