22 marca 2013
Katarzyna Urbanowicz
Serial: Babcia ezoteryczna
Jeszcze o Dzieciach Indygo (i innych)
◀ Dzieci Indygo ◀ ► Wielkanocne trzepanie dywanów ►
W poprzednim odcinku wymieniłam cechy przypisywane Dzieciom Indygo. Mimo, że wyraźnie tego nie napisano ani nie powiedziano, ich cechy można sprowadzić do dwóch:
— Nieposłuszeństwa
— Wszechstronności.
Sięgając do swojego dzieciństwa przypominam sobie, że problemem było zawsze to, co dziś uważa się za zaletę, a mianowicie:
— umiejętność szybkiego czytania – wydaje się, ze miałam ją od zawsze, ale odzwyczajano mnie od tego. W domu i w szkole mówiło się, że „połykam książki” i bynajmniej nie był to komplement. Tę umiejętność zatraciłam dopiero po pięćdziesiątce, w wyniku niedotlenienia mózgu wskutek wypadku. Mozolnie nad tym pracowałam — ale nie osiągnęłam dawnego poziomu gdy jednym spojrzeniem ogarniałam stronę książki i wiedziałam wszystko.
— podzielność uwagi — w szkole opowiadano, że czytam pod ławką jakąś książkę, a nauczyciele chcący mnie „złapać” ni stąd ni zowąd wyrywają do tablicy. Zwłaszcza często robiła to matematyczka nazywana „Pluskwą” z powodu wielkiego brzucha opiętego zjadliwie zielonym sweterkiem. Nie była bynajmniej moim wrogiem, tyle, że z zamiłowaniem mnie testowała. Albo odpowiadałam od razu, albo zaczynałam wyprowadzać jakieś wzory na tablicy ponieważ pamięć miałam marną i wzorów nigdy nie pamiętałam. Mimo tego miałam z matematyki ocenę bardzo dobrą. Także na studiach nie sprawiała mi żadnego kłopotu. Jednak rozumiałam ją bardziej instynktownie niż świadomie – jeśli coś można powiedzieć na podstawie tylko obowiązkowego zakresu tej nauki.
— Tzw. „bujna fantazja”. Czego ja wtedy nie wymyślałam! W jedenastej klasie popadłam w manię astronomiczną i nikt nie był w stanie mnie zatrzymać. Tyle, że nie miałam odpowiedniego sprzętu do badań i obserwacji, a i internet wtedy nie istniał. Nauczyciel astronomii odetchnął z ulgą, kiedy przestałam go męczyć. Pamiętam, że miałam uczucie iż potrafię poruszać się w Kosmosie niczym piłeczka i nic z ówczesnych problemów astronomicznych, także rozumienia wykresów, nie było mi obce. Do dziś nic z tego nie przetrwało – odbywając kurs astrologii u Wojtka Jóźwiaka mozolnie uczyłam się podstaw na nowo – ze średnim zrozumieniem. Zapomniałam dokładnie swojego poruszania się w Kosmosie. Mętnie pamiętam, że fascynowała mnie paralaksa, ale to wszystko; nie pamiętam już, o co mi wówczas chodziło.
Moje manie, pomysły i fascynacje trwały na ogół dość krótko, ale tak czy inaczej zawsze mnie do nich zniechęcano. Dziś oceniam, że 80 % mojego wczesnego okresu życia odbywało się w sferze odległej od realiów. Intuicyjnie rozumiałam rozmaite wykresy, poruszałam się po narysowanych wektorach, ale nie umiałam swoich umiejętności wykorzystać. Uczennicą byłam średnią, ze studiów polonistycznych musiałam zrezygnować. a studia ekonomiczne do osiągnięcia pierwszego stopnia zrobiłam z powtarzaniem roku. Dopiero na magisterskich nabrałam wiatru w żagle.
Jednak zawsze mi powtarzano, że moją słabością jest nieumiejętność zaszufladkowania się. Czy na tym też poległy te wszystkie świetnie zapowiadające się Dzieci Indygo?
Dziś mam kłopoty właściwe starszym osobom – trudno mi czasem znaleźć właściwe słowo, zapominam początku myśli i sformułowania, jeśli go nie zapiszę od razu. Mam do zapamiętania kilkanaście PIN-ów i zapamiętuję je, ale czasem, jak zacięta płyta wkładam kartę do bankomatu i czuję się wyzerowana. Albo staję przed swoim blokiem (po kilkukrotnych wymianach zamków mój klucz przestał pasować) i łapię się na tym, że nie pamiętam kodu do drzwi wejściowych. Na szczęście po chwili przypominam go sobie i mogę wejść. Jednak czasem w nocy mozolnie przypominam sobie we śnie te wszystkie PIN-y, a gdy budzę się, odkrywam, że przypomniałam sobie też liczby i daty, które uznałam za na zawsze zaginione w przepastnych zwojach mózgu. W przeciwieństwie do dzieci, wychowanych w kontakcie z komputerem i internetem pierwszy program telewizyjny obejrzałam w wieku 14 lat, a obsługi komputera nauczyłam się w wieku czterdziestu dziewięciu. Tak więc nie mam ukształtowanych medialnych ścieżek w mózgu i być może, w snach mój mózg usiłuje sobie takie ścieżki wyrobić. Bowiem moje sny nie nadają się zupełnie do Zawijawy – stale w nich coś liczę, poruszam się po jakichś internetowych nieistniejących stronach, jedno skojarzenie goni inne, coś się wykluwa a coś zamiera – tak czy inaczej nie używam słów, a liczb, albo najwyżej jakichś pojęć. Niektóre z nich — okazuje się to po obudzeniu — nie istnieją. (Ostatnio śniło mi się „ups” przerobione na brzęczący sygnał radiowego odbiornika lampowego. Śniło mi się owo „ups” jako migotanie tzw. „magicznego oka” – jakie było w każdym radiu mojego dzieciństwa i służyło do precyzyjnego dostrojenia fali poszukiwanej radiostacji nadawczej. Kiedy koniczynka magicznego oka zasłaniała już całe, ciemniejsze tło, owe „ups” eksplodowało i falowaniem kolorów zmieniało się w często używane w reklamach obrzydliwe słowo łał! Wszystko to było bolesne i tamowało oddech.) Tak jakby te słowa (wyrazy) w moim mózgu usiłowały wedrzeć się w miejsce zakodowanych w dzieciństwie wołaczy: hej!, howgh!, czuj!, czuwaj!, achów i ochów, późniejszych cze! („Ej ty tam” od Che Guevary oczywiście),
Nie piszę o tym dla ciekawostek. Zastanawiam się, czy dla Dzieci Indygo (o ile istnieją, a właściwie istniały) konieczność przekierowania swojego mózgu jest tę przeszkodą, która uniemożliwia im życiowy sukces? Ja miałam wprawę — urodziłam się leworęczna, ale częściowo rodzicom udało się mnie przestawić na praworęczność, zanim zabronili im tego lekarze wskutek niekorzystnych objawów neurologicznych. Dlatego możliwe, że jakieś zalążki ścieżek powstały wówczas i nawet starość i właściwa temu wiekowi chęć nicnierobienia i nicniemyślenia nie daje im rady.
