11 stycznia 2016
Pati Parvati Becker
Gwiezdni Bracia
Czy pochodzimy z gwiazd? Moje wspomnienia.
spotkanie z obcymi, ayahuasca, gwiezdne wojny, reinkarnacja, duchowość,
Jako małe dziecko uparcie gapiłam się w niebo, wyczekując statku kosmicznego, który zabrałby mnie do domu. Była we mnie niezachwiana pewność, że nie jestem „stąd”, tęskniłam za „prawdziwą” rodziną z gwiazd. Dorośli szybko dali mi do zrozumienia, że nie powinnam o takich rzeczach opowiadać, ich pobłażliwość była przyczyną głębokiego cierpienia. Czekałam uparcie na jakiś dowód czy znak, że nie jestem sama, aż pewnego dnia w końcu ich spotkałam, choć inaczej niż to sobie wyobrażałam i w wieku, kiedy byłam już dojrzałą kobietą. Potem kontaktów było coraz więcej i coraz głębiej kochałam bycie stąd, z Ziemi.
Jako nastolatka rozważałam studia archeologiczne, zwłaszcza marzyły mi się podróże do Egiptu. Wiedziałam „od zawsze”, że piramidy nie były budowane przez niewolników i robiło mi się fizycznie niedobrze na myśl, że musiałabym spokojnie wysłuchiwać steku bzdur na jakiejś uczelni. Zatem myśl o klasycznym studiowaniu archeologii porzuciłam. Była we mnie nieodparta pewność, że historia pochodzenia człowieka jest zupełnie inna od przyjętych reguł i gdy w księgarniach zaczęły pojawiać się takie tytuły, jak „Zakazana archeologia” czy „Ślady palców bogów”, poczułam wielką ulgę – nie jestem sama - myślałam – alternatywna historia była jak miód na moją duszę.
Pierwsze spotkanie z „Nimi” było rodzajem spontanicznego regresingu, jeśli wolno mi to tak nazwać, wspomnieniem reinkarnacyjnym z bardzo dalekiej przeszłości, choć czas dla duszy nie istnieje, więc wszystko może być dla niej dostępne tu i teraz, nawet jeśli wydarzenie sięga setek tysięcy lat wstecz.
Dodam jeszcze, że dla umysłu niektóre informacje wizualne zostają „przetłumaczone” tak, aby mózg mógł je zrozumieć, odnosząc się do znajomych form, a treści mogą być skrzywione przez Ego. Zatem w najlepszej intencji przekazuję moje doświadczenia, pamiętając o tym, że są one moje, a więc spłaszczone przez niedoskonały umysł i przefiltrowane przez egotyczny pryzmat.
To było pewnej nocy...
... Znalazłam się na statku kosmicznym i wiedziałam z pełną świadomością, że tak właśnie jest. Byłam w jakimś zaciemnionym pomieszczeniu, nie odczuwałam strachu, tylko przemożną ciekawość. Uchyliłam drzwi i zobaczyłam jasno oświetloną, wprost skąpaną w bieli przestrzeń. Było to coś w rodzaju ogromnego pasażu, po którym przemieszczali się „ludzie”. Był wielki na szerokość boiska, i pomyślałam sobie, że w takim razie cały ten kosmiczny statek musi być gigantyczny.
