16 czerwca 2011
Marcin Hładki
Serial: Sny i wizje
Język białoruski
◀ Policjanci ◀ ► Śpiewająca foka ►
Dawny sen, środek nocy.
Zapisałem go wieczorem, wydawał się błahy, ale nie daje mi spokoju.
Poszliśmy z A. odwiedzić jej wujka, który był (we śnie) kucharzem w dobrej restauracji. Kiedy weszliśmy tam, okazało się że wszystko jest zarezerwowane i nie ma dla nas miejsca, ale po chwili wujek wybiegł z kuchni i szybko, szybciutko, zaprosił nas do holu, gdzie był nakryty stół-ława i sofy lub raczej wersalki, jak w latach siedemdziesiątych.
Jedliśmy przystawki, okazało się że było tam całkiem dużo rodziny, głównie rodziny A., ale też trochę mojej - nikt konkretny, ale byłem przekonany, że ci ludzie należą do rodziny. Ktoś - któraś z ciotek - nalewała do szklanek i kubków napój, jakby herbatę. Miała ją w dużym dzbanku-termosie, ale bardziej skomplikowanym niż zazwyczaj, miał jakieś dźwnignie i zawory. Nalewała ten napój przez sitko, na którym zostawały skórki, włókienka i pestki z wygotowanych pomidorów.
Było jej niewygodnie podejść do mnie, więc wziąłem od niej cały ten sprzęt, żeby sobie nalać, ale coś mi się nie udało i sporo rozlało się na obrus. Natychmiast zapanowało poruszenie, jedna z dziewczynek, może dziesięcioletnia zaczęła wycierać, robiła to dosyć niezręcznie.
Wtedy jej matka coś do niej szybko powiedziała w nieznanym języku, i chwilę rozmawiały w tym języku, raczej gniewnie. Nie było to całkiem obce, znałem niektóre słowa, ale najbardziej uderzający był sposób budowania wypowiedzi i akcent, bardzo przypominający ten w jaki mówiło się na Podlasiu.
Zapytałem kogoś, czy to białoruski i kiedy otrzymałem potwierdzenie, zacząłem płakać ze wzruszenia. Było tak, jakbym po latach usłyszał ojczysty język, tak już odległy, że niezrozumiały. Płakałem (we śnie) ze wzruszenia że go słyszę i z żalu, że już jest dla mnie obcy.
Obudziłem się całkowicie przytomny z pełną świadomością, że to był sen.
Zapisałem go wieczorem, wydawał się błahy, ale nie daje mi spokoju.
Poszliśmy z A. odwiedzić jej wujka, który był (we śnie) kucharzem w dobrej restauracji. Kiedy weszliśmy tam, okazało się że wszystko jest zarezerwowane i nie ma dla nas miejsca, ale po chwili wujek wybiegł z kuchni i szybko, szybciutko, zaprosił nas do holu, gdzie był nakryty stół-ława i sofy lub raczej wersalki, jak w latach siedemdziesiątych.
Jedliśmy przystawki, okazało się że było tam całkiem dużo rodziny, głównie rodziny A., ale też trochę mojej - nikt konkretny, ale byłem przekonany, że ci ludzie należą do rodziny. Ktoś - któraś z ciotek - nalewała do szklanek i kubków napój, jakby herbatę. Miała ją w dużym dzbanku-termosie, ale bardziej skomplikowanym niż zazwyczaj, miał jakieś dźwnignie i zawory. Nalewała ten napój przez sitko, na którym zostawały skórki, włókienka i pestki z wygotowanych pomidorów.
Było jej niewygodnie podejść do mnie, więc wziąłem od niej cały ten sprzęt, żeby sobie nalać, ale coś mi się nie udało i sporo rozlało się na obrus. Natychmiast zapanowało poruszenie, jedna z dziewczynek, może dziesięcioletnia zaczęła wycierać, robiła to dosyć niezręcznie.
Wtedy jej matka coś do niej szybko powiedziała w nieznanym języku, i chwilę rozmawiały w tym języku, raczej gniewnie. Nie było to całkiem obce, znałem niektóre słowa, ale najbardziej uderzający był sposób budowania wypowiedzi i akcent, bardzo przypominający ten w jaki mówiło się na Podlasiu.
Zapytałem kogoś, czy to białoruski i kiedy otrzymałem potwierdzenie, zacząłem płakać ze wzruszenia. Było tak, jakbym po latach usłyszał ojczysty język, tak już odległy, że niezrozumiały. Płakałem (we śnie) ze wzruszenia że go słyszę i z żalu, że już jest dla mnie obcy.
Obudziłem się całkowicie przytomny z pełną świadomością, że to był sen.
◀ Policjanci ◀ ► Śpiewająca foka ►
Aby komentować Zaloguj się lub Zarejestruj w Tarace.