To dotyczyło jednej cechy: rozproszonych zdolności i zainteresowań. Pozostaje jeszcze inna cecha Dzieci Indygo – nieposłuszeństwo, niepodporządkowanie się, wybujały indywidualizm.
To jest – sądzę – wyłącznie cecha społeczna. Pamiętam lata, kiedy pierwsza fala powrotów Polaków z ZSRR do Polski zaowocowała kilkoma uczniami w mojej klasie. Jakże oni byli inni! Nie dość, że chodzili w białych fartuszkach z falbankami (jak jakieś burżuazyjne pokojówki – my nosiliśmy fartuszki z błyszczącej granatowej podszewki w formie prostych roboczych sukienek) to dzieciaki te były tak obrzydliwie posłuszne. Każdy rówieśnik mógł im coś kazać, a one, głupie dzieci repatriantów, słuchały się nie tylko dorosłych. Taka Jasia z trzeciej klasy szkoły podstawowej. Śliczna, słodka blondynka, zawsze ulizane włosy, niebieskie oczęta, wyprasowana w kant chusteczka — jakby stworzona, żeby ją drażnić albo wyśmiewać. Najlepsza uczennica z naszej klasy. I takie religijne nazwisko! Ale posłuszna aż do przesady!!!
Ale my też byliśmy (według dzisiejszych standardów) posłuszni! Nikomu nie przyszło do głowy pyskować nauczycielom, uważać się za lepszych czy mądrzejszych od innych. Tyle, że znaliśmy w tym posłuszeństwie miarę. Nasi rodzice wyszli z wojennej zawieruchy albo całkowicie stłamszeni albo z tych, którzy nic nie znaczą, przeobrazili się w tych, co nagle się liczą i zgłupieli z tego szczęścia. Tak czy inaczej dzieci należały tylko do jednej ze sfer ich zainteresowań, niekoniecznie najważniejszej. Ubrać, dać im jeść, zapewnić przeżycie. Reszty uczyli rówieśnicy, a większość z nich, dzieci biednych rodziców wychowywano w dyscyplinie i obowiązkach. Dzisiejsi rodzice i dzieci są inne.
Czy więc niezależność i indywidualizm Dzieci Indygo nie biorą się z czasów wolnych od wojen i lęku przed następną, gdzie człowiek może zakwitać, bo dziecko nie jest śmieciem, ale kimś ważnym dla społeczności, choć jemu akurat wydaje się, że społeczeństwo jest opresyjne. Przez blisko siedemdziesiąt lat nie było w Polsce wojny i ludzie z pokory przed światem przeskoczyli w drugą ostateczność: hardość i zadziorność.
Mój wnuk jada tylko kilka wybranych potraw, innych nie chce nawet spróbować i w ogóle nie ma nad tym dyskusji. Nie jada warzyw, w życiu nie zjadł jajka. Gdyby znalazł się (i wielu jego rówieśników) w latach czterdziestych na przykład, na Wołyniu, zmarłby z głodu, chłodu i braku opieki, jeśliby nie został wcześniej zamordowany. A jednak, jeśli ktoś tam przetrwał pogromy, to w większości były to dzieci. Opowieści ocalałych świadczą o tym dowodnie. Niektóre mówią o dzieciach nieposłusznych — nie posłuchały się mamy, mimo wołania nie wróciły do domu i przeżyły. Im mniej w ich zachowaniu było cech przewidywalnych, tym większe miały szanse.
Posłuszni zawsze stali na gorszej pozycji, a jednak z uporem tyle lat ćwiczono i ćwiczy się dzieci w posłuszeństwie. Czemu?
◀ Dzieci Indygo ◀ ► Wielkanocne trzepanie dywanów ►
Komentarze
Też mnie zadziwia, że tak wielu ludzi, wiele szkół uczy posłuszeństwa, a tak niewielu odpowiedzialności i umiejętności samodzielnego rozstrzygania.
Mam nadzieję, że ostatnie pytanie jest przekorne? Bo odpowiedź jest oczywista.
Czyżbyś Kasiu była w enneagramie Dziewiątką?
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