Wtedy do pokoju wszedł młody mężczyzna, przymknął drzwi i powiedział z uśmiechem – tam ci nie wolno. Nie były to słowa nagany, płynęła z nich znajoma przyjazna nuta. Zaprowadził mnie do innego pomieszczenia, raczej ciasnego w porównaniu z przestrzenią, którą widziałam wcześniej, niemniej było tam ciepło i przytulnie. Zauważyłam, że nie przypominało ono surowości okrętu wojennego, na jakim, zdałam sobie sprawę, jestem. Na środku stał nakryty białym obrusem stół, na nim piękna zastawa, kryształowe lampki, szklanki, talerzyki, błyszczące sztućce, wszystko sprawiało wrażenie wykwintności. Przy stole siedzieli młodzi piękni ludzie - załoga statku, rozmawiali między sobą telepatycznie, była między nimi nieopisana więź, piękne braterstwo dusz. Atmosfera była niemalże uroczysta i moje zdumienie rosło z każdą chwilą. Wtedy do pomieszczenia wszedł admirał, natychmiast wyczułam wśród siedzących wielki szacunek do niego, wiedziałam, że jest kapitanem tego statku. Podszedł do mnie i serdecznie uścisnął mi dłoń, jak gdyby chciał powiedzieć – kopę lat! po czym zwrócił się telepatycznie, widząc, że tak mnie tu wszystko dziwi: ”Tylko dlatego, że prowadzimy wojnę, nie oznacza, że nie możemy świętować życia. Celebrujemy każdą chwilę, którą możemy spędzić razem” – i wskazał na piękny stół, na którym zapewne miała być podana kolacja, i wszystkich tych spokojnych „żołnierzy”. Serce mało mi nie wyskoczyło - przypomniałam sobie, że to są właśnie moi bracia, do których tak bardzo pragnęłam powrócić, zalała mnie fala miłości i jakiejś dziwnej ckliwości, co do której czułam, że i oni odwzajemniają. Miałam w głowie setki pytań, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, admirał podszedł do mnie, podniósł moje lewe ramię, nad którym natychmiast straciłam kontrolę. Cała ręka wisiała spokojnie w powietrzu jak gdyby zawieszona na niewidzialnym sznurku, bez udziału moich mięśni, po czym spokojnie zaczęła opadać wracając do normalnego stanu. Zaskoczyło mnie to i pytająco popatrzyłam na niego. Zaczął się śmiać – „to dziecinna zabawa, wszyscy tu wiedzą jak „zmieniać materię”. Zrozumiałam, o co mu chodzi. Admirał kontynuował – „wojna, którą prowadzimy, odbywa się na wielu płaszczyznach, nie tylko na fizycznej, ale też na duchowej” [tu dodał jeszcze trzeci aspekt wojny, ale nie zrozumiałam go]. Jak długo już trwa? Zapytałam. 50 tysięcy lat – odparł z widocznym smutkiem na twarzy. Aż mi zawirowało w głowie, mój umysł próbował to sobie jakoś ułożyć, ale nie potrafił. „Zostaję z wami!”, zawołałam. „Całe życie na to czekałam”. Admirał popatrzył na mnie z nieopisaną dobrotliwością i wtedy przypomniało mi się, że w domu czeka mąż z synkiem. Pomyślałam o nich z miłością i już wiedziałam, że muszę wrócić. Przesłałam mu tę myśl, a on odpowiedział – Wiem, wracaj do domu.
Wizja skończyła się.
Żyłam nią latami, wracałam myślami do tego, co się wydarzyło, starając się nie zaburzyć oryginału przekazu. Nadal bardzo głęboko odczuwałam tęsknotę do moich braci, którzy gdzieś tam, jak mi się wydawało, czekali na mnie. Tęskniłam do drugiego życia, którego tu, na tej planecie, nie dane mi było doświadczać.
Historii tej jednak nie koniec. Kilka lat później rozpoczęłam pracę duchową z Ayahuaską. Ceremonie w Holandii miały podłoże czysto osobiste, potrzebowałam uleczenia na wielu poziomach i z taką intencją udałam się na spotkanie z tą świętą rośliną. Nie będę rozpisywać się o szczegółach samej ceremonii, ale co ważne dla tej historii, to pewne rytuały, które były częścią przygotowania się do przyjęcia Ayahuaski, a co za tym idzie, odpowiedź na temat mojego/naszego kosmicznego pochodzenia.
Otóż przed ceremonią pacjenci udają się w kamienne kręgi, wielkie megality wybudowane tysiące lat temu przez druidów. Mają one magiczną moc, wykorzystywaną przez wieki na różne, czasem diaboliczne sposoby. Wiedzieli o tym chrześcijanie, którzy rytualnie zabijali na nich czarownice, czy Adolf Hitler, który wśród kamieni odprawiał nieznane bliżej w szczegółach, ale na pewno bardzo okrutne rytuały. Teraz szamani, tak jak kiedyś druidzi, wykorzystują energie kamieni do uzdrawiania ciała i duszy.
Jeden z tych megalitycznych kręgów, jest ich bowiem setki na przestrzeni ponad stu kilometrów, najpotężniejszy z jakim miałam tam do czynienia, służy do zrywania wszelkich obietnic, przysiąg, przyrzeczeń, jakie na przestrzeni wcieleń mogliśmy dać sobie i innym. Jest to wielce pomocny mechanizm w samouzdrawianiu, bowiem jak wspomniałam, dusza nie zna czasu, więc dla niej wszystko istnieje tu i teraz, zatem wszelkie przysięgi, np. ubóstwa, czystości czy poddania się czyjejś woli, dla niej są nadal aktualne.
Kiedy przeszliśmy przez ten rytuał, nie miałam pojęcia jeszcze o mocy jego działania. Dopiero podczas ceremonii, kiedy wszystko zostało już uzdrowione, a ja czułam się po raz pierwszy od tak dawna autentycznie wolna i szczęśliwa, postanowiłam zapytać Matkę Ayahuaskę o moich kosmicznych braci. Czy to, co przeżyłam na ich statku było prawdą? I dlaczego tak bardzo tęsknię. Wtedy zobaczyłam, że bardzo dawno temu należałam do ich społeczności, że byli to moi bracia, których z jakiegoś powodu musiałam opuścić, ale DAŁAM PRZYSIĘGĘ POWROTU. Przysięgi tej nie mogłam jednak spełnić, a obietnica głęboko wbiła się w moją duszę i dlatego tak bardzo pragnęłam powrotu „do domu”. Rytuał w kręgach wyzwolił mnie z niewykonywalnego przyrzeczenia, a gdy zapytałam Ayę, gdzie są teraz, pokazała mi, jak wszystko zmieniło się już dawno w kosmiczny pył, a oni są już gdzie indziej. Gdzie – dowiedziałam się na kolejnej ceremonii Ayahuaski.

To była bodajże piąta ceremonia. Miałam już za sobą bagaż doświadczeń i trochę umiejętności z pracą z Ayahuaską. Zawsze po ceremonii jestem niepomiernie zafascynowana, jak różnorodne i czasem nieoczekiwane doświadczenia są moim udziałem, a z tego co rozumiem, także i innych. Choć intencja odgrywa bardzo ważną rolę w pracy ze świętą rośliną,to jednak duch Matki Ayahuaski czasem daje nam to, co jest dla nas ważniejsze.
Ceremonię ponownie poprzedzał rytuał. Tym razem, jako że grupa wykazywała dość dużo wewnętrznej niewyrażonej agresji, zadanie było proste. W odosobnieniu należało wyładować całą swoją złość i frustrację poprzez niemiłosierne walenie pięściami w wielką pufę. Można było kopać, gdyby komuś zabrakło sił w rękach. Wszyscy przyjęliśmy tę propozycję z lekkim zażenowaniem. Jak to - my? Tacy mili i grzeczni mielibyśmy chować w sobie agresję? I jak walenie w pufkę może cokolwiek zmienić?! Ale szaman to szaman i dyskusji nie było. Po kolei chodziliśmy do altanki, wyładowując się na nieszczęsnej poduszce. Dla niektórych była to świetna lekcja, inni nie poczuli zbyt wiele, natomiast dla mnie był to prawdziwy szok. Dość szybko wpadłam w trans. Myślałam, że wewnętrzne napięcie, które mocno w sobie poczułam podczas bicia poduchy, będzie zwrócone przeciwko rodzicom, z którymi miałam wtedy bardzo trudne relacje. Ale ta wewnętrzna złość rosła i gniew wcale nie zwracał się w kierunku znanych mi osób. W końcu wybuchłam ogromnym szlochem wołając – to wszystko przez Arkonów, to wszystko przez Arkonów! Zalała mnie fala gniewu i rozpacz wylewała się ze mnie w nieopisanym bólu, myślałam jednocześnie – o czym ja do cholery mówię? Jakich Arkonów? O co chodzi? Emocje jednak były nie do pomylenia. Gdy wylałam z siebie morze łez, wróciłam spokojna do grupy i chyba nawet nie przyznałam się do tego, co się wydarzyło. To było, nawet jak na moje doświadczenia, strasznie dziwne, i czułam po prostu, że tego nie rozumiem. Ale już tego wieczora przyszło spektakularne wyjaśnienie.
Nie planowałam pytań na temat Arkonów, o których wiedziałam tyle, że są reptylianami niezbyt przyjaźnie nastawionymi wobec ludzi, ani nie miałam intencji zagłębiania się w sprawy „kosmiczne”. Leżałam spokojnie i czekałam aż przyjdzie to znajome uczucie wchodzenia w objęcia Ayahuaski. I gdy przyszła, powitała mnie słowami – zobacz, co się stało. I zobaczyłam siebie siedzącą w jakiegoś rodzaju skafandrze na kadłubie szczątków wielkiego statku kosmicznego. Dryfowałam wraz z setkami rozbitych szczątków przez kosmiczną przestrzeń. Panowała cisza, zniszczone elementy bezwiednie unosiły się dookoła. Wokoło malowała się czerń i tylko blask planety czy słońca sprawiał, że szczątki mieniły się i odbijały światło. Przegraliśmy wojnę z Arkonami. W tamtym momencie nie miało znaczenia, jak wyglądają czy skąd się wzięli. Wiedziałam tylko z pewnością, że nie chcieliśmy tej wojny, że nie my ją zaczęliśmy i że nie było w naszych sercach pragnienia zabijania, ale byliśmy bardzo zaawansowani technologicznie, produkowaliśmy broń i szkoliliśmy się w walce z wrogiem, który nie dał nam innego wyboru.
Wiedziałam też z całą pewnością, że byłam admirałem ogromnej floty, że odczuwałam niewyobrażalny smutek i że jestem ostatnim żyjącym. Jak wyglądam? Zapytałam Ayę. Pokazała mi księgę, jak gdyby encyklopedię istot pozaziemskich o przeróżnych kształtach. Wertując ją powiedziała – wybierz sobie jakiś. Zrozumiałam, że próba określenia swojego wyglądu nie ma sensu. Wróciłam do wizji. Po mojej lewej stronie gorzała planeta. Czy była to mityczna Tiamat? Czułam że to mój dom, który za moment ulegnie zagładzie, a wraz z nim i ja. Wtedy nastąpił potężny wybuch, jak erupcja wulkanu, czerwono-czarna fala uderzyła we mnie.
Otworzyłam oczy. Nie żyłam. Przynajmniej nie fizycznie, ale moja dusza nadal była tam gdzie przed chwilą. Po fragmentach wielkich statków nie było śladu. Po planecie również. Tylko cicha pustka usiana gwiazdami. I wtedy ich zauważyłam. Byli tam wszyscy. Czekali na mnie. Dusze żołnierzy, moich braci, które nie miały gdzie iść. Nasza planeta obróciła się przecież w popiół. Co teraz? – usłyszałam ich pytanie. Poczułam w sobie najpierw wielki smutek, potem ogromną zawziętość i gniew na Arkonów za to, co zrobili moim bliskim. Teraz pójdziemy tam – i wskazałam na niebieską jasną planetę.
Tak oto reinkarnowaliśmy się na Ziemi. Cały czas podczas tej wizji szlochałam, Aldona Szamanka siedziała przy mnie, wspierając mnie, z drugiej strony przyjaciółka wycierała łzy. Ayahuaska kontynuowała przekaz – zobacz, twój ból i żądza zemsty przyszła tu razem z tobą. Oto prawdziwy grzech pierworodny. Wtedy ukazały się obrazy ludzi, zadających sobie nawzajem wiele bólu z czystej nieświadomości, nawet dzieci dzieciom, co było wyjątkowo bolesne. Nie mając wroga fizycznie, przynajmniej na takim poziomie, jak mieliśmy go podczas Gwiezdnych Wojen, zwróciliśmy chęć zemsty przeciwko sobie. Arkoni, w jakiejkolwiek formie by nie istnieli, na pewno to wykorzystują – zastawiliśmy na siebie pułapkę żądzy odwetu i zwalczamy się nawzajem, myśląc że pokonujemy wroga. Gdybyśmy to zmienili głębokim wybaczeniem i zgodą na to, co jest, bylibyśmy znacznie potężniejsi i szczęśliwsi i być może moglibyśmy świadomie i fizycznie nawiązać kontakt z przebogatym wszechświatem istot pozaziemskich i wyeliminować tego, kto korzysta z naszej ziemskiej niewiedzy. Póki co, musimy uleczyć nasze dusze i wrócić do źródła naszego istnienia. Do tego duchowego miejsca sprzed Gwiezdnych Wojen. Jak ono wyglądało kiedyś? O tym opowiedziała mi Matka Ayahuaska wiele lat temu, gdy po raz pierwszy doświadczyłam na własnej skórze, czym jest wojna Światła i Mroku.

Komentarze
Mam też taką teorię, że Gwiezdne Wojny, chodzi mi o filmy Lucasa, stały się kultowe nie za sprawą tego, że trylogia była aż tak nadzwyczajna, raczej zahaczała o banał, ale dlatego że dotarła do głebokich pokładów naszej zbiorowej nieświadomości i to co tak wielu z nas czuje, ujrzało światło dzienne. Jak inaczej wytłumaczyć fascynację kolejnych pokoleń fenomenem Star Wars?
Jeśli chodzi o nas jako o "stworzenia z rezerwatu" to ja na to patrzę inaczej. Nasze ziemskie ciała to skafandry do poruszania się w trójwymiarowej przestrzeni. Chętnych do wejścia w ziemskiego avatara jest w kosmosie wielu, bo nasze doświadczenia na ziemi są spektakularne i nieporównywalne z innymi i dają mozliwość nabycia ogromnej cudownej wiedzy duchowej. Moze dlatego jest już nas na ziemi prawie 7 i pół biliona?
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
